64 powody by zachwycać się Paulem McCartney'em


 


 
 

Dzisiaj przeczytacie naprawdę przepiękny tekst. Bardzo powiązany z poprzednim. Obszerny, ale zdecydowałem się go nie dzielić. W segmencie „Podziękowania” książki „John & Paul. The Beatles i muzyczne Love story” (post o niej tutaj) Ian pisze: Ta książka zaczęła się rodzić podczas lockdownów w 2020 roku, kiedy w swoim newsletterze opublikowałem liczący 10 000 słów esej „64 powody, by zachwycać się Paulem McCartneyem” z podtytułem: Po tylu latach wciąż jest niedoceniany. Nie oczekiwałem, że przeczyta go dużo osób – po prostu odczuwałem potrzebę napisania tego tekstu i to uczyniłem. A jednak przeczytało go mnóstwo ludzi. Zaskoczony skalą i intensywnością reakcji, zacząłem się zastanawiać, czy mógłbym napisać całą książkę o zespole, który kocham od dzieciństwa...   

Dzisiaj wiemy, że książkę Ian napisał. Genialną, choć o tym jeszcze na końcu. W poście zachęcającym do jej przeczytania zasugerowałem, że niebawem pojawi się tutaj wspomniany artykuł pisarza o Paulu i dzisiaj spełniam tę obietnicę. Pełny oryginalny tekst tutaj: https://www.ian-leslie.com/p/64-reasons-to-celebrate-paul-mccartney.  Oryginalny tytuł zawiera słowo „celebrate”, które można dosłownie przetłumaczyć jako „celebrować”, ale wydaje mi się, że „zachwycać się” oddaje bardziej jego sens w tym kontekście. No i wrócę jeszcze do oceny książki Iana. Dla mnie naprawdę porywającej, ale muszę podzielić się tutaj – jeszcze przed Waszym przeczytaniem poniższego tekstu – jakie zdanie na temat Lesliego ma Mark Lewisohn. To najbardziej znany, renomowany badacz The Beatles, współpracujący niegdyś z Paulem i George'em, autor najwybitniejszych książek o zespole. Mark opisuje historię niezwykle dokładnie, dzień po dniu, każdą sesję nagraniową. Jako jeden z nielicznych ma w swoich pracach badawczych dostęp do archiwów sesji nagraniowych – żeby tylko tak zakończyć jego opis. Mark Lewisohn jest znany z tego, że potrafi być bezlitosny dla autorów, którzy przedkładają „dobrą opowieść” nad twarde fakty. W czasie spotkań i w podcastach (m.in. „Fans On The Run”) Mark ocenił to, co i jak pisze o Fab Four Ian Leslie. Lewisohn odnosił się do sposobu, w jaki Leslie konstruuje narrację. Głównym zarzutem był tzw. „cherry-picking”, czyli wybieranie wisienek z ciasta. Lewisohn wprost zarzucił Lesliemu, że bierze tylko te cytaty i wydarzenia, które potwierdzają jego tezę o geniuszu zespołu, ignorując momenty, które pokazują ich w mniej korzystnym świetle lub po prostu przeczą logicznej spójności tekstu. Lewisohn stwierdził, że Leslie jest świetnym pisarzem, ale „niedbałym historykiem”, ponieważ buduje mitologię, zamiast trzymać się faktów. Trzeba pamiętać, że Lewisohn to człowiek, który potrafi poświęcić miesiąc na ustalenie, czy danego dnia padał deszcz, zanim napisze o tym jedno zdanie w swojej biografii „Tune In”. Dla niego podejście Lesliego, które jest bardziej publicystyczne i emocjonalne, to „grzech kardynalny” historyka. 

  Mając to wszystko na uwadze zanurzcie się w esej Iana, doceniając warsztat i samą urodę tekstu. Nie wspominając o samym chwytliwym tytule i bohaterze tekstu. 

 
 Przy niektórych punktach dla lepszej ilustracji tekstu zamieszczam clip.  


1. W 1956 roku, gdy Paul McCartney miał 14 lat, usiadł przy pianinie swojego taty i spróbował wymyślić własną piosenkę. Przez lata chłonął utwory z radia, telewizji, filmów i rodzinnego muzykowania. Pieśni ludowe, melodie z musicali, popowe hity, standardy jazzowe, numery z teatrzyków music-hall. Do tego dochodziły piosenki, których słuchał w bakelitowych słuchawkach: utwory docierające przez trzeszczące fale z pirackich radiostacji; piosenki Amerykanów, czarnych i białych; utwory z huczącym rytmem i dzikimi okrzykami, które sprawiały, że serce mu drżało, a krew śpiewała. Gdy zakochał się w rock n'rollu, nie wyrzekł się piosenek, na których się wychował – od samego początku chciał mieć to wszystko. Słyszał, jak jego tata gra własną melodię, taki popisowy numer na przyjęcia, i pomyślał, że sam też spróbuje. Dlaczego nie? Wkrótce stał się w tym całkiem dobry. Do jego wczesnych prób należał skoczny numer, napisany w wieku szesnastu lat, zatytułowany „When I’m Sixty-Four”.
 
 
 
2. Mamy koniec 2020 roku, ten dzieciak ma 78 lat i jest powszechnie uważany za człowieka, który stworzył więcej wspaniałych piosenek niż ktokolwiek inny z żyjących artystów. Właśnie wydaje nowy album, McCartney III, drugi w ciągu dwóch lat (poprzedni, Egypt Station z 2019 roku, dotarł do pierwszego miejsca listy Billboardu). McCartney III dopełnia trylogię obejmującą 50 lat – tak, McCartney jest byłym Beatlesem już od pół wieku – całkowicie samodzielnie wyprodukowanych i wykonanych albumów, z których każdy powstał w pierwszym roku danej dekady. Pierwszy, McCartney, powstał w 1970 roku, wstrząsany skutkami rozstania z The Beatles. McCartney II, przygoda z elektroniką, powstał w 1980 roku, gdy rozpadał się jego drugi zespół, Wings. McCartney III został nagrany w wymuszonej izolacji podczas lockdownu (niewielu jest muzyków, którzy w razie potrzeby potrafią tak łatwo obejść się bez współpracowników 


3. Być może to dobry moment, by zrobić krok w tył i lepiej przyjrzeć się czemuś zdumiewającemu: Paul McCartney pisze i wykonuje muzykę niemal nieprzerwanie od 1956 roku. To sześćdziesiąt cztery lata. Przez lwią część wieku tworzył piosenki, które ludzie śpiewają pod prysznicem i wykrzykują w samochodach; piosenki, przy których tańczą, biegają, gotują, całują się i biorą śluby; piosenki, które śpiewamy w tłumie; piosenki, przy których palimy zioło; piosenki, które śpiewamy z naszymi dziećmi; piosenki, które otulają nas, gdy mamy doła; piosenki, które wypełniają nas radością po brzegi. Jego najlepsze dokonania są bez wątpienia skumulowane na początku dzięki cudownemu przypadkowi, jakim był zespół The Beatles, ale perły są rozsiane w całej jego karierze, aż do dnia dzisiejszego. Pod względem czystej płodności twórczej nie przychodzi mi do głowy żaden inny autor piosenek, który mógłby mu dorównać, z wyjątkiem Boba Dylana. W historii jest bardzo niewielu artystów w jakiejkolwiek dziedzinie, którzy stworzyliby tak wiele dzieł na wysokim poziomie w tak długim przedziale czasu. 

4. Jego osiągnięcia są ogromne, historyczne i będą pamiętane przez wieki, jeśli w ogóle cokolwiek przetrwa próbę czasu. Mimo to istnieją ludzie, przynajmniej tutaj w Wielkiej Brytanii, którzy mówią o Paulu McCartneyu w taki sposób, w jaki mogliby mówić o celebrycie z branży rozrywkowej, który niegdyś prowadził teleturniej. Kiedy pojawia się jego nazwisko, zazwyczaj nie trzeba długo czekać, aż ktoś wspomni o „Frog Chorus” lub uraczy nas spostrzeżeniem, że jego solowa kariera nie dorównała The Beatles (tak jakby mogła, tak jakby ktokolwiek kiedykolwiek tego dokonał lub miał dokonać). Ta lekko lekceważąca postawa jest bardziej powszechna w Brytanii niż w Ameryce czy gdziekolwiek indziej, ale gdziekolwiek się z nią stykam, doprowadza mnie ona do lekkiego szału. W każdym razie na tyle dużego, by napisać ten tekst.

