Szalona wiosna 1960 i życiowe ryzyko Ringo (M. Lewisohn - Tune In *1 )



 

 

W ostatnim poście opisałem Wam moje wrażenia z najnowszego albumu Paula McCartneya, The Boys of Dungeon Lane. Ta płyta, pełna wspomnień o Liverpoolu, mocno poruszyła moje serce. Dzisiaj – dzięki niesamowitej biografii Tune In Marka Lewisohna (na blogu po raz pierwszy cytowana) – chciałbym zabrać Was na chwilę do wiosny i lata 1960 roku. Zobaczcie, jak fakty z tamtych dni genialnie łączą się z klimatem nowego krążka!  Garść historycznych smaczków z 1960 roku, o którym przeczytacie w tekście Lewisohna: 
 - Ringo (w tekście w roli głównej) stawia wszystko na jedną kartę: Na nowej płycie Paula mamy wzruszający duet z Ringo (Home to Us). Co ciekawe, w maju 1960 roku Ringo podjął życiowe ryzyko. Na rok przed ukończeniem praktyk rzucił bezpieczną pracę w fabryce Hunta, by bębnić w obozie Butlin’s. Koledzy pukali się w czoło, a rodzice lamentowali, że „marnuje sobie życie”. On jednak poszedł za głosem serca – i wygrał na tym wszystko.

Paul i jego słabość do „Besame Mucho”: Lewisohn wspomina, że wiosną 1960 roku 17-letni Paul oszalał na punkcie rockandrollowej wersji hiszpańskiego klasyka Besame Mucho w wykonaniu The Coasters. Został kupiony w ułamku sekundy, gdy piosenka zmieniała tonację z molowej na durową. Jak widać, to zamiłowanie do szukania smaczków w akordach i aranżacjach towarzyszy mu od nastolatka aż po dzisiejszy, nowy album.
- Czarny hymn Johna Lennona: Kolejnym objawieniem dla chłopaków z Liverpoolu był singiel Money (That’s What I Want) Barretta Stronga (pierwsza iskra z legendarnego Motown). Utwór stał się absolutnym hymnem Johna, który śpiewał go z dziką pasją. Tekst tak mocno siedział mu w głowie, że gdy podczas szkockiej trasy pomagali pisać piosenkę Johnny'emu Gentle, John rzucił ironicznie: „Najlepsze rzeczy w życiu są za darmo”.
  Niesamowicie się to czyta, wiedząc, że ci sami chłopcy, którzy w 1960 roku uciekali z fabryk dla muzyki i zachwycali się amerykańskimi singlami, dzisiaj – jako ponad osiemdziesięcioletni faceci – wciąż potrafią stanąć ramię ramię i nagrać razem piękny utwór. Dla takich historii warto być fanem! Poznajcie smaczki z początków kariery Ringo, którego wspomnieniami ubarwiam post. 
 

W tym samym czasie człowiek, który dostarczył rock and rolla masom, wyszedł z wojska po zakończeniu służby. Ten wypychający miednicę, kręcący biodrami i wykrzywiający usta młody koleszka, który terroryzował seksualnie Amerykę, stał się teraz dumnym wzorem patrioty – tolerowanym, a w większości przypadków nawet znośnym. Elvis Presley wyglądał na smuklejszego i sprawniejszego niż wcześniej, w zasadzie wyglądał po prostu świetnie, ale nie był już tym samym Elvisem, którego powołano do armii w '58 roku. Trzy tygodnie po powrocie do statusu cywilnej supergwiazdy był już w Miami, ubrany w smoking i muszkę, występując w telewizyjnym programie specjalnym z Frankiem Sinatrą – tym samym Sinatrą, który wcześniej nie potrafił powiedzieć o nim dobrego słowa. Wszystko było już w porządku, ponieważ rock został oswojony… prawda?  
3 marca, w drodze powrotnej z Niemiec do Ameryki, samolot sierżanta Presleya wylądował na tankowanie w Szkocji, na lotnisku Prestwick tuż obok Glasgow. Elvis po raz pierwszy – i na krótko – stanął na brytyjskiej ziemi, ale wydawało się pewne, że wróci. W czerwcu magazyn NME podał, że artysta po raz pierwszy poważnie rozważa terminy koncertów w Wielkiej Brytanii… a potem, jak zwykle, wszystko ucichło. Jeśli chodzi o muzykę Elvisa, zmieniała się ona tak bardzo, że kiedy jego nowy singiel A Mess Of Blues został puszczony w programie Juke Box Jury, jury nie zorientowało się, że to on.

