George Martin o Fab Four raz jeszcze.


 




 Jeśli mam ich oceniać wyłącznie na podstawie tego, czego teraz słucham, to przykro mi, ale będę musiał ich odrzucić. Była to odpowiedź George'a Martina na propozycję podpisania kontraktu przedstawioną mu przez Briana Epsteina. Producent uznał, że sama taśma nie daje wystarczających podstaw do podjęcia decyzji. Jednocześnie zauważył, że Epstein był niezwykle szczerym i zaangażowanym człowiekiem, dlatego dał mu „szansę ratunkową” — zaprosił zespół na próbne nagranie. 
 
 
To głupia nazwa. Kto chciałby założyć zespół o nazwie "Chrząszcze" (Beetles) ? Brian Epstein wyjaśnił mu, że chodzi o grę słów — Beatles, z „a” nawiązującym do słowa beat. 
 

 

 Byli zuchwali, bezczelni w sympatyczny sposób, i mieli w sobie ten szczególny blask.
 
W świecie show-biznesu legendarna już dzisiaj sesja nagraniowa The Beatles dla wytwórni Decca z 1962 roku wspomniana jest zwykle jako gigantyczna, wręcz podręcznikowa porażka łowców talentów, którzy po prostu nie poznali się na czterech chłopcach z Liverpoolu. Z drugiej strony mówiło się też, że sami Beatlesi wypadli tamtego dnia dość blado, spięci i niepewni. Jednak po latach, gdy John Lennon przesłuchiwał taśmy z tej słynnej sesji ([tutaj możecie posłuchać Decca Sessions]), podsumował to krótko i w swoim stylu: zgrali naprawdę OK, po prostu nie dostali szansy.
Ale wiedzą o tym wszyscy fani Fab Four – i pisałem o tym na blogu już nie raz – że to odrzucenie przez Decca było dla nich najlepszym, co mogło się wydarzyć. Było niczym zrządzenie losu.
   
Dzięki tej odmowie trafili prosto pod skrzydła George’a Martina. Kto wie, jak potoczyłyby się ich losy, gdyby za konsoletą usiadł ktoś inny? George był nie tylko genialnym muzykiem i producentem, ale też cierpliwym mentorem, który idealnie zrozumiał ich szaleństwo, wrażliwość i humor. Narzędzia i przestrzeń, które im dał, pozwoliły rozkwitnąć ich muzyce w sposób wręcz kosmiczny. Oczywiście, ich niesamowity talent i tak obroniłby się sam i prędzej czy później wybił na wierzch. Ale to właśnie spotkanie z Martinem sprawiło, że zamiast zwykłego zespołu z przebojami w radiu, stali się muzyczną legendą, która zmieniła świat na zawsze. 
Kiedy spotkałem ich po raz pierwszy w 1962 roku, ich materiał był fatalny. Ich piosenki… no cóż, ‘One After 909’? Co to w ogóle było? To były głupie rzeczy. Naprawdę niezbyt dobre. Ale mieli w sobie potencjał. I mieli charyzmę.
   

 
Kiedy spotkałem ich po raz pierwszy, nie było wśród nich wyraźnego lidera. Wszyscy po kolei zabierali głos, a ja wróciłem do domu, zastanawiając się, który z nich zostanie gwiazdą.
Historie o tym, jak George Martin spotkał The Beatles i jak kształtowała się ich muzyczna droga, doskonale już znacie z mojego bloga. O legendarnej sesji w Abbey Road i początkowym dystansie słynnego producenta napisano już właściwie wszystko.
​Ostatnio trafiłem jednak na krótki archiwizm – nagranie, na którym Sir George Martin opowiada tę historię swojej małej wnuczce. I choć sam początek brzmi znajomo, to ostatnie słowa z tego filmu poruszyły mnie w absolutnie wyjątkowy sposób. Jestem przekonany, że z Wami będzie dokładnie tak samo.
​Gdy Martin wspomina pierwsze przesłuchanie Czwórki z Liverpoolu, mówi wprost: muzycznie było po prostu w porządku, nic nadzwyczajnego. Bez błysku, bez natychmiastowego zachwytu. Prawdziwa magia nie wybuchła wcale w momencie uderzenia w struny czy pierwszych dźwięków gitary. Polakierowany świat wielkiego show-biznesu często każe nam wierzyć w genialne objawienia i błyskawiczne "to coś". A tu historia potoczyła się zupełnie inaczej. 
Moje myślenie było tak ukształtowane przez sukces ludzi takich jak Tommy Steele i Cliff Richard, że nie potrafiłem sobie wyobrazić, aby zespół mógł odnieść sukces jako zespół. Bardzo się myliłem. 
​Magia pojawiła się chwilę później – w rozmowie. W tym, jakimi byli ludźmi: dowcipnymi, bystrymi, pełnymi ciepła i bezpretensjonalnego uroku. George Martin nie zakochał się od razu w ich piosenkach; zauroczył się po prostu ich obecnością. Przekonał go fakt, że byli to ludzie, z którymi po ludzku, zwyczajnie chciało się być.
​To piękne przypomnienie, że u podstaw największego fenomenu w historii muzyki rozrywkowej nie stała od pierwszej sekundy chłodna kalkulacja ani obezwładniający wirtuozeria, lecz zwykła,
czysta ludzka chemia i poczucie, że spotkało się kogoś wyjątkowego.
Zresztą, zobaczcie sami całą tę wypowiedź Sir George’a Martina — tytuł szlachecki z rąk królowej Elżbiety II otrzymał w 1996 roku za swoje ogromne zasługi dla przemysłu muzycznego. Legendarny producent, nazywany często „piątym Beatlesem”, odszedł w 2016 roku w wieku 90 lat, pozostawiając po sobie historię, do której zawsze wraca się z ogromnym sentymentem.
   
