Yoko Ono - Muza Johna. Biografia (1)


 

  Ponieważ niebawem chcę rozpocząć na blogu serię postów z fragmentami pewnej wyjątkowej książki, dzisiaj przyszedł czas na jej oficjalną prezentację. Jeszcze przed Gwiazdką 2025 roku wspominałem, że wśród wspaniałych prezentów pod choinką może znaleźć się biografia Yoko Ono pióra Davida Sheffa – autora, którego mieliśmy już okazję poznać na stronach tego bloga i portalu o The Beatles. Jestem właśnie w trakcie lektury tej obszernej, liczącej kilkaset stron pozycji i chciałbym podzielić się kilkoma słowami zachęty dla tych, którzy jeszcze po nią nie sięgnęli. John Lennon ogłosił kiedyś, że Yoko Ono jest „najsłynniejszym nieznanym artystą na świecie”. Nie powstrzymało to jednak krytyków i opinii publicznej od złośliwego obwiniania jej o rozpad The Beatles. Prawdziwa historia Yoko to jednak opowieść o przełomowej aktywistce, nieszablonowej artystce i muzyku, której globalny wpływ obroni się sam. 


  
Sheff napisał biografię niezwykle wyważoną i uczciwą. Nie unika trudnych tematów: pisze o toksycznej współzależności w związku Johna i Yoko, o mrocznych kulisach uzależnienia od heroiny i metadonu, czy o problemach Lennona z alkoholem. Fani Wielkiej Czwórki będą jednak zachwyceni, mogąc prześledzić skomplikowane relacje i interakcje między Johnem, Paulem, Georgem i Ringo. Jako para, Lennon i Ono pracowali i nagrywali razem aż do tragicznego końca. Ich muzyczna współpraca po latach przyniosła Yoko spóźnione, ale w pełni zasłużone uznanie jej wkładu w powstanie kultowego hitu Imagine. W 2017 roku Yoko odebrała nagrodę Centennial Song Award od National Music Publishers’ Association, czemu towarzyszyło archiwalne nagranie Lennona, w którym wprost przyznawał, że jego żona powinna zostać wpisana jako współautorka tego utworu. Przypomnę tutaj znamienne słowa Yoko  na ten temat: Czasami wydaje mi się, że spotkaliśmy się z Johnem, po to by powstało "Imagine". 

 

 Książka Sheffa to bez wątpienia ostateczne podsumowanie życia jednej z najbardziej enigmatycznych i kontrowersyjnych kobiet w historii rock’n’rolla. Przez dekady tabloidy karmiły nas wyssanymi z palca historiami, pisany przez autorów bez jakiejkolwiek wiedzy z pierwszej ręki. Wiele z nich przesiąkniętych było nienawiścią, rasizmem i mizoginią, sprowadzając Yoko do roli mało znaczącego przypisu w historii Beatlesów. Tymczasem imię Yoko oznacza w zapisie kanji „Dziecko Oceanu” (Ocean Child) – niezwykle trafnie jak na kobietę, która przez całe życie musiała żeglować przez wzburzone wody.
David Sheff zadedykował to doskonałe dzieło Kyoko Ono i Seanowi Ono Lennonowi, co jest wyrazem jego bliskiej, wieloletniej przyjaźni z rodziną. Wszystko zaczęło się w 1980 roku, gdy jako 24-letni, początkujący dziennikarz otrzymał zadanie przeprowadzenia wywiadu z parą dla magazynu Playboy. Kluczem do sukcesu okazały się... gwiazdy. Yoko od lat namiętnie korzystała z astrologii, numerologii i tarota, traktując je jako drogowskazy w codziennym życiu. Codzienne losowanie kart decydowało o biznesach i planach. Sheff musiał więc przejść „test astrologiczny”. Gdy okazało się, że jego liczby i układ gwiazd pasują, Yoko uznała to za proroczy znak i zaprosił a go do Nowego Jorku, mówiąc: „Ten wywiad będzie znaczył więcej, niż możesz teraz pojąć”.

David Sheff: Do dziś, gdy słyszę ich piosenki w radiu, natychmiast przenoszę się myślami do tamtego studia. Widzę siebie siedzącego w kącie na reżyserskim krześle, które mi dali. John stał za szybą w reżyserce, a Yoko po drugiej stronie, przed mikrofonem, śpiewając swój part raz za razem. 
W ten sposób młody dziennikarz trafił do słynnego budynku Dakota na Manhattanie – wzniesionego w gotyckim stylu ekskluzywnego gmachu między 72. a 73. ulicą, w którym mieszkali m.i. Leonard Bernstein, Judy Garland czy Lauren Bacall. Lennonowie posiadali tam kilka mieszkań (główne na 7. piętrze, inne służyły za magazyny i biura). W tamtym czasie Yoko twardą ręką zarządzała wszystkimi sprawami biznesowymi, podczas gdy John spełniał się jako „mąż domu”, opiekując się 5-letnim Seanem.

David Sheff: Przez te pięć lat żyli w ciszy, z dala od mediów i nagrań. John opowiadał mi, że małe, codzienne rzeczy dawały mu wtedy znacznie więcej radości niż wszystkie złote i platynowe płyty, które zdobył w życiu. Mówił o pieczeniu chleba i patrzeniu, jak rośnie w piekarniku, albo o uczeniu małego Seana pływać w basenie YMCA. Byli po prostu w niesamowicie dobrym, spokojnym miejscu. 