5. Reputacja McCartneya nigdy w pełni nie podniosła się po fali krytyki, jaka spadła na niego, gdy rozpadli się The Beatles. Wciąż wypada niekorzystnie w porównaniach ze swoim najważniejszym kreatywnym partnerem. Lennon jest duszą, jest głęboki i radykalny; McCartney jest powierzchowny, błahy i burżuazyjny. Ten dualizm, który utrwalił się w 1970 roku i został wzmocniony przez straszliwą, przedwczesną śmierć Lennona, wciąż dominuje. Prawdopodobnie, gdyby zapytać większość ludzi, którzy wiedzą co nieco o The Beatles, kogo uważają za ciekawszy charakter, najczęstszą odpowiedzią byłby John. Podejrzewam, że gdyby przepytać beatlesowskich nerdów, częściej wskazywaliby na Paula, ponieważ im więcej dowiadujesz się o zespole, tym bardziej oszałamia cię to, co on do niego wniósł.

6.
Zaczynasz również zdawać sobie sprawę, że jest on postacią dziwniejszą i bardziej złożoną, niż daje to po sobie poznać. Osobowość Lennona – jego dysfunkcyjność wraz z dowcipem i charyzmą – zawsze była w pełni wystawiona na widok publiczny, co stanowi część jego niesłabnącego uroku. Osobowość McCartneya jest nieoczywista, wielowarstwowa i skryta. Ta pogodna twarz z kciukiem uniesionym w górę nie jest fałszywa, ale to tylko część tego, kim on jest – część, którą zadowala się pokazywać innym. Jego dawny współpracownik Denny Laine zauważył: „Nigdy nie spotkałem nikogo, kto potrafiłby tak dobrze ukrywać swoje prawdziwe uczucia jak Paul”. Podczas gdy Lennon był przedmiotem niekończących się analiz psychologicznych, McCartneyowi poświęcono znacznie mniej uwagi, częściowo dlatego, że generalnie nie interesuje go analiza własnej osoby ani bycie analizowanym. Lennon pasuje do naszego szablonu geniusza, ale rzecz w tym, że geniusz nie ma szablonu. Chcę tutaj wyjaśnić, dlaczego uważam, że Paul McCartney wciąż jest niedoceniany – jako artysta i jako człowiek – oraz dlaczego istnieją tylko trzy uzasadnione emocje, jakie można wobec niego żywić: podziw, wdzięczność i miłość.

PAUL I JA

7. Zakochałem się w The Beatles, a w szczególności w Paulu, gdy miałem około dziesięciu lat, w latach 80. Moi rodzice mieli kilka ich płyt LP, w tym składankę wczesnych hitów zatytułowaną A Collection of Beatles Oldies. Na tyłku okładki jest zdjęcie, jak piją herbatę w (jak teraz wiem) Japonii. Mają na sobie okulary przeciwsłoneczne wewnątrz pomieszczenia i wyglądają nieprawdopodobnie efektownie (ogólnie rzecz biorąc, Beatlesi nie byli aż tak zainteresowani byciem „cool”, ale w tamtym okresie trafili w dziesiątkę, zanim poszli dalej, jak to zawsze mieli w zwyczaju). Puszczałem tę płytę cały czas, wpatrując się w zdjęcie. Później wypożyczyłem z lokalnej biblioteki Shout – bestsellerową biografię grupy autorstwa Philipa Normana. I to było to. Kiedy raz porwie cię historia The Beatles, równie mocno jak muzyka, nie ma już drogi odwrotu.

8. Dlaczego Paul? Nie wiem. Przypuszczam, że polubiłem jego twarz. Wciąż nagrywał hity, był więc tym, przez którego ta historia nadal się rozwijała. Śledziłem uważnie jego karierę, szukając w tekstach piosenek wskazówek dotyczących jego uczuć do Johna. Wkręciłem się nawet w Wings (co nie było normalne dla nastolatka w latach 80.). Mój ojciec, który był nieco starszy od niego, zmarł kilka lat temu, więc poza moją matką i bratem nie ma prawie nikogo żyjącego, z kim łączyłaby mnie dłuższa relacja. Gdybym zobaczył go na ulicy, byłoby to jak natknięcie się na postać z Gwiezdnych Wojen, ożyły mityczny bohater, a jednocześnie jak spotkanie ukochanego przyjaciela. Cokolwiek zdołałbym wybełkotać, prawdopodobnie pokazałby mi kciuk uniesiony w górę.

9. W domach kolegów ze szkoły puszczaliśmy sobie nawzajem kasety z tym, czego słuchaliśmy. Moi przyjaciele puszczali mi soul i electro, a ja im Tug of War – pierwszy solowy album McCartneya po rozwiązaniu Wings. Na wypadek gdyby nie było to oczywiste: nie byłem „fajnym” dzieciakiem.


10. Przy Soho Square w Londynie znajduje się dyskretny biurowiec, obok którego, odkąd byłem nastolatkiem, zawsze przechodzę i do którego zaglądam, gdy jestem w mieście. MPL Communications to kwatera główna muzycznego imperium wydawniczego McCartneya. Założył je pod koniec lat sześćdziesiątych, gdy zaczął wyplątywać się z bałaganu, który sam współtworzył – Apple Corps. Biuro może wyglądać niepozornie, ale przynajmniej dla niektórych z nas jest zaczarowane. Zawsze zastanawiałem się, co bym powiedział, gdybym spotkał go tam na ulicy. Myślę o tym, którą niszową piosenkę lub album wybrałbym, by powiedzieć mu, że jest moją ulubioną – tylko po to, by wiedział, że nie jestem jakimś przypadkowym fanem. Ale prawda jest taka, że prawdopodobnie byłbym zbyt przytłoczony, by wykrztusić cokolwiek.


ZWYCZAJNY GENIUSZ


11.
Jeśli postrzegamy go jako kogoś zwyczajnego, to po części jest to jego własna zasługa. Nigdy nie pielęgnował mistyki geniuszu. Wręcz przeciwnie: niewielu jest gwiazdorów rocka, którzy włożyli tyle wysiłku w to, by być zwyczajnym człowiekiem. Prowadzi życie majętnej gwiazdy posiadającej wiele nieruchomości, ale pozostał bliżej normalności niż większość mega-celebrytów – spaceruje ulicami Londynu, chodzi do sklepów i jeździ metrem. Wciąż mieszka w domu w St John’s Wood, do którego wprowadził się w 1966 roku, rzut kamieniem od Abbey Road. W latach 70. i 80. on i Linda sami prowadzili samochód, gotowali, zajmowali się ogrodem i wychowywaniem dzieci, które posłali do państwowych szkół. Sposób, w jaki siebie prezentuje, zachęca nas do myślenia o nim jako o entuzjastycznym i utalentowanym facecie, który związał się z kilkoma świetnymi ludźmi i jakoś to wszystko wyszło – a my, głupio, w połowie mu uwierzyliśmy.

12.
Jest on oczywiście jedną z najbardziej niezwykłych jednostek w historii. Kiedy ludzie uznają talent McCartneya, zazwyczaj mają na myśli jego pisanie piosenek, co nie dziwi, skoro jest tak wielkim lub większym twórcą niż ktokolwiek inny, kto kiedykolwiek żył. Ale to sprawia, że przeoczamy wręcz nienaturalny wachlarz jego darów. Wyobraźcie sobie, że Cole Porter śpiewałby jak Frank Sinatra i grał na klarnecie jak Benny Goodman. Gdyby McCartney nigdy nie napisał żadnej piosenki, byłby jednym z wielkich śpiewaków; gdyby nigdy nie pisał ani nie śpiewał, byłby jednym z wielkich basistów – a to zanim przejdziemy do jego gry na gitarze, pianinie, perkusji i innowacji studyjnych.

13. Zacznijmy od śpiewu. To jeden z najbardziej ekscytujących momentów w muzyce dwudziestego wieku: Lennon przebija się przez pierwszą zwrotkę „A Hard Day’s Night”, a potem McCartney wysuwa się naprzód w środkowej części („When I’m hooome…”). Jedną z szalonych rzeczy w partnerstwie Lennon-McCartney było to, że obaj dysponowali jednymi z najlepszych rockowych głosów wszech czasów. Jeśli specjalnością Lennona były surowe emocje, to specjalnością McCartneya był zakres ekspresji graniczący z nadludzkim. Mało kto może mu dorównać jako rock’n’rollowemu krzykaczowi – posłuchajcie „Long Tall Sally” lub „Oh Darling”. Ale mało kto może mu dorównać także jako balladzista – patrz „Michelle”, „Here, There and Everywhere” czy „Let It Be”. Na „Białym Albumie” odgrywa kontrolowane załamanie nerwowe w „Helter Skelter” – absolutny tour de force – a w „I Will” wlewa nam do uszu ciepły miód. W „Lady Madonna” robi Presleya skrzyżowanego z Fatsem Wallerem. W swoim śpiewie, podobnie jak w tekstach, wciela się w postacie. W całym „Abbey Road” posługuje się całą gamą różnych wokalnych osobowości; w „You Never Give Me Your Money” czy „Uncle Albert” robi to samo w obrębie jednego utworu. Trudno przecenić, jak rzadka jest taka wszechstronność ekspresji i jak trudna do wykonania. Pomaga mu w tym wyjątkowe panowanie nad techniką. Cokolwiek śpiewa, niemal zawsze trafia w sam środek nuty, z ogromną siłą w górnych rejestrach. Celuje w porywających skokach w górę na końcu linii melodycznej, jak w „Got To Get You Into My Life” („I didn't know what I would find there”) czy „Live and Let Die” („give the other fella hell”), i posiada rzadką umiejętność gładkiego przechodzenia przez to, co śpiewacy klasyczni nazywają passaggio – przejście między rejestrem piersiowym a głowowym, które dla większości ludzi jest wokalnym progiem zwalniającym. Posłuchajcie „Maybe I’m Amazed” i zachwyćcie się tym pogłosowym glissando w dół z samych szczytów.
 

