GEORGE MARTIN: Gdy odszedł Brian Epstein, zabrakło kogoś, kto potrafiłby ich zjednoczyć od strony biznesowej i życiowej. Pojawienie się Kleina wprowadziło podziały, z których nie było już odwrotu. To, że musieli rozmawiać ze sobą przez prawników i pozywać się nawzajem, było niezwykle smutne, bo w głębi serca wcale tego nie chcieli – zostali zmuszeni przez sytuację finansową i prawną... Wiedzieliśmy, że to koniec. Atmosfera była gęsta, a w tle wisiały już groźby procesów i sporów o pieniądze. Ale kiedy wchodzili do studia, potrafili jeszcze na ten jeden moment stać się dawnymi Beatlesami i stworzyć arcydzieło.
Spróbujmy więc przybliżyć najważniejsze sądowe wydarzenia w historii Fabsów, które ostatecznie przypieczętowały los legendarnej wielkiej czwórki. Na samym końcu tego postu umieściłem linki do moich czterech wcześniejszych artykułów, w których niezwykle szczegółowo opisałem wielowymiarowy proces rozpadu Największego Zespołu Świata.
Zanim jednak przejdziemy do samych paragrafów, trzeba od razu mocno podkreślić jedną zasadniczą rzecz: ten sądowy dramat nie dotyczył wyłącznie przerostu ambicji, urażonych uczuć czy czysto muzycznych, twórczych sporów w studiu nagraniowym. The Beatles przez lata byli przede wszystkim wielką, absolutnie wyjątkową artystyczną przyjaźnią. Z czasem jednak, niemal niezauważalnie, ta czwórka chłopaków z Liverpoolu stała się zarazem potężnym, sprawnie działającym i skomplikowanym przedsiębiorstwem generującym niewyobrażalne zyski.
PAUL: Nie ja zainicjowałem rozpad. To był nasz Johnny. O nie, nie, nie. John pewnego dnia wszedł do pokoju i powiedział: «Opuszczam Beatlesów». I dodał: «To dość ekscytujące, to trochę jak rozwód».
JOHN: Kiedy Paul nas pozwał, poczułem się, jakby ktoś mnie uderzył w twarz. To było jak rozwód, tylko że zamiast jednej żony miałem trzech braci, a jeden z nich właśnie wystąpił przeciwko całej rodzinie...
Paul był absolutnie przekonany, że najlepszym i najbardziej godnym mężem mężem stanu w tym finansowym chaosie będą Lee oraz John Eastmanowie — odpowiednio ojciec i brat jego żony, Lindy McCartney (widoczni na załączonej fotografii). McCartney widział w nich wykształconych, opanowanych nowojorskich prawników z najwyższej półki, którzy z klasą dbaliby o interesy Fabsów. Jednak pozostała trójka dostrzegała w tym układzie ogromne zagrożenie, obawiając się nepotyzmu oraz stopniowej dominacji Paula nad resztą zespołu. Producent, "ojciec muzyczny" zespołu, czasem nazywany "piątym Beatlesem", George Martin - po latach - zauważał, że gdyby Paul nie pozwał pozostałych trzech członków zespołu w Sądzie Najwyższym, cały dorobek i prawa do muzyki The Beatles wpadłyby w ręce Allena Kleina. Pozew sądowy – choć brutalny emocjonalnie – był jedynym prawnym sposobem na zamrożenie majątku i „uratowanie” spuścizny zespołu dla nich samych.
GEORGE MARTIN: Patrzenie na to, jak pozywają się w sądzie, było bolesne. Przez tyle lat tworzyli jedność, byli niemal jak jeden organizm. Aż nagle znaleźli się w miejscu, gdzie te same cztery osoby, które trzymały się razem przeciwko całemu światu, zaczęły walczyć przeciwko sobie. To nie była kwestia nienawiści muzycznej – to były pieniądze, egocentryzm i złe doradztwo... To bardzo mnie zdenerwowało — a Paula zdenerwowało jeszcze bardziej, ponieważ ani on, ani ja nie wiedzieliśmy o tym, dopóki sprawa nie została załatwiona. Zrobiono to za naszymi plecami, bo wtedy Allen Klein kierował Johnem... Naprawdę dochodziło między nimi do bójek.