W Liverpoolu zagorzali fani, dla których Elvis był większy niż Bóg, trochę się z tym zmagali: A Mess Of Blues było w porządku, ale to nie było Heartbreak Hotel czy Baby Let’s Play House – choć mieli nadzieję, że jego następny numer na pewno będzie świetny. Z Ameryki i tak napływały inne, wspaniałe płyty. Na poziomie wielkich korporacji rock uznano za „zaginiony w akcji”, ale prężne, żywotne i niekonwencjonalne niezależne wytwórnie w całych Stanach Zjednoczonych – będące brawurową mieszanką dwóch klas imigrantów: czarnoskórych i Żydów – nadal wypuszczały świetną nową muzykę: R&R, R&B i nie tylko. Najlepsze taśmy-matki były przejmowane dla Wielkiej Brytanii przez należącą do Decci wytwórnię London… i chłonięte w Liverpoolu, gdzie grupy młodych chłopaków stały w działach odsłuchowych w sklepie NEMS i innych miejscach, absorbując każdą nutę, zanim sami ruszyli grać je w klubach i salach tanecznych.
  Wygląda na to, że wszyscy byli totalnie oszołomieni utworem Money (That’s What I Want) w wykonaniu Barretta Stronga. Recenzja w magazynie Disc zrozumiała ten fenomen tylko połowicznie: „Żeński zespół wokalny i dżunglowa sekcja rytmiczna robią mnóstwo hałasu i przez połowę czasu wydaje się, że Barrett walczy, by się przez nich przebić” – ale reszta to była czysta ekscytacja, bit, riffy, nieodparty, oszczędny aranż, pełen pasji wokal i tekst, który obwieszczał, że piosenkarz nie chce seksu, chce tylko pieniędzy. Wytwórnia London ujawniła, że źródłem nagrania była firma „Anna, Detroit” i dopiero później zorientowano się, co to naprawdę oznaczało: Anna została nazwana na cześć siostry Berry'ego Gordy'ego Jr., która była też jej współwłaścicielką. On z kolei napisał Money wspólnie z Janie Bradford, recepcjonistką w prowadzonej przez siebie firmie płytowej; własnymi wytwórniami Gordy'ego były Tamla i Motown. Oto więc pojawiła się pierwsza iskra z nowej muzycznej autostrady – moment, w którym czarne, miejskie brzmienie z Detroit przeskoczyło przez Atlantyk: pulsująca linia produkcyjna rytmu i melodii z Motor City. Money była drugą płytą Tamla (lub z nią powiązaną) wydaną w Wielkiej Brytanii i choć nie stała się hitem, została usłyszana – i w tej coraz bardziej rozluźniającej się „małej, ciasnej wyspie” nic już nigdy nie było takie samo.

Money stało się piosenką Johna – taką, którą zawsze śpiewał. Poraniony chłopak, który pragnął pieniędzy i seksu, wstrzykiwał pasję w każdy występ. To prawie na pewno tekst Money, wydanego w kwietniu, skłonił go do rzucenia linijki „Najlepsze rzeczy w życiu są za darmo”, gdy Johnny Gentle szukał pomocy przy swojej piosence w Inverness. Wszyscy Beatlesi, ale w szczególności George, byli fanami Duane'a Eddy'ego, a jego niesamowicie „twangowy” utwór Shazam! głęboko zapadł im w pamięć, podobnie jak Road Runner Bo Diddleya („I’m a rooooooad-runner honey!”). Podobało im się też Only The Lonely – bogaty, dramatyczny utwór Roya Orbisona, którego nazwisko było dla nich nowe, choć w Stanach działał już od kilku lat. Cut Across Shorty, opowiadająca historię strona B ostatniego singla Eddiego Cochrana Three Steps To Heaven, była kolejnym wielkim hitem, a Paul był szczególnie urzeczony wersją Besame Mucho w wykonaniu zespołu The Coasters, wydaną w Wielkiej Brytanii pod koniec kwietnia.