 
14. Poniedziałek, 14 czerwca 1965 roku. Beatlesi dotarli na Abbey Road dopiero po południu. Zabrali się do nagrywania trzech piosenek Paula, zaczynając od „I’ve Just Seen a Face” (jedna z moich ulubionych; uwielbiam ten jej pęd, linie potykające się o siebie, oddające brak tchu towarzyszący miłości od pierwszego wejrzenia). Udaje im się po sześciu podejściach i przechodzą do „I’m Down”, bluesowego krzyku w stylu Little Richarda. Po siedmiu podejściach gotowe. Sesja kończy się, Beatlesi rozchodzą się, by wrócić wieczorem, kiedy Paul nagrywa balladę zatytułowaną „Yesterday” w dwóch podejściach. Trzy piosenki, w skrajnie różnych, wysoce wymagających stylach, w jeden dzień. McCartney zalicza każdą z nich po wsze czasy. O 22:00 on i Jane Asher są już w barze na Cromwell Rd.

15. Kolejną rzeczą jest sposób, w jaki śpiewa z innymi, co samo w sobie jest sztuką. Włączcie „Words of Love”, cover Buddy'ego Holly’ego nagrany na album „Beatles for Sale”. Użyjcie słuchawek. Posłuchajcie, jak głosy Lennona i McCartneya oplatają się nawzajem. Bliskie harmonie były jedną z wczesnych innowacji The Beatles – częściowo nauczyli się tego od The Everly Brothers, ale w grupach rock’n’rollowych takie harmonizowanie nie było powszechne. John, Paul i George byli w tym ekspertami, ale to Paul najczęściej zmienia dobrą piosenkę w świetną swoimi wokalami wspierającymi, często wykorzystując ten niezwykły górny rejestr w kulminacyjnym momencie utworu. W „Nowhere Man” uderza w ekscytującą wysoką nutę w ostatniej linijce. Podczas mostka w piosence Johna „I’m Only Sleeping”, Paul nagle wchodzi bardzo wysoko na słowach „by my window”, co za każdym razem przyprawia mnie o dreszcze.


16. Gdyby zabrać mu pisanie piosenek i śpiew, McCartney i tak zasłużyłby na miejsce w panteonie jako jeden z wielkich basistów, pomimo – a może właśnie dlatego – że wcale nie chciał nim być. Dołączył do zespołu jako gitarzysta, ale kiedy Stu Sutcliffe odszedł, Lennon przymusił McCartneya do gry na basie. Basiści byli wtedy powściągliwymi stworzeniami, zadowolonymi z wtapiania się w piosenkę bez prób robienia czegokolwiek efektownego. To nigdy nie leżało w stylu McCartneya, a jego innowacyjność zaczęła się wcześnie. „I Saw Her Standing There” jest napędzane przez kroczący bas (to, że potrafi grać tę linię na scenie, śpiewając jednocześnie melodię, jest źródłem podziwu i wściekłości basistów). Przed refrenem o połowę zmniejsza prędkość, grając półnuty podczas narastania do kulminacyjnego momentu piosenki („So how could I dance with another…”). Wbrew intuicji zwiększa to napięcie i dynamikę. To sprawia, że chcesz krzyczeć. Później, w stopniu znacznie większym niż ktokolwiek wcześniej się odważył, uczynił bas instrumentem melodycznym, kolejnym głosem, jak w „Michelle”, „Paperback Writer” czy „Rain”. Nie istnieje coś takiego jak przewidywalna linia basu McCartneya. On niemal nie potrafi, nawet w obrębie jednego utworu, powtarzać samego siebie: jego linie basu są pełne ornamentyki i zmian rytmu. Bardzo często to niesamowite, nie dające się zdefiniować uczucie, które czerpiesz z piosenki Beatlesów, emanuje właśnie z basu Paula. [Zamiast wspomnianych przez Iana piosenek wstawiam clip z "Dear Prudence" z najwspanialszą moim zdaniem linią basu ze wszystkich utworów The Beatles. Tu także Paul gra na bębnach o czym niżej w pkt. 20].
 



17. Raz po raz wkład McCartneya wynosił piosenki pozostałych Beatlesów na nowy poziom. Czym byłoby „Taxman” (Harrisona) czy „Come Together” (Lennona) bez jego basu, „Ticket to Ride” (Lennona) bez wzoru perkusji, który McCartney zasugerował Ringo, czy „While My Guitar Gently Weeps” (Harrisona) bez tej władczej otwierającej partii pianina? Istnieje niezliczona ilość innych przykładów – on prawie nigdy nie odwalał po prostu roboty. W „Tomorrow Never Knows” (piosenka Lennona) to właśnie McCartney, będąc pod wpływem Stockhausena, stworzył te przypominające mewy dźwięki z pętli magnetofonowych, opartych na skrawku śmiechu grupy. 
 
 



18. To, że nieprzeszkolony pianista potrafi zagrać „Martha My Dear” tak dobrze jak on, jest imponujące, choć gra McCartneya na pianinie nie wyróżnia się tak bardzo złożonością, co wyczuciem. Partia pianina w „Let It Be” jest tak prosta, że nawet ja potrafię ją zagrać, ale nikt nie gra jej tak jak on. Nawet na „Egypt Station” wciąż potrafi wycisnąć nowe piękno z kilku prostych akordów i poszukującej linii wokalnej. Jego innym charakterystycznym stylem jest boogie-woogie w stylu barrel-house rock, który napędza „Lady Madonna” oraz „Nineteen Hundred and Eighty-Five”.

19. Podobnie jak gra na pianinie, jego gitara akustyczna nie jest tak rewolucyjna jak bas, ale jest całkowicie i charakterystycznie jego własna. Wielu ludzi potrafi zagrać „Blackbird”, ale nikt inny nie potrafi zagrać „Blackbird” McCartneya. Jego inne utwory w tym trybie akustycznego fingerpickingu to arcydzieła z późniejszego okresu kariery, jak „Calico Skies” i „Jenny Wren”. Młoda piosenkarka Laura Marling opowiadała niedawno o odkryciu tego ostatniego i o tym, jak została uderzona jego pięknem. Kiedy Marling, która jest bardzo biegłą gitarzystką, spróbowała to zagrać, odkryła, że jest to przerażająco trudne. Gra McCartneya na gitarze jest produktem samouka i uparcie indywidualnego muzyka.

20. Paląca gitara prowadząca w temacie przewodnim „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band” to McCartney. Oprócz basu w „Taxman”, McCartney gra tam kanciaste, modernistyczne, zabarwione indyjskimi klimatami solo gitarowe, jedno z najlepszych solówek w całej twórczości The Beatles. Tak się składa, że jest to piosenka głównego gitarzysty grupy. Podobnie jego gra na perkusji w „Dear Prudence” – wkroczył do akcji po tym, jak Ringo wyszedł z sesji do „Białego Albumu” – jest jedną z najlepszych partii perkusyjnych na nagraniach Beatlesów. Nic dziwnego, że pozostali mogli uważać go za irytującego.
 

 
21.
Zaledwie zacząłem się w to zagłębiać, ale wystarczy powiedzieć, że jeśli chodzi o wszechstronną muzyczną zręczność, różnorodność i oryginalność, w historii popu prawie nie było nikogo takiego jak on. Być może najbliższą analogią jest Stevie Wonder – magik, jedna z tych rzadkich jednostek, których całe ciało zdaje się przyciągać i przekazywać każdą muzykę, jaka wisi w powietrzu. O, i McCartney napisał też kilka niezłych melodii. Przejdziemy do niektórych z nich, ale najpierw poświęćmy chwilę na refleksję nad tym, jak pisana jest historia.