YOKO ONO: Nie sądzę, żebym nawet próbowała ich rozbić... John był absolutnie dewastowany i wściekły, gdy dostał dokumenty sądowe. Dla niego fakt, że Paul podał ich do sądu – swoich własnych braci – był przekroczeniem granicy. John nie rozumiał wtedy prawniczych zawiłości i tego, że Paul walczył w ten sposób z Allenem Kleinem. Dla Johna to był cios prosto w serce: »Paul pozwał mnie do sądu«. Pamiętam ten ogromny żal i poczucie zdrady, które przerodziło się w gwałtowny gniew.
ALLEN KLEIN: Kiedy wszedłem do Apple Corps w 1969 roku, ich finanse to było jedno wielkie szambo. Tracili tysiące funtów tygodniowo na głupoty, ich konta były puste, a firma tonęła. Przeorganizowałem ich renegocjacje z EMI, wywalczyłem dla nich najwyższe stawki tantiem w historii przemysłu muzycznego. W rok zarobiłem dla nich więcej pieniędzy niż ktokolwiek przedtem. I co dostałem w zamian? Pozew sądowy od Paula McCartneya.
W kontekście satyrycznym, warto wspomnieć o słynnej wypowiedzi wyreżyserowanej przez Erica Idle'a w parodii "The Rutles" (którą George Martin i sami Beatlesi uwielbiali): W 1970 roku Dirk pozwał Stiga, Nasty'ego i Barry'ego; Barry pozwał Dirka; Nasty pozwał Barry'ego... a Stig przypadkowo pozwał samego siebie – co idealnie oddawało absurd sytuacji prawnej, w jakiej znaleźli się wówczas muzycy.
ERIC CLAPTON: Wszyscy czuliśmy ten niesamowity ciężar w powietrzu. To było absurdalne – z jednej strony miałeś najbardziej wpływową grupę świata, a z drugiej czwórkę kumpli, którzy nagle nie mogli ze sobą rozmawiać bez armii prawników w pokoju. Zamiast rozmawiać o muzyce, rozmawiano o 'zamrażaniu kont' i 'odbieraniu praw'. Muzyczny świat na chwilę się zatrzymał i poczuliśmy, że pewna epoka bezpowrotnie umarła.
PATTIE BOYD (w swojej biogragii "Wonderful Tonight"): John był zainteresowany zatrudnieniem Allena Kleina, małego, okrągłego i bezwzględnego amerykańskiego księgowego, który z powodzeniem zarządzał Stonesami… Gdy Mick dowiedział się, że Beatlesi mają spotkać się z Kleinem, poczuł, że musi ich przed nim ostrzec, uważając go za niegodnego zaufania… Ostatecznie John, George i Ringo zdecydowali się zatrudnić Allena Kleina, a Paul pozostał przy swoich teściach… Współpraca ostatecznie się rozpadła, co doprowadziło Beatlesów do wniesienia pozwu przeciwko niemu.
MICK JAGGER: Mówiłem im: »Nie róbcie tego, to największy błąd waszego życia! Ten facet to rekin, wyczyści was do zera!« Ale John był tak oczarowany słowami Kleina, że nikt go nie słuchał. Paul jako jedyny przejrzał na oczy. Kiedy Paul podał ich do sądu, wiedziałem, że robi to, bo nie miał innego wyjścia – musiał odciąć ten nowotwór, zanim Klein zabierze im cały majątek... Kiedy Beatlesi się rozpadli, nie obchodziło mnie to ani trochę.
PAUL: Zapytałem Micka Jaggera, kiedy do nas przyjechał… Powiedział, że wszystko w porządku, jeśli ‘lubisz takie rzeczy’. Tak naprawdę nie odradzał nam go.
PAUL: Obwiniano mnie o rozpad The Beatles i wierzcie mi, kupiłem to i przez wiele lat paskudnie się z tym czułem. Ale robiąc to, pozywając dawnych kumpli, wiedziałem, co robię. Gdybym tego wtedy nie zrobił, wszystko by wpadło w ręce Kleina. Nie wydalibyśmy nigdy „Get Back”, tych wspaniałych Antologii. Jedynym sposobem na to, aby nas od tego uwolnić, było właśnie skierowanie sprawy do Sądu. Samodzielne pozwanie Kleina nie wchodziło w grę, on nie uczestniczył wprost w sporze między nami. Nie mogłem pozwolić na to, by wszystko, co stworzyłem przez lata, zniknęło w dymie. Wiedziałem, że jeśli uda mi się to wygrać, wygram to także dla nich. A oni kochali tego gościa Kleina, dla mnie był pieprzonym idiotą.
