ABBEY ROAD - ALBUM (cz. 1)

JOHN: Powiem szczerze - nie pamiętam jej, bo jeśli chodzi o 'Abbey Road' - tak jak w przypadku wszystkich albumów - są na niej utwory, które lubię i takie, których nie lubię. Zawsze było tak samo - żaden album The Beatles nigdy mnie nie powalił. Podobają mi się niektóre nasze rzeczy, inne nie. 'Abbey Road' to przyzwoita płyta. Ani mniej ani więcej.

 Najwspanialszy album muzyczny wszech-czasów. Na moim prywatnym topie ściśle konkurujący z epickim 'Dark Side Of The Moon' i kolejnym albumem Beatlesów, 'Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band'. O ile wydawnictwo Pink Floyd w moim mniemaniu, pomimo pewnych eksperymentów dźwiękowych, brzmieniowych czy wokalnych jak np. 'On The Run' czy 'Great Gig in The Sky' jest dziełem w ścisłym, jednolitym lub bardzo zbliżonym do siebie kontekście rocka progresywnego, tak oba wspomniane albumy The Beatles to... różnorodne pejzaże muzyczne. Co utwór to inny klimat, zwłaszcza na omawianym dzisiaj 'Abbey Road'. Słuchałem albumy tysiące razy i nieustannie mnie zachwyca. Przede wszystkim właśnie przez swą różnorodność. Do głosu dochodzi George, ba! nawet Ringo, także w swojej, całkiem udanej kompozycji, a nie gościnnie w utworze napisanym specjalnie dla niego przez Lennona i McCartney'a. Czytający szczegółowo opis wszystkich piosenek z albumu w zasadzie wie o albumie wszystko, niemniej warto album jeszcze dokładniej podsumować. Przede wszystkim bez moich zachwytów a czytając głosy twórców czy osób biorących udział w jego powstawaniu. 'Abbey Road' - lokalizacja studia EMI, w którym płodzili swoje arcydzieła czterech facetów z Liverpoolu. Formuła blogu to nieprzesadne opinie czy recenzje na temat twórczości zespołu, opisanej, zdiagnozowanej, rozebranej na czynniki pierwsze i przede wszystkim jakże znajomej. Ale wiem, że wciąż muzykę The Beatles poznają nowi fani, więc parę dodatkowych faktów jak zawsze pozwoli sobie samemu wyrobić własne muzyczne opinie.


Album (wersja tylko stereo), 1969
Indeks: PCS 7088
Wytwórnia: Apple
Producent: George Martin, 
Chris Thomas, Glyn Johns
Inżynierowie: Geoff Emerick, Alan Parsons, Phil McDonald, Jeff Jarratt, Glyn Johns, Barry Sheffield, Tony Clark
Wydany: 26 września 1969 (UK), 1 października 1969 (USA)
Nagrywany: 22 luty - 19 sierpnia 1969

Obsada:
JOHN: wokale, gitary, fortepian, elektryczny fortepian, organy Hammonda, syntezator Mooga, generator 'white noise', tamburyna, marakasy, klaskanie w dłonie
PAUL: wokale, gitara basowa, gitary, fortepian, elektryczny fortepian, organy Hammonda, syntezator Mooga,dzwonki, pętle taśmowe, klaskanie w dłonie
GEORGE: wokale,gitara basowa, gitary, harmonium, organy Hammonda, klaskanie w dłonie
RINGO: wokale,perkusja, wszelakie instrumenty perkusyjne (bongosy, marakasy, tamburyna, timpani), efekty dźwiękowe, klaskanie w dłonie
GEORGE MARTIN: organy Lowrey, organy Hammonda, elektryczny klawesyn
BILLY PRESTON: organy Hammonda
Muzycy dodatkowi: szczegółowe dane w opisie każdej piosenki.







