GEORGE HARRISON wspomina: I , ME, MINE (3) Piosenki.

 

 

 

John Lennon po lekturze książki, autobiografii "I Me Mine" rozżalony powiedział (w wywiadzie z 1980 z Davidek Sheffem): George wydał książkę prywatnie i poczułem się tym zraniony, więc ta wiadomość dotrze do niego. Przez rażące pominięcie w książce, mój wpływ na jego życie jest absolutnie zerowy i żaden. Nie wspomniano o nim. W swojej książce, która rzekomo jest tą jasnością wizji każdej piosenki, którą napisał, i jej wpływów, on pamięta każdego drugorzędnego saksofonistę czy gitarzystę, którego spotkał w kolejnych latach. Mnie nie ma w tej książce.



Słowa Johna są gorzkie, ale trudno odmówić mu racji w jednym punkcie: w swojej autobiografii „I, Me, Mine” George zaskakująco mało miejsca poświęcił samym The Beatles. To uderzające, bo przecież to właśnie dzięki „Wielkiej Czwórce” zaistniał w świadomości świata i stał się tym, kim się stał. Choć George wolał patrzeć przed siebie niż za siebie, ta oszczędność w opisywaniu najważniejszego zespołu w historii muzyki do dziś budzi u fanów pewien niedosyt.  W książce znajdziemy jednak coś bezcennego – osobiste omówienia niemal wszystkich jego kompozycji. George z właściwym sobie dystansem analizuje proces twórczy i inspiracje, jakie stały za jego utworami, także tymi z okresu The Beatles. Dziś chciałbym przybliżyć Wam kilka z nich, pochodzących ze schyłkowego okresu istnienia zespołu, kiedy jego talent kompozytorski eksplodował z pełną mocą. Jednocześnie obiecuję, że do wspomnień „Cichego Beatlesa” – zarówno tych dotyczących wcześniejszych piosenek nagranych z Fab Four, jak i jego bogatej kariery solowej – będę regularnie na tym blogu wracał.

 

 



W czasie pisania "While My Guitar Gently Weeps" miałem egzemplarz „I Ching — (chińskiej) Księgi Przemian”, która wydawała mi się opierać na wschodniej koncepcji, że wszystko jest relatywne względem wszystkiego innego, w przeciwieństwie do zachodniego poglądu, że rzeczy są jedynie przypadkowe. Ta idea była w mojej głowie, kiedy odwiedziłem dom moich rodziców na północy Anglii. Zdecydowałem się napisać piosenkę opartą na pierwszej rzeczy, którą zobaczę po otwarciu jakiejkolwiek książki — ponieważ byłoby to relatywne do tamtego momentu, w tamtym czasie. Podniosłem przypadkową książkę — otworzyłem ją — zobaczyłem „Gently weeps” (łagodnie płacze) — wtedy odłożyłem książkę i zacząłem piosenkę. Niektóre słowa piosenki zostały zmienione, zanim ostatecznie ją nagrałem — co można zobaczyć tutaj:

I look at the trouble
at hate that is raging
While my guitar gently weeps
While I'm sitting here
Doing nothing but ageing




"Piggies" to komentarz społeczny. Utknąłem przy jednej 4-wierszowej linijce w środku, dopóki moja matka nie wymyśliła tekstu: "What they need is a damn good whacking!" ("To, czego im trzeba, to porządne lanie!") (porządne dławienie), co jest miłym, prostym sposobem na powiedzenie, że potrzebują cięgów. Musiało to rymować się z "backing", "lacking" i nie miało absolutnie nic wspólnego z amerykańskimi policjantami ani kalifornijskimi "shagnasties"! Z faksymile możecie zobaczyć, że napisana została dodatkowa zwrotka, ale nie została użyta:

Everywhere there's lots of piggies
Playing piggie pranks
You can see them on their trotters
Alt the piggy banks
Paying piggy thanks
To thee pig brother

 





"Savoy Truffle" to zabawny utwór napisany podczas spędzania czasu z Erikiem Claptonem w latach sześćdziesiątych. W tamtym czasie miał on dużo ubytków w zębach i wymagał leczenia stomatologicznego. Zawsze bolały go zęby, ale jadł dużo czekoladek — nie mógł się im oprzeć i gdy tylko widział pudełko, musiał zjeść je wszystkie. Był u mnie w domu, a ja miałem na stole pudełko czekoladek „Good News” i napisałem piosenkę z nazw znajdujących się wewnątrz wieczka:

Creme Tangerine, Montelimar
A Ginger Sling with a Pineapple Heart
A Coffee Dessert
Yes you know it’s Good News
But yow ll have to have them all pulled out
After the Savoy Truffle!

Utknąłem na chwilę przy dwóch łącznikach  i Derek Taylor napisał część słów w środku . . . wiesz, że tym, co jesz, jesteś...


 


„Ty” w "Long Long Long" to Bóg. Nie pamiętam o niej zbyt wiele poza akordami, które, jak sądzę, pochodziły z „Sad Eyed Lady of the Lowlands” — D do E-moll, A i D — te trzy akordy i sposób, w jaki się poruszały. Na głośniku Leslie podczas nagrania stała butelka wina „Blue Nun” i kiedy nasz Paul uderzył jakąś nutę na organach, Leslie zaczął wibrować, a butelka grzechotać. Można to usłyszeć na płycie — na samym końcu.





 
 
"Old Brown Shoe" zacząłem od sekwencji akordów na pianinie (na którym tak naprawdę nie gram), a potem zacząłem pisać pomysły na słowa z różnych przeciwieństw: I want a love that’s right (Chcę miłości, która jest właściwa) But right is only half of what’s wrong (Lecz racja to tylko połowa tego, co błędne) Znowu chodzi o dualizm rzeczy — tak-nie, góra-dół, lewo-prawo, dobrze-źle, itd.
 
 
 
 





"Not Guilty" zostało napisane w 1968 roku, chociaż pojawiło się po raz pierwszy na albumie George Harrison z 1979 roku. Napisałem to przed Białym Albumem Beatlesów i wydaje się, że dotyczy tamtego okresu: Paul-John-Apple-Rishikesh-indyjscy przyjaciele, itd.

 

 
 
"Here Comes The Sun" zostało napisane w czasie, gdy Apple zaczynało przypominać szkołę, gdzie musieliśmy chodzić i być biznesmenami, to całe podpisywanie rachunków, i „podpisz to”, i „podpisz tamto”. W każdym razie, wydaje się, jakby zima w Anglii trwała wiecznie; do czasu, gdy nadchodzi wiosna, naprawdę na nią zasługujesz. Więc pewnego dnia zdecydowałem – „urywam się” z Apple i pojechałem do domu Erica (Claptona): spacerowałem po jego ogrodzie. Ulga z powodu braku konieczności oglądania tych wszystkich durnych księgowych była wspaniała, a ja chodziłem po ogrodzie z jedną z gitar akustycznych Erica i napisałem Here Comes The Sun.

 


"Something" zostało napisane na pianinie, podczas gdy robiliśmy Biały Album. Miałem przerwę, kiedy Paul robił jakieś dogrywki, więc wszedłem do pustego studia i zacząłem pisać. To właściwie wszystko, poza tym, że opracowanie środkowej części zajęło trochę czasu! Nie trafiło na Biały Album, ponieważ skończyliśmy już wszystkie utwory. Dałem to Joe Cockerowi rok przed tym, jak sam to nagrałem. Ma prawdopodobnie zakres pięciu nut, co najlepiej odpowiada potrzebom większości piosenkarzy. To, jak przypuszczam, moja piosenka, która odniosła największy sukces, z ponad stu pięćdziesięcioma wersjami coverów. Moja ulubiona wersja to ta wykonana przez Jamesa Browna — była doskonała. Kiedy ją pisałem, w myślach słyszałem śpiewającego ją Raya Charlesa, i faktycznie nagrał ją kilka lat później. Lubię też wersję Smokeya Robinsona.