HISTORIA DO TEJ PORY

22. Historyczka Erin Torkelson Weber jest ekspertką od historiografii The Beatles – sposobu, w jaki opowieści o zespole były kształtowane na przestrzeni czasu. Zauważa ona, że nasze wyobrażenia o Johnie i Paulu powstały w następstwie rozpadu zespołu i zostały ukształtowane przez członków konkretnej kasty: młodych, męskich krytyków rockowych. Mężczyźni, którzy redagowali i pisali dla Rolling Stone i NME w latach 70., mieli specyficzny światopogląd – poczucie, że „normalny” świat jest skorumpowany i umierający, bliski zmiecenia przez poszerzający horyzonty, łamiący zasady radykalizm. Lennon, ze swoimi obnażającymi duszę piosenkami i szokująco eksperymentalną sztuką, był prawdziwym wizjonerem Beatlesów. McCartney był gościem z ładną buzią i ładnymi melodiami – sprzedawcą. Lennon nazwał swojego byłego partnera „dobrym PR-owcem… On naprawdę odwala robotę”. Jak się okazało, McCartney wykonał fatalną robotę we własnym imieniu. Udzielał niewielu wywiadów w okolicach rozpadu (NME zaczęło nazywać go „pustelnikiem z St Johns Wood”) i przez lata niewiele mówił o The Beatles. Ta powściągliwość miała swoją cenę. Lennon – niezwykle zabawny, bardzo opiniotwórczy – miał mikrofon niemal wyłącznie dla siebie i skutecznie kształtował historię The Beatles na nadchodzące dekady. John przedstawiał siebie jako kreatywną siłę życiową zespołu, z Paulem jako jego biegłym muzycznie, ale konserwatywnym i powierzchownym pomocnikiem. Wywiady Lennona były pełne sprzeczności, fałszów i wyolbrzymień, ale mówił z takim wigorem, że dziennikarze przyjmowali jego słowa jak ewangelię – jak ujęła to Weber, pomylili emocjonalną szczerość Lennona z prawdomównością. Krytycy i biografowie podchwycili narrację Lennona, a jego tragiczna przedwczesna śmierć w 1980 roku przypieczętowała sprawę. W 1981 roku biograf zespołu, Philip Norman, powiedział światu: „John Lennon był The Beatles”.


23.
Istnieje jeszcze jeden powód, dla którego reputacja McCartneya ucierpiała: był człowiekiem rodzinnym. Jesienią 1969 roku fotograf wytropił go w wiejskiej posiadłości w Szkocji, do której on i Linda uciekli przed psychodramą rozpadu zespołu. Powstałe zdjęcie pojawiło się na okładce magazynu LIFE: Paul ze swoją nową rodziną – Lindą, niemowlęciem Mary oraz Heather, córką Lindy z pierwszego małżeństwa, wówczas siedmioletnią i dzierżącą pasterski kij. Na tylną okładkę „McCartney I”, swojego pierwszego solowego albumu, McCartney wybrał zdjęcie zrobione przez Lindę, na którym Mary zagląda spod jego brązowej kurtki pilotki. Łatwo nie docenić tego, jak dziwne było takie budowanie wizerunku dla gwiazdy rocka. Było to w szczytowym momencie pogardy kontrkultury dla „człowieka rodzinnego” i jego błahego, ciasnego, ograniczonego życia. Gwiazdy rocka miały być lśniącymi przykładami stylu życia wyzwolonego z okowów burżuazyjnej konwencji. Pławienie się w domatorstwie nie było „cool”. Z pewnością nie było to coś, co robił geniusz.

24. To znaczące, że jedna z pierwszych piosenek, jakie McCartney kiedykolwiek napisał, dotyczyła radości życia rodzinnego – „You can knit a sweater by the fireside / Sunday mornings go for a ride” – a jeszcze bardziej, że nagrał ją na „Sergeant Pepper”, gdy Beatlesi stali w awangardzie kontr-kulturalnej rewolucji. Dla McCartneya domowość nie stoi w opozycji do świata wyobraźni; jest do niego portalem. Jest poetą codzienności; pisarzem, który zacznie od pisania o swoim psie lub o naprawianiu dziury i sprawdza, dokąd go to zaprowadzi.

25. W wywiadzie dla Playboya w latach 80. powiedział: „Kilka razy okrążyłem świat, dotarłem do wszystkich jego zakątków i przysięgam na Boga, że nigdy nie spotkałem ludzi bardziej uduchowionych, bardziej inteligentnych, milszych, bardziej przepełnionych zdrowym rozsądkiem niż ludzie, od których pochodzę w Liverpoolu”. Gdy przeprowadzający wywiad zasugerował, że ludzie sceptycznie podchodzą do bogatej gwiazdy rocka „głoszącej normalność”, McCartney odpowiedział: „Fakt jest taki, że bycie zwyczajnym jest dla mnie bardzo ważne… Moja zwyczajność jest w gruncie rzeczy całkiem racjonalna. Jest ona właściwie moją odpowiedzią na pytanie: ‘Jaki jest najlepszy sposób bycia?’. Myślę, że zwyczajny”.

26.
Pete Townshend: „Różnica między tym, jak Lennon i McCartney zachowują się wobec ludzi, którzy ich otaczają, jest niewiarygodna. To, co robi Lennon, to siada, natychmiast uznaje fakt, że jest Johnem Lennonem i że wszystko przez resztę nocy będzie kręcić się wokół niego. Całkowicie się relaksuje, bełkocze, ćpa i robi głupie rzeczy. Oczywiście wszyscy w to wchodzą i dobrze się bawią. Ale Paul McCartney się martwi, chce prawdziwej rozmowy, prawdziwej relacji, zaczynając od punktu wyjścia. Jeden z nas to pieprzony Paul McCartney, Beatle, drugi to ja, wielki, monumentalny fan Beatlesów, który wciąż ma frajdę z rozmowy z Paulem McCartneyem. A on zaczyna mi mówić, że mnie ceni i że jesteśmy na równi, abyśmy mogli zacząć rozmowę, co sprawia, że staję się jeszcze większym fanem. Tylko temu to służy”.


27. Na początku lat 70. Lennon oskarżył swojego byłego partnera o zadawanie się ze „sztywniakami”. Kiedy mu to powtórzono, McCartney powiedział: „I co z tego, że żyję ze sztywniakami? Lubię sztywniaków. Mam sztywne dzieci”. W jego ówczesnej autoprezentacji był element buntu: chciał, aby świat wiedział, że nie dba o dorównywanie wizji artysty według Johna czy kogokolwiek innego. Jego bezwstydna „normalność” była aktem odwróconego buntu, tak samo transgresyjnym na swój sposób, jak pozowanie nago przez Lennona i Yoko. Ale ani fani, ani krytycy nie postrzegali tego w ten sposób i do dziś to Lennon najlepiej pasuje do naszej romantycznej idei wielkiego człowieka; udręczonego, trudnego i głębokiego. Na długo zanim stało się powszechne, by męskie osoby publiczne wyśpiewywały radość z rodzicielstwa, Paul McCartney pokazywał nam inny sposób bycia mężczyzną, a my nigdy mu tego do końca nie wybaczyliśmy.

WIELE LAT TEMU

28. W niedawnym wywiadzie dla New York Timesa zapytano McCartneya, czy nowy album reprezentuje wzrost kreatywny. Zakwestionował on samą tezę. „Naturalnie pomyślałbyś: OK, im będę starszy, tym stanę się głębszy, ale nie jestem pewien, czy to prawda. Myślę, że faktem życiowym jest to, iż osobowości niewiele się zmieniają. Przez całe życie jesteś tym samym człowiekiem”. Uwielbiam tę odpowiedź i myślę, że jest w niej dużo prawdy, ale nie sądzę, by była to cała historia. Rozwój kreatywny McCartneya w latach 60. był wybuchowy i myślę, że w tym czasie rozwinął się on również jako osoba. Nie roszcząc sobie prawa do „wyjaśnienia” go, myślę, że możemy zrozumieć człowieka i artystę nieco lepiej, patrząc na to, co działo się z nim między czasem, gdy zaczął pisać piosenki, a końcem The Beatles.

29.
Paul miał czternaście lat, gdy jego matka zmarła w październiku 1956 roku. Miała 47 lat. Mary McCartney, która dorastała w dickensowskiej biedzie, pracowała niezwykle ciężko jako położna, by utrzymać rodzinę, w której to ona była żywicielem – Jim, ojciec Paula, był sprzedawcą bawełny w branży, która popadła w trudne czasy. Jej śmierć na raka nastąpiła szybko: poczuła bóle w piersi, a miesiąc później, po operacji szpitalnej, już jej nie było. Paul i jego brat Mike ledwo wiedzieli, że jest chora. Tymczasowo przeniesiono ich do domu cioci i wujka. Zgromadzony w salonie, by usłyszeć wieści, Mike wybuchnął płaczem. Paul zapytał: „Co zrobimy bez jej pieniędzy?”. Można uznać to za chłodne lub, tak jak ja, za łamiące serce.

30. Wiele z osobowości McCartneya wywodzi się z Mary i faktu jej śmierci: jego zaciekła etyka pracy, oddanie rodzinie i pewna determinacja, by być niezniszczalnym. „Nauczyłem się nakładać na siebie skorupę” – powiedział później. Mike wspominał, że śmierć Mary miała większy wpływ na Paula, niż było to widoczne. Wpędziła go w głąb siebie, odpychał innych, nawet rodzinę przez pewien czas.