Zawartość:
Strona A
1. „Come Together”
2. „Something”
3. „Maxwell's Silver Hammer”
4. „Oh! Darling”
5. „Octopus's Garden”
6. „I Want You (She's So Heavy)”

Strona B
1. „Here Comes the Sun”
2. „Because”
3. „You Never Give Me Your Money”
4. „Sun King”
5. „Mean Mr. Mustard”
6. „Polythene Pam”
7. „She Came In Through the Bathroom Window”
8. „Golden Slumbers”
9. „Carry That Weight”
10.„The End”
11. „Her Majesty”

Opis wszystkich piosenek w zakładce SONGS

GEORGE MARTIN: 'Let it Be' była wyjątkowo nieszczęśliwą płytą, choć jest na niej kilka świetnych piosenek. Naprawdę myślałem, że to już koniec The Beatles i uznałem, że już nigdy nie będę z nimi pracował. Pomyślałem: "Co za wstyd, że tak to się wszystko skończyło". Dlatego byłem zaskoczony, gdy Paul zadzwonił i zapytał: "Będziemy nagrywać nowy album. Czy chcesz być jego producentem?"  Moja natychmiastowa odpowiedź brzmiała: "Tylko pod warunkiem, że pozwolicie mi pracować tak jak kiedyś". Odpowiedział: "Pozwolimy. Sami tego chcemy". Spytałem: "Będzie John?"  On: "Tak, obiecuję". Ja na to: "Jeśli naprawdę tego chcecie, to zróbmy to. Spotkajmy się znowu razem".  To była bardzo szczęśliwa płyta. Przypuszczam, że było tak miło, ponieważ każdy przeczuwał, że będzie to ich ostatni album".

GEORGE: Nie wiedzieliśmy, lub ja nie wiedziałem, że to będzie ostatnia płyta The Beatles... ale trochę czuliśmy jakbyśmy dotarli już do końca linii...

 
'Abbey Road' to ostatni album nagrany przez zespół w okresie swego istnienia, choć przedostatni katalogowy, bo rok później została wydana „Let It Be”. Beatlesi porzucili poprzedni materiał, który wciąż czekał na studyjną obróbkę, ale Paul widząc solowe zaangażowania Johna i George’a (w tym pogodzenie się Ringo z rozpadem zespołu) zdołał jeszcze namówić wszystkich do ostatniego wysiłku. Warto jednak podkreślić, że aż nad 12 utworami, które znalazły się na albumie 'Abbey Road', pracowano już wcześniej. Na sesji 'Get Back/Let Tt Be'. Ciekawe, że porzucono w czasie nowych sesji takie klasyki zespołu jak 'The Long And Winding Road', 'Let It Be' czy 'Across The Universe'. Bo ktoś chciał czegoś nowego. Oczywiście był nim...  Paul, jak choćby w przypadku ‘Sgt. Peppera’ czy styczniowych sesji w Twickenham był oczywistą siłą napędową całego przedsięwzięcia, które dzisiaj znamy jako jeden z najwspanialszych albumów w historii muzyki rozrywkowej. Zdaniem wielu, w tym Autora blogu, najwspanialszego. Co ciekawe, ponowne zaangażowanie George’a Martina w roli producenta oraz niedawno zmarłego Geoffa Emericka, do roli inżyniera nagrań, po niesnaskach związanych z realizacją wspomnianego wyżej projektu znanego jako ‘Get Back/Let It Be’, Beatlesi na swoim ostatnim albumie wznieśli się na najwyższy poziom swoich talentów. Z pewnością świadomi tego faktu, że nagrywany na przełomie czerwca i sierpnia 1969 jest ich ostatnią produkcją wydawaną pod szyldem zespołu.

PAUL (1995): Przypominam sobie pewną rozmowę na temat 'Let It Be'. John powiedział: 'Oh, łapię, ten znowu chce pracować'. A ja na to, 'Przypuszczam, że masz rację. Myślę, że już czas na to, byśmy znowu zaczęli pracować. To byłoby dobre'. Oni byli szczęśliwi, że będą mieli spokojne lato dla siebie, a ja czułem, że powinniśmy coś zrobić. Jak czas pokazał, rozmawialiśmy o tym by zrobić 'Let It Be'. Padały różne straszne argumenty, że pokażemy na filmie rozpad zespołu, wobec tego postanowiliśmy sobie zrobić zrobić przerwę od The Beatles , co w sumie okazało się jednak lepsze. Smutna historia jednak mimo wszystko.
 JOHN: No, cóż, pomimo tych wszystkich rzeczy... Beatlesi gdy nie byli spięci, naprawdę potrafili grać razem. Gdy idę w jakąś stronę, Ringo wie tak samo dokąd iść. Ot tak, po prostu. Graliśmy ze sobą przez tak długi czas, że się dopasowaliśmy. To jedyna rzecz, za którą naprawdę tęsknię. To, że gdy tylko mrugnę lub zrobię jakiś gest, to wszyscy wiedzieli od razu, jak to grać...