 
 ​Oto co dokładnie powiedział swojej wnuczce:  Słuchałem tego, co nagrali – to było niezłe, ale nie było genialne. Pomyślałem sobie: »Dlaczego właściwie miało wyjść z tego coś ciekawego?«. Jednak magia pojawiła się wtedy, gdy zacząłem ich poznawać, bo byli wspaniałymi ludźmi. Byli dowcipni, byli bardzo bystrzy, mówili same miłe rzeczy i byli po prostu takimi ludźmi, z którymi chciało się przebywać. Pomyślałem więc: »Jeśli ja tak do nich czuję, to inni ludzie też tak poczują, więc powinni stać się bardzo popularni«. I zacząłem nagrywać z nimi płyty.”
 

   Zobaczcie ten krótki fragment sami:
 
John Lennon i Paul McCartney byli całkiem dwiema odrębnymi osobowościami — bardzo do siebie podobnymi, a jednocześnie tworzącymi zupełnie różnego rodzaju muzykę. Gdyby w ciągu całego życia trafił się człowiek z talentem któregokolwiek z nich, można by uważać się za szczęściarza. A tutaj miałem dwóch takich ludzi, pracujących razem.


I był jeszcze trzeci facet, który nazywał się Harrison — też nie był zły. Mieli kiepskiego perkusistę, którego się pozbyli. A potem pojawił się inny facet, znacznie lepszy perkusista, a przy tym dość ekscentryczna osobowość, z talentem do rzucania świetnych, krótkich żartów.

Kiedy jesteś z nimi, czujesz się wzbogacony ich obecnością. A kiedy odchodzą, czujesz się trochę uboższy

 

Tutaj jeszcze kilka wspomnień z początków relacji George Martin z Beatlesami, cała "piątka Beatlesów". 


Historia The Beatles
History of  THE BEATLES





Niesamowita "7" The Beatles - wg. Jimmy Page'a

 

 

Do ścisłej czołówki gigantów muzyki rockowej niewątpliwie należy zespół Led Zeppelin, którego siłą napędową oraz architektem brzmienia hardrockowego i heavymetalowego był Jimmy Page. Robert Plant pisał nieprawdopodobne teksty, choć miał też oczywiście ogromny wpływ na samą muzykę. Nie będę jednak mocniej rozwijał tego wątku – to materiał na oddzielny post (pewnie na moim drugim blogu), bo musiałbym się rozpisać również o roli dwóch pozostałych członków tej kapeli, którzy wcale nie byli tylko tłem dla wspomnianej dwójki. Dzisiaj czas na post zainspirowany materiałem znalezionym na YouTube. Trudno go było zignorować na tym blogu, gdy ktoś taki – prawdziwy heros hard rocka – składa ukłon jego bohaterom. Przed Wami: Jimmy Page i 7 utworów The Beatles, które zmieniły gitarowy świat.

Często myślimy o The Beatles w kategoriach genialnych melodii, popowych rewolucji i piosenek, które śpiewał cały świat. Łatwo jednak zapomnieć, że Lennon, McCartney i Harrison byli przede wszystkim innowatorami gitarowego brzmienia. Przekonałem się o tym po raz kolejny, oglądając materiał, w którym sam Jimmy Page – architekt brzmienia Led Zeppelin i jeden z największych gitarzystów w historii – analizuje geniusz Beatlesów na przykładzie siedmiu konkretnych utworów. Page nie słuchał ich jak zwykły fani. On ich analizował, studiował i czerpał z nich garściami. Zobaczcie, na które utwory Wielkiej Czwórki z Liverpoolu wskazał mistrz i co takiego w nich dostrzegł.  Nawet pionierzy hard rocka i ciężkich brzmień potrzebowali inspiracji. Dla Jimmy'ego Page'a Beatlesi nie byli tylko popową kapelą, ale prawdziwym laboratorium nowoczesnego grania na gitarze. Oto 7 utworów, które Page uznał za absolutnie kluczowe dla każdego gitarzysty. Post ilustruję czy wzbogacam konkretnymi wypowiedziami członków Led Zeppelin na temat Fabsów i ich wpływu na zespół. Dodałem też kilka wypowiedzi Beatlesów o kapeli Page'a i Planta. Warto tutaj bym dodał, że Paul McCartney po latach tworząc swój wymarzony band to uznał Johna Bonhama za najlepszego perkusistę (pamiętam, że jako wokalistę wybrał Elvisa a Hendrixa jako gitarzystę). Tytuł każdej piosenki zawiera link do jej szczegółowego opisu. 

JIMMY PAGE: Beatlesi byli zespołem, który w studiu robił rzeczy całkowicie bezprecedensowe. Każdy ich album był krokiem w przyszłość. Łamali wszelkie panujące zasady nagrywania i robili to z niezwykłą gracją. Dla każdego z nas, którzy wtedy pracowali w studiach jako muzycy sesyjni, ich płyty były jak podręcznik tego, co w ogóle jest możliwe do osiągnięcia na taśmie... Led Zeppelin a Beatlesi i Stonesi ? Led Zeppelin było w swojej własnej lidze… bez ujmy dla Beatlesów czy Stonesów – oni byli modnymi zespołami, ciągle w prasie, a Led Zeppelin nie. Nam zależało tylko na muzyce.

JOHN LENNON: Wiecie, ja po prostu myślę: albo mi się coś podoba, albo nie; albo jest ciężkie, albo lekkie. Lubię ciężką muzykę – nazywam to rockiem. Lubię Zeppelina, słyszałem tylko parę kawałków, ale są OK...  Nie wiem właściwie za dużo, o co im chodzi, ale jedno jest pewne: Jimmy Page to cholernie dobry gitarzysta. [Według relacji dziennikarki Lisy Robinson Lennon słuchał też „Stairway to Heaven” i był pod wrażeniem utworu.]