Besame Mucho, hiszpańska melodia z lat 40., była dziwnym wyborem, ale miała świetny groove, posiadała całą charakterystyczną dla The Coasters teatralność i dramaturgię, a także ryczący saksofon Kinga Curtisa. Ponad wszystko była to po prostu atrakcyjna melodia. Podobnie jak What’d I Say Raya Charlesa, utwór ten rozciągał się na dwie strony płyty, a Paul był kupiony w ułamku sekundy, gdy tonacja zmieniła się z molowej na durową. W numerze Disc, który ukazał się, gdy Beatlesi jechali do Szkocji (i który mogli wtedy czytać), Jack Good (wciąż jedyny dziennikarz, który cokolwiek rozumiał) chwalił brzmienie niektórych współczesnych amerykańskich płyt, wyróżniając właśnie Money, Road Runner i Besame Mucho. Trzeźwo zauważył, że „jedynym ograniczeniem tego stylu jest to, że bardzo niewielu białych piosenkarzy potrafi się nim posługiwać”. John Lennon i Paul McCartney należeli do tych nielicznych – stali na czele tego samego zespołu, nos w nos, prąc razem do przodu, niedobrana para, nawzajem nakręcająca się do działania.

Inną płytą, którą zachwycał się Good, był nowoczesny, humorystyczny numer Alley Oop zespołu Hollywood Argyles: „Co za kupa śmiechu. Jest tu hipsterski tekst o człowieku prehistorycznym. I świetny beat”. Piosenka była gwarantowanym hitem koncertowym: częściowo mówiona, częściowo śpiewana i pozwalająca na dużą interakcję z publicznością. Idealnie nadawała się dla kogoś, kto potrafił śpiewać, ale nie miał oszałamiającej skali głosu – dla kogoś, kto nigdy wcześniej nie śpiewał na scenie i musiał oswoić się z mikrofonem przed twarzą. I tak właśnie stało się w przypadku Ringo Starra w ośrodku Butlin’s – sześć nocy w tygodniu w sali Rock and Calypso Ballroom latem 1960 roku. Postanowił pojechać i pojechał.
Iris Caldwell mówi, że jej brat pomógł Ringo podjąć tę decydującą decyzję. Zaledwie kilka dni przed wyjazdem do Walii zespół The Hurricanes potrzebował Ringo nawet bardziej niż on ich, więc Rory wspaniałomyślnie kupił mu jeden lub dwa nowe elementy do perkusji i barwnie opowiadał o tym, jak świetnie będą się bawić w Butlin’s. Co więcej, udał się na Admiral Grove i błagał Elsie i Harry'ego (rodziców Ringo), aby pozwolili Richy'emu jechać. Iris wspomina, że przynajmniej przez krótki czas po tym fakcie „mówili, że Rory zrujnował mu życie”.
Ostateczna decyzja należała jednak wyłącznie do Richy'ego i po wahaniach trwających od lutego, klamka zapadła. W fabryce Hunta zarabiał 6 funtów tygodniowo i około 8 funtów dorabiał grając w Liverpoolu z Hurricanes, ale w Butlin’s miał zgarniać 16 funtów za dwadzieścia pięć godzin pracy tygodniowo. Praca? Przecież to było tylko mnóstwo bębnienia połączone z przygodą życia. W 1958 roku powiedział: „To jest robota dla mnie”, a teraz, dwa lata później, nadarzyła się wielka szansa – prosto i w górę, aż do London Palladium. Był ostatnią osobą, która martwiła się o swoją przyszłość: pomimo przebytych chorób czuł, że ma szczęście i że wszystko zawsze układa się po jego myśli. Przekazał Elsie i Harry'emu wiadomość, której tak bardzo się obawiali. „Powiedziałem, że chcę wykorzystać tę szansę – a oni w końcu odpuścili: 'Dobrze, to twoje życie, jeśli chcesz je sobie zmarnować. My zrobiliśmy, co w naszej mocy'”. Jak powiedzą dociekliwym dziennikarzom nieco ponad trzy lata później: „Wiedzieliśmy, że to jedyna rzecz, która uczyni go szczęśliwym”.
RINGO: Gdy nadarzyła się okazja wyjazdu z Hurricanes do Butlin's na cały sezon, musiałem podjąć decyzję. Pracowałem jako uczeń inżyniera w fabryce Henry Hunt and Son. Poszedłem do szefa i powiedziałem, że odchodzę, by grać na bębnach. Moja rodzina była przerażona, mówili: 'Przecież bębnienie to żadna praca, z tego nie wyżyjesz!'. Ale ja po prostu wiedziałem, co muszę zrobić.
   Richy porzucił praktyki zawodowe, gdy do ich ukończenia został mu zaledwie rok. Ludzie u Hunta mówili mu, że jest głupi. Zaczynał pracę w fabryce jako chorowity dzieciak mający niecałe 16 lat; odchodził jako twardy, pewny swego facet w wieku prawie 20 lat. W piątek 27 maja oddał Royowi Traffordowi swoją przykładnicę, zdał legitymację związkową i podbił kartę pracowniczą po raz ostatni. I podczas gdy Beatlesi byli na północy w Nairn, grając z Johnnym Gentle, Richy siedział w knajpie ze swoimi byłymi kolegami z pracy, obalając pożegnalne piwa. 