 Nie mamy koncepcji. Album to dla mnie zbiór nagrań, których nie ma na innych płytach. Osobiście wolę single. Uważam, że Paul ma koncepcję płyt, albo próbuje je mieć, jak w przypadku tej składanki. Nie interesują mnie pomysły na albumy. Interesuje mnie tylko brzmienie. Płyta ma być taka, jaka wyjdzie. Nie jestem zainteresowany zrobieniem z płyty show. Jeśli o mnie chodzi, to na płycie umieściłbym 14 rockowych numerów.
Pod wspólnym szyldem całej, ciągle określanej na świecie, Wspaniałej Czwórki. Dzięki temu fani na całym świecie otrzymali album wyjątkowy, świeży, spójny, jak zawsze zaskakujący (składanka, sola Ringa, wybitne dwa przeboje George’a) i chwilami przewyższający wszystko co do tej pory stworzyli. Trudno w kompozycjach dostrzec jakieś zmęczenie, wypalenie, regres, brak obecności na muzycznym bocianim gniazdku. Roboczy tytuł albumu mówi także sam za siebie, „Everest’. I z pewnością nawiązanie do najwyższej góry na świecie miała tu mieć znaczenie nie tylko symboliczne? Może mógłbym zostawić tak te ostatnie zdanie, ale gwoli 'reporterskiej' ścisłości, podobno pomysł tytułu wziął się przypadkiem od nazwy papierosów, które palił Geoff Emerick. Padać wtedy miały w studiu pomysły, by na okładce umieścić zdjęcie zespołu, zrobione właśnie ze szczytu góry. 
Nikt oczywiście nie miał zamiaru ruszać się z Londynu, stąd zaakceptowano pomysł, by zdjęcie te zrobić gdzieś bliżej. I powstała tak jednoznacznie najbardziej rozpoznawalna okładka na świecie, bardziej rozpoznawalna niż okładka 'Peppera' czy 'Dark Side Of The Moon' Pink Floydów. O okładce jeszcze więcej w dalszej części tekstu.  

GEOFF EMERICK:  W przeciwieństwie do chaosu, którym były sesje do 'White Album', atmosfera podczas nagrywania 'Abbey Road' była bardzo wyciszona. Każdy starał się chodzić jak po skorupkach jaj. Przede wszystkim Paul był mniej nadgorliwy, a John mniej agresywny.  Oczywiście Yoko była obecna cały czas, ale w owym czasie  Beatlesi przyzwyczaili się do tego, jej obecność traktowali ją jak część umeblowania... W przeważającej części, bo Ringo był nadal Ringo, ale jego postawa lekko ewoluowała w kierunku "Jestem gwiazdą".  Przypuszczalnie największa zmiana zaszła w Harrisonie, który stał się bardziej pewny siebie, jak nigdy wcześniej. Dwie dostarczone przez niego piosenki - "Here Comes The Sun" i "Something" - piękne, melodyjne, mogły śmiało konkurować z najlepszymi kompozycjami Lennona i McCartney'a. I zdawał sobie z tego sprawę.

GEORGE: Podczas nagrywania płyty zrobiło się znacznie milej i choć jest na niej nieco nakładek, to jednak nagraliśmy od razu całą składankę. Ustaliliśmy kolejność, nagraliśmy podkład i zagraliśmy wszystko w jednym podejściu, przechodząc z jednej aranżacji w drugą. Znowu graliśmy bardziej jak muzycy.   Podobnie było ze ścieżkami wokalnymi  - musieliśmy przećwiczyć wiele harmonii i nauczyć się chórków. W niektórych piosenkach pasuje głos z harmoniami pojawiającymi się w różnych momentach, czasami śpiewamy na trzy głosy. To takie upiększenie i wymyśliliśmy wiele wejść tam, gdzie - według nas - pasowały, bo wtedy wszyscy próbowaliśmy być wokalistami.

 Na albumie ogromne znaczenie – zresztą jak zawsze – ma technika. Nowe muzyczne instrumenty (syntezatory), ale przede wszystkim świetny sprzęt nagrywający (magnetofon ośmiościeżkowy), o którym wspominam przy opisach poszczególnych piosenek z albumu. „Abbey Road” to pierwszy album zespołu nagrywany w technice stereo, co brali pod uwagę i twórcy piosenek, przy ich aranżacjach jak i sam George Martin przy finalnych miksach (przy których zawsze obecny był Paul, który moim zdaniem powinien tutaj być wymieniony jako drugi producent). Także wspaniała ekipa techniczna, na czele ze wspomnianym Emerickiem czy Alanem Parsonsem (słynny inżynier dźwięku, muzyk, zasłynął z wiadomo jaką płytą Pink Floyd).


