Geoff Emerick - moje spotkanie z Beatlesami.






Po raz kolejny na blogu wracam do niezwykłych wspomnień spisanych w książce „Here, There and Everywhere: My Life Recording the Music of The Beatles”. Jej autor, Geoff Emerick, to postać absolutnie pomnikowa w historii muzyki – jako genialny inżynier dźwięku towarzyszył Beatlesom przy tworzeniu ich najważniejszych albumów, odmieniając przy tym na zawsze oblicze nowoczesnej produkcji studyjnej.
Dziś mam dla Was kolejne fascynujące spojrzenie od środka na świat Wielkiej Czwórki z Liverpoolu. Tym razem cofniemy się do samego początku – do momentu, w którym nikomu nieznani jeszcze chłopcy w tanich garniturach po raz pierwszy przekraczają próg legendarnego studia przy Abbey Road.
To bezcenny, surowy zapis chwili, w której młodzieńczy bunt i niespotykana pewność siebie zderzyły się ze sztywnym, wręcz laboratoryjnym światem brytyjskiego przemysłu muzycznego. Zapraszam na opowieść o tym, jak Geoff Emerick po raz pierwszy zobaczył i usłyszał The Beatles.


   
Szczerze mówiąc, rozpoczynając swój drugi dzień pracy, niespecjalnie zaprzątałem sobie głowę wieczorną sesją – w tamtym czasie Beatlesi byli poza Liverpoolem kompletnie nieznani, więc jedyne, czym dysponowałem, to entuzjazm Chrisa Neala. Tamtego ranka Richard [Lush] został przydzielony do pomocy przy sesji muzyki klasycznej i w pewnym momencie pozwolił mi nawet nacisnąć przycisk nagrywania na magnetofonie. Była to dla mnie ogromna ekscytacja i pamiętam, że pomyślałem wtedy, iż będzie to najważniejszy punkt mojego dnia.
 W porze lunchu udaliśmy się z Richardem na górę do pokoju socjalnego, gdzie z apetytem zabraliśmy się za przyniesione z domu kanapki, rozmawiając między kęsami. Richard szybko stawał się nie tylko moim nauczycielem, ale i przyjacielem, i naprawdę robił wszystko, co w jego mocy, by wdrożyć mnie w obowiązki; ani przez chwilę nie odniosłem wrażenia, że widzi we mnie konkurencję lub zagrożenie dla swojej posady, co ogromnie doceniałem. Po kilku chwilach dołączył do nas Chris, jak zwykle ożywiony i podekscytowany.
 „Nadal robisz dziś wieczorem tę sesję z Beatlesami, Richard?” – to były pierwsze słowa, jakie padły z jego ust. Richard skinął głową na zgodę, mając usta pełne pomidora i sera, podczas gdy Chris brnął dalej, opowiadając nam wszystko, co wiedział o tym zespole.
 „Są niechlujni, noszą skórzane kurtki i czeszą grzywki do przodu” – informował nas z przejęciem. „Podczas testu nagraniowego jeden z nich miał nawet czelność powiedzieć George’owi Martinowi, że nie podoba mu się jego krawat! Ale śpiewają genialne harmonie, zupełnie jak The Everly Brothers, i mają prawdziwie rockandrollowe podejście”.  Widok Chrisa Neala w pełnym ringu był czymś niesamowitym. Samym patrzeniem na niego czułem się zmęczony. Nagle Chris pobiegł dalej, bez wątpienia po to, by głosić tę nowinę w innych częściach studia. Używając rogu serwetki, Richard ostrożnie wytarł usta i opowiedział mi nieco więcej o George'u Martinie i Normanie Smithie [obaj na fotce obok]. „Obaj są już dość starsi, ale to równi goście, jak już się ich pozna” – powiedział. „George jest tutaj jednym z etatowych producentów, choć nie słyszałem, żeby kiedykolwiek wcześniej robił sesję rockandrollową. Myślę, że po prostu próbuje wskoczyć do pędzącego pociągu. Przynajmniej ma na tyle rozumu, żeby zaangażować do tej sesji Normana, który sam jest cholernie dobrym muzykiem popowym”. 
   Richard również słyszał dobre opinie o teście nagraniowym Beatlesów i to nie tylko od Chrisa. Wyglądało na to, że w studiu zrobiło się wokół nich sporo szumu, zarówno z powodu ich niekonwencjonalnych osobowości i pyskatego podejścia, jak i umiejętności muzycznych. Personel wyraźnie postrzegał ich jako jeden z najlepiej rokujących zespołów EMI, i wszyscy byli ciekawi, czy George i Norman zdołają wyciągnąć z nich jakieś hity. Sporo ciekawości budził też fakt, że pochodzili „z północy” – w tamtych czasach istniał silny podział klasowy między londńczykami a mieszkańcami prowincji, zwłaszcza z brudnych, północnych ośrodków, takich jak Liverpool. Wyglądało to prawie tak, jakby Anglia była dwoma osobnymi krajami. Odnosiło się wrażenie, że każda rodzima gwiazda popu mieszkała w Londynie, co miało pewien sens, biorąc pod uwagę, że znajdowały się tam wszystkie studia nagraniowe. Przyjazd zespołu spoza Londynu był więc sam w sobie sporą nowością i stanowił temat licznych plotek i rozmów wśród pracowników studia. Zaczynałem przeczuwać, że tego wieczoru wydarzy się coś wyjątkowego.
   Najpierw jednak trzeba było przetrwać popołudnie. Ponieważ Richard [foto] nie miał żadnego zadania w środku dnia, musieliśmy udać się do jednej z reżyserek na kilka żmudnych godzin montażu taśm. Kiedy asystenci nie pracowali przy sesjach, jednym z naszych zadań było wklejanie białej taśmy rozbiegowej pomiędzy ścieżki na kopiach albumów przysyłanych z Capitol w Stanach Zjednoczonych. Większość ich płyt popowych była remasterowana w Anglii – co oznaczało, że nagrania były kopiami drugiej generacji, z wynikającym z tego dodatkowym szumem taśmy. To, w połączeniu z faktem, że nasz sprzęt do masteringu nie umywał się do tego dostępnego w Stanach, było powodem, dla którego angielskie wydania amerykańskich płyt nigdy nie brzmiały tak dobrze jak oryginały.
  Godziny mijały dość szybko i wkrótce ludzie zaczęli się rozchodzić po skończonej pracy. Richard i ja przekąsiliśmy coś szybko w pubie na tej samej ulicy, a następnie skierowaliśmy się do reżyserki Studia Dwa, gdzie po raz pierwszy przedstawiono mnie Normanowi Smithowi. Był to szczupły, elegancki mężczyzna ze starannie ułożonymi włosami, który natychmiast rozładował atmosferę żartobliwym komentarzem na temat mojej rumianej cery.
