Posłuchaj tego: DAVID BOWIE - "YOUNG AMERICAN"

 

Dzisiejszy wpis w serii „Klasa The Beatles” nie jest przypadkowy. Choć David Bowie zawsze kroczył własnymi ścieżkami, rok 1975 był momentem, w którym jego orbita przecięła się z orbitą Johna Lennona w sposób absolutnie magiczny. Zapraszam Was do opowieści o utworze, który jest nie tylko wybitnym popowym przebojem, ale też dowodem na to, jak wielki wpływ Fab Four mieli na największych wizjonerów muzyki.  Pomysł wstawienia tego tekstu wpadł mi kilka dni temu, gdy słuchałem w sieci tego utworu, co przypomniało mi miłe wspomnienie z młodych lat. Mój brat słuchając tego utworu i znająć polski tytuł tłumaczył go sobie jako "Junior American" z mocno fonetyczną wymową słowa "junior" na "dżonio" a musze przypomnieć, że wtedy słuchalismy tego utworu na magnetofonie 4-ścieżkowym mono, na którejś już kopii z kopii (przegraniu) więc jakość była oczywiście słaba. Miesiąc temu minęła rocznica 10 rocznica śmierci wielkiego brytyjskiego muzyka, największego muzycznego kameleona (patrz zdjęcia na samym dole), więc powód tego postu jest jak najbardziej na czasie i ważny. Długi research sieci o piosence, tłumaczenie tekstu piosenki (dzięki wielu angielskim publikacjom i analizom) pokazało mi, że teskt jest niezwykle ważny w tej piosence, jakże bogaty w symbolikę. No i oczywiście ten słynny wers z beatlesowskiego "A Day in the Life". 
Piosenka „Young Americans” pochodzi z albumu o tym samym tytule, który był dla Bowiego ryzykownym skokiem w nieznane. David porzucił glam-rockowe piórka Ziggy’ego Stardusta na rzecz fascynacji czarnym brzmieniem Filadelfii – gatunkiem, który sam przekornie nazwał „plastic soul”.

David Bowie: Kiedy Beatlesi się rozpadli, poczułem się, jakby ktoś ogłosił koniec pewnej epoki historycznej. Ale z drugiej strony, to pozwoliło nam wszystkim – solowym artystom – znaleźć własny głos. Choć John zawsze pozostawał dla mnie tym punktem odniesienia, do którego równałem.

Ale to, co dla nas – fanów Beatlesów – jest w tym albumie najcenniejsze, wydarzyło się pod koniec sesji w nowojorskim Electric Lady Studios. To tam narodziła się niezwykła przyjaźń między Davidem a Johnem Lennonem. Efektem tego spotkania były dwa utwory, które na stałe wpisały się do kanonu:

„Across The Universe” – Bowie odważył się zinterpretować ten beatlesowski klasyk, a Lennon nie tylko mu na to pozwolił, ale osobiście zagrał w tej wersji na gitarze rytmicznej.  Kiedy David Bowie z obawą puszczał Johnowi Lennonowi swoją wersję beatlesowskiego klasyka Across the Universe, John zareagował z typową dla siebie szczerością. Stwierdził, że wersja Davida jest... lepsza niż oryginał! Uważał, że Bowie nadał tej piosence energię i blask, których brakowało nagraniu The Beatles. Cóż, Lennon lubił krytykować swoje nagrania w The Beatles. Dla Autora bloga wersja Bowiego pięknego utworu Fab Four (Lennona) nie umywa się do oryginału. 

David Bowie: Siedziałem w pokoju z Johnem Lennonem i czułem się jak dzieciak. Myślałem: 'Mój Boże, to jest ten facet, który napisał Strawberry Fields!'. Przez pierwsze godziny bałem się odezwać, żeby nie palnąć czegoś głupiego...
 
Beatlesi byli dla mojego pokolenia absolutnie wszystkim. To nie był tylko zespół, to była nowa forma życia. Nie da się przecenić wpływu, jaki wywarli na naszą kulturę. To oni sprawili, że poczuliśmy, że wszystko jest możliwe. Kiedy ich słuchałeś, miałeś wrażenie, że przyszłość właśnie puka do twoich drzwi. 
 
„Fame”
– utwór napisany wspólnie przez Davida i Johna (przy współudziale gitarzysty Carlosa Alomara). Co ciekawe, to właśnie ta piosenka stała się pierwszym solowym numerem jeden Johna Lennona jako współautora w USA, wyprzedzając pod tym względem jego własne, autorskie single. Wcześniej numer 1 miał z Eltonem Johnem z Whatever Gets You thru the Night w listopadzie 1974. Wspólna praca nad piosenką Fame była czystą improwizacją. Lennon (lub Alomar) wymyślili riff, Bowie dopisał tekst inspirowany ich rozmowami o mrocznych stronach sławy, a całe nagranie powstało w rekordowo krótkim czasie. 
"Young Americans" był pierwszym albumem Bowie, na którym grał gitarzysta Carlos Alomar. Bowie po raz pierwszy zobaczył Alomara grającego w zespole house w Apollo Theatre w Harlemie i przekonał go, aby zagrał na tym albumie i dołączył do trasy koncertowej. Alomar stał się głównym współpracownikiem, grając na kilku albumach Bowiego i wymyślając gitarowe riffy do piosenek takich jak "Fame" i "Golden Years".
Znowu będę krytyczny, gdyż dla mnie ten utwór jest całkowicie nieporozumieniem. Ludzie przypuszczalnie kupowali singla dla nazwiska Johna, bo Bowie nie był jeszcze wtedy bardzo popularny za oceanem, choć oczywiście nie był tam anonimowym muzykiem i miał spore rzesze fanów (zdjęcie obok - fani pod drzwiami Sigma Studios). 
 
Bowie wspominał później, że praca z Johnem była jak „praca z szybkością światła”. Lennon wniósł do studia niesamowitą energię i surowość, która idealnie przełamała soulową gładkość albumu. Ich relacja opierała się na wzajemnym szacunku – Bowie widział w Lennonie swojego idola z młodości, a John odnalazł w Davidzie artystę, który nie bał się eksperymentować tak bardzo, jak on sam w czasach Revolvera. Choć w samym utworze Young Americans John  nie śpiewał anie nie grał, cytat z A Day in the Life („I heard the news today, oh boy”) zadziałał jak magnes. To nim Bowie symbolicznie „wywołał” Lennona do tablicy, co chwilę później zaowocowało jedną z najważniejszych współprac w historii muzyki.
 
Ale Bowie potrafił być też krytyczny wobec swoich idoli. Nie zgadzam się z jego słowami, ale wypada mi je tutaj zacytować: Revolver był ostatnim wielkim albumem Beatlesów. Potem wszystko stało się trochę zbyt... grzeczne. Cudownie wykorzystywali studio, ale to przestało być rock and rollem, a stało się muzyczną tapicerką. To pewnie tłumaczy, dlaczego tak dobrze dogadał się z Johnem w 1975 roku. Obaj panowie w tamtym czasie mieli dość „ładnych” piosenek i szukali czegoś brudnego, surowego (jak właśnie Fame).