GEORGE MARTIN:  Starałem się wraz z Paulem stworzyć coś wartościowego starą metodą z Peppera i w ten sposób zrobiliśmy tę drugą stronę. John miał duże obiekcje do tego, co robiliśmy na drugiej stronie Abbey Road. Była ona wynikiem pracy niemal tylko Paula i mojej. Reszta tylko coś dorzuciła. John był zawsze typem Teddy boya. Był rock and rollowcem i chciał mieć kilka swoich numerów. Poszliśmy na kompromis. John pomógł jednak także przy pracy nad drugą stroną tego albumu. Dokładał swoje małe kawałki i miał pomysły, jak wszyć do tej makatki trochę muzyki. Wszyscy pracowali niesłychanie dobrze i dlatego jestem z tego tak zadowolony.
PAUL: Znowu prześladowała mnie myśl, bym nie dominował nad wszystkim. Chciałem nagrać swój utwór, tak jak sobie zaplanowałem, ale nie chciałem przy tym nikogo obrazić, a to stawało się trudne. Pamiętam, że wycofywałem się ze złością, mówiąc OK.
W którymś momencie powiedziałem: „Słuchajcie, może powiecie mi, co mam zrobić?” Wszyscy zamilkli i cisza trwała cały dzień. Potem podszedł Ringo i powiedział: „No nie, dawaj dalej. Powiedz nam, co chcesz. No, bądź naszym producentem!” Proszono mnie o dominację, a jednocześnie czułem, że nie powinienem tego robić. Praca stawała się coraz trudniejsza i w sumie szkoda było całego zachodu.

GEOFF EMERICK: W czasie pierwszych sesji 'Abbey Road' Paul był w wyśmienitym nastroju. Robił znowu nawet to co zapamiętałem z pierwszych sesji w 1962 roku, zjeżdżał po poręczy schodowej w dół Studia numer 2. Spędził bardzo dużo czasu na nagrywaniu "Maxwell's...", co trochę irytowało George'a Harrisona. Któregoś popołudnia wdali się w kłótnię i pomyślałem: 'No proszę, wraca dawne'. Ale szybko napięcie opadło kiedy doszło do robienia chórków i uderzania w kowadełko. Paul chciał właśnie takiego efektu i Mal to robił. Pamiętam jak walił w nie i wszyscy ryczeliśmy ze śmiechu. Zarówno on jak i Ringo mieli to robić, ale Ringo nie miał już siły podnosić młotek, więc musiał to robić Mal, ale miał duże kłopoty z trafieniem w tempo. Więc trochę to potrwało, zanim uzyskaliśmy odpowiedni rezultat. W przeciwieństwie do 'Peppera', na 'Abbey Road' Beatlesi nie szukali już niemożliwego. Było tego niewiele. W stylu: 'upewnij się by gitara nie brzmiała jak gitara'. Niemniej było trochę dyskusji, bo na 'Maxwellu' Paul chciał by gitara basowa brzmiała jak tuba, aby nagranie trochę brzmiało staroświecko. Sporo czasu zajęło uzyskanie tego efektu, ale gdy nie było Ringo i George'a, nie było nikogo, kto mógłby zaprotestować. Na tym etapie, późnej kariery Beatlesów wydawało się, że to najlepszy sposób na robieniu płyt - możliwe, że jedyny - by każdy członek zespołu pracował osobno. 

PAUL: No i wpadliśmy na pomysł zlepienia wszystko w jedno, co dało drugiej stronie albumu swego rodzaju operową strukturę, co jednocześnie było fajne, ponieważ to był dobry sposób pozbycia się i wypuszczenia tych utworów w dobry sposób.
GEOFF EMERICK:  Pierwszego dnia, gdy się pojawiłem w studiu, John powitał mnie z troską w głosie: "John miał wypadek" zakomunikował. "Samochodowy, w Szkocji, z Yoko. Dzięki Bogu nie jest zbyt ciężko ranny, ale oboje wylądowali w szpitalu i nie będzie go tutaj co najmniej tydzień. Gdy trawiłem usłyszaną wiadomość, usłyszałem jak George mówi: "Cóż za wspaniały sposób rozpoczęcia pracy nad nowym projektem". I tak pierwszy tydzień pracy był bardzo spokojny. Bez Johna i Yoko, bardzo pokojowo, było tylko trochę kłopotów ze sprzętem.