31.
Paul McCartney poznał Johna Lennona w sali parafialnej w 1957 roku, a George’a Harrisona przygarnęli kilka miesięcy później. Przywykliśmy myśleć o Johnie jako o buntowniku, ale pozostali też tacy byli. Bycie inteligentnym i ciekawym, a jednocześnie odmawianie bycia ułożonym (szkolonym), było tym, co poza muzyką zbliżyło ich trzech do siebie. McCartney mógł być najbardziej uparty ze wszystkich, zwłaszcza po śmierci matki. Dla swoich nauczycieli był zagadką: niezwykle inteligentny, elokwentny, społecznie sprawny chłopiec, który po prostu nie robił tego, o co go proszono. Jego tata zauważył z ubolewaniem, że gdy tylko Paul zaczynał zbierać pochwały od nauczycieli za dobre wyniki w jakimś przedmiocie, natychmiast z niego rezygnował. W stylu buntu McCartneya nie było nic dzikiego ani chaotycznego; nie cierpiał na wybuchy gniewu jak John. Był po prostu chłodno odporny na autorytet, do tego stopnia, że znosił coś, co dla innych byłoby upokorzeniem – powtarzanie roku szkolnego. Jego niechęć do bycia zdominowanym rozciągała się na wszystkich, z wyjątkiem, być może, Johna.

32. Czytając relacje ludzi, którzy znali go jako nastolatka i młodego mężczyznę, odnosi się wrażenie, że lubili McCartneya, ale nie do końca mu ufali ani go kochali. Był czarujący i ewidentnie utalentowany, ale była w nim też nutka przebiegłości. Podobnie jak Lennon, potrafił zgasić ludzi żartem, ale w przeciwieństwie do Lennona, zawsze zdawał się panować nad sobą. Odnoszę wrażenie, że on sam też sobie do końca nie ufał – że prześladowany przez swoją zdolność do kontynuowania życia niemal bez zmian po śmierci matki, zaczął wątpić, czy w ogóle ma serce.

33.
McCartney był nerwowym wykonawcą wczesnych dni zespołu. W The Cavern, kiedy śpiewał ballady, wpatrywał się ponad głowami publiczności w stronę tyłu sali. Wyglądał jak rozmarzony idol nastolatek o oczach łani i wiedział o tym. Ale być może był inny powód, dla którego to na niego działało: nie musiał widzieć, jak publiczność patrzy na niego. Odgrywanie roli „uroczego” było sposobem na ochronę przed przenikliwym wzrokiem innych.

34. Reputacja The Beatles jako innowatorów kojarzy się z gigantycznymi skokami, jakie wykonali w połowie lat 60., ale od samego początku zapuszczali się w miejsca, których ich rówieśnicy nie odważyli się odwiedzić. To Paul najbardziej naciskał na zespół w jego wczesnym wcieleniu, by eksplorować muzykę, która była, jak to ujął później, „na lewo i prawo od rock and rolla”: utwory z musicali, nowości, country i western, soul, Tin Pan Alley, jazz, doo wop i wiele więcej. Młodzi Beatlesi wchłonęli kalejdoskop akcentów i niuansów do swojego brzmienia. Ten eklektyzm był ryzykowny, ponieważ sprawiał, że trudniej było ich zaszufladkować, a tym samym sprzedać promotorom i wytwórniom płytowym. Śpiewanie piosenek z musicali nie było też „cool” na scenie beatowej zdominowanej przez nerdowatych kolesi: ryzykowali, że zostaną uznani za lekkich lub nawet zniewieściałych przez rówieśników. Ale mało ich to obchodziło, McCartneya najmniej. Kiedy śpiewał „’Till There Was You” w dusznych klubach Hamburga i Liverpoolu, mówił w efekcie, że miasto muzyki zawiera w sobie wielość, a każda jego dzielnica jest warta zbadania – i dlaczego miałbyś czynić się mniej wolnym, niż musisz być?

35. Teraz rozumiemy, jeśli kiedykolwiek w to wątpiliśmy, że w Beatlesach było dwóch geniuszy kreatywnych. (To nie zniewaga dla George’a Harrisona powiedzieć, że nie był jednym z nich, nawet jeśli stał się, co niewiarygodne, trzecim z czteroosobowej grupy zdolnym do pisania transcendentnych piosenek). Lennon był ewidentnie siłą napędową wczesnych lat zespołu, ale jego młodszy partner szybko nabrał rozpędu i przyspieszył do prędkości nadświetlnej, gdy tylko sukces zespołu został ugruntowany. Napisał „Yesterday” w 1964 roku i trzymał ją w zanadrzu przez rok, mimo silnej presji na generowanie materiału, głównie dlatego, że nie mógł do końca uwierzyć, iż jest zdolny do napisania tak klasycznie brzmiącej melodii. Gdy zdał sobie sprawę, że właśnie to zrobił, musiało to być jak uroczyste poinformowanie go, że jest superbohaterem. Od 1964 do 1968 roku krzywa rozwoju McCartneya – muzycznie, lirycznie, artystycznie – jest niemal pionowa, jak startująca rakieta.

36.
„Yesterday”, piosenka, z którą obudził się po śnie, jest tak wyeksploatowana, że trudno nam ją usłyszeć. Jej otwierająca linia melodyczna ma siedem taktów; konwencjonalnie powinno być osiem i tego oczekuje ucho. McCartney wycina jeden takt i ląduje za wcześnie na „Suddenly…”, sprawiając, że czujesz dezorientację piosenkarza. Kompozytor Peter Maxwell Davies, ekspert od muzyki dawnej, wybrał „Yesterday” obok utworu Johna Dowlanda jako jedną ze swoich płyt na bezludną wyspę, zwracając uwagę na jej harmonicznie dziwną i tajemniczą melodię. Jest w niej coś przednowoczesnego, jakby McCartney w jakiś sposób dotknął podziemnej rzeki angielskiej muzyki. W ostatnich latach spekulował, że piosenka ta dotyczy śmierci jego matki.

37. Być może znamienne jest to, że mimo pochodzenia z Liverpoolu żaden z Beatlesów nie był fanem futbolu. Nie byli typowymi kolesiami, a w rzeczywistości we wczesnych latach zespołu byli zasadniczo „grupą dziewczęcą”. Oprócz Little Richarda, Chucka i Buddy’ego, czerpali ogromną ilość od The Crystals, The Marvelettes, The Cookies i innych w strukturze piosenek, harmoniach, nazewnictwie grupy (konwencjonalna struktura nazewnictwa w tamtym czasie sugerowałaby „Johnny and the Beatles”) i być może przede wszystkim w pewnym poczuciu tęsknoty. Ich fryzura była tylko zewnętrznym przejawem subtelnej subwersji norm płciowych. Kiedy nagrywali cover „Boys” zespołu The Shirelles, nie zawracali sobie głowy zmianą płci. McCartney, ten ładny, był najbardziej „niemęski” ze wszystkich i nie miał z tym problemu. W 1964 roku, mówiąc o wpływie zespołu na Amerykę, powiedział: „Tam byli… wszyscy tresowani do dorosłości ze swoją niepodważalną zasadą życia: krótkie włosy oznaczają mężczyzn, długie włosy oznaczają kobiety. Cóż, pozbyliśmy się dla nich tej małej konwencji”.

38. Dziwne jest to, że McCartney zyskał reputację sentymentalnego, ponieważ jednym z uderzających aspektów jego twórczości, przynajmniej z The Beatles, jest odmowa sentymentu. „Eleanor Rigby” rzuca lodowate spojrzenie na swoich bohaterów – nie ma dla nich współczucia. Kiedy George Martin zasugerował kwartet smyczkowy do „Yesterday”, McCartney upierał się, by grali bez vibrato (Martin musiał go przekonywać, że odrobina jest niezbędna do stworzenia pełnego brzmienia). McCartney śpiewa „For No One”, jedną z piosenek, które napisał podczas powolnego rozstania z Jane Asher, z szorstko przyciętą artykulacją, co tylko wzmacnia poczucie emocji wrzących pod spodem.
 

 
39. McCartney nie należy do grona wielkich tekściarzy – napisał ku temu zbyt wiele miernych tekstów. Jednak napisał jedne z najlepszych tekstów wszech czasów i wiele doskonałych. Ten paradoks najlepiej wyjaśnił John, zauważając, że Paul jest świetnym tekściarzem, który nie myśli, że nim jest, co oznacza, że się nie stara. Kiedy John był z nim, starał się dość często. „For No One” jest arcydziełem oszczędności, „Hey Jude” niezapomniane, ale tak wiele jego piosenek ma linie pełne piękna; „swaying daisies sing a lazy song beneath the sun”. Jedną z moich ulubionych jest „Back In The USSR” – ten dowcip, bezczelność i głupkowatość; „let me hear your balalaikas ringing out”. Ulubioną linijką Lennona napisaną przez McCartneya była ta, która zamykała ostatni album, jaki razem nagrali: „And in the end / the love you take is equal to the love you make”.
 