 

 

 _____________________

 

Te kilka historii pokazuje, jak bardzo George Harrison potrafił czerpać z codzienności – od przypadkowego zdania w książce, przez ogród przyjaciela, aż po wibracje butelki wina w studiu. Choć John Lennon czuł żal z powodu pominięcia jego osoby w książce, to właśnie te techniczne i osobiste detale sprawiają, że „I, Me, Mine” jest tak wyjątkowym zapisem procesu twórczego „Cichego Beatlesa”. To oczywiście tylko wierzchołek góry lodowej. George zostawił po sobie znacznie więcej wspomnień o muzyce, która zmieniła świat, i obiecuję Wam, że już niedługo wrócimy na blogu do kolejnych fragmentów jego opowieści – zarówno z czasów Fab Four, jak i tych z jego solowej drogi.

 

 

 

 

                                                                         _______________




Historia The Beatles
History of  THE BEATLES

 



 

 

 

 

 

Surrealizm w kieszeni: Jak zielone jabłko Magritte’a opętało Beatlesów i Jobsa



Tekst powstał w wyniku inspiracji rozmową z moim przyjacielem,m fanem telefonów marki Apple, zaciekawionym faktem, że na płytach Beatlesów pojawia się też ta nazwa. Stąd trochę researchu w sieci (fragmentów opublikowanych tekstów w sieci - charakter tekstu ukierunkowany jest na zwykłego czytelnika bloga, nie zagorzałego fana zespołu - więc te fragmenty tekstu o zespole proszę traktować wyrozumiale) no i pewne nawiązanie do tematu nastąpiło już tutaj wcześniej.   W poprzednim wpisie odwiedziliśmy Paula McCartneya w jego domu przy Cavendish Avenue, gdzie wspominałem o pewnym szczególnym obrazie René Magritte’a, który tam trafił. To zielone jabłko z napisem Au Revoir nie było jednak tylko kolejnym nabytkiem do kolekcji słynnego Beatle'a. To była iskra, która wywołała prawdziwą lawinę w świecie wielkiego biznesu. Dziś chcę Wam opowiedzieć o tym, jak ten surrealistyczny owoc – namalowany przez starszego pana w garniturze i kapciach – stał się zarzewiem trzydziestoletniej wojny między dwoma gigantami: Apple Corps Beatlesów i Apple Computer Steve’a Jobsa.
To fascynująca sztafeta inspiracji: od płótna malarskiego, przez okładki płyt winylowych, aż po iPhone’y, które niemal każdy z nas nosi dziś w kieszeni. Historia ta ma w sobie coś z ducha samego Magritte'a – jest pełna paradoksów, prawniczych batalii o 'zakazany owoc' i ironicznych zbiegów okoliczności. Bo czy to nie czysty surrealizm, że najpotężniejsza marka świata wyrosła z owocu, którego łacińska nazwa malus oznacza jednocześnie jabłko... i zło? Zapraszam Was na historię o tym, jak Magritte, Paul i Steve Jobs wspólnie (choć nie zawsze w zgodzie) wymyślili świat, w którym dziś żyjemy. Podzieliłem tekst na blogu po raz pierwszy na rozdziały, by niektórzy czytelnicy mogli omijać te ich zdaniem mniej ważne. 

Surrealistyczne korzenie 

Paul McCartney po raz pierwszy zobaczył to jabłko na swoim stole w jadalni latem 1967 roku. Duże, intensywnie zielone, z napisem „Au Revoir” – McCartney natychmiast uznał ten wizerunek owocu, namalowany rok wcześniej przez belgijskiego grafika René Magritte’a, za ikoniczny. Jak wspominał McCartney: „To wielkie zielone jabłko, które mam do dziś, stało się inspiracją dla logo” Apple Corps, multimedialnej firmy Beatlesów, którą zespół założył w 1968 roku. McCartney i jego trzej koledzy z zespołu – John, George i Ringo – wykorzystali motyw jabłka Magritte’a, powracający temat w twórczości tego artysty, jako punkt wyjścia dla logo swojej nowej firmy. Naśladując styl Magritte’a, polegający na przedstawianiu znanych przedmiotów w dziwny i nieoczekiwany sposób, zaczęli drukować swoje małe, zielone jabłko odmiany Granny Smith na płytach winylowych, CD i innych produktach.

Co niezwykłe, marketingowy potencjał wizerunku jabłka Magritte’a na tym się nie skończył. Steve Jobs dorastał, słuchając The Beatles. Kiedy ten przedsiębiorca technologiczny chciał założyć własną firmę wraz z inżynierem Stevem Wozniakiem, nazwał ją „Apple” w hołdzie dla zespołu. Duet ten powołał do życia Apple Computer w 1976 roku, z logo przedstawiającym małe, tęczowe jabłko z odgryzionym kawałkiem. Jednak Beatlesi nie chcieli dzielić się marką Apple i trzykrotnie pozwali Apple Computer o naruszenie znaków towarowych. W ciągu następnych trzech dekad obie firmy walczyły o prawo do używania swojej wersji nazwy i logo „Apple”. Ten zapożyczony wizerunek jabłka, który połączył projektanta graficznego, zespół popowy i firmę komputerową, znalazł się w samym centrum bitwy o własność intelektualną, definiującej innowacje w świecie komputerów i muzyki na przełomie XX i XXI wieku.

  René Magritte nie prowadził typowego życia artystycznej bohemy. Urodzony w Lessines w Belgii w 1898 roku, mieszkał wraz ze swoją dziecięcą miłością, a później żoną, Georgette Berger, na przedmieściach Brukseli. Magritte spędził wczesny etap swojej kariery, projektując tapety i tworząc plakaty dla brukselskiego domu mody Norine. W połowie lat 20. zaczął przyjmować bardziej figuratywny styl malarstwa, a w 1927 roku René i Georgette przeprowadzili się do Paryża, aby zgłębić rozkwitający ruch surrealistyczny. We Francji para zetknęła się z artystami eksperymentującymi z nowymi stylami twórczymi, które koncentrowały się na wyobraźni sennej i podświadomości, aby rzucić wyzwanie wartościom burżuazyjnym, jednak uznali oni, że ciche przedmieścia bardziej im odpowiadają. Powrócili do Brukseli, a Magritte wznowił pracę w reklamie. W wolnym czasie malował w swojej jadalni. Pragnąc rutyny, malował codziennie o tej samej porze, ubrany w garnitur, krawat i kapcie. Sztuka surrealistyczna, którą tworzył Magritte, zdawała się przeczyć jego konwencjonalnemu stylowi życia. 