GEORGE MARTIN: John rozczarował się samą kwestią produkcji nagrań. Nie aprobował tego, co zrobiłem i nadal robiłem. Nie lubił, jak to nazywał, „kombinowania”. Nie lubił pretensjonalności. Rozumiałem, o co mu chodzi. Chciał starego, dobrego prostego rocka. Mawiał: „Do diabła z tym wszystkim – przyłóżmy na całego!” W przypadku ballad twierdził: „Niech będzie tak, jak nam wyjdzie”. Chodziło mu o autentyczność.


Rozmowa George’a Harrisona z dziennikarzem Davidem Wigg’em (8 października 1969, z okazji wydania albumu ‘Abbey Road’)
- Jakie są twoje osobiste wrażenia związane z wydaniem ‘Abbey Road’ ? Jak wg. ciebie wypada w porównaniu z poprzednimi albumami?
GEORGE: Myślę, że jest całkiem niezły. Jako całość to bardzo dobry album.
- Jakie utwory są z niego twoimi ulubionymi? Który tak naprawdę lubisz?
GEORGE: Lubię… Moją ulubioną, tak sądzę, jest „Because”.
- Oh, tak.
GEORGE (po dłuższej przerwie): Ponieważ lubię trzy-częściowe harmonie [w utworze trójka Beatlesów śpiewa równorzędną partię wokalną – RK]. Nie robiliśmy już czegoś takiego od lat. Chyba od czasów strony B singla… Tak więc lubię ją. Lubię… Nie wiem, lubię wiele z albumu. Lubię  ‘You Never Give Me Your Money’ i ‘Golden Slumbers’ i inne.
- Tak, są piękne.
GEORGE: Wiesz, Paul zawsze pisał miłe melodie. Na marginesie, nie wiem gdzie je znajduje. Jest w tym niesamowity. Lubię piosenkę Ringa. Ponieważ – jak sądzę, wiele osób powie, ‘O, cóż, to Ringo’, lub wiesz, zaśmieje się lub coś w tym stylu. Ale to jest wspaniałe, że Ringo to zrobił.  Dlaczego nie miałby tego zrobić?  I lubię bardzo melodykę country and western, poza tym to taka szczęśliwa piosenka i już. Podoba mi się gdy mówi  “rest our head on the sea bed” i wszystko inne. “We could be warm beneath the storm…”
- Małe dzieci pokochają ją.
GEORGE: Tak, możliwe. Niektóre dorosłe dzieciaki lubią ja. Słyszałem od kilku ludzi, którzy są już dorosłymi dzieciakami, ze to ich ulubiona ścieżka na albumie. Wiesz, ktoś lubi te, drugi inne rzeczy. Co czyni robienie albumu trudnym, ponieważ wszyscy jesteśmy inspirowani przez różne rzeczy. Ale w The Beatles zawsze było dużo różnorodnej muzyki. To nie był jedne rodzaj… (śmieje się) walizki. Chodzi głównie o to, by wszystko było jak najwyższej klasy i niekoniecznie musi być hitem. To jedno. Hm…Rynek hitów… wiesz, nie mogę tego rozgryźć. Wiem, że kiedy The Beatles wypuszczają singiel, jest on przebojem. (pauza). Ale nie wiem, czy czasem – mam wrażenie, że gdyby ktoś nagrał to tak samo, w podobny sposób, piosenka nie byłaby hitem. Nie wiem, to skomplikowane. Nie mam pojęcia co jest komercją a co nie jest. To jest problem jak wiesz. Próba zdecydowania co jest a co nie jest singlem.
___________________________________________
JOHN: Muzyka to muzyka. Wszyscy znawcy narzekają, że ani my, ani Dylan nie rozwijamy się, ale to my pokazaliśmy im nowe rzeczy i co do tego nie ma wątpliwości. Kochani,to muzyka. Kiedy mamy ochotę się zmieniać, to się zmieniamy, kiedy nagrywać, to nagrywamy. Podobnie jest z naszą nową płytą. Ona prawdopodobnie bardziej ucieszy krytyków, bo mamy już dosyć tego brzdąkania.  Znowu zajęliśmy się produkcją piosenek.
  Nie piszemy już razem. Nie pisaliśmy razem od dwóch lat - tylko jakieś drobiazgi przy okazji. Robię co lubię, Paul robi to co lubi, George tak samo. I Ringo też. Dzielimy czas na płycie między siebie. Naszym zdaniem ten album jest bardziej beatlesowski niż ten podwójny. 