GEORGE: Okropne. Całe pieniądze, które kiedykolwiek zarobiliśmy z płyt Beatlesów, z filmów beatlesowskich czy z jakiegokolwiek źródła, trafiały do tej firmy, Apple, która była okradana przez wszystkich tych słynnych gangsterów. To był bałagan i Paul pozywał nas trzech, ponieważ mieliśmy tego gościa jako menedżera, i to po prostu był chaos.
19 stycznia 1971 – Rozpoczyna się dziewięciodniowa rozprawa sądowa. Jedynym członkiem The Beatles, który stawia się osobiście na sali sądowej, jest Paul McCartney.
LINDA McCARTNEY: To był najgorszy okres w naszym życiu. Paul płakał, nie mógł wstać z łóżka, zaczął mocno pić. Świat go nienawidził, bo myślał, że to on rozbił zespół. Ale nikt nie rozumiał, że pozew był jedyną opcją. Gdyby Paul nie pozwał ich w Sądzie Najwyższym, Allen Klein przejąłby prawa do wszystkich ich piosenek i zarobków. Paul musiał wziąć na siebie rolę »tego złego«, żeby uratować pieniądze Johna, George'a, Ringo i swoje własne. To była straszna cena psychiczna, jaką zapłacił.
ALLEN KLEIN (próbował w mediach przedstawić Paula jako kogoś niestabilnego i kapryśnego, publicznie odwracając uwagę od swoich własnych działań): Gdyby Paul podał do sądu mnie, rozumiem to – jestem menedżerem, można się ze mną spierać o umowy. Ale to, co zrobił, było niespotykane: pozwał Johna, George’a i Ringo. Pozwał swoich własnych braci! Chłopców, z którymi wychował się na ulicach Liverpoolu. Tylko dlatego, że przegrał demokratyczne głosowanie w zespole i nie chciał przyjęcia mojej oferty. To nie była kwestia biznesu, to było jego wybujałe ego.
Podczas kolejnych sesji ujawniane są rozmaite szczegóły dotyczące relacji wewnątrz zespołu, kłótni wokół Apple, sporów biznesowych oraz napiętej atmosfery z początku 1969 roku — czasu sesji w Twickenham Film Studios, później znanych jako projekt Get Back.
JOHN: Beatlesi wciąż mogą pozostać razem jako zespół. Paul jest największym basistą na świecie. Jest też bardzo zdeterminowany. Dąży do swojego, dopóki nie osiągnie swojego celu.
Ciekawostką związaną z rozprawą jest zakład, który Paul wygrał z obsługującymi sąd urzędnikami. Stawką były dwa szylingi. Urzędnicy byli przekonani, że John i Yoko z pewnością pojawią się na sali sądowej, aby publicznie wyrównać z Paulem „stare porachunki”. Lennonowie jednak się nie zjawili.
Wydawałoby się, że dowody na niekompetencję i szemrane interesy menedżera otworzą reszcie muzyków oczy. Nic bardziej mylnego. To wcale nie oznaczało, że John, George i Ringo natychmiast zmienili zdanie, uderzając się w pierś. Szczególnie John Lennon trwał przy Kleinie z uporem godnym lepszej sprawy. Lennon wyjątkowo długo bezgranicznie wierzył, że ten ostry nowojorczyk jest jedynym człowiekiem w branży, który potrafi bezwzględnie stanąć po stronie artysty, mówić prawdę w oczy korporacjom i skutecznie walczyć z bezdusznym wielkim biznesem.
PATTIE BOYD: Atmosfera stała się niezwykle gęsta i mroczna. Do naszego domu nagle przestali przyjeżdżać muzycy, a zaczęli pojawiać się faceci w garniturach z teczkami. George był wykończony i głęboko rozczarowany. On nienawidził biznesowej strony muzyki. Pewnego dnia powiedział mi z rezygnacją: »Przeszliśmy drogę od grania muzyki w skórzanych kurtkach w Hamburgu do siedzenia w skórzanych fotelach u prawników«. Widok papierów sądowych leżących na stole w salonie był po prostu przygnębiający.
Trzeba pamiętać, co stało za tym ślepym uporem. John miał przecież za sobą świeże, niezwykle bolesne i wręcz traumatyczne doświadczenia związane z utratą kontroli nad firmą Northern Songs, co kosztowało go utratę praw do autorskich piosenek, które napisał dla The Beatles. Szorstkie obietnice Kleina, że odzyska dla niego dawne bogactwo i niezależność, musiały brzmieć dla Lennona niezwykle przekonująco – jak linia ratunkowa rzucona tonącemu, w którą bardzo chciał uwierzyć, nawet gdy wokół zaczynały gromadzić się czarne chmury kolejnych procesów.