Przepaść między sztuką Magritte’a a jego wyglądem zaskakiwała ludzi, a niektórzy nazywali go nawet oszustem i naciągaczem. Podczas gdy jego charakterystyczny melonik i ciemny garnitur klasyfikowały go jako szanowanego przedstawiciela klasy średniej, jego prace – czerpiące inspirację z licznych źródeł, w tym z wcześniejszych ruchów artystycznych, takich jak impresjonizm, kubizm i futuryzm, a także z filmu, fotografii, postaci Georgette i tego, co sam opisywał jako „banał” życia codziennego – mimo wszystko potwierdziły jego miejsce wśród belgijskiej awangardy. Magritte nie tylko czerpał inspirację z wszystkiego, co go otaczało; sam również inspirował innych. Badając relację między tym, co ludzie postrzegają, a tym, co jest rzeczywiste, twórczość Magritte’a wpłynęła na dadaizm – nurt artystyczny krytykujący I wojnę światową poprzez powtarzanie satyrycznych i nonsensownych obrazów – a także na jego następcę, surrealizm. Kwestionowanie przez Magritte’a zdolności sztuki do reprezentowania rzeczywistości zainspirowało również artystów pop-artu z połowy wieku z Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych, którzy, podobnie jak surrealiści i dadaiści, chcieli rzucić wyzwanie tradycyjnemu podejściu do sztuki, które ich zdaniem w niewielkim stopniu odzwierciedlało ich codzienne życie.

Zamiast tego artyści pop-artu czerpali inspirację z przedmiotów codziennego użytku i źródeł kultury „niskiej”, włączając je do swoich prac i poddając krytyce, w tym filmy hollywoodzkie, reklamy i komiksy. Wykorzystywali również komercyjne metody reklamowe, takie jak sitodruk, aby podważyć przekonanie, że sztuka jest tworzona na zamówienie i oryginalna. Wykazując bezpośrednie powiązanie między ich własnym przetwarzaniem powszechnych obrazów a stylem Magritte’a, artyści pop-artu, tacy jak Jasper Johns i Robert Rauschenberg, ogłosili belgijskiego malarza „ojcem” kultury popularnej. XIX-wieczny pisarz Isidore Lucien Ducasse uważał takie zapożyczanie pomysłów za naturalną część procesu artystycznego, pisząc, że „plagiat jest konieczny. Postęp go zakłada”. Uczony George Basalla zgodził się, że „ciągłość dominuje w całym świecie stworzonym przez człowieka”. Choć artyści powszechnie czerpią inspirację z prac innych, Magritte nie lubił tego skojarzenia, postrzegając pop-art jako „zwykłą dekorację wystaw sklepowych, sztukę reklamową”, której brakuje oryginalności lub wyobraźni: „pop-art to nic innego jak [lukrowana] wersja... starego, dobrego dadaizmu”. Pomimo zastrzeżeń Magritte’a, ruch pop-artu i tak uznał go za swojego. 
Choć Magritte odrzucał przywłaszczanie swoich idei przez pop-art, rozwój tego nowego nurtu, który również nobilitował codzienność, pomógł mu zyskać większy rozgłos. Choć Magritte namalował wiele ze swoich najbardziej ikonicznych dzieł w okolicach pobytu w Paryżu pod koniec lat 20. i w latach 30. XX wieku, międzynarodowe uznanie krytyków zaczął zdobywać dopiero wraz ze wzrostem popularności pop-artu w latach 50. i 60. W 1965 roku Magritte po raz pierwszy udał się do USA, aby wziąć udział w otwarciu wielkiej retrospektywy swoich prac w nowojorskim Museum of Modern Art (MoMA). Przychylne recenzje podkreślały znaczenie Magritte’a dla pop-artu. Magritte stał się również modny w szerszych kręgach kultury popularnej. Paul McCartney, co zapoczątkowało jego trwającą całe życie obsesję na punkcie belgijskiego artysty, kupił swój pierwszy obraz Magritte’a w Paryżu rok po retrospektywie w MoMA od wpływowego marszanda, Alexandra Iolasa. Ku wielkiej radości McCartneya, latem 1967 roku (w tym samym roku, w którym zmarł Magritte), przyjaciel Paula i właściciel londyńskiej galerii, Robert Fraser, przyniósł mu obraz Magritte’a („Au Revoir”, 1966), który, podobnie jak wiele innych jego dzieł, zawierał niezwykłe przedstawienie jabłka. Podobne zielone jabłko, które zasłaniało twarz Magritte’a na jego autoportrecie „Syn Człowieczy” (1946), miało nabazgrany napis „Do widzenia” („Au Revoir”), co być może było antycypacją jego śmierci rok później. Jednak w rękach globalnej gwiazdy popu jabłko Magritte’a, które tak naprawdę nie było jabłkiem (podobnie jak na jego słynnym obrazie z nieistniejącą fajką „Zdradliwość obrazów”, 1929), nabrało nowego znaczenia i cennej wartości jako znak towarowy.

W tym samym roku, w którym McCartney wszedł w posiadanie obrazu Magritte’a „Au Revoir”, Beatlesi zaczęli zmierzać w nowych kierunkach artystycznych i biznesowych. Wdzierając się na brytyjską scenę muzyczną na początku lat 60. hitami takimi jak „Love Me Do” (1962) i „She Loves You” (1963), czterej liverpoolczycy stali się niewiarygodnie bogaci w bardzo krótkim czasie. W 1967 roku księgowi doradzili im zainwestowanie rosnącego kapitału w przedsiębiorstwo, aby płacić niższe podatki, i w kwietniu tego roku koledzy z zespołu sformowali spółkę, której byli wspólnymi właścicielami, pod nazwą Beatles and Co. Ltd. Wraz z założeniem Beatles and Co. Ltd. zespół wszedł w prawną spółkę partnerską, w której zgodzili się dzielić dochodami z wszelkich prac grupowych, koncertowych czy solowych w ramach umowy, która prawnie wiązała ich ze sobą na dekadę. W następnym miesiącu wydali „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band” – eksperymentalny album o śmiałej estetyce i piosenkach, które stanowiły ścieżkę dźwiękową do „lata miłości”, a którego produkcja, kosztująca dwadzieścia pięć tysięcy funtów, była droższa niż jakiegokolwiek wcześniejszego albumu. Mały wizerunek zielonego jabłka wydrukowany na okładce płyty stanowił również zapowiedź nowych przedsięwzięć biznesowych zespołu. W listopadzie Beatlesi przystali na pomysł McCartneya, by zmienić nazwę Beatles Ltd. na Apple Music Ltd. w hołdzie dla Magritte’a. Dyrektorami firmy zostali: menedżer zespołu Brian Epstein, który prowadził również firmę zarządzającą artystami New End Music Store (NEMS), ich księgowy Alistair Taylor oraz radca prawny Neil Aspinall. Tragedia wydarzyła się w sierpniu, kiedy Epstein, na którym zespół mocno polegał w kwestii zarządzania całością spraw biznesowych, zmarł w wyniku przypadkowego przedawkowania. Beatlesi postrzegali śmierć Epsteina jako okazję do ściślejszego przejęcia kontroli nad swoją muzyką, zyskami i finansami. Najpierw musieli uzgodnić charakter swojej nowej działalności.