W 2003 David Bowie nagrał cover utworu George'a Harrisona „Try Some, Buy Some” na swój album "Reality". Bowie podziwiał prostotę i kompozycję utworu, który pierwotnie był produkcją Phila Spectora dla Ronnie Spector. Choć nie byli bliskimi przyjaciółmi, wzajemnie znali swoją twórczość, a wersja Bowiego była wyrazem szacunku dla kompozycji Harrisona. 
 
 Zanim przejdziemy już do samej piosenki z tytułu postu  muszę się z Wami podzielić historią, która od lat krąży w kuluarach rockowego świata. Jest ona tak fantastyczna, że nawet jeśli czas i ludzka wyobraźnia nieco ją podkolorowały, to grzechem byłoby jej nie przytoczyć przy okazji tematu tej wielkiej współpracy. Oto ona:

Gdzieś na styku 1974 i 1975 roku, w dusznych od dymu nowojorskich apartamentach, David Bowie miał być świadkiem czegoś, co wydawało się niemożliwe. Legenda głosi, że pewnej nocy do jego drzwi zapukali wspólnie... John Lennon i Paul McCartney. Dla świata byli wtedy w stanie zimnej wojny, ale tej nocy mieli być w wyśmienitych nastrojach. Bowie otwierając drzwi zoabczył w nich Johna, mówiącego: Nie uwierzysz, kogo tu jeszcze mam... Odparłem widząc drugiego gościa: A...Myślałem, że wy dwaj... Na to John odparł, że czas na zmiany...   Podobno w ferworze wspólnej zabawy i muzycznych dyskusji padł szalony pomysł: „A może byśmy tak stworzyli trio?”. Projekt miał nazywać się DBB, czyli David Bowie & The Beatles. Czy to był tylko genialny żart rzucony nad ranem przy butelce czegoś mocniejszego? Czy może chwila autentycznej euforii dwóch skłóconych geniuszy z Liverpoolu, którzy w Bowiem zobaczyli jedyną osobę zdolną wypełnić lukę po zespole? Tego na 100% się nie dowiemy, bo jak to z legendami bywa – rankiem emocje opadły, a projekt „DBB” pozostał jedynie w sferze marzeń fanów. Niemniej jednak, sama wizja Bowiego jako „piątego Beatlesa” – lub raczej lidera nowej wersji zespołu – pokazuje, jak niesamowita energia pulsowała wtedy między tymi artystami. Zamiast supergrupy dostaliśmy „tylko” (albo „aż”) utwór Fame. I patrząc na to z perspektywy czasu, może to i dobrze? Legenda zawsze smakuje lepiej, gdy pozostaje niedopowiedziana.


Singiel: wydany: 21 luty 1975
Strona B: "Suffragette City" (UK), "Knock on Wood" (US)
Album: "Young American"
Twórca (kompozycja): David Bowie
Producent: Tony Visconti
Wytwórnia: RCA
Długość: 5:10 (album version), 3:11 (US single)



Obsada:
David Bowie: wokal, gitara 12-strunowa
Carlos Alomar: gitara
David Sanborn: saksofon
Willie Weeks: gitara basowa
Mike Garson: fortepian (na zdjęciu obok z Davidem)
Andy Newmark: perkusja
Larry Washington: conga
Luther Vandross, Ava Cherry, Robin Clark: chórki  
 
 

Dlaczego singiel „Young Americans” jest tak ważny?  Moim zdaniem oczywiście, bo piosenki Bowiego nie znajdziecie w sumie w żadnym podsumowaniu największych hitów wszech-czasów. Nawet w moim, choć na blogu MTW napisałem kiedyś o tym utworze (tutaj). 

Zanim jednak świat usłyszał „Fame”, dostaliśmy utwór tytułowy – „Young Americans”. To singiel-instytucja. Bowie wspominał, że całe życie wtłaczana mu była amerykańska kultura, ideologia, styl życia. Stąd pokuszenie się o taką piosenkę, biorąc także pod uwagę fakt, że przymierzał się do zdobycia Ameryki na całego, onieśmielony słowami Johna Lennona: Ameryka pokocha Ciebie! Sesje nagraniowe odbyły się między datami trasy koncertowej w Sigma Sound Studios (212 North 12th Street w Filadelfii), które było stolicą czarnej muzyki w okolicy (utwór "Young American" nagrywany był między 11 i 13 sierpnia 1974, zmiksowany później w Nowym Jorku). Wpływ czarnego soulu miał bardzo oczywisty wpływ na styl Bowiego na tym albumie i tytułowej piosence. Artysta przeprojektował nawet scenę na resztę swojej trasy Diamond Dogs. W clipie niżej póbne wersje utworu (take 1 i 2) z Sigma Studios. 


 "Young American" (take 1 i 2)

 

David w czasie pracy w Sigma Studios

 Dlaczego ten utwór jest tak istotny? (na zdjęciu obok rocznicowe wydanie albumu - 50-lecie) Poukładałem to w kilka podpunktów, warto mieć je na uwadze za każdym razem gdy słuchamy piosenki. 

Tekstowy labirynt: To nie jest prosta piosenka o miłości. Pierwsze krytyki opisywały ją jako "dialog napalonych nastolatków chcących czegoś więcej od życia, Ameryki a nawet prezydenta Nixona". Jest w nim dużo więcej. To cyniczne, a jednocześnie pełne pasji spojrzenie na amerykański sen, który w połowie lat 70. był mocno poobijany aferą Watergate (stąd słynne pytanie: „Czy pamiętasz swojego prezydenta Nixona?”). Bowie w niesamowity sposób portretuje młodych ludzi szukających sensu w świecie pełnym reklam, pustych obietnic oraz politycznego chaosu. Nie jest to może tekst tak dokładnie obrazujący Amerykę jak wielki hit Dona McLeana "American Pie" (mój nr 22 Topu Wszech-czasów), niemniej bogaty w symbolikę i metafory. "O rany, czytałem dzisiaj wiadomości..." O tym niżej. 

Muzyczny przełom: Ten saksofon Davida Sanborna na początku! To brzmienie zdefiniowało nową erę w karierze Bowiego. Piosenka jest gęsta, dynamiczna, a chórki (z udziałem młodego, nikomu nieznanego wtedy Luthera Vandrossa) nadają jej niemal gospelowego uniesienia. David wspominał, że gdy miał już całą piosenkę stwierdził, że choć miała ona mocny, silny tekst, to nia miała ona żadnego haczyka, którym mógłby złowić słuchacza. Wtedy Luther podsunął mu pomysł śpiewając frazę " young American, young American..."