 A co z Gerry McGovern? Znosiła muzyczne hobby swojego narzeczonego przez cały czas, gdy byli razem, aż w końcu postawiła sprawę jasno: ja albo perkusja? Richy postawił kawę na ławę: jeśli chce, może na niego czekać, ale on jedzie do Butlin’s i nie będzie go przez trzy miesiące.
  W jego ostatnim tygodniu w Liverpoolu (aż do września) było jeszcze kilka rzeczy do załatwienia. Po zrezygnowaniu z legitymacji związku zawodowego inżynierów, Richy poszedł prosto do Związku Muzyków. Rory Storm and the Hurricanes musieli być członkami związku, aby grać w Butlin’s – tygodniowa składka wynosiła jednego szylinga, czy im się to podobało, czy nie. Kupili też pasujące do siebie szare garnitury oraz buty do rock 'n' rolla, a w środę zagrali na drugiej w historii klubu The Cavern cotygodniowej „Nocy Rocka”. „Najlepsze zespoły popowe za najniższą cenę” – brzmiało hasło Raya McFalla, które miało promować coś zupełnie nowego pod ceglanymi łukami klubu. Nowy właściciel The Cavern czuł wiatr zmian: nie dość, że w Liverpoolu rósł w siłę żywy rock, to jeszcze zaostrzała się rywalizacja na scenie jazzowej. Oprócz klubu Mardi Gras, w centrum miasta otworzyły się w kwietniu dwa inne nowe lokale: The Iron Door i The Downbeat. The Cavern wciąż rządził, ale liczba fanów jazzu w mieście nie była nieskończona. Rock stał się więc dla klubu sposobem na urozmaicenie oferty – zresztą i tak grano go tylko raz w tygodniu.
 
RINGO: Rory był niesamowitym frontmanem, prawdziwym showmanem. Potrafił zrobić na scenie absolutnie wszystko, żeby porwać tłum. Do tego był świetnym sportowcem, biegał, skakał. Miał w sobie ten naturalny magnetyzm gwiazdy, którego nie dało się podrobić. (Więcej o Rorym,przzeczytaj tutaj
 

Sobota, 4 czerwca, była tym wielkim dniem. Rory'emu i Johnny'emu udało się załatwić furgonetkę i zaparkowali pod pubem Empress, żeby zgarnąć Ringo. Kiedy chłopak załadował już swój sprzęt, Elsie i Harry stanęli na końcu ulicy Admiral Grove i pomachali swojemu Richy'emu na pożegnanie. Przed szóstą wieczorem zespół The Hurricanes dotarł przez północną Walię do obozu Butlin’s w Pwllheli i zaczął się rozpakowywać. Dziennik Johnny'ego podaje, że na początku nie mieszkali w samym obozie, ale na kwaterze poza nim, w odległości krótkiej jazdy autobusem. Johnny dzielił pokój z Wallym, Chas z Ringo, a Rory miał pokój tylko dla siebie… z tym że nie do końca nazywali się już tak jak wcześniej: ponieważ Rory, Johnny i Ringo używali kowbojskich pseudonimów, Chas i Wally również zmienili swoje – na Ty Brian i Lu Walters.
RINGO: Byliśmy wtedy najgorętszym zespołem w Liverpoolu. Naprawdę rządziliśmy miastem. Graliśmy rock and rolla, mieliśmy swój własny styl, a ludzie nas uwielbiali. 
   Sobota w Butlin’s była dniem wymiany wczasowiczów i zespół na żywo nie grał, ale w niedzielny wieczór o dwudziestej zameldowali się już w sali Rock and Calypso. Oficjalny fotograf obozu ustawił ich do zdjęcia – pięciu eleganckich chłopaków z wielkimi fryzurami (quiffami), szerokimi uśmiechami, w szarych garniturach, z pasującymi poszetkami w kieszonkach i w czarno-białych butach „winkle-pickers” (szpiczastych butach rockandrollowych). Cały czas przyglądali im się młodzi mężczyźni i kobiety, dla których zaraz mieli zagrać. Tańczyli jive'a i swingowali do 23:15, a potem – zanim wszyscy rozeszli się do domków (choć niekoniecznie do swoich własnych) – dołączyli do kadry obozowej (Redcoats) i wczasowiczów, by wspólnie odśpiewać (na melodię utworu Goodnight Sweetheart Raya Noble'a) wieczorny hymn obozu Butlin’s: Dobranoc Wczasowicze, widzę, że ziewacie / Dobranoc Wczasowicze, rano się spotkacie /Głowa do góry, bo wnet śmierć was zjedzie/ Słyszałem bowiem w życiowej spowiedzi/ Że ludzie umierają, gdy leżą w łóżku/ Więc powiemy Dobranoc Wczasowicze/ Nie śpijcie w szelkach na nocnej warcie /Dobranoc Wczasowicze, zęby w płynie Jeyes'a zanurzcie/ Utopcie smutki, a jutro puste butelki przynieście/ Dobranoc Wczasowicze, Dobranoc.
 