7. And Your Bird Can Sing (1966)

 

Niektóre wykonania gitarowe stają się sławne, ponieważ są trudne technicznie. Inne stają się legendarne, ponieważ brzmią tak, jakby były zagrane bez najmniejszego wysiłku. Dla Jimmy'ego Page'a „And Your Bird Can Sing” zdecydowanie należy do tej drugiej kategorii. Utwór zawiera jeden z najbardziej cenionych dwugłosów gitarowych (twin guitar) w historii rocka, dowodząc, że w pamiętnej grze na gitarze nie chodzi o popisywanie się – chodzi o precyzję, równowagę i melodię. Od pierwszych nut przeplatające się gitary prowadzące poruszają się z niezwykłą jednością, tworząc harmonie, które pozostają zarówno imponujące technicznie, jak i natychmiast wpadające w ucho. Każda fraza jest starannie dopracowana i żadna z gitar nie zagłusza drugiej. Zamiast tego idealnie się uzupełniają, tworząc brzmienie, które inspirowało pokolenia muzyków rockowych. Ten poziom muzycznej dyscypliny niezwykle trafiał do Page'a. Jako jeden z największych aranżerów rocka rozumiał, że najlepsze partie gitarowe służą piosence, zanim zaczną służyć samemu muzykowi. „And Your Bird Can Sing” demonstruje dokładnie tę zasadę, łącząc zawiłą wirtuozerię z nieodpartym, popowym pisaniem piosenek. Dla Jimmy'ego Page'a nie był to po prostu kolejny klasyk Beatlesów. Była to lekcja gitarowej harmonii, muzycznej pracy zespołowej i gustownego umiaru – cech, które każdy poważny gitarzysta powinien przestudiować na długo przed próbą szybszej lub głośniejszej gry. Dla Page’a kluczowa była tutaj genialna harmonia dwóch współgrających ze sobą gitar prowadzących. George Harrison i John Lennon zagrali podwójną partię solową w dwugłosie, co na tamte czasy było czymś niezwykle skomplikowanym i rzadkim. Jimmy widział w tym nagraniu absolutną szkołę gitarowej harmonii – i to na długo przed tym, zanim ten styl dopracowały do perfekcji takie zespoły jak Thin Lizzy czy Wishbone Ash.

JIMMY PAGE: Gdyby nie The Beatles, muzyka rockowa wyglądałaby zupełnie inaczej. Oni pokazali nam wszystkim, że zespół rockowy może opierać się na autorskim materiale, rozwijać się z płyty na płytę i nie dawać zamknąć w żadnej szufladce. Dali nam wolność artystyczną, z której my w Led Zeppelin potem w pełni korzystaliśmy. 

6. Day Tripper (1965)


 

Każdy gitarzysta marzy o napisaniu riffu, który ludzie rozpoznają w kilka sekund. Beatlesi dokonali dokładnie tego w „Day Tripper”. Dla Jimmy'ego Page'a ten utwór jest jednym z najlepszych dowodów na to, jak pojedynczy pomysł gitarowy może zdefiniować całe nagranie. Na długo zanim zespoły rockowe zaczęły budować piosenki wokół potężnych riffów, Beatlesi pokazali już, że prosta, inspirowana bluesem fraza może stać się niezaprzeczalną tożsamością utworu. Genialność tego riffu tkwi w jego oszczędności – nie jest szybki, nie jest efekciarski, a jednak każda nuta ma swój cel, tworząc nieodparty groove, który napędza kawałek od początku do końca. Ta umiejętność przekazania tak wiele za pomocą tak niewielu środków była zawsze jedną z cech, które Page najbardziej podziwiał w świetnym pisaniu na gitarę. Co równie ważne, riff nigdy nie przysłania samej piosenki. Działa ręka w rękę z wokalem, sekcją rytmiczną i melodią, dowodząc, że w zapamiętywalnej grze na gitarze chodzi o wzbogacanie muzyki, a nie o jej dominowanie. Dla Jimmy'ego Page'a „Day Tripper” to lektura obowiązkowa, ponieważ uczy jednej z najcenniejszych lekcji, jakich może nauczyć się gitarzysta: najwspanialsze riffy niekoniecznie są tymi najbardziej skomplikowanymi – to te, które zostają z tobą na zawsze. Ponadczasowy wzorzec rockowej gitary i klasyk Beatlesów, który każdy gitarzysta powinien znać na pamięć. To przede wszystkim genialna lekcja tworzenia nieśmiertelnego, gitarowego „haka”. Motyw z tego utworu stał się fundamentem pod cały hard rock lat 70's, pokazując, jak zbudować dynamikę całego kawałka na jednym, idealnie wyważonym i powtarzanym riffie – co zresztą stało się później znakiem rozpoznawczym samego Led Zeppelin.
JOHN BONHAM: The Beatles byli genialni w studiu, podczas gdy Led Zeppelin żyli dla sceny. 
ROBERT PLANT: Wokal Johna Lennona w "Twist and Shout" czy "Money" to był dla mnie absolutny punkt zwrotny. Zrozumiałem wtedy, że śpiewanie rock and rolla wymaga całkowitego odsłonięcia się oraz bezkompromisowej agresji.
PAUL McCARTNEY: Robert Plant to po prostu jeden z najlepszych wokalistów wszech czasów. Pamiętam, jak poszedłem na ich koncert w latach 70. – to była absolutna potęga. Widziałem te wszystkie efekty, lasery na scenie i pomyślałem: 'Mój Boże, ci faceci zaraz nas tu wszystkich spalą!'. Byli niesamowicie mocni na żywo. 
GEORGE HARRISON: Byłem oszołomiony ich energią i wytrzymałością na scenie. Byłem zaskoczony, że zagrali trzyczęściowy set, podczas gdy koncerty Beatlesów były znacznie krótsze. 