 

David w czasie sesji "Young American"w Sigma Studios (1974) z zaproszonymi do środka fanami, z tyłu Luther.

Hołd dla mistrzów: Warto wsłuchać się w końcówkę utworu. Bowie, niemal jakby chciał przywołać ducha Lennona do studia, śpiewa słynną linijkę: „I heard the news today, oh boy”. To bezpośredni cytat z „A Day in the Life”, który stał się proroczym mostem między oboma artystami.

„Young Americans” to piosenka o szukaniu tożsamości, o rozczarowaniu, ale też o niesamowitej woli życia. To klasa sama w sobie – kompozycja tak bogata, że przy każdym przesłuchaniu odkrywa się w niej nowy detal.

Poniżej znajdziecie pełny tekst tej niesamowitej piosenki wraz z moim tłumaczeniem (by oddać sens tesktu korzystałem tutaj z różnych żródeł). Posłuchajcie tego uważnie – to David Bowie w swojej szczytowej formie, tuż przed tym, jak wspólnie z Johnem Lennonem podbił amerykańskie listy przebojów.


2 listopada 1974 - nagranie show Dick Cavett (emisja miesiąc później)
They pulled in just behind the bridge
He lays her down, he frowns
"Gee my life's a funny thing, am I still too young?"
He kissed her then and there
She took his ring, took his babies
It took him minutes, took her nowhere
Heaven knows, she'd have taken anything, but

All night
She wants the young American
Young American, young American, she wants the young American
All right
She wants the young American

Scanning life through the picture windows
She finds the slinky vagabond
He coughs as he passes her Ford Mustang, but
Heaven forbid, she'll take anything
But the freak, and his type, all for nothing
He misses a step and cuts his hand, but
Showing nothing, he swoops like a song
She cries "Where have all Papa's heroes gone?"

All night
She wants the young American
Young American, young American, she wants the young American
All right
She wants the young American

All the way from Washington
Her bread-winner begs off the bathroom floor
"We live for just these twenty years
Do we have to die for the fifty more?"

All night
He wants the young American
Young American, young American, he wants the young American
All right
He wants the young American

Do you remember, your President Nixon?
Do you remember, the bills you have to pay
Or even yesterday?

Have you been an un-American?
Just you and your idol singing falsetto 'bout
Leather, leather everywhere, and
Not a myth left from the ghetto
Well, well, well, would you carry a razor
In case, just in case of depression
Sit on your hands on a bus of survivors
Blushing at all the Afro-Sheeners
Ain't that close to love?
Well, ain't that poster love?
Well, it ain't that Barbie doll
Her heart's been broken just like you have

All night
You want the young American
Young American, young American, you want the young American
All right
You want the young American

You ain't a pimp and you ain't a hustler
A pimp's got a Cadi and a lady’s got a Chrysler
Black's got respect, and white's got his soul train
Mama's got cramps, and look at your hands shake
I heard the news today, oh boy
I got a suite and you got defeat
Ain't there a man you can say no more?
And, ain't there a woman I can sock on the jaw?
And, ain't there a child I can hold without judging?
Ain't there a pen that will write before they die?
Ain't you proud that you've still got faces?
Ain't there one damn song that can make me
break down and cry?

All night
I want the young American
Young American, young American, I want the young American
All right
I want the young American
Young American
Young American, young American, I want the young American
(I want with you, I want with you want)
All right
(You want it, I want you you, you want I, I want you want)
Young American, young American, I want the young American
(I want to want, to want, to want , to want I, I want you)
All right
(Lord I wanted the young American)
(young American)
Young American, Young American
I want the young American


Tekst pochodzi z https://www.tekstowo.pl/piosenka,david_bowie,young_americans.html



They pulled in just behind the bridge
He lays her down, he frowns
"Gee my life's a funny thing, am I still too young?"
He kissed her then and there
She took his ring, took his babies
It took him minutes, took her nowhere
Heaven knows, she'd have taken anything, but

All night
She wants the young American
Young American, young American, she wants the young American
All right
She wants the young American

Scanning life through the picture windows
She finds the slinky vagabond
He coughs as he passes her Ford Mustang, but
Heaven forbid, she'll take anything
But the freak, and his type, all for nothing
He misses a step and cuts his hand, but
Showing nothing, he swoops like a song
She cries "Where have all Papa's heroes gone?"

All night
She wants the young American
Young American, young American, she wants the young American
All right
She wants the young American

All the way from Washington
Her bread-winner begs off the bathroom floor
"We live for just these twenty years
Do we have to die for the fifty more?"

All night
He wants the young American
Young American, young American, he wants the young American
All right
He wants the young American

Do you remember, your President Nixon?
Do you remember, the bills you have to pay
Or even yesterday?

Have you been an un-American?
Just you and your idol singing falsetto 'bout
Leather, leather everywhere, and
Not a myth left from the ghetto
Well, well, well, would you carry a razor
In case, just in case of depression
Sit on your hands on a bus of survivors
Blushing at all the Afro-Sheeners
Ain't that close to love?
Well, ain't that poster love?
Well, it ain't that Barbie doll
Her heart's been broken just like you have

All night
You want the young American
Young American, young American, you want the young American
All right
You want the young American

You ain't a pimp and you ain't a hustler
A pimp's got a Cadi and a lady’s got a Chrysler
Black's got respect, and white's got his soul train
Mama's got cramps, and look at your hands shake
I heard the news today, oh boy
I got a suite and you got defeat
Ain't there a man you can say no more?
And, ain't there a woman I can sock on the jaw?
And, ain't there a child I can hold without judging?
Ain't there a pen that will write before they die?
Ain't you proud that you've still got faces?
Ain't there one damn song that can make me
break down and cry?

All night
I want the young American
Young American, young American, I want the young American
All right
I want the young American
Young American
Young American, young American, I want the young American
(I want with you, I want with you want)
All right
(You want it, I want you you, you want I, I want you want)
Young American, young American, I want the young American
(I want to want, to want, to want , to want I, I want you)
All right
(Lord I wanted the young American)
(young American)
Young American, Young American
I want the young American

Live on The Cher Show - 1975



 

Zatrzymali się tuż za mostem 

On ją kładzie, marszczy brwi 

„Rany, moje życie to dziwna rzecz, czy wciąż jestem zbyt młody?” 

Pocałował ją tu i teraz 

Przyjęła jego pierścionek, urodziła mu dzieci 

Jemu zajęło to minuty, ją zaprowadziło donikąd 

Niebiosa wiedzą, wzięłaby cokolwiek, ale...