 40. Jednym z kilku równoważących kontrastów w partnerstwie Lennon-McCartney jest to, że jeden szukał inspiracji wewnątrz, podczas gdy drugi patrzył na zewnątrz. Podczas gdy Lennon spał – produktywnie, na swój sposób – w Weybridge, McCartney odbijał się gorączkowo od londyńskiej sceny kulturalnej niczym osiemnastowieczny arystokrata podczas Grand Tour, tyle że głównie w jednym mieście. Kontaktował się z niemal każdym interesującym artystą, muzykiem i myślicielem w mieście, od Luciano Berio po Bertranda Russella. Był nienasycenie ciekawym konsumentem idei, sztuki, słów i ludzi, przynosząc to wszystko z powrotem pozostałym niczym myśliwy wracający ze zdobyczą. „When you find yourself in the thick of it / Help yourself to a bit of what is all around you”.


41.
W połowie lat sześćdziesiątych McCartney sypał genialnymi piosenkami jak z magicznego wora.   „Słyszę całą piosenkę w jednym akordzie. Właściwie myślę, że można usłyszeć całą piosenkę w jednej nucie, jeśli słucha się wystarczająco uważnie” – powiedział. Nawet po spełnieniu wymogów absurdalnego harmonogramu nagrań The Beatles, wciąż miał wolne moce przerobowe. Napisał „Step Inside Love” dla Cilli Black, przyjaciółki z czasów, gdy pracowała w szatni w The Cavern. W 1967 roku – roku „Sergeant Peppera” – Cilla potrzebowała tematu przewodniego do swojego programu telewizyjnego, a McCartney wyświadczył jej przysługę. Spróbował sił w bossanovie w stylu Bacharacha o znacznej złożoności harmonicznej i rytmicznej – dlaczego nie? Gdy Cilla poprosiła o dodatkowe zwrotki, by utwór mógł być singlem, McCartney zabrał gitarę do BBC Theatre, gdzie nagrywano jej show, by tam je dopisać. Witając starą przyjaciółkę, powiedział: „You look tired, love”, co stało się pierwszą linijką nowej zwrotki. (Słynna teoria spiskowa ma w sobie pewną wadliwą logikę – patrząc na wszystko, co zrobił w latach 60., z pewnością trudno uwierzyć, że był tylko jeden).

42. „Strawberry Fields” i „Penny Lane” to piosenki o wspomnieniach z dzieciństwa, które traktują również o tym, co robimy, gdy wspominamy przeszłość. Tworzyły one dwie strony singla z podwójną stroną A, wydanego w 1967 roku, który może reprezentować szczyt kreatywnych możliwości The Beatles (nawet jeśli pierwsze miejsce na liście odebrał mu Engelbert Humperdinck). W tym przypadku nie sądzę, by wkład McCartneya dorównywał w pełni Lennonowi, ale choć „Penny Lane” nie jest jego najlepszą piosenką, może być najbardziej „mccartneyowska”. Dziwność „Strawberry Fields” uderza cię z pełną siłą – dopiero gdy ją poznasz, zdajesz sobie sprawę, jak solidna jest to piosenka. „Penny Lane” jest przeciwieństwem: jej jasna, radosna powierzchnia kryje warstwy złożoności. Jest to dosłownie prawda w przypadku aranżacji: brzmienie pianina zostało stworzone przez McCartneya poprzez nałożenie na siebie czterech różnych partii pianina, na czterech różnych instrumentach – dzieło prawdziwego obsesjonata. Jest też to solo na trąbce piccolo, znane nam jako pastisz baroku, ale jednocześnie, ze względu na niezwykle wysoki rejestr, surrealistyczne (w studiu McCartney popchnął trębacza do samej granicy jego możliwości, tak jak zrobił to z waltornistą w „For No One”). Struktura harmoniczna piosenki jest nietypowa; gdy nadchodzi refren, linia melodyczna skacze w górę, ale akordy idą w dół. Efektem jest zmieszanie żywiołowości ze smutkiem za utraconym dzieciństwem. Słowa, będące pozornie serią dziecięcych winiet z życia Liverpoolu, sugerują coś głębszego. Podczas swojej błyskawicznej edukacji kulturalnej McCartney nabrał zamiłowania do Magritte’a i pociągała go myśl, że jeśli przyjrzysz się wystarczająco uważnie codziennej egzystencji, możesz dostrzec pod nią coś głęboko niesamowitego, jakby przez pęknięcie w filiżance. Nie ma nic bardziej zwyczajnego niż brytyjska pogoda, a jednak tutaj deszcz leje się z błękitnego, podmiejskiego nieba. Obrazowanie piosenki jest dziwnie anachroniczne nawet jak na czas, który ma opisywać – strażak i jego klepsydra, patrzący jak ucieka czas. W centrum sceny znajduje się młoda pielęgniarka sprzedająca maki, na pamiątkę zmarłych. Jest schludnie ubrana, w strój, jaki mogłaby nosić Mary McCartney, i bezczynnie zastanawia się, czy wszystko wokół niej jest przedstawieniem. Impresario tego spektaklu ogłasza, że ona „tak czy inaczej nim jest”. To wszystko, o czym przypomina nam koniec każdej zwrotki, jest bardzo dziwne.
 


43.
Po śmierci Epsteina to McCartney stał się siłą napędową zespołu. Od 1968 roku praktycznie ciągnął grupę czystą siłą woli, gdy Harrison tracił zainteresowanie, a Lennon grzązł w narkotykach. Sesje nagraniowe do tego, co stało się „Let It Be” w 1969 roku, nie były aż tak nieszczęśliwe, jak głosi legenda (nowy montaż materiału filmowego autorstwa Petera Jacksona do eponimicznego filmu ma podobno przywrócić równowagę), ale zdecydowanie miały miejsce bolesne rozmowy o przyszłości zespołu, z których niektóre trafiły do sfery publicznej. Paul często błaga swoich nadąsanych – a w przypadku Lennona, odurzonych – kolegów z zespołu, by z nim pracowali. Na przykład: McCartney: Tylko próbuję ci pomóc, a zawsze słyszę siebie próbującego cię irytować. Harrison: Nie irytujesz mnie. Już mnie nie irytujesz. McCartney: Zostało nam tylko dwanaście dni, więc musimy to robić metodycznie. Słyszę, jak to mówię. Nigdy nie mam żadnego wsparcia. (cisza).

44. Bez wątpienia McCartney był apodyktyczny, napastliwy i irytujący. Ale to nie dlatego Beatlesi się rozpadli; to dlatego trzymali się razem. Bez jego determinacji, jego popychania, jego nieustępliwości nie byłoby „Come Together”, „Something” czy „Here Comes the Sun”. Harrison i Lennon nagrali pierwszorzędne albumy w rok lub dwa po rozpadzie, ale potem tempo ich produkcji znacznie spadło, podobnie jak jakość ich dokonań. W przypadku Lennona, wszystko stanęło w miejscu. Czasami osoba, do której masz pretensje o bycie szefem, jest osobą, której potrzebujesz, by wykonać swoją najlepszą pracę.

45. „Blackbird” został napisany w dniach po zamachu na Martina Luthera Kinga. To bardzo w stylu McCartneya stworzyć coś łagodnego i pełnego nadziei w odpowiedzi na brutalną katastrofę. Piosenka jest przesiąknięta angielskim folkiem, doprawiona bluesem i zakorzeniona w muzyce klasycznej (pożycza od Bacha). Wykonanie ma charakter swobodny, jakby od niechcenia, taki, który pochodzi tylko z żmudnie wypracowanej techniki. Słowa przywołują wiarę McCartneya w moc uzdrawiania przez muzykę; żwawe tempo zapobiega brzmieniu sentymentalnemu. „Blackbird” destyluje setki lat muzyki w piosenkę o porażającej prostocie – rodzaju prostoty, która wyłania się po drugiej stronie złożoności.
 


46. Na jednej z taśm z pogawędkami w studiu na Abbey Road słychać McCartneya mówiącego o czymś, nad czym pracują: „Teraz to jest skomplikowane. Jeśli uda nam się to uprościć, a potem skomplikować tam, gdzie musi być skomplikowane”.

47. Pod koniec lat sześćdziesiątych stało się jasne, że zakładając własną wytwórnię płytową Apple Corps, Beatlesi weszli w ruchome piaski. McCartney, który beztrosko zakładał, że uda mu się przedsięwzięcie biznesowe tak samo jak „middle eight”, znalazł się pod ogromną presją, gdy interesy wymknęły się spod kontroli. „Byłem w scenariuszu z Alicji w Krainie Czarów. Mówiłem: ‘Co tu trzeba zrobić? O, wiem, cięcie wydatków’. Zaczynało się to w moim mózgu jako rozsądne założenie, ale zanim dotarło do moich ust, brzmiało, jakby mówił diabeł. To było jak zdradziecka wypowiedź… Naprawdę nie mogłem nic powiedzieć, nie czując się, jakbym był przebiegły. A jednak wiedziałem, że nie jestem”.