5. I Feel Fine (1964)


 

Innowacja nie zawsze przychodzi wraz ze skomplikowanymi solówkami czy drogim sprzętem. Czasami zaczyna się od jednego, niespodziewanego dźwięku. To jest dokładnie powód, dla którego Jimmy Page od dawna podziwia „I Feel Fine”. Zanim piosenka w ogóle się zacznie, słuchacze słyszą to, co stało się jednym z najbardziej wpływowych momentów w historii rocka: pierwsze celowo nagrane sprzężenie gitarowe (feedback) na komercyjnej płycie popowej. W czasach, gdy większość muzyków traktowała sprzężenie jako błąd, którego należy unikać, Beatlesi przyjęli je jako część wykonania, otwierając drzwi do całkowicie nowych możliwości dla gitary elektrycznej. Dla gitarzysty tak poszukującego jak Page, ta bezkompromisowa postawa była rewolucyjna. Sama piosenka jest równie imponująca. Zbudowana wokół zwartego, bluesowego riffu, pokazuje, jak pamiętny motyw gitarowy może zakotwiczyć całą aranżację bez przytłaczania melodii. Każdy element wydaje się idealnie zbalansowany, pozwalając klimatowi songu pozostać silnym, podczas gdy wokale pozostają na pierwszym planie. To połączenie kreatywności i dyscypliny sprawiło, że to nagranie miało tak ogromny wpływ. Dla Jimmy'ego Page'a „I Feel Fine” daje gitarzystom bezcenną lekcję: nie bój się rzucać wyzwania konwencjom. Czasami dźwięk, który inni uważają za błąd, staje się właśnie tym, co zmienia muzykę na zawsze. Przełomowy riff, historyczne nagranie i jedna z piosenek Beatlesów, którą każdy gitarzysta powinien zrozumieć – nie tylko ze względu na to, jak jest zagrana, ale za to, jak odważnie na nowo zdefiniowała możliwości gitary elektrycznej. Wszyscy myśleli, że to przypadek albo błąd w studiu, ale to było absolutnie zamierzone. John położył gitarę przy wzmacniaczu i wywołał to słynne sprzężenie zwrotne na A-strunie. Przed Beatlesami nikt nie odważył się umieścić czegoś takiego na oficjalnym nagraniu. To zmieniło wszystko – nagle przester i sprzężenie przestały być wrogiem realizatora dźwięku, a stały się nowym instrumentem ekspresji dla gitarzysty.” Ten kawałek to pierwszy w historii muzyki rozrywkowej przypadek celowego użycia sprzężenia gitarowego w studiu. Zanim jeszcze pojawił się Hendrix czy właśnie Led Zeppelin, John Lennon oparł gitarę o wzmacniacz i stworzył charakterystyczne „buczenie”, które otwiera cały utwór. Dla Page’a był to absolutny dowód na to, że Beatlesi jako pierwsi mieli odwagę potraktować przester i reakcję wzmacniacza jako pełnoprawny instrument muzyczny.
 
JIMMY PAGE: W muzyce Beatlesów niesamowite było to, że nie ważne jak skomplikowane stawały się ich pomysły w studiu – zawiłe harmonie, nietypowe podziały rytmiczne, efektory – w sercu każdej piosenki zawsze leżała genialna kompozycja. Piosenka zawsze była na pierwszym miejscu. Partie gitarowe nigdy nie były tam doklejane na siłę; one idealnie służyły całości. 

4. Ticket To Ride  (1965)




Ciężka muzyka gitarowa nie pojawiła się nagle wraz z hard rockiem pod koniec lat 60. Jej fundamenty zostały położone całe lata wcześniej, a jednym z najwyrazistszych przykładów jest „Ticket to Ride”. Dla Jimmy'ego utwór ten reprezentuje kluczowy moment w ewolucji gitary rockowej. Choć został wydany w popowej erze Beatlesów, jego ciemniejszy ton, ciężki rytm i potężna, oparta na gitarze aranżacja zapowiadały znacznie cięższą przyszłość. To, co od razu rzuca się w oczy, to gitara rytmiczna – zamiast jasnego, szybkiego uderzania w struny, utwór zbudowany jest wokół celowego, „muskularnego” groove'u, który daje mu niezwykłe poczucie mocy. W połączeniu z charakterystycznym wzorem perkusyjnym Ringo Starra i stabilną linią basu Paula McCartneya, rezultat brzmi zaskakująco nowocześnie nawet według dzisiejszych standardów. To nowatorskie podejście było dokładnie tym, co trafiało do Page'a. Jako ktoś, kto później na nowo zdefiniuje hard rock z Led Zeppelin, rozumiał, jak fundamentalny dla stworzenia pamiętnego utworu jest silny fundament gitarowy. „Ticket to Ride” dowodzi, że ciężaru nie mierzy się samym przesterem – tworzy się go poprzez wyczucie, dynamikę i rytmiczną pewność. Page'a uznaje to nagranie za mistrzowską lekcją aranżacji i gitarowego rytmu. Łączy przepaść między klasycznym popem a cięższą muzyką rockową, która miała nadejść tuż po nim. Przełomowe nagranie, wzorzec dla niezliczonych zespołów gitarowych i piosenka Beatlesów, którą każdy poważny gitarzysta powinien mieć w swoim repertuarze. Co dostrzegł Jimmy w utworze: wczesny fundament pod ciężkie, hardrockowe brzmienie i potęgę gitarowego rytmu. Także jego geniusz, bo choć utwór powstał jeszcze w stricte popowej erze Beatlesów, Page widział w nim absolutnie przełomowy moment. Zamiast lekkiego, szybkiego akompaniamentu, Lennon i spółka postawili na celowy, „muskularny” i niemal chamski groove. W połączeniu z charakterystyczną perkusją Ringo i mocnym basem McCartneya powstało nagranie o niesamowitej masie. Dla Page’a była to lekcja, że ciężar w muzyce rockowej nie bierze się z samego odkręcenia przesteru, ale z dynamiki, rytmicznej pewności i wyczucia.

JIMMY PAGE: Myślę, że to klasyczny przykład zespołu, który wykazał ogromny rozwój i dojrzałość w swojej muzyce w ciągu lat, kiedy działał. Szczerze mówiąc, wczesne płyty nie są czymś, o czym warto pisać do domu, ale kiedy doszli do ‚Magical Mystery Tour’, to naprawdę działo się coś ważnego.

ROBERT PLANT: Bardzo szanowałem to, czego dokonali The Beatles, i uważam, że pomogli przesunąć rock muzykę na wyższy poziom, ale wolę ich wcześniejsze piosenki niż te większe, bardziej komercyjne, które nagrywali później.

 

 

3. While My Guitar Gently Weeps  (1968)


Prawdziwie wielki gitarzysta wie, że emocje zawsze przetrwają techniczną brawurę. To jeden z powodów, dla których Jimmy Page zawsze podziwiał „While My Guitar Gently Weeps”. Napisana przez George'a Harrisona na „Biały Album”, piosenka zbudowana jest na uczuciu, a nie na efekciarstwie. Jej niespieszna aranżacja pozwala każdemu instrumentowi oddychać, tworząc przestrzeń dla jednego z najbardziej ekspresyjnych wykonań gitarowych, jakie kiedykolwiek uwieczniono na płycie Beatlesów. Dodatek legendarnej gitary prowadzącej Erica Claptona wznosi ten utwór jeszcze wyżej. Zamiast wypełniać każdy takt nutami, Clapton wybiera każdą frazę niezwykle starannie, pozwalając podciągnięciom strun (bends), wybrzmiewaniu (sustain) i wibrato przekazywać emocje, których słowa nie są w stanie wyrazić. To mistrzowska lekcja gry z wyczuciem. Ta filozofia blisko odzwierciedla własne podejście Page'a. Niezależnie od tego, czy grał z Led Zeppelin, czy pracował w studiu, zawsze wierzył, że gitara powinna opowiadać historię, a nie po prostu pokazywać umiejętności techniczne. Dla Page'a to właśnie sprawia, że to nagranie jest tak niezbędne dla początkujących gitarzystów. Uczy powściągliwości, uczy dynamiki, a nade wszystko uczy ekspresji. Każda nuta służy piosence, każda fraza niesie ciężar emocjonalny. „While My Guitar Gently Weeps” dowodzi, że najbardziej niezapomniane partie gitarowe niekoniecznie są tymi najszybszymi – to te, które sprawiają, że słuchacz coś czuje. Ponadczasowa lekcja muzycznej ekspresji i arcydzieło Beatlesów, które każdy gitarzysta powinien studiować przez całe życie. Ten utwór ujął Page’a niezwykłym wyczuciem przestrzeni, emocjami oraz gościnnym udziałem Erica Claptona. George Harrison stworzył kompozycję o niesamowitej głębi, w której solówka Claptona idealnie stapia się z całym klimatem nagrania. Dla Jimmy’ego to absolutny wzór tego, jak gitara może dosłownie „płakać” i przekazywać najgłębsze emocje – bez zbędnego,technicznego popisywania się.
 
JIMMY PAGE: Napisałem "The Rain Song"… Pewnie zauważycie, że cytuję nawet ‚Something” w pierwszych dwóch akordach tego utworu... George [Harrison] pewnego wieczoru rozmawiał z [Johnem Bonhamem] i powiedział: ‚Problem z wami jest taki, że nigdy nie robicie ballad’. … Pewnie powiedział to lekko, żartobliwie. Chyba nie słuchał za dużo Led Zeppelin. 
JOHN BONHAM: To było kilka lat temu, ale kiedy pierwszy raz poszedłem zobaczyć Beatlesów, to było po to, żeby na nich popatrzeć; tak naprawdę nie przejmowałeś się tym, czego słuchasz, a dzisiaj nie liczy się to, kim jesteś, tylko to, co grasz. 

2. I Want You (She's So Heavy) (1969)


Niektóre gitarowe riffy nie tylko wspierają piosenkę – one stają się piosenką. To jest dokładnie to, co czyni „I Want You (She’s So Heavy)” tak kluczowym nagraniem dla każdego, kto poważnie myśli o gitarze rockowej. Dla Jimmy'ego Page'a utwór ten stanowi jeden z najodważniejszych przykładów tego, jak powtarzalność, brzmienie i dynamika mogą stworzyć przytłaczającą moc. Zamiast polegać na skomplikowanych zmianach akordów czy szybszych solówkach, Beatlesi zbudowali utwór wokół potężnego, hipnotyzującego riffu gitarowego, który staje się cięższy z każdą mijającą minutą. Genialność tkwi w umiarze. Powtórzenie buduje napięcie, podczas gdy nakładane warstwowo gitary, grzmiący bas i bezlitosna sekcja rytmiczna tworzą atmosferę, która wydaje się niemal filmowa. To podejście stało się później kamieniem węgielnym hard rocka i heavy metalu. Jako siła napędowa Led Zeppelin, Page rozumiał, że ciężar to nie tylko przester – to przestrzeń, cierpliwość i kontrola. „I Want You (She’s So Heavy)” demonstruje wszystkie trzy z niezwykłą pewnością siebie. A potem nadchodzi ten niezapomniany koniec. Bez ostrzeżenia utwór zostaje brutalnie ucięty, zostawiając słuchacza zawieszonego w ciszy. Ten bezkompromisowy wybór produkcyjny był równie rewolucyjny jak sam riff. Dla Jimmy'ego Page'a to nagranie jest mistrzowską lekcją budowania napięcia poprzez prostotę. Wzorzec dla ciężkiej muzyki gitarowej i arcydzieło Beatlesów, które każdy gitarzysta powinien przeżyć na pełnej głośności. To nagranie to dla lidera Zeppelinów to  prawdziwy prototyp ciężkiego metalu i doomu. Wystarczy posłuchać tego hipnotyzującego, potężnego riffu w końcówce utworu oraz nagłego, wręcz brutalnego wyciszenia taśmy. Beatlesi pokazali tu absolutnie surową, mroczną siłę, kładąc podwaliny pod wszystko, co później wydarzyło się w ciężkim rocku.
 
JOHN PAUL JONES: Paul McCartney całkowicie odmienił podejście do gry na basie w muzyce popularnej. Przeszedł od prostego trzymania rytmu do tworzenia melodyjnych, kontrapunktujących linii, które prowadziły cały utwór. Każdy basista po Sgt. Pepperze musiał przewartościować swoje myślenie... To, co zrobili Beatlesi z aranżacjami i łączeniem gatunków – od kwartetów smyczkowych po muzykę indyjską – otworzyło drzwi dla wszystkich po nich. Pokazali nam, że studio nagraniowe jest osobnym instrumentem. 