  Gdy zająłem miejsce obok Richarda na tyłach ciasnej reżyserki, zwróciłem uwagę na swobodę, z jaką on i Norman żartowali ze sobą podczas testowania sprzętu, upewniając się, że wszystko działa jak należy. Widać było wyraźny, obopólny szacunek dla swoich umiejętności i w tamtym momencie zdałem sobie sprawę, że w tym fachu chodzi o coś znacznie więcej niż tylko o znajomość kwestii technicznych. Posiadanie lekkiego charakteru i umiejętność dogadywania się z ludźmi wydawały się równie ważne, dlatego postanowiłem brać przykład z zachowania Richarda.  
Studio Dwa było nietypowe dla kompleksu EMI – i właściwie nietypowe gdziekolwiek na świecie – ponieważ reżyserka znajdowała się piętro wyżej nad główną przestrzenią studia, w której siedzieli muzycy, wychodząc na nią z góry, zamiast znajdować się na tym samym poziomie. Komunikacja między obiema przestrzeniami odbywała się przez wąskie drewniane schody, a polecenia z reżyserki były przekazywane przez parę dużych głośników wiszących na przeciwległej ścianie studia, bezpośrednio nad wyjściem ewakuacyjnym. Krótko przed siódmą usłyszałem rozmowy dobiegające z otwartych mikrofonów i podszedłem do szyby reżyserki, aby zobaczyć, co się dzieje.
 Moje pierwsze spojrzenie na Beatlesów nie było wcale pamiętne. W studiu poniżej kręciło się siedem osób, ale po ich niekonwencjonalnych fryzurach łatwo było poznać, którzy czterej to członkowie zespołu, choć mieli na sobie starannie wyprasowane białe koszule i krawaty, a nie skórzane kurtki, którymi tak zachwycał się Chris. Uznałem, że wysoki, szczupły, starszy dżentelmen stojący z nimi to ich producent, George Martin, a ponieważ pozostali dwaj – z których jeden był postawnym, przypominającym niedźwiedzia mężczyzną w okularach, a drugi raczej niepozornym facetem drobnej budowy – pilnie rozstawiali perkusję i wzmacniacze gitarowe, domyśliłem się, że to ekipa techniczna.
 Dziś aż głupio się do tego przyznać, ale tym, co najbardziej uderzyło mnie w Beatlesach, kiedy zobaczyłem ich po raz pierwszy, były ich wąskie, dzianinowe krawaty. Pamiętam nawet, że rzuciłem na ten temat uwagę do Richarda, co skłoniło go do podejścia do okna, by samemu rzucić okiem. Kilka tygodni później obaj kupiliśmy podobne krawaty i nosiliśmy je do pracy; w krótkim czasie wydawało się, że wszyscy w EMI chodzą w takich samych. Przed nami było jeszcze sporo przygotowań, więc szybko wróciliśmy na swoje miejsca z tyłu pokoju, podczas gdy Norman kontynuował swoje skrupulatne testy.
   „Czy on nie musi rozstawić mikrofonów?” – zapytałem w pewnym momencie Richarda. Wyjaśnił mi, że realizatorzy dźwięku w EMI nie brudzą sobie tym rąk. Zamiast tego mówili „białym fartuchom” – czyli technikom utrzymania ruchu – jakich mikrofonów chcą użyć i gdzie je umieścić, a wszystkim zajmowano się z wyprzedzeniem. Drobne korekty wymagane podczas sesji mogły być przeprowadzane przez Normana lub Richarda, ale tylko „białe fartuchy” miały prawo zmieniać okablowanie czy modyfikować drogę sygnału. Wydało mi się to niedorzecznym sposobem pracy, ale najwyraźniej EMI miało reguły na wszystko. Za kilka lat miałem złamać niemal każdą z nich.
     Po krótkim strojeniu instrumentów zacząłem słyszeć muzykę sączącą się z głośników reżyserki, co ponownie przyciągnęło mnie do okna. Czterej Beatlesi mieli próbę, a George Martin siedział na wysokim stołku pomiędzy dwoma wokalistami. Utwór, który grali, był lekki, nic nadzwyczajnego, ale rytm miał w sobie zdecydowanie coś zaraźliwego. Zza wysokich ekranów akustycznych widziałem ich perkusistę uderzającego w bębny. Wyglądał na bardzo niskiego człowieka z bardzo dużym nosem i zdawało się, że nie zna tej piosenki tak dobrze jak pozostali, którzy co chwila przerywali grę, by dawać mu instrukcje. Podczas gdy oni dopracowywali aranżację, Norman pochylał się nad konsoletą mikserską, ostrożnie ustawiając proporcje poszczególnych instrumentów. Byłem pod ogromnym wrażeniem brzmienia, jakie nadawał, oraz jakości dużych głośników w reżyserce (zwanych „monitorami”), które były o niebo lepsze od jakichkolwiek, jakie kiedykolwiek wcześniej słyszałem. Ich czystość pozwalała mi dosłownie usłyszeć każdą nutę każdego instrumentu.
  W końcu w muzyce nastąpiła przerwa i drzwi do reżyserki otworzyły się. Do środka wszedł George Martin. Arystokratyczny w postawie i sposobie wysławiania się – dla moich uszu chłopaka z północnego Londynu brzmiał niemal królewsko – przywitał się z Normanem, skinął głową Richardowi, po czym rzucił mi spojrzenie.
„A kimże jest ten dżentelmen?” – zapytał. Poczułem, że potwornie się czerwienię, wyciągając rękę.
 „Geoff Emerick, proszę pana. Jestem tu nowym asystentem; mam przyglądać się pracy Richarda”. 
Uścisnął mocno moją dłoń. „Ach, kolejny klikacz przycisków do pomocy w naszej sprawie”.
   George miał błysk w oku i natychmiast wzbudził moją sympatię. Bez zbędnych ceregieli sesja się rozpoczęła, a Richard otrzymał polecenie uruchomienia dwuścieżkowego magnetofonu. (W tamtym czasie najbardziej zaawansowaną maszyną w EMI był magnetofon czterościeżkowy, ale na trzy studia przypadały tylko dwa takie urządzenia i były one zarezerwowane wyłącznie dla uznanych artystów, by nie marnować ich na nowo pozyskanych wykonawców). Norman Smith grobowym głosem podał tytuł utworu i numer wersji dla potomności – proces ten nazywano „zapowiedzią” – a następnie włączył czerwoną lampkę nagrywania.
   „’How Do You Do It’, wersja pierwsza” – powiedział, po czym nastąpiła krótka chwila ciszy, zanim jeden z członków zespołu odliczył drżącym głosem i grupa zaczęła grać.