Ona pragnie młodego Amerykanina (Młodego Amerykanina, ona pragnie młodego Amerykanina)

 (W porządku)  Tak, ona pragnie młodego Amerykanina


Lustrując życie przez okno wystawowe

 Dostrzega zwinnego włóczęgę 

On kaszle, mijając jej Forda Mustanga 

Ale niech Bóg broni, ona weźmie wszystko 

Prócz tego dziwoląga i jemu podobnych, wszystko na nic 

On potyka się i rozcina sobie dłoń, ale 

Nie pokazując nic po sobie, mknie lekko jak piosenka 

Ona krzyczy: „Gdzie się podziali wszyscy bohaterowie taty?”


Ona pragnie młodego Amerykanina...


Drogą prosto z Waszyngtonu

 Jej żywiciel błaga, leżąc na podłodze w łazience 

„Żyjemy tylko przez te dwadzieścia lat 

Czy musimy umierać przez kolejne pięćdziesiąt?”


On pragnie młodego Amerykanina...


Czy pamiętacie swojego prezydenta Nixona? 

Czy pamiętacie rachunki, które musicie zapłacić? 

Albo chociaż to, co było wczoraj?

Czy byłeś tym „nie-Amerykaninem”? 

Tylko ty i twój idol śpiewacie falsetem 

O skórze, skórze, która jest wszędzie, i 

O tym, że z getta nie został już żaden mit 

Cóż, cóż, cóż, czy nosiłbyś przy sobie brzytwę 

Na wypadek, tak na wszelki wypadek depresji?

 Siedzisz z założonymi rękami w autobusie pełnym ocalałych 

Rumieniąc się na widok tych wszystkich z Afro-Sheen* 

Czy to nie jest bliskie miłości? Czy to nie jest miłość z plakatu?

 Cóż, to nie jest ta lalka Barbie Jej serce zostało złamane tak samo jak twoje i...

 

Przez całą noc pragniesz młodego Amerykanina...


Nie jesteś sutenerem ani kanciarzem 

Sutener ma Cadillaca, a dama ma Chryslera Czarny ma szacunek, a biały ma swój „soul train”** 

Mamę łapią skurcze, a spójrz, jak ciebie bolą ręce 

(Słyszałem dzisiaj wiadomości, o rany)*** 

Ja mam apartament, a ty masz porażkę 

Czy nie ma człowieka, który nie potrafi już powiedzieć „nie”? 

I czy nie ma kobiety, której mógłbym przyłożyć w szczękę?

I czy nie ma dziecka, które mógłbym objąć bez oceniania? 

Czy nie ma pióra, które napisze coś, zanim oni umrą? 

Czy nie jesteście dumni, że wciąż macie twarze? 

Czy nie ma ani jednej cholernej piosenki, która sprawiłaby 

Żebym się załamał i zapłakał?


Ja pragnę młodego Amerykanina...

*** Podpowiedzi:

* Afro-Sheen: Popularny w latach 70. produkt do pielęgnacji włosów dla Afroamerykanów. 

** Soul Train: Nawiązanie do słynnego programu muzycznego, ale też metafora „duszy”, którą biały człowiek próbuje odnaleźć w czarnej kulturze. Program rozpoczął się w 1970 roku. W programie pojawiało się zawsze wiele bardzo ekspresyjnych tańców, a także gość muzyczny, a w listopadzie 1975 roku Bowie stał się jednym z pierwszych białych piosenkarzy, którzy wystąpili w programie, z czego był bardzo dumny. Singiel "Young Americans" został wydany w lutym 1975 roku, więc Bowie wykonał w nim"Fame" i "Golden Years", który był jego obecnym singlem.

*** „I heard the news today, oh boy”: Bezpośredni cytat z piosenki A Day in the Life The Beatles 

 

                                                                  


 
     _______________




Historia The Beatles
History of  THE BEATLES

 





Patti Harrison - wspomnienia (6).

 

 

 

Zgodnie z obietnicą, wracamy do intymnych wspomnień Pattie Boyd. Dzisiaj przeniesiemy się wraz z nią i zespołem The Beatles do Indii, do słynnego obozu medytacyjnego Maharishiego w Rishikesh. Choć tematowi temu poświęciłem na blogu już wiele miejsca i zdjęć, to spojrzenie Pattie pozwala nam odkryć to fascynujące wydarzenie na nowo – z perspektywy kogoś, kto był tam nie tylko jako obserwator, ale jako świadek historii tworzącej się w ciszy aśramu. Poczytaj też teksty z poniższych linków. 
 
 
Po czterech tygodniach pobytu zjawił się Magic Alex. Był to młody Grek, który przypiął się do Beatlesów, a Jenny wynajmowała pokój w jego domu. Nazywał się Alex Mardas, a jego ojciec był jednym z greckich pułkowników, którzy obalili króla Konstantyna w puczu w 1967 roku. Wynalazł kilka dziwacznych gadżetów elektrycznych, które spodobały się Beatlesom – zwłaszcza Johnowi – i tworzył rzeczy dla butiku Apple, który otworzył się tuż przed naszym wyjazdem do Indii. Pewnego razu bardzo nalegał, by Beatlesi kupili grecką wyspę, więc pojechaliśmy do Grecji i spędziliśmy czas na łodzi, skacząc z wyspy na wyspę – wszystko, co pamiętam z tych wakacji, to że niektórzy z nas brali kwas, i nie musieliśmy przechodzić kontroli paszportowej, bo ojciec Alexa był tak ważny.

Jenny przyjechała z nami do Rishikesh częściowo dlatego, że uwielbiałyśmy z nią robić rzeczy razem, a częściowo dlatego, że zbiegiem okoliczności, podczas gdy George i ja odkrywaliśmy indyjską filozofię z Ravim Shankarem, Jenny przechodziła podobny proces w domu. Właśnie rozstała się z Mickiem Fleetwoodem i tęskniła za nim i za nami, kiedy uznała, że wierzenia, w których wyrosła, nie mają już sensu. Pewnego dnia natknęła się na sklepik przy Charing Cross Road, pełen książek o wschodniej filozofii. Gdy przeczytała, co mówią o życiu, śmierci i reinkarnacji, nagle zrozumiała, że Bóg jest wszędzie, w każdym z nas, i że wszystko jest kołem. Kiedy wróciłyśmy z Indii, opowiedziała nam, co jej się przydarzyło. My oczywiście przeżyłyśmy dokładnie to samo. [nafotce George, Pattie i Ravi].

W tamtym czasie wydawało się, że Jenny i ja wiemy dokładnie, o czym myśli druga. Często śniłyśmy o sobie nawzajem, a osiem na dziesięć razy dzwoniłyśmy i okazywało się, że to, co wydarzyło się we śnie, miało miejsce w rzeczywistości. To było całkiem niesamowite – czas niezwykłej psychicznej bliskości między nami. Nasze jednoczesne zwrócenie się ku wschodniej filozofii było przedłużeniem tego.