 

David Sheff: Rozmawiało nam się tak łatwo, że momentami zapominałem o ich statusie. I nagle, w środku jakiejś opowieści, John rzuca luźno: »A, jak byłem wtedy w Almerii w Hiszpanii, to przy okazji napisałem "Strawberry Fields". Wtedy w mojej głowie zapalała się lampka: »O rany, stary... przecież ty siedzisz z Johnem Lennonem!
W przeciwieństwie do dzisiejszych realiów, gdzie dziennikarz dostaje od gwiazdy kilkanaście minut, Sheff spędził z Johnem i Yoko blisko trzy tygodnie we wrześniu 1980 roku. Rozmawiał z nimi od rana do późnej nocy, towarzyszył w spacerach, posiłkach i pracy w studiu. Zobaczył parę szczęśliwą, dojrzałą i spokojną. Szybko narodziła się między nimi prawdziwa przyjaźń. 
 David Sheff: Zrobiłem w życiu setki wywiadów z wielkimi gwiazdami kina czy rocka, ale nikt nigdy nie otworzył przede mną swojego życia tak jak Yoko i John. Zazwyczaj dostawałem dwie godziny, nad głową wisiał mi agent od PR-u, który odliczał minuty i próbował cenzurować pytania. A oni? Zaprosili mnie do domu, do studia nagraniowego, stając się moją codziennością... Dla nich ten wywiad nie był tylko promocją płyty Double Fantasy. Oni naprawdę chcieli podsumować swoje dotychczasowe życie, rozliczyć się z przeszłością i pokazać światu, że po latach burz w końcu odnaleźli spokój. Byli w tym do bólu uczciwi. Świat widział w niej smoka, który zniszczył The Beatles. Ja zobaczyłem niezwykle wrażliwą kobietę, genialną artystkę i menedżerkę o genialnym umyśle biznesowym, która po prostu chroniła swojego męża i syna przed szaleństwem świata.
Sheff napisał artykuł i wysłał Yoko przedpremierowy egzemplarz na początku grudnia. Rankiem 7 grudnia 1980 roku Yoko zostawiła na jego automatycznej sekretarce ciepłą wiadomość. David oddzwonił, rozmawiali przez pół godziny o planach na kolejne spotkanie w Nowym Jorku. Jak jednak wiemy, późnym wieczorem następnego dnia – 8 grudnia – wracający z sesji nagraniowej John Lennon został zastrzelony przez Marka Chapmana na oczach sparaliżowanej strachem żony w bramie Dakoty. Yoko została sama – załamana, odizolowana i pogrążona w niewyobrażalnym żalu. Jak wspomina po latach sam Sheff: „Myślę, że to było dla niej naprawdę znaczące, że spędziłem te trzy tygodnie z nią i Johnem w czasie ich życia, kiedy byli po prostu szczęśliwi”.
David Sheff:  Kiedy patrzyłem na nich we wrześniu 1980 roku, biło od nich niesamowite ciepło. John był zafascynowany rolą ojca, Yoko trzymała wszystko w garści, a między nimi była ta sama nastoletnia miłość, co na początku. Byli najszczęśliwsi w swoim życiu. Świadomość, że to wszystko skończyło się kilkanaście dni później, wciąż łamie mi serce. 
Tragedii towarzyszył jednak przerażający wylew nienawiści i gróźb pod adresem wdowy. W ciągu pierwszego roku po śmierci męża Yoko wydała ponad milion dolarów na ochronę. Sama nazwała ten okres „porą szkła” – czuła się wtedy krucha jak szkło i bliska całkowitego rozbicia.
W tych najtrudniejszych chwilach David Sheff stał się częścią jej najbliższego, zaufanego kręgu. Przez kolejne dwie dekady wspierał ją, podróżował z nią, Seanem oraz wieloletnim partnerem Yoko, Samem Hadvatoyem. Ta więź była tak silna, że gdy syn Davida, Nic, walczył z ciężkim uzależnieniem od narkotyków, Yoko i Sean zabrali chłopaka na swoją 600-hektarową farmę, by pomóc mu przed pójściem na odwyk. To właśnie z tamtego okresu pochodzi tytuł poruszającej książki Sheffa z 2008 roku – Beautiful Boy – na którą Yoko osobiście dała mu pozwolenie, nawiązując do słynnej kołysanki Lennona dla Seana.
  Książka pozwala nam poznać fascynującą historię Yoko z czasów, zanim stała się „panią Lennon”. Choć trzeba przyznać, że ona sama potrafi dbać o dziedzictwo męża, przy okazji pieczołowicie pielęgnując własną legendę. Ich małżeństwo było niemal nierozerwalne, z wyjątkiem słynnego, 18-miesięcznego „straconego weekendu”, kiedy John – za namową i pełną zgodą Yoko – mieszkał w Los Angeles z ich asystentką May Pang. Po śmierci męża, Yoko przez lata była związana z węgierskim projektantem Samem Hadvatoyem. Związek ten zakończył się jednak z dnia na dzień w 2001 roku: gdy Hadvatoy wrócił z krótkiej podróży, zastał w drzwiach wymienione zamki. Yoko Ono miała bowiem wewnętrzny rdzeń ze stali – twardszej niż jakikolwiek samurajski miecz. Niebawem umieszczę kilka ciekawszych fragmentów z niej.
 
 
 

Historia The Beatles
History of  THE BEATLES

 




MY TOP45 Electric Light Orchestra


  

Ktoś z czytelników  tego bloga może zapytać: co robi Electric Light Orchestra na blogu poświęconym The Beatles? Odpowiedź jest właściwie bardzo prosta. Bo pomiędzy tymi dwoma zespołami istnieje niezwykła muzyczna więź. I nie chodzi tylko o podobieństwa w muzyce czy o inspiracje. Chodzi również o ludzi, historię i wzajemny szacunek. Gdy w 1974 roku John Lennon gościł w nowojorskim radiu WNEW-FM, zapytany o współczesne zespoły wspomniał o Electric Light Orchestra. Z właściwym sobie dystansem określił ich mianem „Synów Beatlesów” ("Nice little group. I call them 'Son of Beatles'...") i przyznał, że bardzo lubi ich utwór Showdown, a ELO po prostu kontynuuje brzmieniowy kierunek, w którym Czwórka z Liverpoolu zmierzała pod koniec lat 60.   Lennon dodał wtedy również, że ELO to zespół, który powstał po to, by kontynuować styl od miejsca, w którym The Beatles przestali rozwijać swoje brzmienie (mając na myśli okres eksperymentów z orkiestrą i piosenkami typu I Am the Walrus). Dla Jeffa Lynne’a słowa samego Lennona wypowiedziane publicznie w radiu były największym możliwym komplementem i spełnieniem marzeń, bo nigdy nie ukrywał, że całe ELO zbudował na miłości do The Beatles. I właśnie ten moment zawsze wydawał mi się szczególnie piękny: Beatles, który był inspiracją dla Jeffa Lynne’a, sam usłyszał w jego muzyce coś wartościowego. W "Shangri La" (album "A New World Record" z 1976) słyszymy wers: Faded like the Beatles on Hey Jude. Na albumie "Sceret Messages" z 1983 roku Jeff umieścił utwór "Beatles Forever". Ta muzyczna miłość zatoczyła zresztą niezwykłe koło. 
W 1995 roku ten wielki fan nie tylko stanął obok swoich idoli, ale jako producent zasiadł w studiu z Paulem, George’em i Ringo, by tchnąć nowe życie w taśmy Lennona i stworzyć Free As A Bird oraz Real Love. Lynne był producentem obu nagrań i uczestniczył w ich muzycznym opracowaniu. Dla człowieka, który przez całe życie podziwiał The Beatles, musiało to być spełnienie jednego z największych muzycznych marzeń.   
   Dlatego ELO nie jest dla mnie na tym blogu przypadkowym „gościem”. To część większej historii muzyki, której jednym z najważniejszych punktów odniesienia byli właśnie The Beatles. A że od lat bardzo lubię Electric Light Orchestra, postanowiłem zrobić coś, co od dawna chodziło mi po głowie – stworzyć własne TOP 45 utworów ELO. Nie jest to próba stworzenia obiektywnego rankingu największych przebojów zespołu. To po prostu moja
osobista czterdziestka piątka – piosenki, które z różnych powodów najbardziej cenię, do których najchętniej wracam i które przez lata stały się dla mnie ważną częścią muzycznego świata Jeffa Lynne’a. A więc… skoro jesteśmy na blogu o The Beatles, zacznijmy tę trochę nieoczywistą, ale mam nadzieję ciekawą podróż. Poniżej wprost post z blogu Mój Top Wszechczasów z pierwszą 10 moich ulubionych piosenek zespołu Jeffa. Wspominam tam Kelly Groucutta, a dlaczego to: tutaj.   
 

 

   I tak oto dobijamy do brzegu tej mojej muzycznej podróży. Przejście przez te 45 utworów ELO to nie była dla mnie zwykła zabawa w układanie cyferek na blogu. To był potężny powrót do czasów, kiedy byłem nastolatkiem i po raz pierwszy docierały do mnie te kosmiczne dźwięki w połowie lat 70.
  Słuchając dzisiaj tych piosenek, od razu wracają wspomnienia. Widzę te duszne, klimatyczne dyskoteki z młodości, a potem imprezy ze studenckich lat, gdzie przy Rock and Roll Is King czy Last Train To London parkiet dosłownie płonął i nikt nie myślał o powrotach do domu. Z drugiej strony, ile to razy po tych wszystkich szaleństwach wracało się nocą do pokoju, włączało na gramofonie Ticket to the Moon albo Rain Is Falling i po prostu odpływało w ten deszczowy, syntezatorowy klimat... Właśnie za to zawsze kochałem Jeffa Lynne’a i jego ekipę – potrafili w jeden wieczór podnieść człowiekowi ciśnienie rockowym przyłożeniem, by za chwilę rozbroić go balladą, przy której ciarki szły po plecach.
 W tym moim ostatnim cyklu na blogu bardzo zależało mi na jednym: żeby przy każdym numerze wyraźnie postawić ten plusik lub minusik przy nazwisku Kelly’ego Groucutta. Jeff był niesamowitym kompozytorem i wizjonerem, to jasne. Ale spójrzcie na moją pierwszą dziesiątkę – w każdym z tych dziesięciu najważniejszych dla mnie utworów słychać Kelly’ego! To nie żaden przypadek. Dla mnie, chłopaka wychowanego na klasycznych brzmieniach tamtych lat, te bezbłędne, wysokie chórki i pulsujący bas Kelly’ego to był po prostu fundament charakterystycznego stylu ELO. Bez jego głosu u boku Jeffa ta muzyka straciła potem część tego swojego jedynego w swoim rodzaju blasku.

  Wybór tych 45 numerów kosztował mnie sporo rozmyślań. Piosenki zamieniały się miejscami, do niektórych musiałem doprzeć po latach, a inne trzymają mnie za serce niezmiennie od ponad czterech dekad. Ostatecznie na samym szczycie postawiłem Sweet Talkin' Woman – dla mnie to po prostu absolutny wulkan energii, galopujące smyczki i czysta radość z grania, która stawia na nogi tak samo dzisiaj, jak stawiała na dyskotekach lata temu.
 Dzięki wielkie, że byliście ze mną  (mnóstwo maili z całego świata) w tej sentymentalnej podróży, że czytaliście moje wspomnienia i dorzucaliście własne uwagi. ELO ma w mojej płytotece i w sercu miejsce całkowicie osobne. Płyta się kończy, ale te melodie zostają z nami na zawsze! I mój muzyczny świat naprawdę nie kończy się na The Beatles, choć oczywiście  zajmują oni w nim ogromne miejsce. Ale jest w nim, jak widzicie czytając mego bloga, miejsce dla ELO, Be Geed, Pink Floyd, nawet Slade czy Sweet. 
 
Pozostałe pozycje: 
1978. Najsłynniejszy skład Electric Light Orchestra. Od lewej: Mik Kaminski (skrzypce), Hugh McDowell (wiolonczela), Melvyn Gale (wiolonczela, fortepian), Jeff Lynne (wszystko, prócz perkusji ;)),  Richard Tandy (instrumenty klawiszowe), Kelly Groucutt (gitara basowa, harmonie wokalne), Bev Bevan (perkusja, czasem harmonie).

 


10. Boy Blue

Singiel: 1975
Album:  Eldorado - (Kelly +)
Kompozycja: Jeff Lynne
 

Niezwykle porywający, wręcz dramatyczny utwór, który idealnie pokazuje konceptualną wielkość albumu "Eldorado". Jeff Lynne genialnie łączy tu baśniowy, orkiestrowy rozmach z chwytliwym, rockowym zacięciem. Dęciaki i smyczki nadają mu wręcz rycerskiego charakteru, tworząc utwór. 


 

9. Showdown
Singiel: 1973
Album:  On The Third Day - (Kelly +)
Kompozycja: Jeff Lynne
 

 Kamień milowy w historii ELO i jeden z najbardziej „stylowych” utworów w ich dorobku. Słynny, pulsujący motyw basowy połączony z charakterystyczną, wyrazistą grą smyczków do dziś robi ogromne wrażenie. Sam John Lennon rozpływał się nad tym kawałkiem, nazywając go godnym następcą brzmienia The Beatles.


 8. Evil Woman
Singiel: 1975
Album:  Face The Music  - (Kelly +)
Kompozycja: Jeff Lynne

 Prawdopodobnie jeden z najbardziej rozpoznawalnych i fortepianowych klasyków w historii muzyki rozrywkowej. Utwór ma niesamowity, lekko funkujący rytm i melodię, która dosłownie przykleja się do głowy po pierwszym przesłuchaniu. Znakomite sekcje smyczkowe i podszyty hebanowym groove'em wokal Lynne'a robią z tego absolutny majstersztyk.



7. Summer And Lightning
Album:  Out Of The Blue - (Kelly +) 1978
Kompozycja: Jeff Lynne
 

 Cudowna, nieco bardziej kameralna perełka z legendarnego podwójnego albumu. Utwór zachwyca swoją przestrzennością i niezwykle ciepłym, marzycielskim klimatem, który idealnie oddaje tytułowe zestawienie letniego słońca i burzy. To piękny dowód na to, jak kunsztownie Lynne potrafił budować nastrój za pomocą bogatej aranżacji.


 

6. Rain Is Falling
Singiel: 1981
Album:  Time - (Kelly +)
Kompozycja: Jeff Lynne

 Jedna z najbardziej nostalgicznych i poruszających ballad z przełomowego, synth-popowego okresu grupy. Eleganckie połączenie elektronicznych syntezatorów ze smyczkowym tłem tworzy niesamowity, nieco deszczowy i samotny klimat. Ten utwór ma w sobie niezwykłą magię i wyjątkową głębię emocjonalną.


5. Can't Get It Out Of My Head
Singiel: 1975
Album:  Eldorado - (Kelly +)
Kompozycja: Jeff Lynne
 

Przepiękna, symfoniczna ballada, która otworzyła zespołowi drzwi do wielkiej światowej kariery. Melodia jest tu tak miękka, rozmarzona i hipnotyzująca, że tytuł staje się wręcz proroctwem – po prostu nie da się jej wybić z głowy. Prawdziwe arcydzieło pod względem harmonii i orkiestracji. 

 

4. Sweet Is The Night
Album:  Out Of The Blue - (Kelly +) 1978
Kompozycja: Jeff Lynne
 

Cudowny, dwoisty utwór, w którym kapitalną robotę robi podział wokalny między Jeffem Lynne’em a Kellym Groucuttem. Piosenka powoli narasta, by w refrenie eksplodować niesamowitą, optymistyczną energią. To jeden z tych utworów, które natychmiast poprawiają humor i dodają skrzydeł. 


3. Telephone Line
Singiel: 1977
Album:  A New World Record - (Kelly +)
Kompozycja: Jeff Lynne
 

 Podium otwiera absolutny wyciskacz łez i jeden z najpiękniejszych utworów o samotności, jakie kiedykolwiek napisano. Słynny wstęp z dźwiękiem sygnału telefonicznego wprowadza w niezwykle intymny nastrojowy świat, który rozwija się w monumentalny, emocjonalny refren. Piosenka-ikona, która wzrusza za każdym razem tak samo.


2. Strange Magic
Singiel: 1976
Album:  Face The Music - (Kelly +)
Kompozycja: Jeff Lynne
 

Absolutnie hipnotyzujący, niezwykle zmysłowy i bezsprzecznie jeden z najbardziej klimatycznych utworów w historii zespołu. Jeff Lynne stworzył tu genialną, oniryczną balladę, która dosłownie otula słuchacza swoim niespiesznym, leniwym rytmem, wyśmienitymi partiami gitary hawajskiej i potężnym, przestrzennym podkładem smyczkowym. Do tego dochodzą kapitalne, anielskie chórki z udziałem Kelly’ego, które nadają całości prawdziwie „magiczny”, wręcz nierealny nastrój. Kawałek, który po prostu zniewala i nie traci ani odrobiny swojej czarującej mocy pomimo upływu lat.




1. Sweet Talking Woman
Singiel: 1978
Album:  Out Of The Blue - (Kelly +)
Kompozycja: Jeff Lynne
 

 

Zasłużone pierwsze miejsce! Genialny, dynamiczny i perfekcyjnie dopracowany hymn pop-rocka. Szybkie, „galopujące” smyczki na otwarciu, genialny bas Kelly’ego i niesamowicie chwytliwy refren czynią z tego utworu kwintesencję wszystkiego, co w Electric Light Orchestra najlepsze. Prawdziwy wulkan pozytywnej energii!  




Historia The Beatles
History of  THE BEATLES








Wracamy do "Peppera"


 PAUL: Przy Pepperze pomyśleliśmy: potrzebujemy całościowej koncepcji, wypełnionej mnóstwem drobiazgów, żeby za trzy miesiące ktoś powiedział: ›O, tego wcześniej nie zauważyłem…‹. Cały pomysł polegał na tym, żeby zmieścić cały album w tej kopercie, i dlatego zatrudniliśmy Petera Blake’a!...Powiedziałem reszcie: »Słuchajcie, napiszmy listę naszych bohaterów«. Zrobiliśmy małe wyliczanki, na których każdy wypisał ludzi, których podziwiał. To miał być tłum stojący za nami, kiedy odbieramy nagrodę od jakiegoś burmistrza. Chodziło o to, żeby stworzyć wizję tego, kim ten zespół – ta cała Orkiestra Klubu Samotnych Serc – mógłby być. To dało nam wolność.
Pewnie kojarzycie słynną okładkę „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band” The Beatles – to jedno z najbardziej ikonicznych zdjęć w historii muzyki. Przez dekady cała chwała przypadała oficjalnym twórcom, ale kulisy powstawania tej scenografii i samego ujęcia kryją zupełnie inną historię. Nigel Hartnup (zdjęcie z 2017 roku na dole) nie był zwykłym asystentem na planie. To on spędził dwa tygodnie w czarnym studiu, ręcznie kolorując wycięte postacie, budując sztuczny sufit i gnieżdżąc się pod samym stropem, by wyzwolić migawkę. Oto jego wyłączna, niepublikowana wcześniej relacja z pierwszej ręki o tym, jak naprawdę wyglądał ten legendarny plan zdjęciowy. 
  Na samym dole tekstu umieszczam linki do niektórych moich postów związanych z tym albumem.