  Szczerze mówiąc, po tym całym wcześniejszym nakręcaniu atmosfery przez Chrisa i resztę personelu EMI, było to lekkie rozczarowanie. Główny wokalista, który grał również na gitarze rytmicznej, miał specyficzny, nosowy głos i śpiewał czysto, ale bez większego entuzjazmu, a gitarzysta prowadzący sprawiał wrażenie, jakby plątały mu się palce. Prawdopodobnie najbardziej imponującą rzeczą w całym wykonaniu była mocna i melodyjna gra na basie. Zaglądając przez okno, widziałem, że basista śpiewał także partię harmoniczną.
  Po zaledwie kilku podejściach, podczas których George Martin udzielał wskazówek przez swój podręczny mikrofon do komunikacji, wszyscy wydawali się usatysfakcjonowani. Zespół skierował się na górę do reżyserki, aby odsłuchać nagranie, co dało mi okazję po raz pierwszy przyjrzeć się Beatlesom z bliska. Nikt nie przedstawił ich ani mnie, ani Richardowi, gdy swobodnie rozmawiali z Normanem ze swoim dziwnie brzmiącym akcentem z Liverpoolu. Jednak z mojego miejsca na tyłach pokoju uważnie studiowałem ich twarze.
  Główny wokalista, który nosił grube rogowe okulary, podobne do tych, jakie miał Buddy Holly, miał haczykowaty nos i szorstkie obejście. Był dość wiercący się i bardzo zabawny – bez przerwy nazywał Normana „Normalem” – oraz miał głośny, pośpieszny sposób mówienia. Dla kontrastu, perkusista, który rzeczywiście był sporo niższy od pozostałych i miał niemal filigranową sylwetkę, wyglądał na nieco przybitego i niewiele się odzywał. Uderzyło mnie również to, jak szczupły – wręcz wychudzony – był gitarzysta prowadzący oraz jak młodo wyglądał; sprawiał wrażenie zaledwie o kilka lat starszego ode mnie. Co najbardziej intrygujące, podbił sobie oko; później dowiedziałem się, że to pamiątka po bójce w jednym z liverpoolskich klubów, w którym grali kilka dni wcześniej.    No i był jeszcze basista. Był nie tylko najbardziej klasycznie przystojny z całej czwórki, ale też najbardziej przyjacielski i otwarty – w pewnym momencie skinął nawet z głową na powitanie Richardowi i mnie. Był też wyraźnie najbardziej zainteresowany tym, jak brzmi nagranie. Choć nie podnosił głosu tak jak główny wokalista, odniosłem nieodparte wrażenie, że to on jest liderem grupy.
Kiedy mówił, pozostali słuchali uważnie i bez wyjątku potakiwali głowami, a przed każdym podejściem to on mobilizował ich, by dali z siebie wszystko. Patrząc na to z dzisiejszej perspektywy, to zabawne, jak większość ludzi uważała Johna Lennona – tego wokalistę z haczykowatym nosem z pierwszej piosenki – za lidera Beatlesów. Na początku to mógł być jego zespół i to on mógł przejmować rolę lidera na konferencjach prasowych czy podczas publicznych wystąpień, ale przez wszystkie lata mojej pracy z nimi zawsze wydawało mi się, że to Paul McCartney, ten cichy basista, był prawdziwym przywódcą grupy i nic nie działo się bez jego aprobaty.
  Moim głównym wspomnieniem z tamtego pierwszego wieczoru z Beatlesami była jednak ogromna ilość żartów. John i Paul robili to najczęściej – wręcz emanowali pewnością siebie i ewidentnie byli bliskimi kumplami. Gitarzysta prowadzący i perkusista, George Harrison i Ringo Starr, zdawali się podchodzić do wszystkiego znacznie poważniej, a może po prostu byli bardziej zdenerwowani – trudno było to jednoznacznie ocenić.


Historia The Beatles
History of  THE BEATLES

 




PAUL McCARTNEY - The Boys of Dungeon Lane (2026) (2)

 

 

Dzisiaj kolejny post o najnowszym albumie Sir Paula. Wypowiedzi muzyka o każdym z utworów. 