To bez wątpienia jeden z najważniejszych, wręcz symbolicznych momentów całej tej smutnej historii. Od tej dokładnie chwili nie ma już ani jednej, nawet najmniejszej furtki czy realnej szansy, aby The Beatles kiedykolwiek jeszcze funkcjonowali jako jednolity, spójny organizm biznesowy – i to nawet wtedy, gdyby któryś z nich w przypływie nostalgii nagle zapragnął wrócić do wspólnego grania w studiu.
Sytuacja staje się kuriozalna i niezwykle bolesna zarazem: Allen Klein przestaje formalnie reprezentować The Beatles jako skonsolidowaną całość, ale nadal pozostaje na usługach Johna, George’a i Ringo, sterując ich działaniami z tylnego siedzenia. Paul zostaje całkowicie sam po drugiej stronie tej korporacyjnej barykady – odizolowany, w sensie prawnym i biznesowym osamotniony w walce z dawnymi braćmi, podczas gdy reszta zespołu zaciska szeregi przeciwko niemu.
To chyba jeden z najbardziej jaskrawych i smutnych przykładów na to, jak makabrycznie skomplikowane i bezlitosne potrafiły być finansowe konsekwencje twórczości Fabsów. Ta sama muzyka, która dla miliona fanów na całym świecie była przecież czystą emocją, tłem dla zakochiwania się, najpiękniejszym wspomnieniem i nieodłączną częścią codziennego życia, w suchych dokumentach sądowych i dla armii bezdusznych prawników w garniturach oznaczała po prostu chłodne paragrafy, procentowe udziały, skomplikowane przeliczniki tantiem oraz walkę o wyłączne prawa do przyszłych, wielomilionowych dochodów.
CYNTHIA LENNON: Gdy patrzyłam na te wszystkie procesy w latach 70., serce mi pękało. Pamiętałam ich jako chłopców z Liverpoolu, którzy dzielili się jednym papierosem i masełkiem do chleba. Aż nagle stali się milionerami, wokół których narosła armia prawników, doradców i żerowisk. Oni po prostu stracili kontrolę nad własnym sukcesem. Sądowy finał The Beatles był najsmutniejszym podsumowaniem tego, co dzieje się, gdy wielka przyjaźń zderza się z wielkimi pieniędzmi.
Konsekwencje tej finansowej presji okazują się bolesne i niezwykle namacalne. Zaledwie kilka miesięcy po tym ciosie John i Yoko decydują się na dramatyczny krok i wystawiają na sprzedaż swoją ukochaną, legendarną posiadłość w Ascot — Tittenhurst Park. Jak doskonale wiemy z historii zespołu, ten niesamowity dom odkupuje od dawnego przyjaciela nikt inny jak Ringo Starr. Czy ta transakcja miała bezpośredni związek z potężnymi żądaniami finansowymi Kleina? Wiele wskazuje na to, że jak najbardziej. Spora część biografów sugeruje, że cała operacja miała drugie dno i była sprytnym zabiegiem mającym na celu pozasądowe uporządkowanie pogmatwanych i niespłaconych pożyczek nie tylko wobec samego Johna, ale również wobec finansowo zaplątanych w te układy George’a i Ringa.
Tittenhurst Park był przecież miejscem absolutnie szczególnym, wręcz mitycznym dla historii rocka. To właśnie tam John nagrywał albumy, tam tworzył swój własny, intymny świat z Yoko Ono, to na tej zielonej trawie i w tych wnętrzach powstały słynne, ikoniczne fotografie z okresu sesji do Imagine. Także jedne z ostatnich Fab Four. Ostatecznie jednak, w cieniu toczących się wojen, nawet tak niezwykły, przesiąknięty magią i wspomnieniami dom musiał stać się tylko elementem większej, bezlitosnej układanki: relacji dawnych przyjaciół, splątanych wspólnych pieniędzy, ukrytych pożyczek, chłodnych twarzy prawników i coraz bardziej toksycznych, wzajemnych rozliczeń, w których sentymenty nie miały już żadnego znaczenia.