1. Paperback Writer (1966)


 

Nie każda rewolucyjna partia gitary pochodzi z piorunującej solówki – czasami zaczyna się od jednego niezapomnianego riffu. Dla Jimmy'ego Page'a „Paperback Writer” reprezentuje jeden z przełomowych momentów w ewolucji gitary rockowej. Wydany na progu ery albumu Revolver, utwór wprowadził twardsze, bardziej agresywne brzmienie, które wyróżniało się na tle wcześniejszych nagrań Beatlesów i wskazywało kierunek, w którym zmierza muzyka rockowa. Otwierający motyw gitarowy natychmiast przykuwa uwagę: jest gęsty, pewny siebie i pełen charakteru. Napędza piosenkę z siłą, która wydaje się niezwykle nowoczesna nawet dziesiątki lat później. W połączeniu z grzmiącym basem Paula McCartneya i ściśle zwartą sekcją rytmiczną zespołu, nagranie posiada ciężar, który zainspirował niezliczonych muzyków hardrockowych. To połączenie bardzo trafiało do Page'a. Rozumiał, że świetny riff nie jest po prostu pamiętny – on nadaje charakter całej piosence. „Paperback Writer” osiąga dokładnie to, dowodząc, że prostota wykonana z przekonaniem może być potężniejsza niż techniczny nadmiar. Dla początkujących gitarzystów lekcja jest bezcenna: twórz riffy, które ludzie zapamiętają, służ piosence zanim zaczniesz służyć własnemu ego i nigdy nie lekceważ wpływu świetnej gry rytmicznej. Dla Jimmy'ego Page'a „Paperback Writer” pozostaje jednym z najlepszych nagrań Beatlesów opartych na gitarze – wzorzec dla nowoczesnego rocka i ponadczasowa mistrzowska lekcja pisania riffów, które nigdy nie tracą swojej mocy. Brzmienie gitary w tym utworze jest niezwykle agresywne i wysunięte na pierwszy plan, a sekcja rytmiczna dostała potężny impuls. Dźwięk basu i cięta, chrupiąca gitara rytmiczna tworzą ścianę dźwięku, jakiej wcześniej nie słyszano w muzyce popularnej. To był moment, w którym popowe piosenki zaczęły nabierać prawdziwego rockowego ciężaru i mocy.” Jimmy zwrócił tutaj szczególną uwagę na wykorzystanie potężnych, ciężkich akordów gitarowych oraz nowatorskie podejście do nagrania basu. Ten utwór po prostu wyznaczył nowe standardy realizatorskie – brzmienie gitar jest niezwykle mięsiste, a sekcja rytmiczna wyciągnięta bezkompromisowo na pierwszy plan. Właśnie ta agresywność i czysta energia nagrania zwiastowały zdaniem Jimmy’ego rychłe nadejście mocnego, hardrockowego brzmienia.

JIMMY PAGE: Każdy gitarzysta, bez względu na to, jak ciężki rock gra, musiał w pewnym momencie pokłonić się przed tym, co w kwestii riffów i aranżacji zrobili Beatlesi.

JOHN BONHAM: Wszyscy ci, którzy mówią, że Ringo nie był dobrym perkusistą, po prostu nie rozumieją, na czym polega gra w zespole. Jego przejścia i wyczucie czasu były genialne. Nie chodziło o techniczne popisy, ale o to, co było najlepsze dla piosenki. 

 



Historia The Beatles
History of  THE BEATLES





Paul u Rolling Stonesów. Covered in You


 

Tytuł: Covered In You
Wykonawca: The Rolling Stones
Album: Foreign Tongues
Rok wydania: 2026 (10 lipca 2026)
Czas trwania: 4:31
Kompozycja: Mick Jagger, Keith Richards
Producent: Andrew Watt
Wytwórnia: Polydor Records / Promotone B.V. (na licencji Universal Music)
 

 Obsada:
Mick Jagger – śpiew, harmonijka ustna
Keith Richards – gitara, chórki
Ronnie Wood – gitara
Paul McCartney – gitara basowa  
Steve Jordan – perkusja

 



Gdy się tak zastanawiam, to nigdy tak dużo nie słuchałem Stonesów jak teraz. Nie byłem ich wielkim fanem, choć oczywiście doceniałem i doceniam ich pozycję w muzyce, niepodważalną, pomnikową, ikoniczną. Pisałem o tym na blogu wiele razy. Owszem, przed laty, gdy przyjechali drugi raz do Polski odświeżałem sobie ich płyty, ale to chyba tylko wtedy. Nawet w 2023 nie było tego u mnie szaleństwa przy okazji wydania ich nowego albumu "Hackney Diamodns", bo teraz choć dzisiaj opisuję aktualny ich numer, to kiedy się tylko da słucham ich "wszystko". Na koniec podam Wam moja ich aktualną playlistę,  ale póki co, znowu numer RS, który totalnie mną zakręcił i nie tylko z powodu... Bo są takie piosenki, które od pierwszego przesłuchania wpadają do głowy, a po kilku dniach... wciąż nie chcą z niej wyjść. Dla mnie właśnie takim utworem stało się „Covered In You” z najnowszego albumu The Rolling Stones. Od kilku dni słucham go praktycznie bez przerwy – dawno żaden nowy utwór nie zrobił na mnie takiego wrażenia. Ostatnio podobnie miałem przy "Jealous Lover"), a teraz pałeczkę przejęło właśnie „Covered In You”. Im częściej jej słucham, tym bardziej zwracam uwagę - z powodów, których na tym blogu nie ma potrzeby wyjaśniać -  na jeden szczegół: bas Paula McCartneya. Za pierwszym razem po prostu świetnie współgra z zespołem.
Za piątym czy dziesiątym odsłuchem zaczyna się wychwytywać niuanse, charakterystyczny sposób prowadzenia linii basu i tę niezwykłą muzykalność, która od ponad sześćdziesięciu lat jest znakiem firmowym Paula. To nie jest popisowe granie – wręcz przeciwnie. McCartney robi dokładnie to, czego wymaga utwór. Keith Richards zdradził w wywiadzie, że powiedział producentowi Andy’emu Wattowi, iż chce prostą, mocno przesterowaną partię basu 
jak w „Bite My Head Off”, bez żadnych ozdobników. Paul wszedł do studia i... nagrał wszystko w jakieś dziesięć minut. [czytaj niżej]  To zresztą nie było ich jedyne wspólne nagranie. Podczas sesji w 2023 do albumu "Hackney Diamonds" McCartney zagrał również w znakomitym „Bite My Head Off”.  

   

Keith podkreśla jednak, że w „Covered In You” Paul zagrał zupełnie inaczej – bardziej funkowo, z charakterystycznym pulsem. Znamy się z Paulem od ponad sześćdziesięciu lat. Ta cała rywalizacja Beatlesi kontra Stonesi to był głównie wymysł prasy, żeby sprzedawać gazety. Zawsze byliśmy kumplami. Gra z nim po tylu latach w jednym pokoju była niezwykle naturalna. Zrobił dokładnie to, czego potrzebował numer – bez żadnego 'gwiazdorzenia'.

Sam McCartney wspominał później, że praca ze Stonesami była dla niego ogromną przyjemnością. Mówił, że gdy siadasz z nimi w studiu, od pierwszej chwili słyszysz ten niepowtarzalny dźwięk. Nie próbują brzmieć jak

The Rolling Stones – oni po prostu nimi są. Z uśmiechem stwierdził nawet, że przez jeden dzień był... muzykiem sesyjnym The Rolling Stones. Ludzie zapominają, że u podstaw The Rolling Stones leży czysty, surowy rhythm and blues. Kiedy dołączasz do nich w studiu, nie musisz wymyślać koła na nowo. Po prostu wchodzisz w ich rytm. Mój bas miał być tłem, które napędza gitary Keitha i Ronniego, i daliśmy z siebie absolutny czad. 

I chyba właśnie dlatego ta piosenka działa tak dobrze. Słychać w niej klasyczne, surowe brzmienie Stonesów, a jednocześnie gdzieś pod spodem pracuje bas jednego z najwybitniejszych muzyków w historii rocka. Nie dominuje, nie wychodzi na pierwszy plan, ale kiedy zacznie się go świadomie słuchać, trudno przestać. Ja właśnie doszedłem do tego etapu – coraz częściej łapię się na tym, że zamiast na wokalu czy gitarach, skupiam się na linii basu Paula. I z każdym kolejnym odsłuchem odkrywam w niej c oś nowego. Jeśli jeszcze nie zwróciliście na to uwagi, polecam następnym razem posłuchać „Covered In You” właśnie pod tym kątem. Jest spora szansa, że usłyszycie tę piosenkę zupełnie inaczej. 

Ronnie Wood: Paul był zachwycony. Odhaczał rzeczy które ma jeszcze do zrobienia... Powiedział: ‘Gram z The Rolling Stones! Zawsze chciałem to odhaczyć i nigdy nie myślałem, że to się stanie.




Mick wyjawił w mediach kulisy tego, jak w ogóle doszło do ściągnięcia McCartneya. Wbrew pozorom nie był to skomplikowany zabieg menedżerski: Andy Watt po prostu zadzwonił do Paula i powiedział: »Hej, pracuję nad nową płytą Stonesów, wpadłbyś zagrać na basie?«. Paul odpowiedział: »Jasne, kiedy mam być?«. Przyjechał ze swoim ulubionym basem Höfner, jakby to była najzwyklejsza rzecz pod słońcem. Jagger dodał też z uśmiechem, że obecność Paula od razu podniosła poprzeczkę dla wszystkich w studiu: Kiedy w pomieszczeniu pojawia się Paul McCartney, wszyscy nagle zaczynają grać odrobinę lepiej.

 

PAUL:  Jeśli pracujesz ze Stonesami, to oni mają swoje charakterystyczne brzmienie, więc naturalnie chcesz właśnie taki dźwięk uzyskać. To przychodzi im całkowicie naturalnie – po prostu tak brzmią. Pracowałem nad jednym utworem z ich nowego albumu i to było fantastyczne doświadczenie. Siadasz w studiu, słyszysz to, co powstaje, i od razu wiesz: to są Stonesi. Po dniu spędzonym w studiu ludzie pytali mnie: „I jak było?”. Odpowiadałem: „Świetnie!”. Przecież byłem muzykiem sesyjnym u Stonesów! (śmiech). Naprawdę sprawiło mi to ogromną frajdę i efekt brzmi jak rasowy utwór The Rolling Stones.

_________ 


– A Paul McCartney gra na basie w „Covered In You”?
Keith Richards: Tak. Nagrał ten utwór podczas tej samej sesji, podczas której zagrał również w „Bite My Head Off ” na albumie Hackney Diamonds. Tyle że nowa piosenka ma bardziej funkową partię basu.
– Paul powiedział nam, że był „naprawdę zachwycony”, mogąc zagrać na albumie Stonesów. Jaki był w studiu?
Keith Richards: Bardzo łatwo się z nim pracowało. Znam Paula od wielu lat, więc nie był żadnym obcym. Ale wcześniej nigdy nie grał z nami na basie. To było coś nowego. Powiedziałem Andy'emu Wattowi: „Myślisz, że mu się to spodoba? To punkowy numer i chcę mocno przesterowany bas. Ma być prosto, bez żadnych udziwnień.” Paul zrobił dokładnie to, czego potrzebowaliśmy... w jakieś dziesięć minut.