Odrzucając pierwotny pomysł dyrektorów firmy dotyczący sprzedaży kartek okolicznościowych, zespół otworzył w grudniu 1967 roku modny butik odzieżowy w Marylebone. W styczniu 1968 roku zespół zdecydował się rozszerzyć swoje horyzonty biznesowe i Apple Music Ltd. stało się Apple Corps Ltd. – „rdzeniem” (gra słów: „corps” brzmi jak „core”) ich różnorodnych operacji biznesowych. Ta multimedialna firma kontrolowała szereg innych przedsięwzięć, w tym filmowych, wydawniczych, handlowych i innych działań kreatywnych. Obejmowało to wytwórnię płytową Apple Records, w której Beatlesi wydawali nowe albumy, wznawiali stare piosenki i podpisywali kontrakty z artystami takimi jak James Taylor i Jackie Lomax. W przeciwieństwie do Lennona, który porównywał się do Magritte’a ze względu na życie na przedmieściach, McCartney, który posiadał mieszkanie w sercu Londynu i chłonął eksperymentalną scenę kulturalną stolicy, postrzegał Apple Corps jako szansę na odkrywanie nowych talentów. 
   Nowa firma Beatlesów potrzebowała również logo. Czerpiąc inspirację z wizerunków jabłek Magritte’a, Beatlesi zatrudnili projektanta graficznego Gene’a Mahona do jego stworzenia. Mahon chciał użyć zdjęcia jabłka na stronie A etykiety płyty oraz wizerunku jabłka przekrojonego na pół na stronie B, która miała również zawierać tytuł utworu, czas trwania, wykonawcę oraz informacje o wydawnictwie i prawach autorskich. Mahon zlecił fotografowi Paulowi Castellowi wykonanie serii zdjęć jabłek na tle różnych kolorów. Sześć miesięcy później zespół zdecydował się na zdjęcie soczystego, błyszczącego zielonego jabłka odmiany Granny Smith. Po ukończeniu logo, Aspinall, pełniący wówczas funkcję dyrektora zarządzającego firmy, nie tracąc czasu, zarejestrował znak towarowy Apple Corps w sumie w czterdziestu siedmiu krajach. W sierpniu 1968 roku zespół wydał „Hey Jude” – pierwszy singiel w swojej nowej wytwórni, który stał się natychmiastowym hitem. Apple Records wydało w krótkich odstępach czasu jeszcze trzy popularne albumy: „Yellow Submarine” w styczniu 1969, „Abbey Road” we wrześniu 1969 i „Let it Be” w maju 1970 roku.

Neil Aspinall z 2 Beatlesami. 

Pomimo sukcesu ich nowej muzyki, między czterema członkami zespołu pojawiły się pęknięcia. Brakowało im zmysłu biznesowego i, będąc często pod wpływem narkotyków psychodelicznych, nie potrafili właściwie zarządzać finansami Apple Corps, które szybko zaczęło przynosić wielkie straty. Mianowanie Allena Kleina, amerykańskiego menedżera biznesowego, do nadzorowania ich finansów w 1969 roku, zaostrzyło rosnące napięcia. Podczas gdy Lennon, Starr i Harrison wierzyli w zdolność Kleina do uporządkowania ich spraw finansowych, McCartney mu nie ufał i zamiast tego chciał zatrudnić brata swojej żony, Lindy, jako ich menedżera. Napięcia sięgnęły punktu krytycznego wiosną 1970 roku, kiedy McCartney publicznie ogłosił, że Beatlesi już nie istnieją. Aby zapobiec przepisaniu wszystkiego na Kleina przez kolegów z zespołu, McCartney podjął kroki prawne w celu rozwiązania Beatlesów. 

31 grudnia 1970 roku pozwał zespół przed Wysokim Trybunałem Sprawiedliwości w Londynie. Sędzia orzekł na korzyść rozwiązania, kończąc kontraktową spółkę zespołu. Choć Beatlesi się rozstali, Apple Corps pozostało nienaruszone, a właściciele podwoili swoje zaangażowanie w utrzymanie marki Apple w kolejnej dekadzie.

Dwa Jabłka na kursie kolizyjnym

 
  Przeglądając magazyn pokładowy w samolocie w 1978 roku, George Harrison zauważył reklamę nowej firmy komputerowej. Założona dwa lata wcześniej przez przedsiębiorców technologicznych Steve'a Jobsa i Steve'a Wozniaka [zdjęcie], nowa firma posiadała logo – duże, tęczowe jabłko z odgryzionym kawałkiem – oraz nazwę Apple Computer, które wydawały się bardzo podobne do marki i logo firmy Beatlesów. Choć Harrison o tym nie wiedział, projektant Rob Janoff opracował nowe logo Apple, aby podkreślić innowacyjny kolorowy wyświetlacz nowego komputera Apple II, z zielonym liściem na górze, na prośbę Steve'a Jobsa.

Urodzony w lutym 1955 roku i wychowany w Mountain View w hrabstwie Santa Clara, tuż na południe od Palo Alto, Jobs przejął pasję do mechaniki od ojca, co zaszczepiło w nim zrozumienie elektroniki i uznanie dla dobrego designu. Jako centralny ośrodek wojskowych badań i rozwoju, rosnący przemysł technologiczny doliny sprawił, że sąsiedztwo rodziny Jobsów tętniło życiem młodych inżynierów. W miarę jak zimna wojna przybierała na sile, otwarcie Centrum Badawczego NASA Ames oraz innych rządowych i prywatnych wykonawców obronnych przekształciło Dolinę Krzemową w technologiczną stolicę świata. W 1967 roku Paul Jobs i jego żona Clara wydali wszystkie oszczędności, aby przeprowadzić się do zamożniejszej dzielnicy Cupertino i zapisać syna do rygorystycznej pod względem akademickim Homestead High School, gdzie Steve zaangażował się w rodzący się ruch kontrkulturowy równolegle ze swoimi studiami. Zapuścił długie włosy, brał LSD i słuchał Beatlesów, zanurzając się w podwójnym świecie sztuki i technologii Cupertino. Spotykał się z artystką Chrisann Brennan, a latem 1968 roku dostał pracę w międzynarodowej firmie informatycznej Hewlett-Packard (HP), wczesnym spin-offie Uniwersytetu Stanforda. Tam, w 1971 roku, w wieku siedemnastu lat, Jobs poznał kolegę z Homestead i pracownika HP, Steve'a Wozniaka, lat dwadzieścia, który projektował kalkulatory dla Hewlett-Packard. Splecenie się kontrkultury i inżynierii elektrycznej doprowadziło do powstania Apple Computer. [Niżej pierwsze logo Apple Computer].

Steve Wozniak kochał eksperymentować z technologią. W 1970 roku „Woz” zbudował swój pierwszy malutki komputer: „The Cream Soda”. Później tego samego roku artykuł Rona Rosenbauma o „Sekretach małego niebieskiego pudełka” (Little Blue Box) w jesiennym wydaniu magazynu Esquire podsunął Wozniakowi pomysł na nowy projekt. Rosenbaum przekazał historie tak zwanych telefonicznych „phreaków”, którzy tworzyli urządzenia zwane „blue boxami”, naśladujące dźwięk wrzucanych monet do automatu telefonicznego, co pozwalało użytkownikowi włamać się do sieci telefonicznej i wykonywać darmowe połączenia w dowolne miejsce na świecie. Wozniak natychmiast podzielił się tą historią ze swoim przyjacielem Jobsem i obaj podekscytowani pobiegli do biblioteki Stanford Linear Accelerator Center, aby odnaleźć instrukcję telefoniczną, która wymieniała częstotliwości tonów potrzebne do naśladowania dźwięku i zbudowania własnego pudełka. Po znalezieniu specyfikacji firmy telefonicznej pośpieszyli do sklepu, aby kupić zestaw analogowego generatora tonów. Po długiej nocy spędzonej na konstruowaniu analogowego blue boxa, niestety Wozniakowi nie udało się go uruchomić. Obwiniając niedokładność obwodów analogowych i podejrzewając, że obwody cyfrowe mogą działać lepiej, Wozniak przystąpił do budowy cyfrowego blue boxa złożonego z chipów, których używał już przy budowie komputerów. Wozniak miał rację, a cyfrowy blue box okazał się znacznie skuteczniejszy w imitowaniu precyzyjnych tonów używanych przez AT&T, amerykańską firmę telefoniczną. Steve Jobs wykazał wczesne oznaki zdolności do adaptowania istniejących pomysłów dla zysku, sugerując, aby para sprzedawała swoje cyfrowe blue boxy studentom Berkeley za 170 dolarów za sztukę. Para zainwestowała zebrane 6000 dolarów w swoją nową firmę komputerową założoną w Cupertino w Kalifornii.
Po początkowym sukcesie Wozniak i Jobs zaczęli sprzedawać swój pierwszy komputer osobisty cztery lata później. Spędziwszy lata na eksperymentowaniu z nowymi sposobami budowania systemów komputerowych, Wozniak podzielił się z Jobsem podstawowym projektem pierwszego komputera Apple w 1976 roku. Po tym, jak Wozniakowi nie udało się sprzedać modelu komputera firmie HP, Jobs zasugerował założenie własnej firmy. 1 kwietnia 1976 roku para uruchomiła Apple Computer Company, którą prowadzili z garażu rodziców Jobsa. Rok później zdecydowali się na logo firmy: wypełnione tęczą jabłko z odgryzionym kawałkiem. 

Wozniak: Wydaje mi się, że to było w 1973 r. Bob Dylan ogłosił wtedy swój powrót i z tej okazji miał wystąpić na kilku koncertach. O rany, grałem wtedy na gitarze od jakichś 20 lat i znałem tylko utwory Dylana. Dostaliśmy cztery bilety, chyba w 11. rzędzie w Oracle Arena, niegdyś Oakland Arena. Byliśmy na koncercie Boba Dylana. Pojechaliśmy też na koncert do Berkeley Greek Theatre i od tamtej chwili jeździliśmy za Dylanem całkiem regularnie, choć Steve spędzał większość czasu w komunie w Oregonie. Był zajęty robieniem innych rzeczy. Pamiętam, że gdy go poznałem, Steve Jobs nie miał żadnych albumów. Zaprosiłem go do siebie do domu i pokazałem mu bardzo charakterystyczne wkładki do płyt Dylana. Pokazałem mu teksty piosenek Dylana i same piosenki. Steve zabrał to wszystko do siebie i muzyka Dylana stała się ważnym elementem naszego życia.Nie interesowały go popularne rzeczy, mnie zresztą też nie. Bob Dylan pisał swoje piosenki poezją. Słuchając jego muzyki, trzeba się zastanowić, jakie niesie przesłanie. Jak to możliwe, że takie rzeczy zrodziły się w ludzkim umyśle? To było takie niezwykłe, dużo o tym rozmawialiśmy i stwierdziliśmy, że The Beatles grają fajną muzykę, ale to teksty Boba Dylana nadają sens życia. Każdy mógł znaleźć w nich własną filozofię. To było dla nas ważne.

Wojna w świecie cyfrowym 

Jeśli Jobs wybrał nazwę i logo Apple, aby złożyć hołd Beatlesom, zespół nie docenił tego gestu. Egzekwując swoje prawa do znaków towarowych, Beatlesi pozwali Apple Computer za naruszenie znaku towarowego w 1978 roku. Apple Corps, które rozpadło się niemal dekadę wcześniej, polegało na ponownym wydawaniu starych piosenek Beatlesów, aby utrzymać się na rynku, i obawiało się, że podobieństwo logo Apple Computer może wprowadzać klientów w błąd. Obie firmy zawarły pozasądową ugodę w 1981 roku. Apple Computer zobowiązało się zapłacić Apple Corps 80 000 dolarów za prawo do zachowania nazwy Apple. Obie firmy postanowiły zachować swoje nazwy i odpowiednie logotypy pod warunkiem, że Apple Corps zgodzi się nigdy nie wejść w świat komputerów, a Apple Computer zgodzi się nigdy nie wejść w świat muzyki, oraz że obie strony będą używać wyłącznie swoich wersji wizerunku jabłka Magritte’a. 

 
Jobs: Mój model biznesowy to The Beatles... To było czterech facetów, którzy nawzajem trzymali w ryzach swoje negatywne cechy. Równoważyli się, a całość była czymś większym niż suma części. Tak właśnie postrzegam biznes. Wielkie rzeczy w biznesie nigdy nie są dziełem jednej osoby; są dziełem zespołu ludzi. 
 
 

 Ugoda ta nie przewidziała jednak nadchodzącego zderzenia dwóch wcześniej odrębnych światów: muzyki i komputerów. W ciągu dekady Apple Computer wprowadziło na rynek trzy nowe systemy komputerowe: Apple Lisa w 1983 roku – pierwszy komputer osobisty z graficznym interfejsem użytkownika, zaadaptowanym z prototypów z Xerox PARC w Palo Alto – a następnie komputer Macintosh w 1984 roku oraz Macintosh II w 1990 roku. Rzeczywiście, komputer Macintosh (nazwany tak w nawiązaniu do swoich „jabłkowych” korzeni), wyposażony w wbudowany cyfrowy interfejs instrumentów muzycznych (MIDI), potrafił odtwarzać muzykę i współpracować z instrumentami muzycznymi. W 1988 roku Apple Computer pozwało kilku konkurentów o naruszenie praw autorskich, w tym IBM, Microsoft oraz byłego pracodawcę Wozniaka i Jobsa – firmę HP, za sprzedaż systemów komputerowych wykorzystujących interfejs graficzny podobny do tego, który Jobs po raz pierwszy widział w Xerox. Apple Computer wygrało tę sprawę, a Microsoft zapłacił jednorazową opłatę i zgodził się wprowadzić pewne zmiany w interfejsie Windows. Jednak rok później, w 1989 roku, Steve Jobs sam stał się celem procesów, gdy prawnicy Beatlesów złożyli drugi pozew, twierdząc, że zdolność komputera Macintosh do odtwarzania muzyki narusza wcześniej uzgodnione warunki ugody z 1981 roku.

W 1991 roku Apple Corps i Apple Computer zawarły drugą pozasądową ugodę, która dokładniej określiła prawa Apple Computer do znaku towarowego „Apple”. Sędzia orzekł, że Apple Computer może używać nazwy i logo Apple na produktach zdolnych do „reprodukcji, uruchamiania, odtwarzania lub dostarczania w inny sposób” muzyki, ale nie na „fizycznych nośnikach dostarczających nagraną wcześniej muzykę”, takich jak płyty CD i kasety. Apple Computer zgodziło się również zmienić nazwy efektów dźwiękowych w komputerach Macintosh, które nawiązywały do instrumentów muzycznych. Honorując tę obietnicę, ich projektant dźwięku, Jim Reekes, zmienił nazwę dźwięku ostrzegawczego „chimes” (dzwonki) na „Sosumi” (wymawiane jak „so sue me” – „to mnie pozwij”), aby zakpić z roszczeń Beatlesów. Gigant technologiczny zgodził się również wypłacić brytyjskiemu zespołowi kolejne 26,5 miliona dolarów odszkodowania.

W miarę jak technologia Apple Computer stawała się coraz bardziej zaawansowana, Jobs nie pozwolił, by umowa z Apple Corps powstrzymała go przed dalszą ekspansją w świat cyfrowej muzyki. W październiku 2001 roku Apple Computer wydało iPoda, przenośny odtwarzacz muzyki cyfrowej, a dwa lata później Steve Jobs uruchomił cyfrowy sklep muzyczny iTunes Music Store – usługę pozwalającą klientom kupować piosenki do pobrania na ich iPody. Apple podpisało kontrakty z wytwórniami płytowymi na sprzedaż ich muzyki online przez iTunes, który w mniej niż dwa lata stał się największym sprzedawcą muzyki na świecie. W przeciwieństwie do konkurencyjnych platform, iTunes pozwalał użytkownikom odtwarzać utwory zakupione w serwisie na różnych urządzeniach lub wypalać je na innych nośnikach, po tym jak w 2009 roku usunięto zabezpieczenie FairPlay Digital Rights Management (DRM).

W tym samym czasie Beatlesi doznali kilku osobistych strat. Dwóch członków zespołu, John Lennon i George Harrison, zmarło odpowiednio w 1980 i 2001 roku, pozostawiając Apple Corps pod zarządem ich wdów, Yoko Ono i Olivii Harrison, oraz pozostałych członków zespołu, Ringo Starra i Paula McCartneya. Ta czwórka zdecydowała się nie udzielać licencji na ogromny katalog muzyczny Beatlesów do sprzedaży cyfrowej przez iTunes ani żadną inną platformę – jako jeden z niewielu zespołów, które tak postąpiły – z obawy, że ludzie będą nielegalnie kopiować i udostępniać utwory wydane cyfrowo. Zakwestionowali również branding iTunes. Chociaż Apple Computer nie używało nazwy „Apple” w związku ze sprzedażą muzyki w sklepie iTunes, logo jabłka było tam wyeksponowane. Nic dziwnego, że kierownictwo Apple Corps uznało użycie logo przez Apple Computer w kontekście sprzedaży muzyki za kolejne naruszenie ugody z 1991 roku i w 2003 roku, po raz trzeci i ostatni, Apple Corps pozwało Apple Computer, aby powstrzymać Steve'a Jobsa przed używaniem wizerunku jabłka w sklepie muzycznym iTunes. W przeciwieństwie do dwóch pierwszych spraw, firmy nie zawarły ostatniej ugody pozasądowej. Zamiast tego, tłem końcowej bitwy prawnej, która rozpoczęła się 29 marca 2006 roku, stał się Sąd Najwyższy Wielkiej Brytanii (High Court of Justice). Ani Jobs, ani żaden z członków Beatlesów czy ich wdów nie stawili się na procesie, pozostawiając losy swoich firm w rękach korporacyjnych prawników. Geoffrey Vos, reprezentujący Apple Corps, argumentował, że poprzez iTunes firma Apple Computer bezprawnie weszła w branżę sprzedaży muzyki. Wyposażył salę sądową w laptopy i duże ekrany wideo, aby zademonstrować sędziemu Edwardowi Mannowi, jak działa ta usługa, pobierając na laptopie firmy Dell hit „Le Freak” zespołu disco Chic i odtwarzając go przed sądem. Vos puścił również reklamę telewizyjną iTunes promującą brytyjski zespół Coldplay, wykonujący utwór „Speed of Sound” obok logo jabłka i odniesienia do witryny iTunes.com. Według Vosa promocja ta dowodziła bezprawnego użycia logo jabłka przez Apple Computer w związku ze sprzedażą muzyki. Vos argumentował również, że w 2003 roku Steve Jobs zaoferował milion dolarów za wykupienie od Beatlesów praw do nazwy Apple Record. Anthony Grabiner, reprezentujący Apple Computer, przedstawił prostszą linię obrony: sklep iTunes działa jedynie jako kanał do przesyłania, a nie sprzedaży muzyki cyfrowej. Uznając, że muzyka cyfrowa to nie to samo co nośniki fizyczne, sędzia Mann orzekł w maju na korzyść Apple Computer. 

W styczniu 2007 roku Steve Jobs stanął na scenie [zdjęcie] Moscone Convention Center w San Francisco przed tłumem 7500 osób z niecierpliwością oczekujących na zapowiedź najnowszego multimedialnego produktu Apple Computer – iPhone’a. Łącząc w sobie funkcje iPoda, telefonu i komunikatora internetowego, Jobs przedstawił misję Apple polegającą na „wymyśleniu telefonu na nowo”. Demonstrując funkcję iPoda w telefonie, Jobs kliknął ikonę, przewinął listę i wybrał The Beatles. Zatrzymał się na ich albumie z 1967 roku, „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band”, wybrał utwór „With A Little Help from My Friends”, a dźwięk i wizerunek czwórki z Liverpoolu wypełniły aulę. W ciągu pierwszych trzydziestu godzin sprzedaży firma sprzedała 270 000 iPhone'ów. Podczas prezentacji iPhone'a Jobs wyjaśnił również, że nazwa Apple Computer zostanie zmieniona na Apple Inc., co miało odzwierciedlać rozszerzający się zakres działalności firmy w obszarze urządzeń osobistych.

Miesiąc później serwisy informacyjne doniosły o porozumieniu zawartym między obiema firmami Apple w sprawie znaku towarowego Apple. Zgodnie z warunkami ostatecznej ugody, Apple Inc. stało się właścicielem wszystkich znaków towarowych związanych z „Apple”, co pozwoliło gigantowi z Cupertino na dalsze używanie swojej nazwy i logo w usłudze iTunes. Apple Inc. zgodziło się również udzielić Apple Corps licencji zwrotnej na niektóre znaki towarowe. Jobs wyraził ulgę z powodu ostatecznego rozwiązania sporu z zespołem, który „kochał”. Po trzeciej i ostatniej konfrontacji o artystyczny wynalazek René Magritte’a, Steve Jobs ostatecznie przejął wszelkie prawa do zakazanego owocu.

Finałowa ugoda 

Zbiegiem okoliczności w lutym 2007 roku firma Apple Inc. zakończyła kolejny proces dotyczący własności intelektualnej. Sześć tygodni wcześniej korporacja Cisco Systems z San Jose, zajmująca się technologiami komunikacji cyfrowej, pozwała Apple Inc. o naruszenie znaku towarowego. Prawnicy Cisco zastrzegli nazwę „iPhone” już w 2000 roku dla swoich urządzeń telefonicznych łączących się z internetem i argumentowali, że użycie jej przez Apple narusza własność intelektualną Cisco. Steve Jobs zdecydował się ogłosić premierę iPhone'a jeszcze przed rozstrzygnięciem sprawy. Ostatecznie obie firmy doszły do porozumienia, zgodnie z którym obie mogły nadal używać nazwy iPhone, co sugerowało lekceważący stosunek do roszczeń Cisco.

Wykorzystanie Beatlesów przez Steve'a Jobsa w prezentacji wprowadzającej iPhone'a rozbudziło u wielu fanów nadzieję, że muzyka zespołu w końcu stanie się dostępna w formie cyfrowej w iTunes. Niestety, musiały minąć kolejne trzy lata, zanim iTunes stało się jedynym miejscem, w którym można było legalnie kupić piosenki Beatlesów w sieci. W 2010 roku wizerunki obu firm „Apple” po raz pierwszy pojawiły się obok siebie, promując produkty obu przedsiębiorstw. Kiedy rok później Steve Jobs zmarł, Tim Cook przejął stery jako dyrektor generalny Apple. W styczniu 2022 roku – 10 lat po śmierci Steve’a Jobsa, 52 lata po rozpadzie Beatlesów i 55 lat po śmierci René Magritte’a – Apple stało się najdroższą firmą na świecie, z szacowaną „wartością marki” wynoszącą blisko bilion dolarów. To niezwykły obrót spraw w przypadku pospolitego owocu, którego łacińska nazwa „malus” oznacza również „zło”. René bez wątpienia byłby tym très amusé (bardzo rozbawiony).