PAUL: 
Chciałem genialnej okładki, chciałem, żeby była wypełniona obrazami. Chciałem czegoś, na co mógłbym patrzeć w autobusie do John Lewis, jak wcześniej. Wyciągałem płytę z brązowej torby i na nią patrzyłem. Niektóre okładki mogłem oglądać przez pół godziny, po prostu im się przyglądając. Dlatego chcieliśmy wypełnić album różnymi skarbami. 
Stojąc na chwiejnym stołku, który ustawiono na stole, miałem głowę wciśniętą pod kątem w sam róg między ścianą a sufitem. Zginałem się w pół, by skupić wzrok na odwróconym obrazie w matówce wielkoformatowego aparatu Sinar 5x4, rozstawionego do granic możliwości na statywie. Tradycyjna czarna płachta na głowę nie była mi potrzebna, bo ściany i sufit całego studia pomalowano na matową czerń. Przede mną, na drugim końcu pomieszczenia, rozciągała się scena, która na kolejne dekady miała stać się sławna na całym świecie. Pracowaliśmy nad nią bez przerwy przez dwa tygodnie – a to ogromnie dużo czasu jak na jedno zdjęcie, nie mówiąc już o „zwykłej” okładce płyty.

Od lewej do prawej: Jann Haworth, Mohammed (kierowca Roberta Frasera), Peter Blake, Andy Boulton (asystent juniora), Trevor Sutton (asystent), Nigel Hartnup (pochylający się nad bębnem), Mme Tussauds pracownik, Michael Cooper, Mal Evans.

Ale był rok 1967 i robiliśmy okładkę do najnowszego albumu The Beatles! Byli najbardziej znanym zespołem muzycznym wszech czasów, a płyta miała być nowym konceptem, więc oprawa musiała być wyjątkowa. I bez wątpienia taka była. Nas, ludzi pracujących w latach 60. w świecie fotografii, muzyki, sztuki i mody, nie było łatwo zachwycić. Uważaliśmy się za całkiem niezłych gości, ale każdy z nas na tym planie wiedział, że tworzymy coś ikonicznego. I mieliśmy rację. „Sergeant Pepper’s Lonely Hearts Club Band” odniósł natychmiastowy sukces, a okładka od razu stała się głównym tematem rozmów. Do dziś zna ją cały świat i jestem niezwykle dumny, że brałem udział w jej powstawaniu.
    Byłem asystentem fotografa Michaela Coopera w jego firmie MC Productions Ltd, razem z moim przyjacielem Trevorem Suttonem i młodszym asystentem, Andrew Boultonem. Trevor i ja studiowaliśmy razem fotografię w Medway College of Art, a potem znów połączyliśmy siły w Vogue Studios przy Hanover Square jako asystenci fotografów mody mających z nimi kontakty. Michael Cooper tam pracował, a kiedy w 1965 roku odszedł, by założyć własne studio, zaproponował nam pracę asystentów za królewską kwotę 12 funtów i 10 szylingów tygodniowo. Ponieważ w Vogue dostawaliśmy tylko po 10 funtów, obaj się zgodziliśmy. Michael był niski, miał długie włosy i ubierał się niezwykle krzykliwie – zazwyczaj w ciasne spodnie, kolorowe koszule, długie szale i jaskrawe marynarki. Finansował go właściciel galerii sztuki, Robert Fraser (z rodziny House of Fraser), który przyjaźnił się z czołowymi artystami i muzykami, będąc niezwykle wpływową postacią ówczesnej sceny artystycznej. Choć Robert myślał bardzo postępowo, ubierał się o wiele bardziej stonowanie niż Michael – zazwyczaj w drogi garnitur i krawat. Michael potrzebował jego pomocy finansowej przez cały czas, kiedy dla niego pracowałem, bo nie miał wystarczająco dużo zleceń, by opłacić nasze pensje i utrzymać studio.
JOHN: Żeby wybrać postacie na okładkę, dałem ludziom kartki i powiedzieliśmy: 'Napiszcie swoje ulubione postacie'. Ja wpisałem Jezusa Chrystusa i Hitlera, ale wy wycięliście je oba, żeby było bezpiecznie. Dodałem też Gandhiego, ale musieliśmy go usunąć, bo EMI bało się, że nie sprzedamy płyty w Indiach.
     
Robert miał stać się kluczową postacią w historii okładki „Sgt. Pepper”. Często wydawał przyjęcia i to w jego apartamencie w Mayfair zrodził się pomysł na okładkę – podczas dyskusji między Paulem McCartneyem a wspaniałym artystą Peterem Blake’em. Zdjęcie miało przedstawiać zespół o nazwie Sergeant Pepper’s Lonely Hearts Club Band stojący na trawniku za napisem „Beatles” ułożonym z kwiatów – tak, jak robiono to wtedy w parkach miejskich. Zespół miał być ich alter ego, a za nimi miała stać widownia złożona z ludzi, których Beatlesi szanowali i podziwiali, razem z figurami woskowymi samych Beatlesów. Pomysł rozwijał się dalej. Peter Blake rozrysował projekt, a trzej Beatlesi spisali listę nazwisk. Ringo powiedział, że cokolwiek ustalą pozostali, mu to odpowiada. Peter, Michael i Robert również dodali swoje postacie. 
Kiedy Michael Cooper poleciał do Nowego Jorku, by zbadać możliwości zrobienia trójwymiarowej okładki dla Rolling Stonesów do albumu „Their Satanic Majesties Request”, pojawiła się lista nazwisk do tłumu i trzeba było znaleźć odpowiednie zdjęcia tych ludzi. To nie było łatwe. Jann Haworth i Peter Blake zrobili większość, korzystając głównie ze specjalistycznych archiwów, takich jak BBC Radio Times Hulton Picture Library, ale czasem musieliśmy pozyskiwać je bezpośrednio od znajomych lub rodziny. John załatwił, że zdjęcie byłego Beatlesa, Stuarta Sutcliffe’a, przyszło przesyłką specjalną od jego rodziców. Piłkarz Liverpoolu, Albert Stubbins, przyszedł pocztą z klubu LFC.
Jann Haworth: Są różne równoległe narracje. Paul [McCartney] teraz twierdzi, że to był jego pomysł, a [mój były mąż i współpracownik] Peter [Blake] zawsze twierdził, że to był jego pomysł. Czyli 100 procent dla Paula, 100 procent dla Petera, a ja zgłaszam 50 procent. To oczywiście znaczy, że to naprawdę, naprawdę super okładka... Beatlesi nie wybrali żadnej kobiety. Mae West była moim wyborem, Peter wybrał trzy pin-upy, a my dorzuciłyśmy dwie głowy z wosku. Połowa kobiet jest fikcyjna, a druga połowa to blondynki.
  Gdy zdjęcia docierały, fotografowaliśmy same portrety, powiększaliśmy je do naturalnych rozmiarów na papierze 20 x 16 cali i wysyłaliśmy do profesjonalnego naklejenia na twardą płytę. Niektóre postacie były przepięknymi sylwetkami w pełnej wysokości, jak Marlene Dietrich (po prawej) czy Tom Mix (niżej), więc postanowiliśmy zlecić laboratorium fotograficznemu wydruk i montaż w pełnym wymiarze, bo w Chelsea Manor Studios nie mieliśmy takiego sprzętu. Następnie zatrudniliśmy stolarza, który przyjechał z wyrzynarką i ostrożnie je wyciął. Wtedy przyszedł czas na mój największy wkład.