RINGO: Wszyscy mieliśmy te same różowe czy szare garnitury, wielkie fryzury i kowbojskie imiona. To był niesamowity, szalony czas. Byliśmy młodzi, graliśmy muzykę, którą kochaliśmy, a dziewczyny szalały. Nic innego się nie liczyło... Butlin’s to była dla nas szkoła życia i prawdziwy przełom. Graliśmy tam przez kilkanaście tygodni, dzień w dzień, po kilka godzin. To właśnie tam, dzięki tej morderczej liczbie koncertów, stałem się naprawdę profesjonalnym perkusistą. Wyjechaliśmy z Liverpoolu jako amatorzy, a wróciliśmy jako zawodowcy... Te piosenki są dla mnie jak wspomnienia. 'Rory and the Hurricanes' to kolejny rozdział mojego życia w Liverpoolu.
 
 To miało być długie, wystrzałowe i arcybrytyjskie lato. Tego samego dnia, 4 czerwca, gdy The Hurricanes zmierzali do Walii, tymczasowa grupa rockmanów z klubu 2i’s, nazywająca siebie The Jets, zmierzała do Hamburga. W ostatnich dniach maja krępy Niemiec ze stopą końsko-szpotawą (szpotawą ugodą) udał się do Anglii w poszukiwaniu zespołu, który przyciągnąłby klientów do jego baru. Był to Bruno Koschmider z klubu Kaiserkeller. Choć nie da się tego stwierdzić z całą pewnością, najprawdopodobniej przybył z zamiarem odnalezienia Allana Williamsa – drobnego przedsiębiorcy, który odwiedził jego bar wcześniej tego samego roku, dużo gadał, ale puścił mu kompletnie zepsutą taśmę demonstracyjną. Wygląda na to, że Koschmider nie wiedział, iż Williams pochodzi z Liverpoolu, albo o tym zapomniał, bądź też postanowił najpierw udać się do Londynu. Cokolwiek to było, dokuśtykał do baru kawowego 2i’s Coffee Bar przy 59 Old Compton Street – jedynego pewnego miejsca, w którym można było znaleźć rock 'n' rolla, i gdzie dźwięk gitar elektrycznych przecinał przesiąknięte aromatem powietrze Soho, wystrzeliwując prosto z piwnicy...  
 
 RINGO: Grałem z Rory Storm and the Hurricanes przez jakieś półtora roku, może dwa. W tamtym czasie to my byliśmy gwiazdą wieczoru. Występowało wiele zespołów, czasem także Beatlesi. Skończyło się na tym, że byli jedyną grupą, którą naprawdę oglądałem, bo już wtedy byli bardzo dobrzy... Jedyne nagrania, na których naprawdę zagrałem z Hurricanes, powstały w Niemczech w 1960 roku. Nagraliśmy wtedy dwa utwory na acetacie.
 
 
  Historia przyszłych The Beatles nabiera tempa. Znajdziecie to wszystko na blogu w różnych postach, ale do fascynującej książki Marca Lewisohna będę jeszcze wracał.


Historia The Beatles
History of  THE BEATLES

 




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz