
Czasem to właśnie te najbardziej nieudane wieczory najlepiej definiują wielkość legendy. Okazuje się, że historia koncertu w Aldershot – jednego z najpopularniejszych wpisów na tym blogu – wciąż budzi Wasze ogromne zainteresowanie. I wcale mnie to nie dziwi. W świecie, w którym The Beatles kojarzą się z wypełnionymi po brzegi stadionami i histerią fanów, ta opowieść o 18 osobach w Palais Ballroom, zepsutych plakatach i „walce” na niewłaściwe akordy, jest jak kubeł zimnej wody – oczyszczająca, ludzka i szalenie prawdziwa.
THE BEATLES - ALDERSHOT '1961
Skoro ten tekst niezmiennie zajmuje pierwsze miejsce w Waszych czytelniczych rankingach, postanowiłem odkurzyć go i przypomnieć w całej okazałości. To zapis momentu, w którym przyszli bogowie rocka byli po prostu grupą wściekłych, głodnych i rozczarowanych chłopaków z Liverpoolu, próbujących odnaleźć się w kompletnie pustej sali, o czym wspominał już Paul choćby w tej serii (czytaj: tutaj).
Nic w tej historii nie zmieniam. Zostawiam surowe wspomnienia świadków i emocje tamtego wieczoru, bo to one najlepiej oddają klimat tej „katastrofy”, która w ostatecznym rozrachunku stała się jednym z najciekawszych epizodów wczesnej biografii zespołu. Zapraszam ponownie do Aldershot – miejsca, gdzie Beatlesi (wtedy jeszcze z Pete Bestem) nigdy nie wrócili, ale o którym tak chętnie rozmawiamy po latach. Wydarzenie to jest doskonale udokumentowane zdjęciami, co nie jest jakoś specjalnie wyjątkowe w przypadku naszych ulubieńców, moim zdaniem najbardziej "udokumentowanym" zespołem świata.
THE BEATLES - ALDERSHOT '1961
 |
| Dick Matthews, autor wszystkich zdjęć z Aldershot (z butelką), George, John i u góry Sam Leach |
9 grudnia Sam Leach (ówczesny 'dorywczy' agent i promotor The Beatles, bardzo usilnie starający się by zostać menadżerem chłopców, na górnym zdjęciu pierwszy, za nim George, John i Dick Matthews, przyjaciel Leacha) załatwił im granie na wieczorkach tanecznych (dancingach) w Palais Ballroom, Alsershot, miasteczku w hrabstwie Hampshire, ok. 60 km od Londynu.
Plakat reklamujący dancingi zapowiadał 'walkę zespołów' - Liverpool versus Londyn. 'Przeciwnikami' Beatlesów była londyńska kapela Ivora Jay i jego Jaywalkers (plus dwa dodatkowe zespoliki).
Kłopoty z lokalnymi gazetami i promocją koncertu spowodowały, że Beatlesi grali prawie dla pustej sali. Co ciekawe, zespół Ivora Jay and the Jaywalkers nie pojawił się. Sam Leach był załamany.
John Lennon pytał wtedy: Gdzie jest ta k.....ska inna grupa? To ma być bitwa zespołów?
Te „kłopotach z lokalnymi gazetami” Leacha wspomniane wyżej to wyglądały trochę inaczej. Prawda jest jeszcze bardziej prozaiczna i bolesna dla niego: lokalna gazeta odmówiła wydrukowania ogłoszenia, ponieważ czek, który Leach wysłał na pokrycie kosztów reklamy, nie został zaksięgowany na czas.
To był jeden z tych pechowych zbiegów okoliczności, które zadecydowały o tym, że nikt w Aldershot nie wiedział o wielkim „desancie” Beatlesów. Leach
skomentował to, że po prostu jest czterech ludzi mniej do podziału
kasy.
Na potrzeby koncertu wynajął dla chłopców samochód z szoferem,
Dave Johnstone oraz swego innego znajomego, Terry McCann (prowadził vana
ze sprzętem). Sam Leach w wywiadach często wspominał o tym, że jego celem w Aldershot było ściągnięcie tam londyńskich agentów muzycznych (A&R men), żeby pokazali „chłopców z Liverpoolu” stolicy. Jeden z nich, Tito Burns, miał zbyć Leacha słowami: Sam, w Londynie mamy 5000 grup. Kto potrzebuje zespołu z tak głupią nazwą jak The Beatles? To zdanie jest genialnym dowodem na to, jak bardzo przemysł muzyczny był wtedy ślepy na to, co nadchodzi.
THE BEATLES - ALDERSHOT '1961
*****************************
TERRY MCCANN: ... W Stafford zatrzymaliśmy się na kawę. Nie było wtedy autostrady do Londynu, jechaliśmy A1. Wyrzucono nas z knajpy i wcale nie byłem zdziwiony. Beatlesi byli w skórach i wyglądali niechlujnie... W Aldershot Sam zauważył, że plakaty były pozrywane, musieliśmy czekać aż ktoś nam otworzy wejście do klubu. Zaczęliśmy rozładowywać sprzęt, Sam poszedł bo do pobliskiego pubu namawiać ludzi by przyszli na występ, przyniósł przy okazji piwo, na zdjęciach widać jak wszyscy piją... Czasami ktoś wpadał, oglądał trochę występ i odchodził uważając go za nudny...
THE BEATLES - ALDERSHOT '1961
18 osób oglądających przyszłych Fabsów. To jest chyba najbardziej romantyczna część tej historii. Wśród tych 18 osób (często mówi się też o 16-18) byli lokalni fani muzyki, ale niektórzy z nich po latach, gdy Beatlesi stali się już ikonami, zarzekali się, że byli tamtego wieczoru. Jak wspomniałeś, „wspomnienia” bywają elastyczne. Ciekawym dopowiedzeniem jest to, że wśród lokalnych muzyków z tamtego regionu panowała wtedy spora zazdrość o to, że „obcy” z Liverpoolu wchodzą na ich „podwórko”. Jeden z lokalnych muzyków, Alan Hope, otwarcie przyznawał po latach, że był wściekły na fakt, iż nie zaproponowano mu miejsca w składzie na ten koncert, co mogło przyczynić się do braku lokalnego rozgłosu.
THE BEATLES - ALDERSHOT '1961
Oto zapis wydarzeń z 9 grudnia 1961, który rzuca jeszcze więcej światła na to, co działo się za kulisami tego pechowego wieczoru. Sam Leach myślał szybko i intensywnie. Kiedy masz wątpliwości, zrób coś, cokolwiek. „Słuchajcie chłopaki, nigdy się nie poddawajcie. Przejedziemy się po mieście, przykleimy plakaty na każdym słupie i płocie, jaki zobaczymy. Jak to zrobimy, zrzucimy sprzęt w Palais Ballroom, a potem zabiorę wszystkich na szybką szamę do małej knajpy naprzeciwko. Co wy na to?”
Po raz pierwszy
Beatlesi siedzieli jak zaklęci.
Po posiłku rozdzielili się i przeczesali miasto w poszukiwaniu ludzi. Rozdawali ulotki, odwiedzali puby i kawiarnie, rozpowiadając o „fantastycznej grupie”. Ale ludzie z Aldershot nie byli zainteresowani, nawet gdy Sam w desperacji krzyczał, że wstęp jest za darmo.
„Aldershot nie jest gotowe na rock ‘n’ rolla ani na The Beatles” – powiedział Sam, zrezygnowany.
JOHN rzuca: Aldershot jest tak beznadziejne, że nie są nawet gotowi na ka wewnętrzne toalety. Ale skoro już tu jesteśmy, to pieprzyć to, ruszajmy do Soho w Londynie i upijmy się porządnie.
PAUL błagalnie: Ej, daj spokój, John. Musimy spróbować, nawet jeśli zagramy tylko pięć minut.
Paul przekrzywił głowę, zaczął śpiewać „There’s no business like show business” i zaczął podrygiwać środkiem ulicy jak tancerz. „Hej, Johnny, wiesz, że show zawsze musi trwać”.
A, pieprzyć to – warknął John. Dokąd my kurwa zmierzamy?
Na szczyt, Johnny! – odkrzyknęli chórem.
Na szczyt ka szczytów! – wrzasnęli wszyscy. Dobra, Beatlesi, kurwa gramy. Show trwa dalej.
THE BEATLES - ALDERSHOT '1961
Sam otworzył drzwi punktualnie o 19:30, ale przywitały go tylko wirujące płatki śniegu. Co ja zrobiłem w poprzednim życiu, że na to zasłużyłem? – mruknął. Zagrajcie jak w Hamburgu, jak w tym klubie... jak on się nazywał? Punjabi? Nie! – odkrzyknęli Beatlesi. Indra, kurwa! Właśnie! Zagrajcie trochę ka Indry.
I zagrali. Przez trzy godziny, przy których pękały opuszki palców, grali tak, jakby przed nimi były cztery tysiące ludzi, a nie osiemnaście osób. A potem – po ostatnim krzyku Johna o „Money” – kiedy zobaczyli, że tłum domaga się więcej, zagrali „Roll Over Beethoven”. Dziewczyny wirowały, chłopcy tańczyli jive’a, a wszyscy bawili się tak, jakby to był najważniejszy koncert w ich życiu.
Noc zakończyła się w typowym stylu: tańce, „bingo” z nakrętek od piwa, zabawa w „dzwony” i w końcu... walenie do drzwi.
„Policja!” – szepnął Terry.
John zaczął chichotać, Paul parsknął, a kiedy do drzwi podszedł sierżant, Sam próbował desperacko wyglądać na trzeźwego.
„Macie piętnaście minut, żeby się stąd wynosić” – szczeknął sierżant. „Na rowery i nigdy więcej tu nie wracajcie”.
Ty i Aldershot możecie też spieprzać” – mruknął George pod nosem.Nigdy, to dla nas i tak za wcześnie na powrót w to miejsce
THE BEATLES - ALDERSHOT '1961
PETE BEST: Co ciekawe w połowie jednego numeru, John i Paul założyli płaszcze i zeszli na parkiet zatańczyć wspólnie fokstrota, gdy my nadal dwaj musieliśmy nadal walczyć z piosenką (zdjęcie niżej). W ciągu całego wieczoru John i Paul wariowali, celowo grali niewłaściwe akordy, zmieniali teksty i wygłupiali się jeszcze bardziej...
TERRY MCCANN: Beatlesi byli trochę wkurzeni tym, że nie wyszło z frekwencją ale grali. Był tam ich standardowy repertuar, trochę Chucka Berry'ego, Jerry Lee Lewisa i Eddiego Cochrana. George znał intra gitarowe do wszystkich piosenek Berry'ego, Paul prawdopodobnie zaśpiewał swoje 'Till There Was You' bo wtedy zawsze śpiewał ten numer, mimo że go wszyscy za to nienawidzili...
Nie dziwię się, że się nie podobaliśmy, zwłaszcza że w kilku w numerach zagrałem na perkusji, bo Pete był tak wkurzony, że nie chciał grać.Robiłem to już kiedyś, musiałem tylko utrzymać rytm i jakoś to nie za dobrze wychodziło. Beatlesi byli bardzo rozczarowani tym wieczorem, stąd tyle zdjęć gdy są poza sceną, piją piwo, tańczą ze sobą. Możecie sami sobie wyobrazić co myśleli wtedy Beatlesi, gdy na parkiecie tańczyły cztery osoby a sześć innych z niesmakiem i nudą ich obserwowało Spakowali się już o 21.30, na koniec zagrali jeszcze w kulki na parkiecie, wszak musiał się odbyć mecz Liverpoolu kontra Londyn.
THE BEATLES - ALDERSHOT '1961
W czasie gdy Beatlesi grali, Sam Leach krążył po sali i prosił wszystkich siedzących przy stolikach by wstali i zatańczyli. Chciał by osoby, które na moment zajrzą do klubu zobaczyły bawiących się ludzi.
SAM LEACH: Niestety ich gra była żałosna i nie ruszyłaby umarlaka. Nie miałem ze sobą magnetofonu dlatego Beatlesi już co 15 minut robili przerwy.
Wybryki Beatlesów na parkiecie, głośne zachowanie, rzucanie kulami, śmiechy, wrzaski - bez udziału już gości w lokalu - spowodowało wezwanie lokalnego przedstawiciela prawa, który pouczył wszystkich by szybko zamykali lokal, pakowali się do auta i odjeżdżali.