Mój tata zawsze kochał fotografię. Gdy był młodym człowiekiem, kolorował wiele swoich ulubionych, ręcznie robionych czarno-białych odbitek barwnikami fotograficznymi i nauczył mnie tej techniki. To nie jest łatwe. Trzeba być cierpliwym, ale i szybkim: nakłada się warstwę rozcieńczonego barwnika, ściera ją, potem kolejną, znów ściera i tak dalej, aż uzyska się subtelny efekt. To żmudna praca wymagająca ostrożności. Próbowałem nauczyć tego innych, ale jedna osoba (która pozostanie bezimienna!) okazała się kompletną katastrofą i nie pozwolono jej dotknąć drugiej postaci. Wystarczy spojrzeć na Aldousa Huxleya! Najbardziej dumny byłem z Marlene Dietrich, H.G. Wellsa, W.C. Fieldsa, Maxa Millera i Carla Junga. Zrobiłem też wiele innych i mogę się z dumą pochwalić, że te najlepsze były moje – z wyjątkiem Toma Mixa, którego zrobił Trevor. Żona Petera Blake’a, Jann Haworth, zrobiła Tyrone’a Powera i Olivera Hardy’ego oraz może jeszcze ze dwa inne.
Michael nie miał z tym wszystkim nic wspólnego, ale zanim wyleciał do Nowego Jorku, zlecił stolarzowi zbudowanie drewnianej kwietnej rabaty z gwoździami wystającymi z dna, które układały się w napis „Beatles”. Miała zostać zasypana warstwą ziemi, aby ogrodnicy mogły przyjechać furgonetką pełną hiacyntów w doniczkach, poobcinać ich główki i ponasadzać na gwoździe. Całość miała zostać otoczona ziemią i sztuczną trawą, aby stworzyć wygląd miejskiego parku.
GEORGE: Pamiętam, że po prostu poprosiłem o zdjęcia wszystkich tych znanych gipsowych modeli i figur, a także o kilka fotografii moich ulubionych guru ze Wschodu. Dla mnie to nie była tylko zabawa z przebierankami – wprowadziliśmy tam Babajiego, Lahiri Mahasayę, Sri Jukteswara i Paramahansę Joganandę. Chciałem, żeby ta duchowa strona też tam była obecna.
 
Byliśmy w ścisłym kontakcie z Peterem Blake’em, bo ogólny projekt był jego i to on zajmował się większością organizacji, np. kontaktem z Muzeum Madame Tussaud, skąd wypożyczyliśmy figury woskowe Sonny’ego Listona, Diany Dors oraz, oczywiście, samych Beatlesów. Peter był – i jest – bardzo miłym, ciepłym i wyrozumiałym człowiekiem. Praca z nim była prawdziwą przyjemnością.
Trevor i ja przedyskutowaliśmy kwestię oświetlenia i zgodziliśmy się, że zbudujemy sztuczny, biały sufit i odbijemy od niego błysk fleszy. Sam tak zwany „fish fry” nie oświetliłby całego planu. „Fish fry” była to duża, prostokątna skrzynia z mocnym palnikiem błyskowym w środku i mleczną płytą z tworzywa, która zmiękczała ostre światło błyskowe. W tamtych czasach był to krzyk mody w fotografii modowej. Używany w połączeniu z kilkoma lampami listwowymi do tła, był ulubionym narzędziem Michaela.
 
 Przystąpiliśmy do przygotowania planu. Peter przyszedł do studia, przedstawił swoje pomysły na układ i wzięliśmy się do pracy. Głowy trzeba było przypinać do ściany w określonej kolejności i nad tym przejął kontrolę. Zbudowano półkę na woskowe głowy i inne rekwizyty, które przyniósł, a w powietrzu zaczęła się udzielać gorączkowa atmosfera, tak typowa dla branży fotograficznej lat 60. Wtedy z Nowego Jorku wrócił Michael i przejął dowodzenie nad składaniem scenografii. Problemy zaczęły się, gdy przywieziono ramę pod ogródek. Trevor i ja byliśmy przerażeni jej rozmiarem – od razu wiedzieliśmy, że jest zdecydowanie za duża jak na to studio. Zamysł był taki, by rabatę otoczyć trawą, potem zostawić przerwę dla Beatlesów, a za nimi ustawić tłum. Pewna głębia była niezbędna, by zdjęcie wyglądało realistycznie. Przy tak wielkim ogródku było to niemożliwe, bo musiał stać dalej od aparatu, przez co końcowy efekt wyszedł płaski. Niestety tak to się skończyło, bo Michael podał stolarzowi złe wymiary! Zaproponowaliśmy Michaelowi nasz plan z odbiciem światła od sztucznego sufitu, ale oświadczył, że chce użyć swojego popisowego zestawu – „fish fry” i lamp listwowych. Nie chciał słuchać naszych technicznych uwag, że to nie doświetli tak dużego planu. Złożyliśmy więc scenografię, ogrodnicy poobcinali główki hiacyntów i zbudowali ogródek – i dopiero wtedy Michael zdał sobie sprawę, że proponowane przez niego oświetlenie nie zadziała. Mając studio pełne ludzi i niemal gotowy plan, ogłosił, że musimy zbudować sztuczny sufit i odbijać światło! Nie mogliśmy w to uwierzyć! Byłoby to o wiele łatwiejsze, gdybyśmy zrobili to wtedy, gdy zaproponowaliśmy to po raz pierwszy, a teraz musieliśmy udawać, że to jego pomysł i przechodzić przez trudny proces budowania tego wszystkiego z ogródkiem kwiatowym pod spodem. Byłem wściekły, ale musiałem po prostu po cichu robić swoje.