______________________________
Wywiad Howarda Masseya z George Martinem ('Musician', luty 1999)

Massey: Przypuszczam, że było wiele napięć w zespole w czasie Abbey Road. 
MARTIN: Było ich dużo więcej w czasie robienia 'Let It Be'. Myślę, że prawdopodobnie wszyscy wiedzieli, że to będzie ostatnia płyta. Ale jasne, wciąż były napięcia, ponieważ John był wciąż bardzo …, cóż, obrazki z Johnem i Yoko przesuwały wszystko na dalszy plan. Kiedy Yoko zachorowała, przyniesiono jej do studia łóżko, tego typu rzecz. To było bardzo dziwne. 
Massey: Jak ty radziłeś sobie z tymi napięciami? 
MARTIN: Cóż, były tylko dwie alternatywy. Albo odejść, wyjść i machnąć na wszystko ręką, lub wytrzymać, zdusić to w sobie. Nie należę do tych co wychodzi. Miałem cały czas nadzieję, że wszystko się zmieni. W czasie pracy nad 'Abbey Road' było OK, było dużo weselej. Muzyka także była świetna, która sprawiała, że cała praca była jej warta. Wszyscy też wiedzieli, że to będzie ostatni album. John przeszedł ogromne zmiany w swoim życiu prywatnym, był w tym czasie bardzo dziwną osobą, nie był wcale sobą. Był ten jego słynny wywiad dla Rolling Stone, przedrukowywany wiele razy przez innych, w którym John powiedział wiele rzeczy, nieprawdziwych i nie fair w stosunku do innych, w tym także wobec mnie. Wziąłem go wtedy na bok i spytałem: 'Dlaczego powiedziałeś te wszystkie rzeczy ? To nie było szczególnie miłe'. Odpowiedział: 'Oh. Nie miałem wtedy do tego głowy'. I to były jego jedyne przeprosiny. Naprawdę. Ale to już historia. Wszystko zostało zaakceptowane. Jak Biblia.
_______________________________
Gdy John i Yoko dołączyli do Beatlesów  do studia Abbey Road, oboje mieli jeszcze ślady po wypadku. Yoko dokuczał wciąż uraz pleców, więc John, aby zaoszczędzić jej niewygód wielogodzinnego przesiadywania obok niego na stołku, sprowadził z Harrodsa łóżko, które ustawiono w studiu. Spędziła w nim kilka dni sesji, usadowiona na poduszkach jak w Amsterdamie czy Montrealu, z mikrofonem przyczepionym do głowy, żeby mogła na bieżąco komentować stan prac.
Po tym falstarcie wydarzyło się coś cudownego, a nawet - można by powiedzieć - magicznego. Teraz, kiedy przestali się już miotać - bo i tak było na to już za późno - Beatlesi wreszcie wrócili na swoje miejsce. Wrócili do wspólnej pracy bez humorów i sprzeczek. Wrócili pod nieocenione skrzydła George'a Martina. Wrócili do wspólnego pomagania sobie przy piosenkach kolegów, pracując nad nimi, jakby to były ich własne piosenki. Wrócili do zabawy. Wrócili do brzmienia, jakiego żadna siła na ziemi nie była w stanie im odebrać.
   Album, który zaczął niebawem nabierać kształtów między lipcem i sierpniem, okazał się  być jednym z najprostszych i bezsprzecznie  jednym z trzech najlepszych, jakie kiedykolwiek nagrali. Kiedy wszystko zostało już powiedziane i zrobione, trudno było sobie wyobrazić lepszą atmosferę niż ta,  która wówczas zapanowała w północnym Londynie, gdzie przy zielonym bulwarze liście ocieniały wieżyczki okolicznych budynków, a na dobrze znanych im korytarzach EMI echa płyt 'Beatles For Sale' i 'Rubber Soul' przenikały się z głosami Carusa, Sinatry i dźwiękami London Philharmonic Orchestra. Abbey Road wybaczyła zdradę swoim synom marnotrawnym i przywróciła im ich nieomylność. Piosenki z Twickenham i piwnicy Apple, które praktycznie spisane zostały już na straty, teraz bez problemu układały się w całość. Bardzo szybko opracowano i dopieszczono nowe utwory. Wpływ Abbey Road na muzyków był tak zbawienny, że pomimo wszystkich innych swoich zajęć i palącej chęci wzniesienia się  ponad poziomy, w ramach The Beatles John znów był tak samo genialny jak za czasów 'Sgt.Pepper's...'
- Wszyscy wiedzieli, że to koniec - mówi George Martin. - Chociaż nikt tego głośno nie powiedział, panowało ogólne przeświadczenie, że powinniśmy zrobić to najlepiej, jak tylko potrafimy. Jestem pewien,  że właśnie dlatego John był skory do współpracy.