I jeszcze raz PETE BEST - Pomysł szalonego występu w Aldershot wyszedł od Sama. Początki naszej współpracy z nim były katastrofą. On zaproponował Aldershot, odpowiedziałem, że to za daleko a on na to, że pokrywa koszty transportu i inne. No i zgodziliśmy się. Powiedziałem chłopakom, że wszystko jest już obstukane. Na miejscu nie zauważyliśmy żadnych plakatów. Powiedzieliśmy o tym Samowi: Reklamowałeś to? A on, że plakaty są i wieczorem będzie pełna sala ludzi. Poszliśmy coś zjeść , frytki z rybą, kilka placków ziemniaczanych. O 7.30 nic, pusto. O 8 (20.00) spytaliśmy: Sam, mamy grać, raczej nikt się nie pojawi... Później załatwił nam skrzynkę piwa by nas udobruchać ale już odpuszczaliśmy jego propozycje wyjazdów grania.
PAUL: Noc w Aldershot to wieczór, w którym mogliśmy zostać aresztowani, w każdym razie bardzo mocno się staraliśmy by do tego doszło.
Ten wieczór był „gwoździem do trumny” dla relacji Sam Leach – The Beatles. Podczas gdy oni wracali do Liverpoolu, w głowach Johna i Paula powoli dojrzewała myśl, że choć Sam jest świetnym kumplem i pasjonatem, to potrzebują kogoś „profesjonalnego” – kogoś, kto ma dostęp do „salonów”, a nie tylko do pubów. To była prosta droga do podpisania umowy z Brianem Epsteinem, który – w przeciwieństwie do Leacha – zadbał o wizerunek (garnitury) i odpowiednie kontakty.
W czasie tego pechowego wieczoru John Lennon miał sarkastycznie spytać Leacha:
Spory tłumek Sam, jak wielu z nich jest martwych ?
THE BEATLES - ALDERSHOT '1961
Terry McCann wspomina, że pomimo nieudanego pobytu w Aldershot, wieczór nie zakończył się tak smutno. Powiedziałem, jedźmy do Londynu, to nie jest daleko. Więc udaliśmy się do Blue Gardenia Club, prowadzonym przez mego starego kumpla, Briana Cass z Cass an the Cassanovas. Zadzwoniliśmy tam, że jedziemy. Zdaje się, że dżemowali wspólnie wszyscy całą noc na scenie. Myślę, Georgie Fame także był wtedy w klubie. Było fajnie, choć ludzie mówili , że nie było wtedy na scenie George Harrisona, ale ja uważam. Przyłączył się, wszyscy pamiętali jego świetną gitarę. Ok. 3 w nocy wsiedliśmy do ciężarówki i wróciliśmy do Liverpoolu.
Sam Leach (po lewej, obok Paula i Pete'a) przedstawia zespół. Możliwe, że przy perkusji siedzi Terry McCann, po prawej możliwe, że to drugi kierowca wynajęty przez Leacha, Dave Johnstone.
Podróż powrotna do Liverpoolu nie odbyła się bez problemów. W trakcie trasy powrotnej zabrakło paliwa i Terry musiał wygrzebać z kieszeni ostatniego 'piątaka' Bronił się, ale w końcu to on kupił paliwo. Zawsze pożyczali, wszystko, pieniądze, papierosy, cokolwiek. Różnie było z oddawaniem.
The Beatles mieli grać w Palais w Aldershot przez następne trzy soboty ale już nigdy tam nie wrócili. W następnym tygodniu Sam Leach sprowadził w to samo miejsce inny zespół z Liverpoolu: Rory'ego Storma and the Hurricanes z brodatym perkusistą i mnóstwem pierścionków (rings) na palcach obu rąk. Poniżej Ringo w zespole Rory'ego...
Sam Leach (na zdjęciu po prawej, obok Paula, z Petem z tyłu) często powtarzał: Zastanawiam się po dziś dzień, co się stało z tymi wszystkim młodymi ludźmi, którzy byli tamtej nocy i oglądali The Beatles i odchodzili. Czy zdali sobie z tego sprawę. Tak, już ich słyszę: Taa, oglądaliśmy wtedy The Beatles, było nas 18 osób i Beatlesi grali dla nas na bis... Wątpię, by się zorientowali wtedy, później oczywiście pewnie każdy powtarzał, że widział Beatlesów.
To prawda, przez lata wielu mieszkańców Aldershot wspominało, chwaliło się, że widziało na własne oczy, u siebie w mieście The Beatles u progu kariery. Tak naprawdę to tylko 18 osób.
THE BEATLES - ALDERSHOT '1961
Historia The Beatles
History of THE BEATLES