RINGO: Dla mnie to po prostu było super doświadczenie. Przeszliśmy przez te wszystkie przygotowania, uszyto dla nas te surrealistyczne, kolorowe mundury, a potem po prostu weszliśmy do studia Michaela Coopera, gdzie Peter Blake zbudował ten cały niesamowity plan. Wyglądało to genialnie. Całość zajęła nam dosłownie parę godzin i po prostu robiliśmy swoje.   
Potem musieliśmy ustawić aparat najdalej i najwyżej jak to możliwe. Oznaczało to postawienie statywu na stole i wyciągnięcie go na maksymalną wysokość, a co za tym idzie – to ja musiałem obsługiwać aparat, bo mam 188 cm wzrostu. Moja głowa była więc wciśnięta w róg między ścianą a sufitem, podczas gdy próbowałem przekrzykiwać hałas i dawać wskazówki Trevorowi i Andy'emu, gdzie i jak poukładać elementy na planie. Szczególnym problemem były odblaski od zdjęć twarzy. „Pochyl Boba Dylana trochę do przodu. Tak. Teraz cofnij prawe ramię Mae West – nie aż tak – tak. Teraz przesuń Karla Marxa trochę w lewo!”. Nagle zdałem sobie sprawę z tego, co właśnie powiedziałem i zacząłem się śmiać, ale nikt inny nie zauważył dowcipu i wszyscy zastanawiali się, co mnie tak rozbawiło. To było abstrakcyjne. W studiu przez cały czas dudniła muzyka soul – przede wszystkim Otis Redding, Wilson Pickett, Booker T and the MGs oraz wiele albumów niedostępnych w tamtych czasach w Anglii. Mało kto stał w miejscu. Każdy ruszał się w rytm muzyki. Miejsce po prostu tętniło życiem. Na miejscu była nie tylko ekipa fotograficzna i Beatlesi. Były też dwie osoby z Muzeum Madame Tussaud, które przyjechały wcześniej ze wszystkimi figurami. Szczególnie rozbawił mnie Sonny Liston, który przyjechał... bez głowy. Głowa dotarła osobno, w pudełku z dużą ilością wypełniacza. Wyglądała bardzo realistycznie i nieco złowrogo – pamiętam, że zrobiłem zdjęcie tej osobliwej głowie w pudle.
 
 Gdy go zmontowano, z ulgą odkryłem, że jest ode mnie niższy i poprosiłem Trevora o zrobienie zdjęcia na dowód. Była też Diana Dors oraz głowy T.E. Lawrence'a i George'a Bernarda Shawa. No i figury woskowe samych Beatlesów. Pomysł polegał na tym, że Sgt Pepper i jego zespół mieli stać na pierwszym planie, a Beatlesi mieli być wśród publiczności i im się przyglądać. To jednak nigdy naprawdę nie zagrało, bo plan był zbyt ściśnięty i płaski. Wielka szkoda. Byliśmy bardzo wdzięczni za figury woskowe, ale musieliśmy z nimi uważać, bo były niezwykle cenne. Nie wolno nam było ich samemu przesuwać.
To był dziwny czas. Przy tylu postaciach naturalnej wielkości łapałem się na tym, że wymijam manekiny, jakby to byli żywi ludzie, a potem wpadałem na kogoś żywego, bo myślałem, że to wycięta tektura i dziwiłem się, gdy się poruszył. Oczywiście Peter i Jann tam byli, podobnie jak Robert Fraser ze swoim kierowcą Mohammedem oraz opiekun Beatlesów, Mal Evans. Było też wielu innych ludzi, których nie znałem. Wcześniej wieczorem wpadł czteroletni syn Michaela, Adam, więc pewnie była też była żona Michaela, Rosie, ale tego nie pamiętam. Miejsce było napakowane ludźmi po brzegi!
 

PAUL: Jedną z rzeczy, na punkcie których mieliśmy wtedy bzika, były sygnały przekazywane oczami. Widziałem w telewizji program o kontakcie wzrokowym u małp i po prostu zafascynowała mnie ta cała koncepcja, że nie powinno się na siebie patrzeć. Więc przy zdjęciu do środka okładki, które robił Michael Cooper, wszyscy powiedzieliśmy sobie: »A teraz spójrzmy w aparat i naprawdę powiedzmy oczami ‘Kocham cię!’«. Jak na to spojrzysz, zobaczysz w naszych oczach ten ogromny wysiłek.
 
W pewnym momencie pojawił się kolejny problem. Komunikacja między mną przy aparacie a Trevorem i Andy'm na planie była kluczowa, ale w studiu było tyle osób, że nikt mnie nie słyszał. Do tego tyle osób paliło, że gęstniejące powietrze stawało się nie do zniesienia. Muszę przyznać, że to nie był tylko tytoń – w obieg poszło mnóstwo zioła. Nasza trójka nie brała w tym udziału, dopóki nie skończyliśmy pracy, bo mieliśmy poważne zadanie do wykonania. W końcu musiałem po prostu wyrzucić wszystkich ze studia, żebyśmy mogli dopracować ostatnie szczegóły scenografii. Kiedy pozwolono im wrócić, nie mieli już prawa palić – a przynajmniej nie w studiu!