Nasze życia biegły też równolegle. Jenny rzuciła szkołę i została modelką, tak jak ja. Czasem pracowałyśmy razem, co było zabawne, ale podczas gdy ja byłam prawie wyłącznie modelką fotograficzną, ona pracowała na etacie u projektanta, więc okazje do wspólnej pracy były rzadkie. Ona też zakochała się w muzyku. Mick Fleetwood był perkusistą Fleetwood Mac, więc Jenny była częścią rockowej sceny, tak jak ja [Jenny i Mick na fotce obok]. Ich ostatnie rozstanie nie było ostateczne: jej związek z Mickiem zawsze był na włącz-wyłącz. Pierwszy raz zobaczył ją, gdy miała piętnaście lat – w Coffee Mill w Notting Hill, gdzie chodziła z przyjaciółmi po szkole – i wtedy postanowił, że się z nią ożeni. Zaczęli się spotykać, gdy miała siedemnaście lat, a pobrali się w 1970 roku, kiedy Jenny miała dwadzieścia trzy.

Plan zakładał, że pobędziemy w Akademii Medytacji w Rishikesh przez dwa lub trzy miesiące. To był długi czas, żebym jako modelka była poza obiegiem, ale George nigdy nie lubił mojej pracy, a ja starałam się ograniczać liczbę zleceń. Nigdy do końca nie wiedziałam, co w tym mu przeszkadzało. Podejrzewam, że był po prostu produktem swojego wychowania i chciał, by żona była w domu z dziećmi, czekała na niego z obiadem na stole, kiedy wracał z pracy. Moja kariera zabierała mnie z domu i wyrywała z jego łóżka o nienaturalnej porze; sprawiała, że inni mężczyźni na mnie patrzyli, co mu się mogło nie podobać – był dość mizoginiczny – i być może obawiał się, że jeśli stanę się bardziej znana, podsyci to publiczne zainteresowanie nami, od którego zawsze próbował uciec. Ale kiedy zrezygnowałam z modelingu, straciłam ważną część mojej tożsamości, poczucie własnej wartości, niezależność i pewność siebie. 

Z Delhi pojechaliśmy taksówkami w sześciogodzinną podróż do Rishikesh. Droga była pełna rowerów i wozów ciągniętych przez woły, osłów i świętych krów. Panował tam harmider, a w powietrzu unosił się zapach obornika i przypraw. Gdy opuszczaliśmy miasto, wzbijał się kurz, a przez niego widziałyśmy kobiety pracujące na polach w jaskrawych sari – czerwonych i żółtych, fioletowych i zielonych. Mijałyśmy pola pszenicy, góry i rzeki – to była niesamowita jazda.

Rishikesh leży malowniczo nad Gangesem, w miejscu, gdzie rzeka wypływa kaskadami z Himalajów na równiny. Aśram znajdował się na szczycie wzgórza z widokiem na miasteczko i rzekę; powietrze było czyste i świeże, przesycone zapachem kwiatów. Zajmował około osiem lub dziesięć akrów, otoczony wysokim ogrodzeniem i kłódkami na bramach. W środku pokazano nam mały domek Maharishiego, pocztę, wspólną jadalnię, salę wykładową i serię kamiennych cha-letów, w których się zatrzymaliśmy; miały płaskie dachy, na których opalaliśmy się.
    Maharishi i starsi przywitali nas i zaprowadzili do naszych pokoi. Na początku dzieliłam jeden z George’em. Był skromnie umeblowany, z dwoma wąskimi łóżkami, ale przeszkadzaliśmy sobie nawzajem w medytacji, więc ostatecznie każdy miał swój pokój; John i Cynthia początkowo mieszkali obok nas, ale nie dogadywali się – John poznał Yoko Ono – i po tygodniu lub dwóch przeprowadził się do osobnego pokoju. Bardzo mi było żal Cynthii: dostawał prawie codziennie listy od Yoko z treściami w stylu: „Jeśli spojrzysz w niebo i zobaczysz chmurę, to ja ci wysyłam miłość”.

   Każdy dzień wyglądał podobnie. Budziliśmy się rano na przenikliwy krzyk pawich głosów i szliśmy na śniadanie do otwartej jadalni przykrytej płótnem na bambusowych słupach. Kucharzami byli dwaj dwudziestojednoletni Australijczycy, którzy podróżowali dookoła świata i usłyszeli, że akademia potrzebuje pomocy. Wszystko, co gotowali, było wegetariańskie i pyszne. Przypominało mi to chapati i fasolę, które robili Kikuju w Kenii. Na śniadanie serwowali owsiankę i tosty, które jedliśmy pod czujnym okiem setek dużych czarnych wron na drzewach – czekały, aż odejdziemy, by zlecieć i dziobać resztki. Czasem małpy wskakiwały na stoły, chwytały garść jedzenia i uciekały. Ringo spędził dzieciństwo w szpitalu: nie mógł jeść cebuli, czosnku ani niczego ostrego, więc przywiózł walizkę fasolki Heinz.
   Po śniadaniu dostawaliśmy plan dnia, który w większości sprowadzał się do medytacji i wykładów Maharishiego. Odbywały się one w dużej zadaszonej przestrzeni z platformą zawsze udekorowaną kwiatami, gdy przemawiał. Dla mnie jednym z największych objawień była koncepcja reinkarnacji, którą wyznawał. Nie przyszło mi do głowy, że życie może trwać w innej sferze. Myślałam, że po śmierci to koniec. Z latami, gdy umierali przyjaciele, ta wiara stała się dla mnie wielką pociechą.

 

 W aśramie było nas pewnie około sześćdziesięciu – ciekawa mieszanka ludzi z całego świata: ze Szwecji, Wielkiej Brytanii, Ameryki, Niemiec, Danii – i wszyscy byli tacy mili. Mimo to czuliśmy się odcięci od reszty świata, więc zawsze ekscytujące było przyjście listów – moja mama regularnie pisała z nowinami z domu – lub przyjazdy nowych osób. Jednym z nowicjuszy był Donovan z menedżerem „Gipsy Dave”. Znaliśmy Donovana od lat. Nagrywał z Beatlesami i przyczynił się do albumu Yellow Submarine. Zakochany był w Jenny – dla niej napisał „Jennifer Juniper”. Pojawił się też Mike Love, wokalista Beach Boys, oraz aktorka Mia Farrow z bratem Johnnym i siostrą Prudence.

Wykłady Maharishiego były fascynujące. Mówił o ideach stojących za medytacją i o tym, czego powinniśmy dążyć, o życiu i podróżach astralnych, które mogą zdarzyć się podczas medytacji. To jak doświadczenie poza ciałem, i przydarzyło mi się to raz w Rishikesh. Czułam, jakby mnie przeniosło do innego pokoju, po czym zdałam sobie sprawę, że jestem we własnym. George’a też to spotkało i porównaliśmy notatki. Czasem Maharishi dawał naszej grupie prywatne lekcje – tylko on i my, w tym Donovan – na świeżym powietrzu. Potem wracaliśmy do pokoi na medytację, początkowo na ograniczony czas. Stopniowo mogliśmy medytować tak długo, jak chcieliśmy, a jeśli podczas posiłków, musieliśmy uprzedzić, by zostawili jedzenie pod drzwiami. Najdłużej wytrzymałam siedem godzin, od piątej po południu do północy.

 




                                                                         _______________




Historia The Beatles
History of  THE BEATLES

 




Pattie Boyd-Harrison - wspomnienia (5)

 

 

Słuchając po latach albumu 'Magical Mystery Tour', natknąłem się na niesamowite wspomnienia Pattie Boyd z lata 1967 roku. To był moment, w którym dla The Beatles skończyła się pewna epoka beztroski, a zaczęła droga ku dojrzałości i... duchowości. Podczas gdy ja w 1987 roku walczyłem z greckimi drogami w moim Maluchu, oni dwadzieścia lat wcześniej mierzyli się z odejściem człowieka, który stworzył ich legendę. Zapraszam do lektury tej poruszającej historii o Brianie Epsteinie, agresywnym tłumie w Manili i... Wenusjanach, którzy nigdy nie dotarli na seans." Tekst Pattie Boyd pokazuje nam Beatlesów w momencie ogromnej bezbronności. Śmierć Briana Epsteina, którego nazywali "tatusiem", zmusiła ich do nagłego dorośnięcia. To fascynujące, jak wielka sława mieszała się u nich z traumatycznymi przeżyciami (jak ucieczka z Filipin) i naiwnym poszukiwaniem odpowiedzi w mistycyzmie. Brian nie był tylko menedżerem – był fundamentem, bez którego zespół, mimo duchowych poszukiwań u Maharishiego, zaczął powoli zmierzać ku rozpadowi. Tutaj wszystko słowami Pattie Boyd, żony George'a, ale o tyn wszystkim 9może z wyjątkiem wątku o Wenusjanach) znajdziecie mnóstwo postów na blogu.

 

A potem tłum stał się lekko wrogi. Wyczuliśmy to, ponieważ kiedy jesteś na takim haju, jesteś bardzo świadomy wibracji, a my szliśmy coraz szybciej i szybciej, a oni szli za nami. Kiedy zobaczyliśmy limuzynę, przebiegliśmy przez drogę i wskoczyliśmy do środka, a oni pobiegli za nami i zaczęli kołysać samochodem, a okna były pełne tych twarzy, rozpłaszczonych o szkło, patrzących na nas. To był punkt zwrotny dla George’a. Zawsze myśleliśmy o narkotykach jako o zabawie, sposobie na poszerzenie umysłu i świadomości. To, co zobaczyliśmy w Haight-Ashbury, otworzyło nam oczy. Ci ludzie wypadli z systemu, spali pod gołym niebem i brali wszelkiego rodzaju narkotyki – niektóre z nich dziesięć razy silniejsze niż LSD. STP było jednym z nich, o czym George dowiedział się później od Mamy Cass Elliot [członkini Mamas and Papas]. W tych ludziach nie było absolutnie nic artystycznego ani kreatywnego: byli jak alkoholicy lubjacykolwiek inni uzależnieni, i to całkowicie zniechęciło George’a do całej kultury narkotykowej. Przestał brać LSD i zajął się medytacją.
 
Zatem Maharishi i jego nauki pojawili się w naszym życiu w odpowiednim momencie – a przynajmniej w życiu George’a – i nie tylko poprzez zapewnienie alternatywy dla narkotyków. George nie był pewien, dlaczego jest tak sławny. Wiedział, że jest utalentowanym muzykiem, ale wiedział też, że istnieją dziesiątki utalentowanych muzyków, niektórzy bardziej utalentowani od niego, a jednak to on był tym światowej sławy, który nie mógł przejść ulicą, by nie zostać osaczonym przez tłum, ani usiąść w restauracji, by ktoś nie dręczył go o autograf. Szukał wyjaśnienia, a Maharishi zaoferował praktyczny sposób dostępu do duchowości i mistycyzmu, których George doświadczył podczas naszej podróży do Indii z Ravim Shankarem.
 
Bangor, Walia, Fab Four i Maharishi.
 Do niedzielnego poranka w Bangor wszyscy zostali wprowadzeni w medytację transcendentalną i wierzyliśmy, że znaleźliśmy nowy sposób na życie. Wtedy zadzwonił telefon i świat wywrócił się do góry nogami. Brian Epstein nie żył. To był najbardziej szokujący, straszny moment. Paul odebrał telefon od Petera Browna. Brian został znaleziony martwy w swoim łóżku w domu na Chapel Street. Miał trzydzieści dwa lata. W tamtym momencie nie było żadnego wyjaśnienia. Byliśmy oszołomieni, gdy Paul, z twarzą bladą jak popiół, powtórzył to, co mu powiedziano. 

To musiała być pomyłka. Paul i George byli w całkowitym szoku. Myślę, że nie mogłoby być gorzej, gdyby usłyszeli, że ich właśni ojcowie padli trupem. Stało się niewyobrażalne. Brian ich znalazł, uwierzył w nich, ulepił ich, uczynił milionerami i rozsławił na cały świat. Opiekował się nimi, spełniał każdą ich zachciankę, chronił ich, prowadził, doradzał im. Był ich przyjacielem, ich wsparciem, ich bohaterem. Był niezastąpiony.


Wiedzieliśmy, w zimnym, twardym świetle poranka w Bangor, że życie już nigdy nie będzie takie samo. Byliśmy na zewnątrz, tuż po śniadaniu, kiedy usłyszeliśmy nowiny. Byliśmy w drodze do Maharishiego, który miał z nami rozmawiać prywatnie – i nagle wydało się to właściwą rzeczą do zrobienia, więc dotrzymaliśmy spotkania. Potrzebowaliśmy kogoś mądrego i duchowego, kto powie nam, co myśleć. Byliśmy zgubieni. Pomyślałam nawet idiotycznie: Maharishi jest tak niesamowity, że może przywróci Briana do życia. Nie mógł oczywiście, ale był spokojny. Mówił o reinkarnacji, ale powiedział też, że negatywne uczucia będą przeszkadzać Brianowi w podróży. Jego duch był z nami, a żeby go uwolnić, musimy radować się ze względu na niego, śmiać się i być szczęśliwymi. Trudno było poczuć jakąkolwiek radość tego dnia, ale ogromną pomocą było mieć kogoś, do kogo można się zwrócić, kto z taką pewnością wiedział, jak powinniśmy sobie radzić. Nie mogę powstrzymać się od myśli, że to nie przypadek, że byliśmy z Maharishim, kiedy Brian umarł. Ktoś tam na górze się nami opiekował.

[Na zdjęciu obok pomnik menadżera Beatlesów w Liverpoolu - zdjęcie zrobione przez Autora bloga w sierpniu 2025] 
Brian zmarł z powodu przedawkowania leku na bazie bromku, który brał, by pomóc sobie zasnąć. Inspektor policji wezwany do domu, po tym jak sekretarz, gospodyni i lekarz Briana wyważyli zamknięte drzwi sypialni i odkryli ciało, zgłosił znalezienie siedemnastu butelek tabletek w szafce łazienkowej, aktówce i obok łóżka. Pytanie brzmiało, czy zmarł celowo. Wiedzieliśmy, że Brian brał tabletki nasenne. Brał wszelkiego rodzaju narkotyki i pił o wiele więcej, niż było dla niego dobre, ale my wszyscy to robiliśmy. Jednak nie powinno się pić alkoholu połączonego z tabletkami nasennymi: sugerowano, że Brian wziął kilka tabletek, obudził się później i coś wypił, a potem wziął więcej tabletek, zapominając, co już połknął.

Nie wierzę, że popełnił samobójstwo. Z drugiej strony nie sądzę, by był szczęśliwy i zasadniczo prawdopodobnie nigdy nie był. Był gejem i myślę, że uważał to za trudne: przyciągał niewłaściwy typ ludzi, brutalnych typów, którzy traktowali go źle, a potem zostawiali. Przez większość czasu był samotny oraz przygnębiony. Pomimo całej ich bliskości, nigdy tak naprawdę nie utrzymywał bliskich kontaktów towarzyskich ze wszystkimi Beatlesami. Urządzał szalone, dzikie, oszałamiające przyjęcia w swoim domu w Belgravia i w Kingsley Hill, swojej wiejskiej posiadłości w Sussex, na które wszyscy chodziliśmy, ale przez większość czasu zostawiał nas, byśmy robili swoje – a my zostawialiśmy go, by robił swoje. Zauważyliśmy, że stał się trochę bardziej rozluźniony w swoim życiu towarzyskim – odniosłam wrażenie, że już na niczym nie zależy mu tak bardzo, jak kiedyś.


Rok wcześniej George i ja pojechaliśmy z nim na tydzień na południe Francji i to było typowe dla dawnego perfekcjonisty Briana. Miał wypracowany każdy najmniejszy szczegół, każdy posiłek, każdą restaurację, każde miejsce, które odwiedzimy. Wynajął nawet samolot, by zabrać nas na walkę byków w Arles. Ale w ostatnim roku życia, kiedy nasze życia tak dramatycznie się zmieniły, odpuścił sobie. Wiedzieliśmy, że bierze znacznie więcej narkotyków, niż było dla niego dobre, ale nie wiedzieliśmy, że spędza większość dni w łóżku, wychodząc ze swojego mieszkania tylko w nocy, ani że od miesięcy prawie nie widywano go w biurze. Przypuszczam, że byliśmy tak zaabsorbowani własnym życiem, jak to dzieci, że nie przestaliśmy się zastanawiać, co u taty. Nie wiem, czy ktokolwiek z nas płakał, gdy usłyszeliśmy nowiny w tamten niedzielny poranek, ale wiem, że ja płakałam podczas nabożeństwa żałobnego w synagodze New London w St. John’s Wood kilka tygodni później. Nie pojechaliśmy na pogrzeb, który był przeznaczony tylko dla rodziny w Liverpoolu, ale George wysłał pojedynczy słonecznik, a wspólnik Briana, Nat Weiss, wrzucił go do otwartego grobu. Na nabożeństwie żałobnym jego matka, Queenie, wyglądała na słabą i załamaną. Jej mąż, ojciec Briana, zmarł nieco ponad miesiąc wcześniej.

George był już pełen nauk Maharishiego: Nie ma czegoś takiego jak śmierć – powiedział reporterom w tamten niedzielny poranek w Bangor – tylko w sensie fizycznym. Wiemy, że teraz jest z nim w porządku. Powróci, ponieważ dążył do szczęścia i tak bardzo pragnął błogości. A nieco później powiedział to samo: I tak nie ma czegoś takiego jak śmierć. To znaczy, to śmierć na poziomie fizycznym, ale życie toczy się wszędzie. George uważał za pocieszające wierzyć, że dusza Briana pewnego dnia powróci – i zgadzałam się z nim.

Prawdziwym smutkiem dla Briana było chyba to, że kiedy Beatlesi przestali koncertować, nie potrzebowali go już tak bardzo. A w sierpniu 1967 roku, kiedy zmarł, nie koncertowali ani nie występowali na żywo od roku. Przez długi czas nienawidzili grać dla ogromnej, wrzeszczącej publiczności, ale moment krytyczny nastąpił w Manili, na koniec trasy po Niemczech, Japonii i Filipinach. Brian Epstein i Peter Brown jedli śniadanie w kawiarni swojego hotelu w Tokio, kiedy ktoś przyszedł im powiedzieć, że pani Marcos, żona prezydenta Filipin, chce zaprosić Beatlesów na lunch podczas ich wizyty w jej kraju. Brian powiedział: „My tego nie robimy. Nie chodzimy na oficjalne imprezy”. Stało się tak dlatego, że ostatnim razem, gdy na taką poszli – w ambasadzie brytyjskiej w Waszyngtonie w 1964 roku – skończyło się to fiaskiem. Było to po koncercie w Coliseum, ich pierwszym na amerykańskiej ziemi, a ambasada roiła się od reporterów i gości. Wszyscy wypili za dużo i ciągle szarpali Beatlesów, domagając się autografów. Ktoś odciął kawałek włosów Ringo, potem John zaklął i wyszedł. Brian zdecydował, że w przyszłości nie będą robić niczego, czego on nie zaaranżował.

Kiedy Beatlesi przylecieli do Manili, skonfiskowano ich bagaże. Byli przerażeni, że zostaną aresztowani za posiadanie narkotyków – ich obawy były nieuzasadnione. Dzień po koncercie ktoś przyjechał do ich hotelu i powiedział, że przyjechał zabrać ich do pałacu na lunch. Brian wyjaśnił, że odrzucili zaproszenie. „Ale musicie jechać” – powiedział wysłannik. Brian był nieugięty, że nie pojadą, po czym otrzymał telefon od brytyjskiego ambasadora sugerującego, by ponownie to przemyślał. Brian uparł się i nie opuścili hotelu. Przez cały ten czas w ogólnokrajowej telewizji, którą George i inni oglądali w swoim apartamencie, podawano informację, że Beatlesi są oczekiwani w pałacu, ale jeszcze się nie pojawili. Potem, w miarę upływu czasu, wiadomość ta zamieniła się w: „Beatlesi lekceważą Pierwszą Rodzinę”.
   Następnego ranka mieli odlecieć i po przebudzeniu odkryli, że cała ochrona została wycofana, nie było obsługi pokojowej, a wszelkie udogodnienia były niedostępne. Nie było samochodu ani taksówki, która mogłaby zabrać ich na lotnisko. W końcu znaleźli dwa pojazdy: Neil, Mal i Tony Barrow, oficer prasowy Beatlesów, pojechali jednym, a Beatlesi, Brian i Peter drugim. Kiedy dotarli na lotnisko, nikt nie chciał pomóc z bagażami, a tłum buczał. Młodzi ludzie krzyczeli i próbowali ich złapać, ale starsi ich bili, rzucali cegłami i kopali. Kiedy znaleźli drogę do właściwej bramki, zostali umieszczeni w przeszklonym pomieszczeniu, wystawieni na widok ludzi na antresoli. Pracownicy ochrony, którzy skonfiskowali ich torby przy wjeździe do kraju, weszli, by ich popychać. Zbiry miały broń, a otoczenie Beatlesów było przerażone. Kiedy Mal, postawny facet, został powalony, zrobiło się paskudnie. Odlatywali lotem KLM do Indii i martwili się, że samolot wystartuje, zanim zdołają wejść na pokład.
 
W samolocie w końcu wezwano pana Epsteina i pana Evansa do wyjścia. Brian to załatwił, ale kosztowało go to wszystko, co grupa zarobiła w Manili. Stres sprawił, że dostał pokrzywki. Wtedy George powiedział, że nigdy więcej nie chce jechać w trasę. Bycie osaczonym, bo ludzie cię kochają, to jedno; bycie osaczonym, bo cię nienawidzą, to co innego. Jedyną dobrą rzeczą, jaka wynikła z Manili, był piękny szmaragdowy pierścionek, który George przywiózł mi do domu wraz z wspaniałymi czarnymi perłami.
Ostatni występ na żywo dali w Candlestick Park w San Francisco w sierpniu 1966 roku. Od tego czasu Beatlesi pisali piosenki i nagrywali albumy. I rola Briana się zmieniła. Nigdy nie był potrzebny w studiu nagraniowym – to była domena George’a Martina, producenta płytowego Beatlesów. Chociaż nadal polegali na nim przy załatwianiu wszystkiego w ich życiu osobistym, jego codzienny kontakt z nimi zmalał. Miał mnóstwo innych osób pod opieką, ale Beatlesi stawali się niezależni. Imperium Briana, NEMS Enterprises, było ogromne i podpisał kontrakty z wieloma innymi artystami, w tym z Cillą Black (na zdjęciu wyżej), Gerry and the Pacemakers i Billym J. Kramerem, ale Beatlesi byli wyjątkowi. Przez pięć lat byli jego życiem i nagle prawie ich nie było.
 

Wkrótce po śmierci Briana pewna para napisała do George’a i Johna, mówiąc, że Brian próbuje się z nami skontaktować. Żona była medium i mogła przeprowadzić seans. Ale, jak powiedzieli, było niezmiernie ważne, abyśmy nikomu o tym nie mówili, ponieważ dołączą do nas Wenusjanie, a jeśli ktokolwiek dowiedziałby się o ich wizycie, wojsko próbowałoby ich zabić. Mówili, że ostatnio było wiele obserwacji Wenusjan i że będą podróżować swoim statkiem kosmicznym V6. Pomyśleliśmy, że brzmi to ekscytująco, więc John, Cynthia, George i ja pojechaliśmy do East Grinstead w West Sussex, gdzie para przekształciła ogromny wiejski dom w spa.
   Czekając na przybycie Wenusjan, żona wyjaśniła, że wcześniej mieszkała w Londynie. Pewnego dnia w oknie pojawiła się mała osóbka i powiedziała: „Zostałaś tu wysłana, aby pomagać ludziom, kiedy tylko możesz”. Więc ona i jej mąż kupili dom i zamienili go w uzdrowisko, aby spełnić jej przeznaczenie. Czekaliśmy i czekaliśmy. Nie było śladu Wenusjan. Czy byliśmy pewni, że nikomu nie powiedzieliśmy? Tak. Wtedy mąż usiadł przed dużym staroświeckim radiem, jak z filmu z lat 40., założył słuchawki i majstrował przy gałkach, mówiąc rzeczy w stylu: „V6, V6, zgłoś się, V6…”. Wenusjanie, ogłosił, powiedzieli, że jednak nie przylecą, ale skontaktują się z nami innym razem. On i jego żona byli tak rozczarowani, ale my nie śmieliśmy na siebie spojrzeć ze strachu przed wybuchem śmiechu.
   Zaprowadzono nas do dużego ciemnego pokoju, gdzie usiedliśmy wokół okrągłego stołu. Nagle żona zaczęła mówić dziwnym głosem, jakby opanował ją duch. Mówiła o ludziach po drugiej stronie, o ludziach, którzy się zgłaszają, którzy chcą z nami rozmawiać. Powiedziała, że jest z nią Brian. Mówił, że wszystko u niego w porządku, mamy się o niego nie martwić – i chciał, żebyśmy wiedzieli, że nie popełnił samobójstwa. Tak bardzo chciałam jej wierzyć i myślę, że George też, ale pomyliła kilka rzeczy w moim przypadku; była dość dokładna w rzeczach, które mówiła Cynthii, ale John wyśmiał całą tę sprawę. Kiedy było po wszystkim i duchy ją opuściły, wyglądała na wyczerpaną. Jej mąż powiedział nam, że skoro Wenusjanie nie przybyli, nie wezmą od nas pieniędzy, i pożegnaliśmy się. Na zewnątrz wyliśmy ze śmiechu. 


 

 Kiedy śmierć Briana przerwała nasz czas w Bangor, Maharishi zaprosił nas, abyśmy zamieszkali z nim w jego aśramie w Indiach. Co roku prowadził kurs dla zachodnich gości, którzy chcieli zostać instruktorami medytacji. Żaden z nas tego nie chciał, ale chcieliśmy się jeszcze trochę poduczyć, i myślę, że Beatlesi uważali, że ich fani mogą ich naśladować, co oznaczałoby, że wykorzystują swój wpływ na młodych ludzi w dobry sposób. 

W lutym 1968 roku, w towarzystwie połowy światowego przedstawicielstwa prasy, wyruszyliśmy do Rishikesh, małego miasteczka na północy Indii, u podnóża Himalajów. Choć pobyt w Walii był krótki, napełnił nas podekscytowaniem tym, dokąd może nas zaprowadzić Maharishi i indyjska duchowość. George i ja, moja siostra Jenny, John i Cynthia polecieliśmy razem do Delhi, a Paul, Jane, Ringo i Maureen przyjechali kilka dni później.

O tym w następnym poście ze wspomnieniami Pattie. 


 

 

 


      _______________




Historia The Beatles
History of  THE BEATLES