2 listopada 1973 – Paul McCartney w swoim domu w Anglii zapewne patrzył na te wiadomości z lekkim, gorzkim uśmiechem na twarzy i miną jednoznacznie mówiącą: „A nie mówiłem...”. Tego właśnie dnia następuje potężny zwrot akcji, który wydawał się nieunikniony: John Lennon, George Harrison oraz Ringo Starr postanawiają wreszcie pójść po rozum do głowy i oficjalnie pozywają swojego dotychczasowego, bezwzględnego prawnika oraz menedżera, Allena Kleina. W pozwie zarzucają mu celowe wprowadzanie ich w błąd w kluczowych sprawach biznesowych, manipulowanie dokumentami oraz gigantyczne straty finansowe, które ponieśli z tego tytułu przez lata ślepego zaufania. Sprytny nowojorczyk oczywiście nie pozostaje dłużny i natychmiast wytacza najcięższe działa. Odpowiada potężnym, kontratakującym pozwem skierowanym bezpośrednio przeciwko całej trójce dawnych muzyków, domagając się wypłaty rzekomo zaległych honorariów, zwrotu wszelkich własnych wydatków oraz gigantycznych prowizji od umów, które Klein zawierał w ich imieniu u szczytu sławy zespołu. Jego finansowe roszczenia opiewają na zawrotną, wręcz kosmiczną kwotę 19 milionów dolarów – kwotę, która mogłaby zrujnować nawet największe gwiazdy rocka. W tym absolutnie przełomowym momencie paradoks całej tej sądowej sagi staje się aż nazbyt widoczny. Paul, który przez kilka długich lat był przez prasę, fanów, a przede wszystkim przez samych kolegów przedstawiany jako czarny charakter, człowiek, który osobiście rozbił The Beatles i nie potrafił znieść demokratycznej decyzji większości, nagle doczekuje chwili pełnego, choć gorzkiego odkupienia. Oto John, George i Ringo sami rozpoczynają bezwzględną batalię sądową z tym samym człowiekiem, przed którym McCartney tak żarliwie i lojalnie ich ostrzegał od samego początku. Oczywiście, nie oznaczało to bynajmniej, że dawni przyjaciele z Liverpoolu natychmiast rzucili się sobie w ramiona, zapominając o dawnych żalach. Świeże rany po zamknięciu wspólnego rozdziału były zbyt głębokie, a wzajemne pretensje nazbyt bolesne, by odzyskać dawną bliskość z dnia na dzień. Niemniej jednak pojawienie se wspólnego, potężnego i cynicznego przeciwnika sprawiło, że cała trójka zaczęła patrzeć na wydarzenia z przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych w zupełnie innym świetle, powoli uświadamiając sobie, jak bardzo Paul miał rację, kiedy próbował chronić ich przed finansową katastrofą.
Ostatecznie ten najważniejszy, historyczny dokument spięto i ostatecznie podpisano dopiero dziesięć dni później – 29 grudnia 1974 roku. I to w scenerii tak absurdalnej, że aż trudno w nią uwierzyć: w pokoju hotelowym na terenie Parku Rozrywki Disney World na Florydzie, gdzie Lennon przebywał akurat na wakacjach ze swoją partnerką May Pang oraz synem Julianem. To właśnie tam, wśród słonecznej florydzkiej pogody i w bezpośrednim sąsiedztwie bajkowej krainy Myszki Miki, John Lennon złożył swój ostateczny, kaligraficzny podpis na grubym pliku papierów. Ten jeden ruch pióra na zwykłym hotelowym biurku oficjalnie, prawnie i bezpowrotnie przypieczętował koniec istnienia zespołu The Beatles jako jakiegokolwiek podmiotu prawnego, stawiając definitywną kropkę nad i pod całą epoką.
KEITH RICHARDS: Przykro było na to patrzeć, bo Beatlesi byli dla nas zawsze jak jedno ciało. Ale musieliśmy zapłacić ogromną cenę za lekcję z Allenem Kleinem – i Paul McCartney po prostu odrobił tę lekcję szybciej niż reszta swojej trójki. Prasa robiła z tego teatr, wmawiając ludziom, że Paul po prostu nienawidzi Johna. A chodziło o zimne, bezwzględne pieniądze i uratowanie własnego dobytku przed gościem w garniturze.
10 stycznia 1977 – ten dzień przynosi wreszcie upragnione, ostateczne zamknięcie wieloletniej wojny. Wszystkie bez wyjątku wzajemne roszczenia, pozwy i pretensje pomiędzy korporacyjnymi strukturami Apple reprezentującymi The Beatles a firmą ABKCO Allena Kleina zostają oficjalnie i nieodwołalnie umorzone. W wyniku zawartego po latach zaciętych bojów porozumienia, spółka Kleina otrzymuje pokaźne 5 milionów dolarów, zaś na konto Apple trafia aż 8 milionów dolarów. W ten sposób, cichym podpisaniem ugody w blasku prawniczych lamp, dobiega końca jeden z najbardziej gorzkich, makabrycznie skomplikowanych i dewastująco kosztownych rozdziałów w całej porywającej historii po rozpadzie wielkiej czwórki.
Formalne rozwiązanie wielkiego partnerstwa, wyniszczające spory w chłodnych salach sądowych, bezwzględna walka o milionowe majątki i prawa do nieśmiertelnych piosenek — to wszystko nie było może tak efektowne, romantyczne i ikoniczne jak słynny, pożegnalny koncert na dachu budynku Apple przy Savile Row czy ostatnie legendarne ujęcia z pasów na Abbey Road. Była to jednak absolutnie nieunikniona, brutalna cena za to, że czterech zwykłych chłopaków z robotniczego Liverpoolu przekroczyło granicę zwykłej sławy i stało się bezapelacyjnie największym zespołem w historii świata.
Gdy dziś patrzymy na tę sagę z perspektywy lat, wyraźnie widać, że w dziejach The Beatles nie istnieje jedna prosta, czarno-biała odpowiedź na tak często zadawane pytanie: „Kto tak naprawdę rozbił ten zespół?”. John Lennon był przecież pierwszym, który odważnie rzucił kolegom w twarz, że chce definitywnego „rozwodu”. Paul McCartney z kolei jako pierwszy musiał wykazać się odwagą i skierować sprawę do sądu, by ratować ich wspólny dorobek. George Harrison miał już po prostu serdecznie dość bycia traktowanym jak zakompleksiony, młodszy partner gigantycznego duetu Lennon/McCartney. Z kolei poczciwy Ringo Starr przez długie miesiące, z pełnym poświęceniem, desperacko próbował łagodzić rosnące napięcia i godzić zwaśnione strony, ale i on w pewnym momencie nie był w stanie zatrzymać tej lawiny.
Być może więc najuczciwiej, najbardziej sprawiedliwie i bez zbędnych mitów będzie podsumować to tak: The Beatles jako żywy, artystyczny organizm rozpadli się bezpowrotnie jeszcze zanim jakikolwiek sąd na świecie formalnie zaczął rozplątywać ich biznesowe zawikłania. Słynny proces zainicjowany przez Paula McCartneya wcale nie był bezpośrednią przyczyną końca Fabsów. Był raczej bolesnym, wysoce publicznym, bezlitosnym i nieodwracalnym potwierdzeniem prawdy, że pewna niezwykła, niepowtarzalna epoka w historii ludzkości naprawdę i ostatecznie dobiegła końca.
O tych wszystkich kulisach, emocjach i rozpalających wyobraźnię szczegółach przeczytacie szczegółowo w mojej serii czterech obszernych postów, do których lektury serdecznie Was zapraszam, zaczynając dokładnie w tym miejscu: tutaj.
Późniejsze lata – Kończąc ten burzliwy i pełen zwrotów akcji temat „Beatlesów w sądzie”, bezwzględnie warto wspomnieć o jeszcze jednym, wręcz niewiarygodnym epizodzie. Sądowy cień, zawiść oraz dawne animozje ciągnęły się za muzykami jeszcze przez długie, długie lata po oficjalnym rozpadzie zespołu, a najboleśniej na własnej skórze przekonał się o tym George Harrison. Kiedy cichy Beatle ruszył w solową trasę i podbił świat swoim genialnym, duchowym hymnem My Sweet Lord, natychmiast uderzyła w niego potężna machina oskarżeń o plagiat. Zarzucano mu bezwzględne skopiowanie linii melodycznej z przeboju He’s So Fine grupy The Chiffons – szczegółowo pisałem o tej niezwykłej aferze w tym miejscu: czytaj tutaj.
Gdy wydawało się, że sprawy zmierzają do w miarę bezpiecznego finału, do gry wkroczył on – niezastąpiony, mściwy Allen Klein. Wykorzystując swoją wiedzę, pozycję i czystą złośliwość wobec dawnych mocodawców, Klein wpadł na genialny w swojej bezwzględności plan: po prostu potajemnie odkupił prawa do oryginalnej piosenki He’s So Fine, stając się... powodem w procesie przeciwko samemu Harrisonowi! Zamiast ugodowego zakończenia, były menedżer zyskał potężne, prawne narzędzie do dręczenia muzyka, osobiście kontynuując toczenie tej absurdalnej wojny. Batalia ta ciągnęła się w nieskończoność, rzucając cień na karierę George’a, aż do lat 90. XX wieku. Dopiero wtedy amerykański sąd wydał wreszcie sprawiedliwy wyrok, uznając, że Harrison dopuścił się naruszenia praw całkowicie nieświadomie (poprzez tzw. plagiat nieświadomy), a zachowanie i motywy samego Allena Kleina były jawnym przejawem złej woli oraz bezwzględnego wyrównywania dawnych rachunków. Sędzia uznał postępowanie Kleina za bezczelne złamanie etyki menedżerskiej i nakazał mu oddać prawa do piosenki Harrisonowi dokładnie po kosztach zakupu, pozbawiając byłego menedżera choćby centa zysku z tej wyrafinowanej złośliwości.
JOHN (w wywiadzie dla Hit Parader, 1975): Klein pozwał mnie, Yoko, wszystkich byłych Beatlesów i każdego, kto ich kiedykolwiek znał! Pozwał mnie indywidualnie, zbiorowo i w każdej możliwej kombinacji. Paul miał całkowitą rację co do niego od samego początku. Po prostu musieliśmy zjeść ten wstydliwy placek i to przyznać. I na koniec jeszcze o jednym z głównych bohaterów rozpadu The Beatles. Gdy w 1977 roku umorzono wzajemne roszczenia, a Klein odszedł z milionami w kieszeni, wcale nie zniknął z muzycznego świata. Choć dla fanów The Beatles na zawsze pozostał głownym „czarnym charakterem”, jego firma ABKCO Music & Records nadal była potęgą, kontrolując m.in. bogate prawa autorskie do wczesnego katalogu The Rolling Stones (na zdjęciu z Andrew Oldhamem , menadżerem Stonesów) oraz nagrań Sama Cooke'a. Jego kamienie milowe to: Osiem miesięcy w więzieniu: Bezpardonowy menedżer w końcu podpadł amerykańskiemu wymiarowi sprawiedliwości. W 1979 roku został skazany za przestępstwa podatkowe (chodziło o dochody ze sprzedaży promocyjnych płyt z legendarnego Concert for Bangladesh George'a Harrisona) i odsiedział dwa miesiące w więzieniu federalnym. W 1997 roku znów dał o sobie znać całemu światu, gdy pozwał brytyjski zespół The Verve za użycie małego fragmentu orkiestrowej wersji piosenki The Last Time (Stonesów) w ich gigantycznym hicie Bitter Sweet Symphony. Klein przejął 100% praw autorskich i zysków z tego utworu (dopiero po latach i po śmierci Kleina, Mick Jagger i Keith Richards zwrócili zespołowi prawa). Mimo upływu lat, Klein nigdy nie okazywał skruchy. Zapytany kiedyś o swoją reputację i bezwzględne metody, odpowiedział bez ogródek: „Nie rozmawiajcie ze mną o etyce. Człowiek, którego pokonałeś, z pewnością nazwie cię nieetycznym. I co z tego?”.
Allen Klein zmarł 4 lipca 2009 roku w swoim domu w Nowym Jorku w wieku 77 lat na skutek powikłań związanych z chorobą Alzheimera. Do samego końca pozostał postacią niezwykle kontrowersyjną – dla jednych genialnym, bezkompromisowym rekinem biznesu, który potrafił wywalczyć dla muzyków majątek od wielkich wytwórni, dla innych – uosobieniem wszystkiego, co najgorsze i najbardziej chciwe w branży muzycznej.
DAVID BOWIE: Dla nas, młodych muzyków, proces Beatlesów był brutalnym przebudzeniem z dziecięcych marzeń o rock 'n' rollu. Pokazał nam, że możesz być bogiem muzyki, a i tak skończysz w ponurym pokoju sądowym w Londynie, spierając się z przyjacielem z dzieciństwa o to, do kogo należy odsetek z licencji na płytę. To zabiło mitologiczny czar lat 60.
