Artysta: PAUL McCARTNEY
Album: The Boys of Dungeon Lane
Data wydania: 29 maja 2026
Wytwórnia: Capitol
Producent: Paul McCartney & Andrew Watt
Długość: 47:07 


Obsada:
PAUL  - wszystkie wokale, gitary, gitara basowa, perkusja, instrumenty perkusyjne, instrumenty klawiszowe
Andrew Watt - gitary, instrumenty klawiszowe
Ringo Starr - wokal (10) tamburyna (1,10), perkusja (10)
Mike Davis - trąbka (4)
Chrissie Hynde – chórki (10)
Sharleen Spiteri – chórki (10)

 


Zawartość: (wszystkie autorstwa Paula, z wyjątkiem zaznaczonych)
1.    "As You Lie There"     Paul McCartney & Andrew Watt 4:45
2.    "Lost Horizon"    3:04
3.    "Days We Left Behind"   3:18
4.    "Ripples in a Pond"    2:43
5.    "Mountain Top"   3:40
6.    "Down South"  2:23
7.    "We Two"        McCartney & Watt     3:01
8.    "Come Inside"     McCartney & Watt     3:14
9.    "Never Know"        McCartney &Watt     4:15
10.   "Home to Us" (with Ringo Starr)     McCartney & Watt     3:12
11.   "Life Can Be Hard"      3:15
12.   "First Star of the Night"   2:57
13.   "Salesman Saint"     3:19
14.   "Momma Gets By"  4:04 

 


As You lie There 

Gdy mieszkałem w Liverpoolu, w jednym z okien z naprzeciwka pojawiała się dziewczyna, która potwornie mi się podobała. Miała na imię Jasmine. Przepraszam, Nancy [żona Paula]! Ale byłem wtedy dzieciakiem, nie miałem pojęcia, jak do niej podejść, nigdy z nią nie rozmawiałem. I właśnie o tym jest ta piosenka: o wyobrażaniu sobie Jasmine, która tam leży w swoim pokoju i myśleniu, czy ona też o mnie myśli. Najzabawniejsze jest to, że los płata figle. Jakiś czas później ta dziewczyna naprawdę przyszła do naszego domu i zapukała do drzwi. Ale akurat byłem... niedysponowany, bo siedziałem w toalecie! I przez to przegapiłem Jasmine! No powiedzcie sami, czyż to nie romantyczne?

 Lost Horizon 

Kiedy jesteś młody, patrzysz przed siebie i horyzont wydaje się nieskończony. Masz wrażenie, że możesz biec przed siebie i nigdy się nie zatrzymasz. Z wiekiem zaczynasz częściej oglądać się za siebie. Zastanawiasz się, gdzie podziały się tamte miejsca, tamte twarze i tamten dziecięcy zachwyt światem. 'Lost Horizon' to piosenka o poszukiwaniu spokoju i o tym, że choć tamte chwile minęły, to ich blask wciąż nosimy w sobie. Czasami najpiękniejsze krainy to te, które zachowaliśmy w pamięci.

 Days We Left Behind 

Patrzyłem na to zdjęcie i uderzyło mnie, jak beztroscy wtedy byliśmy. Nie było wielkich kontraktów, presji, menedżerów ani stadionów pełnych ludzi. Byliśmy tylko my dwaj, kilka akordów i marzenie o podbiciu świata. 'Days We Left Behind' nie jest jednak piosenką smutną. To raczej list miłosny do przeszłości. Czasem musimy zostawić pewne dni za sobą, żeby pójść dalej, ale to nie znaczy, że przestajemy za nimi tęsknić. Myślę, że każdy, kto po latach patrzy na swoje stare zdjęcia, poczuje dokładnie to samo.

 Ripples in a Pond 

Czasami wydaje nam się, że to, co robimy, nie ma większego znaczenia. Że jesteśmy tylko pyłkiem. Ale kiedy wrzucisz mały kamyk do stawu, kręgi na wodzie rozchodzą się o wiele dalej, niż kończy się Twój wzrok. Tak samo jest z miłością, z muzyką, z życiem. Piosenka, którą napisaliśmy z Johnem w małym pokoiku sześćdziesiąt lat temu, była takim małym kamykiem. A kręgi na wodzie wciąż trwają i docierają do ludzi na całym świecie. 'Ripples in a Pond' to utwór o tym, że wszystko, co robimy z serca, ma swoje echo w wieczności.

 Mountain Top 

Ludzie często pytają mnie, dlaczego wciąż to robię, dlaczego nagrywam płyty i ruszam w trasy, skoro zdobyłem już każdy możliwy szczyt. Odpowiadam im, że wspinaczka nigdy się nie kończy. 'Mountain Top' to piosenka o tej niesamowitej radości, jaką daje samo dążenie do celu. Kiedy w końcu stajesz na szczycie, wiatr wieje ci w twarz, a ty patrzysz w dół na wszystko, co przeszedłeś – czujesz, że żyjesz. Napisałem to, żeby dać ludziom kopa do działania. Niezależnie od tego, jak stroma jest Twoja góra, nie zatrzymuj się, dopóki nie wejdziesz na samą górę!

 Down South 

Każdy z nas dochodzi czasem do ściany, kiedy ma ochotę rzucić wszystko, spakować jedną torbę i po prostu ruszyć przed siebie. Dla mnie taką ucieczką zawsze była droga na południe – tam, gdzie powietrze staje się cieplejsze, ludzie nigdzie się nie spieszą, a muzyka gra na każdym rogu. 'Down South' to piosenka o zrzucaniu z siebie ciężaru. Otwierasz okno w samochodzie, wystawiasz rękę, łapiesz wiatr i zapominasz o całym świecie. Napisałem to jako hymn dla każdego, kto właśnie zaczyna swój urlop!

 We Two 

Gdy jesteś z kimś przez długi czas, zaczynasz zauważać, że tworzycie coś w rodzaju małej, dwuosobowej wyspy. Świat wokół was może pędzić, krzyczeć, zmieniać się w szalonym tempie, ale kiedy zamykacie za sobą drzwi, ten cały hałas znika. Zostajecie tylko wy dwoje. 'We Two' to piosenka o wdzięczności za to, że ma się obok kogoś, z kim nawet milczenie jest najpiękniejszą rozmową. To hołd dla miłości, która daje absolutny spokój.


 

 Come Inside 

Gdy jesteś z kimś przez długi czas, zaczynasz zauważać, że tworzycie coś w rodzaju małej, dwuosobowej wyspy. Świat wokół was może pędzić, krzyczeć, zmieniać się w szalonym tempie, ale kiedy zamykacie za sobą drzwi, ten cały hałas znika. Zostajecie tylko wy dwoje. 'We Two' to piosenka o wdzięczności za to, że ma się obok kogoś, z kim nawet milczenie jest najpiękniejszą rozmową. To hołd dla miłości, która daje absolutny spokój.

 Never Know 

'Never Know' to piosenka o tym, że bez względu na to, jak bardzo starasz się zaplanować swoje życie, ułożyć wszystko w głowie i zabezpieczyć się na każdą ewentualność – i tak nigdy nic nie wiadomo. Los zawsze znajdzie sposób, żeby cię zaskoczyć. Kiedy pracowaliśmy nad tym w studiu z Andrew Wattem, pomyślałem, że ta niepewność powinna mieć swoje odzwierciedlenie w muzyce. Chciałem, żeby brzmienie było trochę zamglone, tajemnicze, wręcz hipnotyczne. Przesunęliśmy kilka suwaków w reżyserce w nietypowe miejsca i daliśmy się ponieść improwizacji. Wyszło z tego coś bardzo ekscytującego.

 Home to Us 

Przez całe życie byłem w drodze. Mieszkałem w setkach hoteli, odwiedziłem niesamowite miejsca i ciągle gdzieś pędziłem. Ale z wiekiem zdajesz sobie sprawę, że prawdziwy dom to nie jest miejsce, do którego kupujesz bilet. Dom to ta jedna osoba, która trzyma cię za rękę, gdy gasną światła reflektorów. To chwila, w której siadasz w fotelu, patrzysz na kogoś bliskiego i wiesz, że nigdzie indziej nie musisz już uciekać. 'Home to Us' napisałem z myślą o tym najprostszym, a zarazem najgłębszym szczęściu – o powrotach tam, gdzie jesteśmy naprawdę u siebie.


 

Life Can Be Hard  

Czasami piszesz piosenkę miłosną, a czasami rockandrolla, ale czasem potrzebujesz po prostu powiedzieć komuś: 'Wiem, co czujesz. Też tam byłem'. Życie potrafi dać w kość, potrafi rzucić na kolana i nie ma sensu udawać, że jest inaczej. Ale ważne jest to, co robisz, gdy już na tych kolanach jesteśmy. 'Life Can Be Hard' to piosenka o szukaniu siły w małych rzeczach, w drugim człowieku, w nadziei, że po każdej nocy w końcu przyjdzie świt. Chciałem, żeby ten utwór był jak ciepły koc, którym możesz się otulić, kiedy masz gorszy dzień.

First Star of the Night 

Gdy byłem dzieckiem w Liverpoolu, mama zawsze powtarzała mi, żebym wypatrywał pierwszej gwiazdy na wieczornym niebie i pomyślał życzenie. To taki stary, uroczy zwyczaj. Robiłem to jako mały chłopiec, robiłem to, gdy zakładaliśmy The Beatles, i wiecie co? Wciąż to robię, kiedy siedzę wieczorem w ogrodzie. 'First Star of the Night' to piosenka o zachowaniu w sobie tej dziecięcej iskry. Świat potrafi być ciemny i skomplikowany, ale ta pierwsza mała gwiazda przypomina nam, że światło zawsze wygrywa z mrokiem. Napisałem to jako kołysankę dla dorosłych, którzy zapomnieli, jak to jest marzyć.

Salesman Saint 

Wszyscy znamy takich ludzi. Włączasz telewizor albo internet, a tam stoi facet w idealnym garniturze z hollywoodzkim uśmiechem i mówi, że jeśli kupisz jego książkę, sok z jarmużu albo garnki, to twoje życie stanie się rajem. 'Salesman Saint' to piosenka o takim współczesnym proroku od siedmiu boleści. Pisało mi się to genialnie, bo uwielbiam tworzyć takie barwne, przerysowane postacie – jak kiedyś Eleanor Rigby czy Maxwell. Chciałem, żeby muzyka była wesoła i skoczna, bo najlepszym lekiem na takich naciągaczy jest po prostu zdrowy śmiech!


Momma Gets By 

Gdy jesteś dzieckiem, nie zauważasz, jak ciężko mają twoi rodzice. Widzisz tylko mamę, która wraca z pracy, robi kolację, uśmiecha się i gasi światło. Dopiero po latach, kiedy sam zostajesz rodzicem, dociera do ciebie, przez jakie piekło czasem przechodzili, żeby utrzymać wszystko w garści. Moja mama ciężko pracowała, rano i wieczorem, ale bez względu na to, jak było krucho z pieniędzmi czy siłami, zawsze powtarzała: 'Damy sobie radę, chłopcy'. 'Momma Gets By' to piosenka o tej cichej, codziennej odwadze matek. Myślę, że moja mama bardzo by się z niej ucieszyła.

 


  

 


Historia The Beatles
History of  THE BEATLES

 



 

 

 

PAUL MCCARTNEY - The Boys of Dungeon Lane (2026)

 

 

Dzisiaj obiecany mój post o najnowszym albumie Sir Paula. Uzupełniany niektórymi (jest materiału o tym albumie w sieci mnóstwo).  wspomnieniami Artysty i jego producenta. Miłego czytania. 

Artysta: PAUL McCARTNEY
Album: The Boys of Dungeon Lane
Data wydania: 29 maja 2026
Wytwórnia: Capitol
Producent: Paul McCartney & Andrew Watt
Długość: 47:07 


Obsada:
PAUL  - wszystkie wokale, gitary, gitara basowa, perkusja, instrumenty perkusyjne, instrumenty klawiszowe
Andrew Watt - gitary, instrumenty klawiszowe
Ringo Starr - wokal (10) tamburyna (1,10), perkusja (10)
Mike Davis - trąbka (4)
Chrissie Hynde – chórki (10)
Sharleen Spiteri – chórki (10)

 



Zawartość: (wszystkie autorstwa Paula, z wyjątkiem zaznaczonych)
1.    "As You Lie There"     Paul McCartney & Andrew Watt 4:45
2.    "Lost Horizon"    3:04
3.    "Days We Left Behind"   3:18
4.    "Ripples in a Pond"    2:43
5.    "Mountain Top"   3:40
6.    "Down South"  2:23
7.    "We Two"        McCartney & Watt     3:01
8.    "Come Inside"     McCartney & Watt     3:14
9.    "Never Know"        McCartney &Watt     4:15
10.   "Home to Us" (with Ringo Starr)     McCartney & Watt     3:12
11.   "Life Can Be Hard"      3:15
12.   "First Star of the Night"   2:57
13.   "Salesman Saint"     3:19
14.   "Momma Gets By"  4:04 

 

                                                                        Paul i Andrew Watt

PAUL: Album naprawdę się zaczął, kiedy mój menedżer powiedział: „Czy chciałbyś poznać Andrew Watta? Wiedziałem, że jest aktywnym młodym producentem i podobało mi się jego rzeczy. Powiedziałem: „Tak, świetnie”. Powiedział: „Cóż, to tylko filiżanka herbaty. Zejdź do jego studia”...  Byliśmy jak para Boys Of Dungeon Lane – mali chłopcy w piaskownicy – i dobrze się bawiliśmy... [Andrew Watt produkował między innymi Eltona Johna, The Rolling Stones, Ozzy'ego Osbourne'a. Pearl Jam, Iggy Popa a nawet ... Justina Biebera]

Watt:  Nigdy wcześniej nie nagrywałem albumu z kimś, kto grałby na każdym instrumencie, i to, co on potrafi zrobić, jest po prostu niezwykłe. Zapytałem go wczoraj wieczorem, na oczach wszystkich, jak on to robi. Powiedział rzecz naprawdę urzekającą. Zamiast siedzieć i tłumaczyć komuś innemu: „Nie, nie, to idzie tak. Nie, zrób to w ten sposób”, po prostu robisz to sam i wtedy wiesz, dokąd zmierza piosenka. Wiesz, jaka ma być partia perkusji, jakiego chcesz groove'u. Po prostu dajesz z siebie wszystko, żeby wyszło dobrze. To było świetne podejście. Kiedy masz umiejętności, by zrobić to samemu, po prostu to robisz. Wiesz, jakie mają być poszczególne partie. Nie ma nikogo innego, kto potrafiłby to zrobić. 

Pierwsze single z nowej płyty Paula znałem już wcześniej, a od 29 marca, dzięki platformom streamingowym, mogłem słuchać całego albumu. Jednak dla mnie, fana wychowanego na tradycyjnych nośnikach, prawdziwe święto zaczęło się dopiero wczoraj, 7 czerwca, kiedy fizyczny krążek CD w końcu trafił w moje ręce i stanął na półce w domu.

Wzruszenie towarzyszyło mi już przy pierwszych odsłuchach tych dwóch piosenek, które zdążyłem poznać wcześniej – pierwszego singla The Days We Left Behind oraz nagranego wspólnie z Ringo utworu Home to Us. Ale sam moment otwierania pudełka, odklejania folii z albumu, który – oby nie, ale przypuszczalnie – może być ostatnim dziełem Sir Paula, to było uczucie absolutnie nie do opisania.

PAUL:  Wtedy Andrew nagrał riff gitarowy, bo jest świetnym gitarzystą. I w ciągu kilku dni stworzyliśmy As You Lie There. Tak zaczęła się ta podróż”. Ta „podróż” obejmowała nagrania w różnych studiach w Los Angeles, a także w należącym do Maccy studio Hog Hill Mill w Sussex oraz w starym, beatlesowskim zakątku – Abbey Road. Spośród wszystkich powstałych piosenek to właśnie pierwszy singiel "Days We Left Behind nadaje ton całości – i to on przyniósł tytuł całemu albumowi. To dla mnie piosenka bardzo wspomnieniowa. Po prostu myślałem o tych dniach, które zostawiłem za sobą. Paul przyznał, że utwór "Days We Left Behind" nawiązuje bezpośrednio do Johna Lennona i czasów na Forthlin Road. Piosenka sugeruje, że obaj twórcy napisali wtedy „tajny kod, o którym nigdy nikomu nie opowiedzieli”. W clipie wykonanie piosenki w popularnym SNL.

Watt: Days We Left Behind to jeden z klasyków w jego wielkim śpiewniku. Naprawdę poruszył tam czułą strunę i sięgnął głęboko do swojego wnętrza. Za każdym razem, gdy słyszę tę piosenkę, nawet wczoraj przed fanami, chce mi się płakać. Płakałem przy niej, gdy on gapił się na mnie i mówił: „Nie płacz. Co z tobą nie tak?”. Ona po prostu robi coś ze mną. W takim utworze nie chciałbyś słyszeć automatów perkusyjnych. Ta piosenka to gitara, pianino, harmonium, głos i bas. Nie potrzebuje wielu rzeczy; potrzebuje faceta grającego na tych instrumentach i obnażającego swoją duszę. 


 

Watt: W 2021 roku, w nocy przed jego pierwszą wizytą, obudziłem się zlany zimnym potem, przypominając sobie, że w studio mam wyłącznie gitary dla praworęcznych. Mimo że sam jestem leworęczny, gram jak praworęczny. Mieliśmy tylko napić się herbaty, ale pomyślałem: „A co, jeśli z jakiegoś powodu będzie chciał zagrać na gitarze? A ja nie będę miał dla niego instrumentu? I przez to nie zagra? I moja szansa, żeby kiedykolwiek zagrać z Paulem McCartneyem i wreszcie, kurwa, dowiedzieć się, jak on robi ten myk w 'Blackbird' przepadnie?”. W środku nocy znalazłem firmę wypożyczającą sprzęt, która miała bas Rickenbackera, bas Höfnera, Epiphone Casino, Martina D-28 z 1969 roku – dosłownie cały jego zestaw, bo jestem świrem na punkcie McCartneya, tak jak my wszyscy. (Przepraszam, Elton John nie przestaje do mnie dzwonić, kiedy z tobą rozmawiam. Dzwoni bez przerwy, to już chyba czwarty raz, przepraszam. [Śmiech]). Przetrząsnąłem internet i napisałem do mojego asystenta, który pomaga mi w takich sprawach. Powiedziałem: „Potrzebujemy tego, tego i tego, a ja idę spać. Upewnij się, że to będzie w studio”. Sprzęt był w jakimś dziwnym mieście w Kalifornii, ale zdobyliśmy wszystko. Piliśmy herbatę, rozmawialiśmy, było naprawdę miło. I nagle on mówi: „Wiesz, piosenkę można napisać o wszystkim”. Sięgnął po gitarę i zorientował się: „Och, jest praworęczna”. Wtedy podałem mu gitarę dla leworęcznych, a on zagrał ten bardzo dziwny akord. Powiedział: „Czasami po prostu łapię losowy akord, którego nigdy wcześniej nie grałem, i zaczynam od tego”. Zagrał więc ten dziwny akord, uśmiechnął się z tym swoim chłopięcym urokiem i musiał go rozwiązać, bo brzmiał tak cholernie dziwnie w zawieszeniu. Przesunął palec o dwa progi w dół i akord się rozwiązał. Ja złapałem za gitarę, zagrałem trzeci akord i ruszyło.

W sieci od wielu tygodni krąży mnóstwo profesjonalnych recenzji, szczegółowych opisów i wywiadów, w których Paul opowiada o całości oraz o każdym nagraniu z osobna. Nie będę się więc tutaj do nich odnosił ani ich powielał. Szczerze mówiąc, wciąż jeszcze nie wiem, które piosenki z tego albumu są dla mnie najlepsze. Wiem jednak jedno: słuchanie ich warto zacząć od poznania, a nawet przetłumaczenia sobie tekstów. To nadaje całemu procesowi odpowiedni klimat i jest świetnym wprowadzeniem do świata McCartneya. Wagę swoich słów i ich znaczenie podkreślił zresztą sam Paul – do albumu dołączona jest elegancko wydana książeczka z tekstami każdej piosenki, które widzimy w formie zdjęć odręcznego pisma samego Artysty.
 
Watt: Nigdy wcześniej nie miałem okazji robić muzyki w ten sposób. Zazwyczaj dłubię przy miksach, aż zsinieję na twarzy, i ciągle chcę coś zmieniać, zmieniać i zmieniać. Wizja zadeklarowania konkretnego brzmienia i perfekcyjnego zagrania partii od razu była dla mnie niesamowicie ekscytująca. A patrzeć, jak Paul robi to na tym samym magnetofonie, na którym nagrał Sgt. Pepper’s?. Ja produkuję muzykę z pierwszego rzędu, produkuję jako fan. Chciałem usłyszeć Paula McCartneya tworzącego piosenkę na tej maszynie, z tamtym brzmieniem. W ramach ćwiczenia napisaliśmy coś razem. Siedzieliśmy z gitarami i brzdąkaliśmy. Potem on usiadł za perkusją, a ja grałem na gitarze. Nagraliśmy to w ten sposób. Te dwa elementy stały się jednym, a potem on dograł bas. Na każde brzmienie trzeba było się ostatecznie zdecydować. Zmiksowaliśmy to na konsolecie i zgraliśmy w ciągu 24 godzin od nagrania. To było to – i już nigdy nie zostało zmienione. 

Paul w tym albumie sięga po raz pierwszy tak głęboko w swoje dzieciństwo i młodość. Piosenki są hołdem dla jego rodziny oraz dawnych towarzyszy – nie tylko tych, którzy ostatecznie weszli w skład The Beatles, ale także tych, którzy dzisiaj pozostają zupełnie nieznani. Znajdziemy tu również niezwykle poruszające odniesienia do wielkiej miłości i tęsknoty, jaką Paul wciąż darzy swoją pierwszą żonę, Lindę. Nie mogło zabraćknąć też wspomnień o Johnie i George'u. Bo oczywiście, ponad wszystko, na tym albumie obecni są wielcy Fab Four. Niezwykle wzruszający jest chociażby fragment w jednej z piosenek , opowiadający o czasach, zanim jeszcze nauczyli się grać „Twist and Shout” (Down South -  Before we learned to twist and shout - clip).

PAUL: Często myślę o Johnie i George’u. Zanim powstali The Beatles, jeździliśmy autostopem. To były czasy, kiedy jeszcze można było to robić – teraz ostrzegam moje wnuki: 'Nie róbcie tego', bo na świecie jest zbyt wielu świrów... Dostałem wskazówkę od kogoś, kto powiedział: 'Zacznij w Chester – bo tam są wszystkie ciężarówki i wszystkie jadą prosto na południe (down south). To dobre miejsce, by złapać pierwszą podwózkę'.

 

PAUL: Home To Us... Ta piosenka została napisana całkowicie z myślą o Ringo. Mówię o tym, skąd pochodzimy. Podobnie jak wielu ludzi, startujesz z niczego i sam się budujesz. Ringo był tym, który w The Beatles startował z największego 'niczego'... Pochodził z Dingle, a tam było naprawdę ciężko. Bywał okradany, gdy wracał z pracy. Nawet jeśli to było szalone, to było to nasze 'home to us' (nasz dom) i wokół tego pomysłu zbudowałem piosenkę... Następnie wzięliśmy moją pierwszą linijkę, drugą linijkę Ringo i wyszedł nam duet – coś, czego nigdy wcześniej nie robiliśmy. Chcieliśmy też chórków i wpadłem na pomysł, że miło byłoby usłyszeć dziewczyny. Chrissie Hynde i Sharleen Spiteri to moje kumpele – i zrobiły to.[obie panie na fotkach]

Album bije obecnie rekordy popularności na całym świecie, a Paul chwali się w swoich mediach społecznościowych – na TikToku i innych kanałach – że płyta wskoczyła na sam szczyt, stając się numerem 1 w USA i Wielkiej Brytanii. Czy to kogoś zaskakuje? Właściwie nie. Wydaniu albumu towarzyszyła niezwykle staranna kampania reklamowa, ale umówmy się – come on – to przecież Paul, wielki Beatles! Świat doskonale wie, że jego nowa muzyka to zawsze gigantyczne wydarzenie. Tutaj jednak dochodzi coś jeszcze: gdzieś z tyłu głowy każdy z nas podświadomie podejrzewa, że to bardzo prawdopodobnie pożegnalny album artysty.
 
Watt: Nigdy nie było wrażenia, że idziemy na całość, i to było w tym najwspanialsze. Nigdy nie było żadnej presji. Tworzyliśmy ten album przez cztery lata i dosłownie ani razu nie rozmawialiśmy o tym, że „to jest album”, aż do jakichś ostatnich sześciu miesięcy całego procesu. Zostaliśmy przyjaciółmi, co jest najpiękniejszą rzeczą na świecie. Byliśmy wczoraj razem na kolacji i świetnie się bawiliśmy. Po prostu połączyła nas przyjaźń i wspólne granie. Paul wpadał na tydzień pomiędzy trasą, podróżą czy filmem, nad którym pracował. Mówił: „Mam wolne 10 dni. Możemy zarezerwować trochę czasu i działać dalej?”. Za każdym razem odpowiadałem: „Oczywiście”. Część sesji zrobiliśmy w moim studio, a część w jego studio w Sussex, gdzie znajduje się cały sprzęt The Beatles. 

Wielu dyskutuje o głosie McCartneya. Ja po pierwsze absolutnie pokochałem jego barwę na tym krążku. Naprawdę nie brzmi źle! Może nie jest już tak mocny i tak uderzająco podobny do dawnego „oryginału”, jak ma to miejsce w przypadku Ringo Starra czy Micka Jaggera, którzy na swoich nowych nagraniach brzmią niemal identycznie jak za dawnych, młodzieńczych lat. Głos Paula się zmienił, ale ma w sobie niesamowitą, dojrzałą magię.

Watt: Moje zadanie jako producenta zmienia się w zależności od tego, z kim pracuję, prawda?. Są albumy, na których piszę każdą piosenkę i wskazuję drogę. A są takie, gdzie po prostu podążam za artystą. A za Paulem McCartneyem idziesz wszędzie tam, gdzie on, kurwa, zechce. W końcu to Paul McCartney, więc prowadzi na każdym kroku. Ja tylko słucham i reaguję na to, co robi. Decyzje, które podejmowaliśmy, i produkcja, na którą się decydowaliśmy, były bardzo mocno podyktowane samymi piosenkami. Ten album jest bardzo różnorodny. Są tu syntezatory, automaty perkusyjne, a obok nich utwory z samą gitarą bez żadnego pogłosu czy innych efektów. Wizja tego, by Paul pozostał sobą, była dla mnie kluczowa. Nie chciałem, żebyś słuchając albumu McCartneya, powiedział: „Hej, on teraz brzmi jak Post Malone!”. Mają te same inicjały, ale nie chcemy, żeby brzmieli tak samo. Uważam, że on jest naprawdę największym żyjącym muzykiem. Nie ma nikogo, kto potrafiłby grać na instrumentach tak jak on. Chciałem, żeby to było słychać na tych nagraniach. Nie chciałem tego przykrywać toną produkcji, nieskończonym pogłosem i brudem. Siedzieliśmy tam i zmiksowaliśmy to sami. Miks jest nowoczesny, głośny. Kiedy trzeba, uderza z mocą. Kiedy trzeba mocno zarockować, rockuje ostro i ma potężne brzmienie. To nie brzmi jak lata 70. Ale byłem na tak wielu koncertach Paula McCartneya i widzę, co się dzieje, gdy gra „Jet” czy „Band on the Run”. Jeśli pisze takie piosenki, to będziemy je produkować z żywymi instrumentami, rozumiesz?.

 

 

PAUL: "Salesman Saint"... Ta piosenka to moje wspomnienie o mamie i tacie. Urodziłem się podczas II wojny światowej i często myślę: 'Jasna cholera, posiadanie dziecka teraz jest wystarczająco trudne, ale wyobraź sobie, że wszyscy mielibyśmy świadomość, że w każdej chwili mogą spaść bomby' – a Liverpool był mocno bombardowany. Myślałem o nich, jak wychowywali dzieciaka w takich okolicznościach. Mój tata był akurat sprzedawcą bawełny, a mama pielęgniarką. Zrobili to. Poradzili sobie i wychowali mnie i mojego brata [Mike'a]. Zabierali nas do lekarzy, posłali do szkoły i robili te wszystkie rzeczy w takich warunkach. Na końcu piosenki pojawia się muzyka, którą starałem się stworzyć na wzór ich epoki. 

Podsumowując: to oczywiście nie jest najlepszy album w solowej karierze Paula. Jednak mój odbiór tej płyty powędrował ostatecznie gdzieś w bliskie okolice serca. Ten materiał jest po prostu piękny. Przez najbliższe tygodnie to właśnie ten krążek będzie moją główną playlistą. Gorąco Wam polecam to spotkanie z legendą.

Watt:To spełnienie marzeń całego życia. Miałem okazję pracować z Paulem McCartneyem. Szczerze mówiąc, jeśli miałbym cię z czymś zostawić, to czułem, że nasza relacja przypominała układ nauczyciel-uczeń. Wchodziłem tam, a on uczył mnie o przejściu z A-dur do F# i uderzeniu w akord D. Ale radził, by wstawić A7 pomiędzy F# a D jako akord przejściowy. Albo mówił, że jeśli przesuniesz ten palec podczas grania akordu G, zmieni się on w coś takiego. Cały czas mnie uczył. Albo to patrzene, jak aranżuje chórki z gitarą na szyi, żądając tercji, a potem kwinty i rozpisując te wokale... Albo gdy grał na perkusji i uderzał w talerze ciszej niż w werbel, żeby potem, gdy skompresuje bębny tak, jak chce, talerze nie raniły uszu?. To są lata doskonalenia rzemiosła. Możliwość nauczenia się tego wszystkiego od niego i zabrania tego ze sobą dalej – coś niewiarygodnego. 


 
Do albumu wracam w następnym poście.   Przeczytaj także: Magia The Beatles (2026)

Historia The Beatles
History of  THE BEATLES