_____ 

 Przeczytajcie także wcześniejszy post o nowym albumie kapeli Jaggera tutaj

 

 

Covered in you
Covered in you
Coming a bit unscrewed
Covered in you
Covered in you
Feeling a bit unglued

I need a place to calm me down
But this town is so noisy
I need to drown my troubles somewhere
You're my love
You're the coat I can't take off
I'm aware of your affairs
And your perfume I can't shake off
I can never break off
The memory that's following me like a shadow
I'm always dreaming of your skin so soft
And ya hit me in the chest with your arrow
In my marrow
You're painted on my body all silver and gold
And purple and pink and your brain stone cold
This never gets old

Covered in you
Covered in you
Coming a bit unscrewed
Covered in you
Covered in you
Feeling a bit unglued
What can I do
What can I do?
I'm coming a bit unglued

Listen
I wake up sick and tired of all these autocrats
You know they seem to be
Breeding like a swarm of dirty rats
With their
Missiles on parade and they're
Wreathed in gold brocade
Opposition plays charades
They must always be obeyed
You know I'm gonna wait till the panic passes
Wait till you see the whites of their asses
Me and you were separated like Korea
There's so many knots we can't undo, we can't untie
You're always trying to give me bad reviews

Covered in you
Covered in you
Coming a bit unscrewed
Covered in you
Covered in you
Feeling a bit unglued
Smothered in blue
Smothered in blue
Coming a bit unscrewed
Covered in you
Covered in you
Feeling a bit abused

You were born on my doorstep
That's no coincidence
It all makes perfect sense
You know it's true
'Cause I'm covered in
You upset my equilibrium
Make me take way too much lithium
So goodbye lover, wish me luck
I'm gonna vanish down the highway in my truck
'Cause I couldn't really give a monkey's

Covered in you
Covered in you
Coming a bit unscrewed
Covered in you
Covered in you
Feeling a bit abused
Smothered in blue
Smothered in blue
Feeling a bit unglued

You were born on my doorstep
That's no coincidence
It all makes perfect sense
You know it's true

Covered in you
'Cause I'm covered in you
What can I do?
Covered in you
Bent out of skew
Coming a bit unglued
Smothered in blue
Broke the taboos
Coming a bit unscrewed  

Oto obiecana na początku postu moja playlista w telefonie i w aucie kapeli Micka i Keitha. Taka mała refleksja odnośnie samej muzyki Stonesów. Jest tak prawie w większości piosenek zespołu. W utworach The Beatles melodia zwrotek nie ustępowała tzw. refrenowi czy z angielska bridge (mostowi) lub middle 8. U Stonesów często główna uroda utworu skupiona jest właśnie w mostku, przynajmniej tak jest i w "Jealous Lover" jak i "Covered In You". I nic to nie pogarsza uroku piosenek, ale to jednak nie genialni Beatlesi. Słucham więc teraz: Beast Of Burden Anybody's Seen my Baby, Honky Tonk Women, Angie, Back In Your Life, Fool To Cry, In The Stars, Jealosu Lover. Covered In You, She Was Hot, Start Me Up, Streets Of Love, Miss You, Wild Horses, Angry  plus kilka solowych Micka: Hard Woman, Another Night, Lucky in Love, Easy Sleazy (z Davem Grohlem z Foo Fighters i Nirvany). Stonesi mają wiele wspaniałych utworów, których tu nie ma, pewnie wielu nie znam, ale ta lista jest znakomita. 




Historia The Beatles
History of  THE BEATLES

 



 

2.10.2026 Rubber Soul

 

 

Magia Fab Four znowu w natarciu. Krótko dzisiaj, bo do tego tematu będę wracał na blogu nieraz. Stało się. 2 października dostaniemy nową, zmiksowaną i zremasterowną na nowo wersję albumu, który w 1965 roku zmienił wszystko. To wyjątkowa okazja, by na nowo odkryć jeden z najważniejszych albumów w historii muzyki – z odświeżonym brzmieniem, ale niezmienioną duszą. Dla wielu to „tylko” kolejny krążek The Beatles, ale dla każdego, kto patrzy na muzykę przez pryzmat gitarowych riffów, Rubber Soul to absolutny fundament. To moment, w którym Chłopcy z Liverpoolu przestali być po prostu zespołem popowym, a stali się architektami nowoczesnego brzmienia. To właśnie na tym krążku słychać pierwsze odważne eksperymenty z przesterami i folkową przestrzenią, które chwilę później stały się elementarzem dla całej brytyjskiej sceny eksplodującej w drugiej połowie lat 60. Pytanie tylko, czy nowy miks wyciągnie z tych taśm brud i surową energię, czy zbytnio je wygładzi? Przekonamy się już 2 października – a tymczasem odkurzajcie stare wydania, bo porównania będą fascynujące.

 

 

 Giles Martin po raz kolejny wszedł do Abbey Road z technologią re-mixingową od Petera Jacksona. Co to oznacza dla nas? Koniec z drastycznym, starym stereo, gdzie perkusja uciekała w lewy kanał, a wokal w prawy. Czas usłyszeć, jak naprawdę pracowały ze sobą gitary Lennona i Harrisona – ten  charakterystyczny, zadziorny riff w Drive My Car, perlisty dźwięk Fendera Stratocastera w Nowhere Man czy przepięknie ocieplone akustyki w Norwegian Wood. Oczywiście do wszystkich wersji przyszłego wydawnictwa (więcej tutaj), dodano nieznane wcześniej nagrania z pracy w studiu. Kuchnia powstawania genialnych dzieł. Usłyszymy np wersje demo "Michelle" - pierwsze podejście do tej przepięknej piosenki. 

 



Zapewne uważni czytelnicy mego bloga zauważyli, że ostatnio skorzystałem z pomocy AI do stworzenia dla mnie rysunków ilustracyjnych, tytułowych postu. Raz są lepsze, raz gorsze. Poniżej jeszcze jeden. W klimacie lat 60-tych, czy Beatlesi są podobni do siebie ? Reżyserka gdzie siedział  G. Martin była wysoko na miejsce, gdzie wykonywali swoje piosenki Beatlesi, tutaj to pewna fantazja i nie czepiajcie się. "Rubber Soul" na nowo wersja 2026  to kolejne ważne "beatlesowskie" wydarzenie roku. Wczoraj przesłuchałem go przed snem. Przepiękna płyta. Nie musi dziwić, że George Harrison za najlepsze w dyskografii zespołu uważał ten album i następny, "Revolver".  Przypominam też krótki filmik na temat tego album (seria: The Making of...) dołączany do albumu CD w 2009, kiedy ukazała się po raz pierwszy w wersji mono i stereo na nowo odrestaurowana dyskografia zespołu. Wtedy nikt nie podejrzewał, że to dopiero początek. 




To jedno z moich ulubionych zdjęć Beatlesów. 

 



Historia The Beatles
History of  THE BEATLES