 



                                                                         _______________




Historia The Beatles
History of  THE BEATLES

 




Badfinger: Najbardziej Pechowy Zespół Świata


 

 

Dzisiaj prezentuję Wam tekst, w części od dłuższego czasu odkładany (przyznaję bez bicia, czasem te najważniejsze historie muszą po prostu "poleżeć" i dojrzeć). Myślę, że może być on niezłym przerywnikiem w postach skupionych wyłącznie na The Beatles, choć i tutaj nie uniknę powiązania z Wielką Czwórką – o czym zresztą pewnie doskonale wiecie, bo bohaterowie dzisiejszego wpisu nie raz już przewijali się na kartach czy ekranach tego bloga.

Panie i Panowie, oto historia Badfinger, zespołu ze Swansea (Walia), który w swoim najbardziej znanym składzie zaczął kształtować się już w 1961 roku. Są w historii muzyki grupy, nad którymi zdaje się wisieć fatum. Oczywiście historia rocka zna straszne tragedie – jak choćby katastrofę samolotu Lynyrd Skynyrd, w której zginęło troje muzyków, czy pech The Allman Brothers Band, tracących liderów w niemal identycznych wypadkach motocyklowych. Jednak historia Badfinger jest w pewien sposób jeszcze mroczniejsza. Pisząc o nich jako o najbardziej pechowym zespole świata, mam na myśli ten specyficzny rodzaj fatum, który ich spotkał – ich upadek nie był kwestią nagłego wypadku losowego, a wynikiem bezwzględnego żerowania na ich talencie i finansowych oszustw, co ostatecznie doprowadziło dwóch liderów do tragicznej ostateczności.

Zanim jednak stali się symbolem pecha, występowali jako The Iveys i to pod tą nazwą podpisali kontrakt z wytwórnią Apple, wydając u niej album i singiel pt. „Maybe Tomorrow”. Sama nazwa „Badfinger” pojawiła się później i ma fascynujące pochodzenie – wywodzi się z roboczego tytułu piosenki Beatlesów „With A Little Help From My Friends”, którą roboczo nazywano „Bad Finger Boogie”. Podobno John Lennon wymyślił ten tytuł, bo w tamtym czasie zranił palec wskazujący i musiał grać na fortepianie tylko jednym palcem. Do stajni Fab Four wprowadził ich rzekomo sam Neil Aspinall, co tylko potwierdza, jak blisko wielkiego świata się znajdowali.

 
 

Wszystko zaczęło się jak w bajce. Jako pierwsi artyści podpisali kontrakt z nowo powstałą wytwórnią Beatlesów – Apple Records. Sam Paul McCartney podarował im na start piosenkę "Come and Get It"(tu oryginał), którą napisał jako "odrzut" z sesji Czwórki z Liverpoolu. Chłopaki z Badfinger wykonali ją niemal identycznie jak Paul na demo, i świat oszalał. Głosy Pete’a Hama i Toma Evansa brzmiały tak bardzo "beatlesowsko", że wielu słuchaczy przecierało oczy (i uszy) ze zdumienia.

PAUL:  Zróbcie to dokładnie tak jak na moim demo. Nie zmieniajcie niczego, bo to jest idealne brzmienie dla was. Później, wspominając ich po latach: To był świetny zespół. Mieli w sobie tę samą iskrę, którą my mieliśmy na początku. Bardzo utalentowani chłopcy. 
 

 
Pete Ham: Paul był niesamowity. Przyszedł do nas z gotowym planem, wiedział dokładnie, jak każdy instrument ma brzmieć. Nie traktował nas jak amatorów, ale jak partnerów, którym daje szansę. Praca z nim była jak przyspieszony kurs pisania przebojów.
 

Wydawało się, że są na samym szczycie. Mieli talent, przeboje, które znał każdy: "No Matter What", "Day After Day" czy "Baby Blue" no i błogosławieństwo bogów rocka. Tak, bo związki Badfinger z Wielką Czwórką były niezwykle silne. Kilka z nich niżej:

Pete Ham
* George Harrison zaprosił ich do grania na gitarach akustycznych w swoim opus magnum "All Things Must Pass". Tak, szczególnie bliska więź łączyła zespół z "cichym Beatlesem".  Podczas sesji do albumu Straight Up, George wziął ich pod swoje skrzydła jako producent. To właśnie wtedy narodziło się brzmienie ich największego hitu – „Day After Day”. George miał bardzo konkretną wizję tego utworu. Chciał, aby gitara „płakała” w jego charakterystycznym stylu, ale zamiast po prostu zagrać partię samemu, postanowił nauczyć tego Pete’a Hama. Wyobraźcie sobie tę scenę: siedzą razem w studiu Abbey Road, George pokazuje Pete'owi, jak precyzyjnie prowadzić metalową rurkę (slide) po strunach, by uzyskać to delikatne, śpiewne brzmienie. Ostatecznie na nagraniu słyszymy ich obu – grają tę samą partię jednocześnie (tzw. dual slide guitar), co nadało piosence niesamowitą głębię. Pete był tak zdolnym uczniem, że Harrison po latach wspominał, iż Ham potrafił oddać emocje na gitarze niemal identycznie jak on sam.
 

Trze muzycy zespołu, Pete Ham, Joey Molland i Tom Evans wystąpili u boku George’a na słynnym Koncercie dla Bangladeszu (zdjęcie).
GEORGE: Pete był jednym z najlepszych muzyków, jakich spotkałem. Miał niesamowite wyczucie melodii, a jego gra na gitarze była bardzo czysta i pełna duszy. Kiedy George zapraszał ich na Koncert dla Bangladeszu, miał powiedzieć: Potrzebuję waszych głosów i waszych gitar, bo nikt inny nie brzmi tak jak wy

* Koncert dla Bangla Desh (tutaj)  To był jeden z tych momentów, który pokazuje, jak wielkim szacunkiem George Harrison darzył ten zespół. Na Koncercie dla Bangladeszu w Madison Square Garden (1971), Badfinger nie byli tylko „zespołem akompaniującym” w tle. Choć większość czasu spędzili, grając na gitarach akustycznych, wspierając George'a (cztery gitary akustyczne w „Here Comes the Sun”?) to mieli też swój wielki moment w samym środku koncertu. George Harrison zapowiedział ich bardzo ciepło, a Pete Ham i Tom Evans wykonali w duecie, przy akompaniamencie gitar akustycznych, swój wielki hit:  "Pete Ham and Tom Evans – Pete and Tom of Badfinger!" Tak ich zapowiedział George, a oni zagrali. Badfinger w oficjalnym filmie i na albumie pojawia się przede wszystkim ich niesamowite wsparcie wokalne i instrumentalne. Ich obecność tam, obok Boba Dylana, Erica Claptona i Ringo Starra, była ostatecznym dowodem na to, że w tamtym czasie byli uznawani za absolutną elitę światowego rocka. To niesamowite, że chłopaki, którzy jeszcze parę lat wcześniej mogli tylko marzyć o spotkaniu Beatlesów, teraz stali z nimi na jednej scenie podczas pierwszego tak wielkiego koncertu charytatywnego w historii.
Joey Molland: George był naszym największym fanem wewnątrz Apple. Nigdy nie czuliśmy się przy nim mali. Kiedy zaprosił nas na sesje 'All Things Must Pass', po prostu dał nam gitary akustyczne i powiedział: 'Grajcie to, co czujecie'. Traktował nas jak równych sobie, co dla nas, chłopaków z prowincji, było czymś niewyobrażalnym.
 