 
PAUL: Myślę, że przed 'Abbey Road' było tak, jakbyśmy odłożyli rękawice bokserskie, by spróbować połączyć się na nowo i zrobić wyjątkowy album. 
  Myślę, że w pewien sposób zdawaliśmy sobie sprawę, że to będzie nasz ostatni album, więc uznaliśmy, że pokażemy wszystkim na co nas stać, że spróbujemy dobrze go zrobić, oraz dobrze się przy tym bawić. 
Z pewnością pomogło nam to, że znowu nagrywaliśmy swoje piosenki w miejscu doskonale nam znanym. Mieliśmy już własne studio Apple, ale Abbey Road to było to.


Po latach wiemy, że trudno sobie wyobrazić, by The Beatles nie nagrali swojej ostatniej płyty w "swoim" studiu, gdzie rozpoczęła się ich piękna kariera. O swojej wizycie w studiu Abbey Road i magii miejsca pięknie opisuje Jonathan Cott (wizyta miała miejsce w czasie powstawania Białego Albumu): John, Yoko i ja wyszliśmy z mieszkania, wsiedliśmy do czekającej limuzyny i zostaliśmy zawiezieni do St. John’s Wood. Kiedy wysiedliśmy z samochodu i przechodziliśmy przez pasy, kierując się do Abbey Road Studios, nie miałem pojęcia, że znaleźliśmy się w istocie na świętej ziemi, bo to przejście miało się w przyszłości stać miejscem pielgrzymek dla fanów Beatlesów z całego świata. 
A dla takiego fana jak ja, który niezasłużenie dostąpił błogosławieństwa, wejście do Abbey Road Studio Two było niczym wkroczenie do Świętego Świętych. Ponieważ jednak byłem niegodnym gościem Johna, gościem, który wkręcił się na sesję, nic dziwnego, że kiedy się tam zjawiłem, pozostali trzej muzyczni ewangeliści kręcący się na swoich obrotowych stołkach powitali mnie spojrzeniem Meduzy. Dlatego od razu postanowiłem się ukryć za jednym z ogromnych głośników znajdujących się w studiu i stałem tam przez następne kilka godzin. 
Sesje nagraniowe Beatlesów zawsze były zlepkiem prób, jamowania, podkładania i dublowania ścieżek, miksowania i remiksowania, dogrywania instrumentów, dodawania i podkładania wokali, tworzenia efektów dźwiękowych i nieustannego montownia. Zawsze będę sobie wyobrażał, że tamtego wieczoru przyśnił mi się „sen nocy jesiennej”, w którym roiło się zarówno od aniołów, jak i diabłów, wypełniony szekspirowskimi przyjemnymi dźwiękami i śpiewami oraz brzdąkaniem setek instrumentów, które w różnych momentach mojego snu na jawie albo szemrały, albo wyły w moich uszach.

Ze wszystkich  Beatlesów Paul był tym, który najbardziej naciskał na powrót do studia. Po zamieszaniu związanym z projektem 'Let It Be' nikomu jednak nie paliło się do wspólnej pracy. Dało się to wyraźnie odczuć w marcu - kiedy dwa miesiące po koncercie na dachu Apple - gdy dziennikarz spytał Ringa, czy The Beatles kiedykolwiek wystąpią razem. "To trochę smutne, ze względu na fanów - odparł perkusista. - Przykro mi ze względu na nich, ale nie będzie już więcej koncertów The Beatles. Nigdy". Co ciekawe, Lennon, który wraz z Yoko wyjechał na swój miesiąc miodowy do Amsterdamu - i który wydawał się najmniej zainteresowany wspólną grą z pozostałymi Beatlesami - opublikował następującą wypowiedź: "Ringo nie może tak mówić. W tym roku wystąpimy jeszcze wielokrotnie".
  Ringo był bardzo podekscytowany powrotem do studia, tym bardziej, że miał okazję wypróbować swój nowy zestaw perkusyjny z bębnami z cielęcej skóry...