Oprócz kolorowania zdjęć miałem też dwa własne, osobiste wkłady. Kiedy pracowałem w Vogue, moim szefem był James Mortimer – bardzo sympatyczny człowiek i świetny fotograf. Robił zdjęcia modowe, ale głównie aranżacje wnętrz, które budowałem dla niego w studiu. Jego hobbym były wyścigi samochodowe – jeździł Marcosem, autem z drewnianą ramą. To czyniło go bezpieczniejszym, bo podczas wypadku rama po prostu pękała, a kierowca wyrzucany był „bezpiecznie” na zewnątrz. Samochód można było potem złożyć i posklejać. Uważałem, że to fascynujący koncept, a moja dziewczyna podarowała mi małego, zabawkowego Marcosa firmy Dinky Toys. Włożyłem go w dłoń postaci wykonanej przez żonę Petera Blake'a, Jann Haworth. Jest malutki, ale wyraźnie widoczny.

Mój drugi wkład wiązał się z krasnalem ogrodowym. W ogrodzie nie mogło zabraknąć krasnali, a wiadomo, że bywają psotne. Zrobiłem więc zdjęcie krasnala od tyłu i zaplanowałem postawienie go na samym przedzie, tak jakby sikał na ogródek. Nie wyglądało to jednak dobrze – pomysł nie chwycił, więc go usunąłem. Szkoda, bo nadal uważam, że to był zabawny pomysł. Po zakończeniu sesji poprosiłem Beatlesów o podpisanie tej fotki krasnala od tyłu. Sprzedałem ją kilka lat temu. Co ciekawe, w 2015 roku została odsprzedana za 29 000 funtów. Zdobyłem też podpis pod postacią Marlene Dietrich, z czego byłem bardzo dumny. Stała się ważną figurą na planie.

Kiedy przyszedł czas na zrobienie zdjęć, Michael nadal nie mógł wspiąć się do aparatu, więc stanął z przodu, kierował Beatlesami i mówił mi, kiedy mam naciskać migawkę. Tak więc to ja fizycznie zrobiłem te zdjęcia. W tamtych czasach było to zupełnie normalne, że asystent obsługiwał aparat przy pracy z wielkim formatem i aparatami technicznymi – wcale nie twierdzę przez to, że te zdjęcia są moje. Ja po prostu nacisnąłem spust migawki. Michael użył swojego 35-milimetrowego Nikona do zdjęć na siedząco, które trafiły do środka rozkładanej okładki.

Skończyliśmy późnym wieczorem, ale jedna z najlepszych restauracji w Londynie, Alvaro’s, znajdująca się tuż obok na King’s Road, była dla nas otwarta do późna. Byłem tak dumny z Marlene, że poszedłem na posiłek z figurą pod pachą. Kiedy dotarliśmy na miejsce, uznałem, że wnoszenie jej do środka nie wypada, więc oparłem ją o ścianę przy drzwiach wejściowych na ulicy i poszliśmy jeść! Ta sama figura sprzedała się w 2003 roku za 86 000 funtów. Bóg jeden wie, ile jest warta teraz – a ja zostawiłem ją po prostu na ulicy! A tak przy okazji – jedzenie nie zrobiło na mnie wrażenia, bo porcje były modnie miniaturowe, a ja umierałem z głodu!
  Peter Blake: Całość zajęła około trzech godzin, wliczając w to zdjęcia do rozkładówki i na tylną okładkę. Nie jestem pewien, ile to wszystko kosztowało.
PAUL: Musiałem walczyć z EMI nawet o grubość tektury. EMI zawsze starało się używać coraz cieńszej tektury. Powiedziałem: 'Słuchajcie, jak byłem dzieciakiem, kochałem swoje płyty, były fajne i chciałem, żeby były bezpieczne, a gruba tektura chroniła moje płyty. To wszystko, co chcę zrobić – dać dzieciakom, które kupują nasze płyty, coś, co je ochroni'... Wśród postaci były takie, które wszyscy lubiliśmy, na przykład Oscar Wilde. Napisaliśmy więc list do wszystkich o treści: ›Planujemy użyć tego zdjęcia. Czy nie masz nic przeciwko? Czy to będzie okej? Proszę potwierdź‹. Wszyscy się zgodzili oprócz jednego z The Bowery Boys, który chciał za to pieniędzy. Aktor miał chcieć 400 dolarów za użycie swojego wizerunku. Pomyśleliśmy, że w sumie mamy na okładce wystarczająco ludzi.
  To jednak nie był jeszcze koniec pracy nad albumem. Peter chciał, aby w zestawie znalazły się małe upominki: pocztówka z Sgt. Pepperem, komplet sierżanckich pagonów, składana tekturowa tabliczka, sztuczne wąsy i dwa znaczki. Wytwórnia EMI oświadczyła, że budżet został dawno przekroczony i nie wydadzą ani grosza więcej, ale Peter był zdeterminowany. W następną niedzielę spotkaliśmy się więc w studiu, zrobiłem zdjęcia przedmiotów, które przygotował, i wywołałem dla niego odbitki. Na ich podstawie zaprojektował tekturową arkuszową wkładkę, która trafiała do środka płyty. Za te wszystkie nadgodziny i pracującą niedzielę nie dostałem ani pensa premii, ale Peter serdecznie zaprosił naszą trójkę asystentów na doskonały chiński obiad w prywatnej salce na piętrze w północnym Londynie. Była tam jego żona Jann Haworth i jej ojciec, który był scenografem wchodzącego właśnie na ekrany filmu „Half a Sixpence”. Była też gwiazda tego filmu, Julia Foster, oraz reżyser George Sidney. To był naprawdę niezapomniany posiłek z genialnym jedzeniem. Jeszcze raz dzięki, Peter.
   W ramach wdzięczności Michael zabrał nas ze sobą do Paryża na otwarcie europejskiej trasy Rolling Stonesów w Olimpii. On siedział w loży wysoko nad widownią, reżyserując efekty świetlne, a my mieliśmy uprzywilejowaną pozycję i mogliśmy wejść na zaplecze, by fotografować to, co się działo. Weszliśmy nawet do sal prób i za kulisy podczas samego koncertu – byłem zachwycony swoimi zdjęciami. Niestety, wszystkie zostały skradzione lata później... ale to już zupełnie inna historia.
 

Na blogu o albumie "Sgt.Pepper's...":


Ponadto o albumie znajdziecie też cenne informacje przy poście poświęconym każdej piosence z tego albumu oraz polecam także oddzielne posty z sekcji FOTKI związane z "Pepperem".


Historia The Beatles
History of  THE BEATLES