48.
Wszyscy Beatlesi, z częściowym wyjątkiem Ringo, byli w swoich wczesnych latach zatwardziałymi kobieciarzami, a nawet wśród nich McCartney był najbardziej płodny. Jego związek z Jane Asher był krokiem naprzód w jego dojrzałości pod wieloma względami. Ona i jej kulturalna, wykształcona rodzina (z którą mieszkał w ich domu na Wimpole Street) karmili jego głodny umysł muzyką, sztuką i ludźmi. Ale związek ten skażony był jego niewiernościami. Nie mógł znieść tego, że ona miała karierę – że gdy on wracał z trasy, ona często wyjeżdżała na swoją. Był mniej lub bardziej otwarcie niewierny i choć znosiła to przez jakiś czas, związek zakończył się w 1968 roku. Wtedy związał się z 23-letnią scenarzystką z Nowego Jorku, Francie Schwartz, która weszła do biur Apple, by sprzedać swój scenariusz, i spotkała McCartneya w recepcji. W swoich pamiętnikach Schwartz opisała go jako samolubnego, kontrolującego chłopaka: „…kapryśny, skandaliczny, dorastający, mały książę Medyceusz, upudrowany i położony na satynowej poduszce w bardzo wczesnym wieku”. Jego ostatnie słowa do niej, zanim go opuściła, brzmiały: „Nie płacz, jestem gnojem”. Podejrzewam, że jego samoocena była przynajmniej częściowo trafna i poniekąd szczera. Był powierzchowny, manipulujący i egocentryczny. Jego zbawienną łaską było to, że o tym wiedział i chciał być lepszy.

49. Krótko po rozstaniu ze Schwartz, McCartney zaczął spotykać się z Lindą Eastman, fotografką, którą poznał w Nowym Jorku. Sprawy potoczyły się szybko i pod koniec 1968 roku mieszkał już z Lindą i jej 5-letnią córką Heather. Podejrzewam, że fakt posiadania córki sprawił, iż Linda stała się dla niego bardziej atrakcyjna, a nie mniej, jak to byłoby w przypadku wielu młodych mężczyzn, a prawdopodobnie większości gwiazd rocka. Był gotowy na Lindę – starszą, światową, majętną kobietę, która nie uważała go za boga – i był gotowy na rodzinę, zwłaszcza teraz, gdy jego beatlesowska rodzina się rozpadała. Przeszedł od ekstremalnego rozwiązłości do ekstremalnej monogamii, spędzając zaledwie kilka nocy z dala od Lindy aż do końca jej życia. Chciał, by uczyniła go lepszym człowiekiem i ona to zrobiła. Przekonanie do siebie Johna upewniło go, że jest genialny; przekonanie do siebie Lindy upewniło go, że jest dobry. Przypomina mi to coś, co Mike Nichols powiedział o swoim małżeństwie z Diane Sawyer: „Prawdziwa miłość uczyniła z Pinokia prawdziwego chłopca. Wszyscy czujemy się jak mechanizmy, jakbyśmy sami się posklejali – trochę stąd, trochę stamtąd – a potem, jeśli masz dużo szczęścia, pojawia się ktoś, kto kocha cię we właściwy sposób, i wtedy stajesz się prawdziwy”.

50. W maju 1968 roku McCartney pojechał z Londynu do Weybridge do domu Johna Lennona, trasa, którą dobrze znał – z tą różnicą, że tym razem nie jechał zobaczyć się z Johnem. Jechał do żony Johna, Cynthii, oraz ich syna, Juliana, wówczas pięcioletniego. Kilka tygodni wcześniej John nagle zostawił Cynthię dla Yoko Ono. McCartney chciał sprawdzić, czy u niej wszystko w porządku i dać jej znać, że wciąż ma przyjaciela. Myślał też o Julianie; o tym, jak straszne jest, gdy rodzic cię tak zostawia. W tym czasie nigdy nie przestawał komponować piosenki i jadąc, zaczął nucić pod nosem linijkę: „Hey Jules, don’t make it bad, take a sad song and make it better”. Przez kolejne miesiące rozwijał ten fragment, zmieniając go z piosenki o konkretnej sytuacji w coś bardziej uniwersalnego.
 
2022, listopad, Julina wydaje album "Jude", spotkanie przypadkowe na lotniksu z Paulem, który na fotce pokazuje, że ma w telefonie album Juliana. 

51. Utalentowani melodycy zawsze ryzykują, że zostaną zbyci jako powierzchowni, jednak melodia przenika nas do szpiku kości. Jest to język emocji, a najlepsze melodie sprawiają, że czujesz się nieprawdopodobnie szczęśliwy i nieprawdopodobnie smutny jednocześnie. „Hey Jude”, przy współudziale McCartneya, stało się czymś w rodzaju hymnu, co może utrudniać docenienie jego intymności lub sposobu, w jaki oryginalny utwór buduje się od słodko smętnego początku ku temu wspaniałemu, finałowemu, bezsłownemu chorałowi. Wszystkie zalety McCartneya spotkały się tutaj: ta wędrująca linia melodyczna, która opada i wznosi się przy słowie „song”; jego głos w swoim najbardziej czułym i obejmującym wydaniu; magiczna alchemia zespołu. Idź i posłuchaj tego na nowo – kiedy wchodzi to „naaa-na-na…”, przysięgam, że znów poczujesz się poruszony. To dźwięk wychodzenia z własnej głowy, wspólnotowego uzdrawiania. Kiedy zaczyna się długa koda piosenki, McCartney zmienia głos, wykorzystując swój bluesowy, skowytowy styl, improwizując nad refrenem. Słuchając tego ostatnio, byłem uderzony tym, jak dziko brzmi, niemal jakby mówił językami, rozdzierając klatkę piersiową i ofiarowując się wszystkiemu, co nad nami. To tak surowy pierwotny krzyk, jak wszystko, co Lennon nagrał, dźwięk samotności. [Wersję oryginalną znamy, w clipie take 9].


52. "Another Day", pierwszy utwór Paula po rozpadzie The Beatles, został zmiażdżony przez krytyków w dniu premiery, ale – podobnie jak wiele jego solowych rzeczy z tamtego okresu – dziś brzmi znacznie lepiej. Nie dostrzegałem w pełni tego, co kryje się pod jego powierzchowną radosnością (choo choo, cha cha), dopóki nie przeczytałem komentarza pewnej kobiety na grupie na Facebooku: "Another Day" opowiada o życiu z wysoko-funkcjonującą depresją, o bólu i izolacji ludzi, którzy się z nią zmagają – a główną bohaterką jest kobieta. Nic dziwnego, że siedemdziesięciolatkom z rockowej krytyki się to nie spodobało”. Po Eleanor Rigby i Lady Madonna to kolejna opowieść o kobiecej samotności. Nie nazwałbym go feministą, ale Paul ma w sobie wyraźne zainteresowanie kobietami i empatię wobec nich. Zapytał dziewczynę, kim chce zostać. Który inny męski gwiazdor rocka interesował się tym, kim kobiety chciałyby być?


 
53. W okolicach premiery Another Day, wiosną i latem 1970 roku, McCartney przechodził coś, co dziś zdiagnozowano by jako kliniczną depresję. The Beatles się rozpadali. Spór o Apple sprawił, że stanął sam naprzeciwko trzech najlepszych przyjaciół. Reszta, pod wodzą Lennona, chciała, by zarządzał nimi Allen Klein – człowiek, którego McCartney uważał za niemal gangstera (co było dokładnie powodem, dla którego Lennon go polubił). McCartney był wcześniej „dzieckiem swojej mamy”, potem partnerem Johna Lennona, wreszcie Beatlesem. Teraz czuł się jak nic, jak nikt. W 1984 roku, na długo przed tym, zanim publiczne mówienie o zdrowiu psychicznym stało się normą, wspominał tamten czas: „W moich własnych oczach byłem na śmietniku. To było potworne rozczarowanie tym, że nie jestem już nikomu do niczego potrzebny. To było dudniące, puste uczucie, które przetaczało się przez moją duszę”. Gdybyście mieli zgadywać, kogo rozpad zespołu uderzy najmocniej, nie wskazalibyście na Paula – tego tak „poskładanego”, ambitnego i oczywistego komercyjnego geniusza. Okazało się jednak, że bycie częścią grupy było dla niego ważniejsze niż dla któregokolwiek z nich.