 
GEORGE MARTIN: "Abbey Road" to bardzo, bardzo szczęśliwy album. Wszyscy się w pracy nad nim bardzo przyłożyli i dlatego bardzo go lubię.  RINGO: Ostatni fragment albumu moim zdaniem jest jednym z najlepszych rzecz, którą zrobiliśmy wspólnie.,
Album "Abbey Road" wszedł na brytyjską listę albumów od razu na pozycję numer 1  4 października 1969 październiku i pozostał tam przez siedemnaście tygodni (11 tygodni od 4 października 1969 - z topu zepchnęli ją The Rolling Stones albumem "Let It Bleed", ale po siedmiu dniach znowu   6 tygodni od 27 grudnia 1969). Łącznie na listach przebojów do dnia dzisiejszego przez 96 tygodni. W Stanach krążek również radził sobie znakomicie, pozostając przez 11 tygodni na czele list.
Recenzje albumu były zazwyczaj (choć nie zawsze) bardzo pochlebne. Krytyk muzyczny  Nik Cohn w swojej niezwykle ostrej recenzji napisanej dla 'New York Times' co prawda chwalił 15 minutową zbitkę utworów ze strony B pisząc, że to 'najlepsze co Beatlesi nagrali od czasów Rubber Soul', nie zostawił suchej nitki na reszcie płyty. Nazwał album całkowitą katastrofą, z 'kulejącymi, pompatycznymi i błahymi tekstami'.  Np 'Octopus's Garden' nazwał 'dziecięcą  rymowanką  Ringo Starra na poziomie Myszki Miki' .On the second side of the Beatles's new album, ``Abbey Road,'' there's a nine-song, 15-minute medley that seems to me the most impressive music they've made since ``Rubber Soul.''  
 Trudno uwierzyć, prawda? Oto link tutaj do całego tekstu niejakiego Cohna.

RINGO: Ten prezenter poskładał sobie wszystkie znaki razem - Paul bez butów (to było proste), volkswagen garbus Beetle. Do tego dochodzi 'Magical Mystery Tour', tam gdzie my trzej mamy czerwone róże, a on czarną. To czyste szaleństwo, ale jeśli ktoś się chce tego dopatrzyć, to może dojść do takiego wniosku. Nie mieliśmy jak udowodnić, że on żyje. Zapytaliśmy: Jak możemy udowodnić, że tak pogłoska jest nieprawdziwa? Zróbmy zdjęcie?
  No tak, wtedy mogliby powiedzieć, że na zdjęciu jest jego dubler. To było idiotyczne, ale wcale się tym nie martwiliśmy. To była część zabawy w rock and roll. ta historia podsycała całe to szaleństwo, a ponieważ wychodziła nasza płyta, więc pisały o tym wszystkie gazety i mówiono w telewizji. To była wielka sprawa.

JOHN: Paul McCartney nie mógł umrzeć tak, by świat się o tym nie dowiedział. Podobnie, jak nie mógł się ożenić, by świat o tym nie usłyszał. To jest niemożliwe - nie może jechać nawet na wakacje, by nie wiedzieli o tym wszyscy ludzie na świecie. To zupełna wariacja, ale bardzo pomocna w promocji albumu 'Abbey Road'.
 
  • I o tym więcej w następnych tekstach o albumie.

 W następnym tekście o słynnej okładce albumu. Na zdjęciu wyżej czterej Beatlesi siedzący na stopniach wejścia do studia Abbey Road, w oczekiwaniu, aż uspokoi się ruch na drodze, oraz na przygotowującego sprzęt fotografika, Iana MacMillana.



 Muzyczny blog * Historia The Beatles * Music Blog
Polski blog o najwspanialszym zespole w historii muzyki.
HISTORY of  THE BEATLES


2 komentarze:

  1. Cóż mogę napisać? Jak zwykle bardzo interesujący, ciekawy i wciągający tekst. Brawo Ryszardzie. Dziękuję.

    OdpowiedzUsuń
  2. Najlepszy album wszech-czasów. Znakomity, jak zawsze, tekst przygotowany przez Autora. Pięknie się czyta i słucha. Ach te Żuuczki. Ania

    OdpowiedzUsuń