 
 
* Członkowie zespołu pojawili się na sesjach do albumu "Imagine" Johna Lennona. 
JOHN, znany ze swojej złośliwości, dla Badfinger zrobił wyjątek.
Kiedy usłyszał ich pierwsze nagrania w Apple, powiedział krótko, ale dosadnie: Wreszcie coś, co brzmi jak prawdziwy rock and roll, a nie kolejna kopia. Podobno to właśnie John najmocniej lobbował za tym, by Apple Records dawało im większą swobodę, bo widział w nich autentyczny talent, a nie tylko „produkt” wytwórni.
Tom Evans: Staliśmy tam, w studio u Johna, a on był taki... bezpośredni. Powiedział nam po prostu, żebyśmy robili swoje. Współpraca z nim i George'em w tym samym czasie sprawiała, że czuliśmy się, jakbyśmy byli częścią czegoś znacznie większego niż tylko zespół rockowy. Byliśmy w samym centrum wszechświata. 
 
* Kolejny namacalny dowód na to, jak blisko Badfinger byli „stajni” Beatlesów, wystarczy spojrzeć na soundtrack do filmu „The Magic Christian” (1969). Na ekranie brylował Ringo Starr u boku genialnego komika Petera Sellersa, a w warstwie muzycznej rządzili właśnie chłopaki z Badfinger. To właśnie na tej płycie znalazł się ich pierwszy wielki hit, wspomniany wyżej „Come and Get It”. Choć na okładce dumnie widnieje nazwisko kompozytora – Paula McCartneya – to właśnie wykonanie Badfinger nadało tej piosence blasku i uczyniło z niej światowy przebój. Co ciekawe, zespół dostarczył na potrzeby tego filmu jeszcze dwa inne utwory, stając się muzycznym głosem produkcji, w której jedną z głównych ról grał sam perkusista The Beatles.
 
 
RINGO bardzo lubił ich towarzystwo. Często wspominał, że byli to najskromniejsi muzycy, jakich znał:  To byli najmilsi ludzie na świecie. Nigdy nie zachowywali się jak gwiazdy rocka, choć mieli ku temu wszelkie powody. Byli po prostu częścią naszej rodziny.
Mike Gibbins:  Ringo był najbardziej przyjacielską osobą, jaką można spotkać. Często zaglądał do nas do studia, żeby po prostu posłuchać, co robimy. To od niego nauczyliśmy się, że w muzyce nie chodzi o to, by grać najwięcej, ale by grać to, co jest potrzebne piosence.

 wersja oryginalna

Przekleństwo "Without You"

To jeden z najbardziej paradoksalnych momentów w muzyce. Pete Ham i Tom Evans napisali wspólnie balladę "Without You". Dla nich był to utwór pełen bólu, ukryty na albumie "No Dice". Kiedy usłyszał go Harry Nilsson, był przekonany, że to piosenka Beatlesów. Nagrał swoją wersję, która stała się światowym hymnem złamanych serc w 1971 (wiele lat później Mariah Carey w 1994 przypomniała ją nowym pokoleniom). Chociaż piosenka zarabiała miliony, autorzy nie widzieli z tego niemal ani grosza. I tu zaczyna się mroczna część tej historii.

                                                                           
 
                                                                       "Without" - Harry Nilsson

Cień Stana Polleya i tragiczny finał

Zespół wpadł w ręce managera, Stana Polleya, który – mówiąc delikatnie – nie należał do najuczciwszych ludzi w branży. Finanse zespołu były w rozsypce, mimo że ich utwory nie schodziły z anten radiowych. Pieniądze znikały, wytwórnia Warner Bros zaczęła pozywać zespół, a muzycy, zamiast cieszyć się sławą, nie mieli za co utrzymać rodzin.  

Pete Ham, człowiek o niezwykłej wrażliwości i autor największych hitów, nie wytrzymał presji. W 1975 roku, zrozpaczony sytuacją finansową i oszustwami managera, powiesił się w swoim garażu. Zostawił list, w którym napisał wprost: "Stan Polley jest bezdusznym draniem. Zabiorę go ze sobą". Pete miał wtedy zaledwie 27 lat. Po samobójstwie Hama zespół praktycznie przestał istnieć na kilka lat. Dopiero pod koniec lat 70. Tom Evans i Joey Molland spróbowali wskrzesić nazwę. Nagrali dwa albumy: Airwaves (1979) i Say No More (1981), ale nigdy nie odzyskali dawnej magii i popularności.  Poza tym to był ten  najsmutniejszy etap. 
Tom Evans i Joey Molland pokłócili się tak bardzo, że w pewnym momencie po Stanach Zjednoczonych jeździły dwa różne zespoły pod nazwą Badfinger. Każdy z nich twierdził, że jest tym „prawdziwym”. To właśnie te kłótnie, procesy i brak pieniędzy doprowadziły Toma Evansa do ostateczności w 1983 roku. Tak,  historia zatoczyła koło osiem lat później od smierci Pete'a. Tom Evans, który nigdy nie pogodził się ze śmiercią przyjaciela i wciąż walczył o należne im tantiemy za "Without You", w 1983 roku odebrał sobie życie w dokładnie ten sam sposób.
Mimo że jego matactwa doprowadziły zespół do ruiny finansowej i dwóch samobójstw, Polley nigdy nie odpowiedział karnie za to, co zrobił Pete’owi Hamowi i Tomowi Evansowi. Wykorzystywał luki w prawie i skomplikowane umowy, które muzycy podpisywali w dobrej wierze. Dopiero pod koniec życia prawo go trochę "podszczypało", ale w zupełnie innych kwestiach. 
W 1991 roku został oskarżony o oszustwa związane z funduszami medycznymi i praniem brudnych pieniędzy w Kalifornii. Przyznał się do winy i dostał wyrok w zawieszeniu oraz grzywnę. Stan Polley zmarł w 2009 roku w wieku 87 lat. Przeżył swoje ofiary o dekady, opływając w luksusy, podczas gdy rodziny Hama i Evansa przez lata walczyły o odzyskanie choćby drobnej części tantiem za piosenki, które znał cały świat. 
 Joey Molland przez dekady występował pod szyldem „Joey Molland’s Badfinger”. Jeździł w trasy, grał stare hity i dbał o to, by świat nie zapomniał o ich muzyce. Choć był jedynym żyjącym członkiem, fani byli mu wdzięczni, że wciąż można usłyszeć „No Matter What” na żywo. Mike Gibbins odsunął się z czasem od zespołu i stronił już od muzyki. 


 

Dlaczego warto o nich pamiętać?

Badfinger to nie tylko pech. To przede wszystkim fenomenalne melodie, potężne harmonie wokalne i czysta radość z grania, która bije z ich wczesnych płyt. To zespół, który zdefiniował gatunek zwany power popem. Dla piszącego te słowa "Without You" to przepiękna rockowa ballada, którą dzisiaj raczej pamiętamy z wersji Nilssona czy Carey, a wersja oryginalna jest wcale nie gorsza.  Dziś, gdy słuchamy "Without You", warto pamiętać, że za tymi pięknymi słowami stało dwóch chłopaków z Walii, którzy dali światu wszystko, co mieli najpiękniejszego, a świat w zamian zostawił ich z niczym. Ich muzyka jednak przetrwała – i to jest ich ostateczne zwycięstwo nad losem. Nie znajdziecie w całej dyskografii wielkich hitów poza tymi z początku kariery, ale cała ich muzyka jest starannym, ciekawym, nieodrzucającym popem.

Na zakończenie posta umieściłem clip z ich przedostatniego singla "I Got You" z ostatniego albumu "Say No More", gdzie możemy zobaczyć jeszcze razem Joey'a i Toma. 

 



      _______________




Historia The Beatles
History of  THE BEATLES