54. McCartney mówił też o tym, jak trudny był to rok dla jego partnerki: „Musiała radzić sobie z gościem, który niekoniecznie chciał wstawać z łóżka, a jeśli już wstał, to zaraz chciał do niego wracać. Chciał pić coraz wcześniej każdego dnia... i był ogólnie dość markotny. Nie wiem, jak Linda to wytrzymała”. Wytrzymała, choć później opisywała ten czas jako „niewiarygodnie przerażający”. Stąd wzięło się Maybe I’m Amazed – jedna z najbardziej poruszających piosenek z podziękowaniem dla ukochanej osoby, jakie kiedykolwiek napisano. W pozornie weselszym utworze z tego samego albumu, Every Night, śpiewa: „Każdego dnia nie chcę wstawać / wychodzić z łóżka”. Ta piosenka przechodzi z lęku w zwrotkach do radosnego, bezsłownego refrenu poprzez wers: „Dziś wieczorem chcę po prostu zostać w domu / i być z tobą”. To było jego wyjście – uświadomienie sobie, że bycie mężem i tatą to też sposób na bycie potrzebnym; że domowa codzienność to wyzwanie twórcze samo w sobie.


 

55. Pod koniec lat 80., w swoim komercyjnym dołku, McCartney zaprosił kilku młodych producentów, by pomogli mu przy albumie Flowers In The Dirt, wśród nich Trevora Horna. Lata później Horn i inni wspominali to doświadczenie. „Z wszystkich legend, jakie poznałem, Paul był prawdopodobnie najmniej dotknięty swoją sławą” – mówił Horn. Producenci opisywali McCartneya jako potok kreatywności w studiu i równego współpracownika, choć bywał nieco zdystansowany i defensywny. Wszyscy mówili z ogromnym uwielbieniem o Lindzie – jak ciepła i przyjazna była i jak McCartney rozpromieniał się, gdy pojawiała się w pobliżu. „He really liked her – on ją naprawdę lubił, wiesz, co mam na myśli?” – mówił Horn. „Wiem, że to brzmi głupio, ale tak było”. Przyjaciele, którzy odwiedzali go w domu po śmierci Lindy, zastawali go wymizerowanego, niedowierzającego, w niekontrolowanym płaczu. Podczas nabożeństwa żałobnego powiedział: „Była moją dziewczyną. Straciłem moją dziewczyną”.

 Prawdopodobnie ostatnie - znane - zdjęcie pary 

56. Często mówi się o celebrytach, że ich osobowość zatrzymuje się na wieku, w którym stali się sławni, bo w takim wieku chce ich widzieć publiczność. McCartney uniknął tej pułapki. W komunikacie prasowym towarzyszącym płycie McCartney I, ostatnie pytanie brzmiało: „Co planujesz robić teraz?”. Odpowiedział: „Zamierzam dorosnąć”.

I NA KONIEC 

57. Kiedyś uważałem, że solowa twórczość McCartneya to jedno długie rozczarowanie, ale już tak nie myślę. Jest nierówna – The Beatles tacy nie byli, ale to szalony standard, by przykładać go do kogokolwiek. McCartney popełnił błędy, co jest nieuniknione w karierze trwającej dekady, zwłaszcza u artysty tak płodnego. Ale od 1970 roku napisał niesamowitą liczbę dobrych piosenek. Nawet jego słabe albumy mają momenty wielkości (nawet Give My Regards To Broad Street ma No More Lonely Nights). Zachował apetyt na awangardę – McCartney II to cudownie dziwaczny electro-pop, który wpłynął na pokolenia artystów dance. Trzy eksperymentalne albumy pod pseudonimem The Fireman też są doskonałe. Piłkarz Thomas Müller powiedział kiedyś: „Świadomie podejmuję ryzyko. Próbuję dużo i jest wiele porażek, ale to cena za próbowanie”. [Sign The Changes - jako The Fireman]

 


58. Stephen Lipson, jeden z producentów, podsumował: „Moją dominującą myślą było to, że nie potrafię wyobrazić sobie lepszej osoby, z którą można by być w zespole. On jest po prostu we wszystkim dobry, a do tego ma nieskończoną liczbę pomysłów”.

59. Sergeant Pepper, Percy Thrillington, Paul Ramon, Bernard Webb, Apollo C. Vermouth, The Fireman – to lista wcieleń McCartneya. Chce przeżyć wszystkie życia, zagrać wszystkie postacie, być każdym. [Z albumu Thrillington moja ukochana piosenka Paula, "Moonkberry Moon Delight" w orkiestrowej aranżacji]


 

60.
Na długo przed tym, zanim różnorodność stała się modnym hasłem, McCartney za nią stał. Klasyczny muzyk Leon Bosch wspomina śpiewanie Yesterday z współwięźniami w RPA podczas apartheidu. Piosenka Ob-la-di-ob-la-da (1968) to radosna celebracja brytyjskiej wielokulturowości. Od kiedy dowiedział się, że jego najmłodsza córka Beatrice jest homoseksualna, wychodzi na scenę z flagą Pride.

 

  


61. Paul pozostał blisko z Julianem Lennonem, wspierając go i jego matkę w walkach
prawnych. Gdy Cynthia Lennon musiała sprzedać na aukcji list od Johna z 1965 roku, by mieć z czego żyć, anonimowy nabywca kupił go za fortunę. Krótko potem Cynthia otrzymała paczkę z oprawionym listem i notatką od Paula: „To należy do Ciebie i Juliana”.

62. Niektórzy artyści lubią zachowywać swoją twórczość dla siebie, dopóki nie będzie gotowa do pokazania światu, inni są notorycznymi wielbicielami nadmiernego dzielenia się, a McCartney należy do tych drugich. Kiedy ma nową piosenkę, puszcza ją wszystkim, pytając, co myślą, czasami po to, by uzyskać sugestie (w ten sposób napisano „Eleanor Rigby”), a innym razem po prostu dla aprobaty, jak dzieciak pokazujący swoje zdjęcie, a nawet melodię, którą napisał przy pianinie. W 2005 roku, będąc na masażu, poprosił masażystkę o puszczenie taśmy, którą przyniósł ze sobą z nagraniami z jego nowego albumu („Chaos and Creation”). Masażystce szczególnie spodobał się jeden z nich: „This Never Happened Before”, klasyczna piosenka miłosna o Paulu przy pianinie, z niewiarygodnie piękną melodią. Powiedziała mu, że wychodzi za mąż tego lata, a zanim poszedł, zapytał ją o adres. Później otrzymała płytę CD, a nowożeńcy zatańczyli pierwszy taniec do niewydanego utworu Paula McCartneya. Nie każdy dostaje piosenkę pocztą, ale prawie każdy dostał lub otrzyma od niego prezent. Wątpię, czy żyje ktoś, kto odpowiada za większą część szczęścia na świecie.

63.
 Być może zauważyliście, że nie poświęciłem zbyt wiele miejsca związkowi Paula z Johnem, co jest dość sporą luką, ale staram się utrzymać ten esej w ramach objętości, a ten temat, niewyczerpanie fascynujący, sam w sobie jest książką. Warto jednak poświęcić chwilę piosence, którą McCartney napisał o swoim byłym partnerze po śmierci Lennona: „Here Today” z 1982 roku. Nie jest to jeden z jego najwspanialszych utworów, choć może być jednym z jego największych osiągnięć. Pomyślcie o oszałamiającej dziwności tej sytuacji: cały świat wie o waszej intensywnej i niekiedy trudnej przyjaźni z tą osobą, a teraz ona nie żyje, została zamordowana, a wszyscy czekają, aż napiszecie o niej niezwykle osobistą piosenkę. To znaczy, bez presji. To więcej niż wystarczająco, by zablokować każdego autora, a jednak McCartney wywiązał się ze swojego obowiązku – bo taki właśnie był – piosenką, która jest piękna po części dzięki swojej skromności. Nie próbuje być Najwspanialszą Piosenką Wszech Czasów ani jej podsumować, choć mówi wiele. Piosenka to klasycznie skonstruowana ballada z idealnym zakończeniem, a ja lubię sposób, w jaki uchwycił klimat ich dialogu, jakby John był tuż obok niego: „Gdybym powiedział, że naprawdę dobrze cię znam… prawdopodobnie roześmiałbyś się i powiedział, że jesteśmy dwoma światami”. Ale jej subtelny emocjonalny punkt kulminacyjny pojawia się w środkowej ósemce: „I nie powstrzymuję już łez… kocham cię”. W jakiś sposób udaje mu się zrobić miejsce, by te trzy zbyt znajome słowa znów nabrały znaczenia. Kiedy McCartney gra na żywo „Here Today”, zapowiada to, zwracając uwagę, że on i John nie używali tych słów w stosunku do siebie. „Nigdy nie mówisz czegoś takiego. Zwłaszcza jeśli jesteś mężczyzną z Północy”. Ale nauczył się, jak mówi, że kiedy kogoś kochasz, powinieneś mu to powiedzieć, zanim będzie za późno.

64. Jeśli zobaczę Paula McCartneya na ulicy, myślę, że wiem, co mu powiem, zakładając, że uda mi się wydusić z siebie te słowa. Podziękuję. Może nawet powiem mu, że go kocham.






Historia The Beatles
History of  THE BEATLES