Niesamowita "7" The Beatles - wg. Jimmy Page'a

 

 

Do ścisłej czołówki gigantów muzyki rockowej niewątpliwie należy zespół Led Zeppelin, którego siłą napędową oraz architektem brzmienia hardrockowego i heavymetalowego był Jimmy Page. Robert Plant pisał nieprawdopodobne teksty, choć miał też oczywiście ogromny wpływ na samą muzykę. Nie będę jednak mocniej rozwijał tego wątku – to materiał na oddzielny post (pewnie na moim drugim blogu), bo musiałbym się rozpisać również o roli dwóch pozostałych członków tej kapeli, którzy wcale nie byli tylko tłem dla wspomnianej dwójki. Dzisiaj czas na post zainspirowany materiałem znalezionym na YouTube. Trudno go było zignorować na tym blogu, gdy ktoś taki – prawdziwy heros hard rocka – składa ukłon jego bohaterom. Przed Wami: Jimmy Page i 7 utworów The Beatles, które zmieniły gitarowy świat.

Często myślimy o The Beatles w kategoriach genialnych melodii, popowych rewolucji i piosenek, które śpiewał cały świat. Łatwo jednak zapomnieć, że Lennon, McCartney i Harrison byli przede wszystkim innowatorami gitarowego brzmienia. Przekonałem się o tym po raz kolejny, oglądając materiał, w którym sam Jimmy Page – architekt brzmienia Led Zeppelin i jeden z największych gitarzystów w historii – analizuje geniusz Beatlesów na przykładzie siedmiu konkretnych utworów. Page nie słuchał ich jak zwykły fani. On ich analizował, studiował i czerpał z nich garściami. Zobaczcie, na które utwory Wielkiej Czwórki z Liverpoolu wskazał mistrz i co takiego w nich dostrzegł.  Nawet pionierzy hard rocka i ciężkich brzmień potrzebowali inspiracji. Dla Jimmy'ego Page'a Beatlesi nie byli tylko popową kapelą, ale prawdziwym laboratorium nowoczesnego grania na gitarze. Oto 7 utworów, które Page uznał za absolutnie kluczowe dla każdego gitarzysty. Post ilustruję czy wzbogacam konkretnymi wypowiedziami członków Led Zeppelin na temat Fabsów i ich wpływu na zespół. Dodałem też kilka wypowiedzi Beatlesów o kapeli Page'a i Planta. Warto tutaj bym dodał, że Paul McCartney po latach tworząc swój wymarzony band to uznał Johna Bonhama za najlepszego perkusistę (pamiętam, że jako wokalistę wybrał Elvisa a Hendrixa jako gitarzystę). Tytuł każdej piosenki zawiera link do jej szczegółowego opisu. 

JIMMY PAGE: Beatlesi byli zespołem, który w studiu robił rzeczy całkowicie bezprecedensowe. Każdy ich album był krokiem w przyszłość. Łamali wszelkie panujące zasady nagrywania i robili to z niezwykłą gracją. Dla każdego z nas, którzy wtedy pracowali w studiach jako muzycy sesyjni, ich płyty były jak podręcznik tego, co w ogóle jest możliwe do osiągnięcia na taśmie... Led Zeppelin a Beatlesi i Stonesi ? Led Zeppelin było w swojej własnej lidze… bez ujmy dla Beatlesów czy Stonesów – oni byli modnymi zespołami, ciągle w prasie, a Led Zeppelin nie. Nam zależało tylko na muzyce.

JOHN LENNON: Wiecie, ja po prostu myślę: albo mi się coś podoba, albo nie; albo jest ciężkie, albo lekkie. Lubię ciężką muzykę – nazywam to rockiem. Lubię Zeppelina, słyszałem tylko parę kawałków, ale są OK...  Nie wiem właściwie za dużo, o co im chodzi, ale jedno jest pewne: Jimmy Page to cholernie dobry gitarzysta. [Według relacji dziennikarki Lisy Robinson Lennon słuchał też „Stairway to Heaven” i był pod wrażeniem utworu.]

7. And Your Bird Can Sing (1966)

 

Niektóre wykonania gitarowe stają się sławne, ponieważ są trudne technicznie. Inne stają się legendarne, ponieważ brzmią tak, jakby były zagrane bez najmniejszego wysiłku. Dla Jimmy'ego Page'a „And Your Bird Can Sing” zdecydowanie należy do tej drugiej kategorii. Utwór zawiera jeden z najbardziej cenionych dwugłosów gitarowych (twin guitar) w historii rocka, dowodząc, że w pamiętnej grze na gitarze nie chodzi o popisywanie się – chodzi o precyzję, równowagę i melodię. Od pierwszych nut przeplatające się gitary prowadzące poruszają się z niezwykłą jednością, tworząc harmonie, które pozostają zarówno imponujące technicznie, jak i natychmiast wpadające w ucho. Każda fraza jest starannie dopracowana i żadna z gitar nie zagłusza drugiej. Zamiast tego idealnie się uzupełniają, tworząc brzmienie, które inspirowało pokolenia muzyków rockowych. Ten poziom muzycznej dyscypliny niezwykle trafiał do Page'a. Jako jeden z największych aranżerów rocka rozumiał, że najlepsze partie gitarowe służą piosence, zanim zaczną służyć samemu muzykowi. „And Your Bird Can Sing” demonstruje dokładnie tę zasadę, łącząc zawiłą wirtuozerię z nieodpartym, popowym pisaniem piosenek. Dla Jimmy'ego Page'a nie był to po prostu kolejny klasyk Beatlesów. Była to lekcja gitarowej harmonii, muzycznej pracy zespołowej i gustownego umiaru – cech, które każdy poważny gitarzysta powinien przestudiować na długo przed próbą szybszej lub głośniejszej gry. Dla Page’a kluczowa była tutaj genialna harmonia dwóch współgrających ze sobą gitar prowadzących. George Harrison i John Lennon zagrali podwójną partię solową w dwugłosie, co na tamte czasy było czymś niezwykle skomplikowanym i rzadkim. Jimmy widział w tym nagraniu absolutną szkołę gitarowej harmonii – i to na długo przed tym, zanim ten styl dopracowały do perfekcji takie zespoły jak Thin Lizzy czy Wishbone Ash.

JIMMY PAGE: Gdyby nie The Beatles, muzyka rockowa wyglądałaby zupełnie inaczej. Oni pokazali nam wszystkim, że zespół rockowy może opierać się na autorskim materiale, rozwijać się z płyty na płytę i nie dawać zamknąć w żadnej szufladce. Dali nam wolność artystyczną, z której my w Led Zeppelin potem w pełni korzystaliśmy. 

6. Day Tripper (1965)


 

Każdy gitarzysta marzy o napisaniu riffu, który ludzie rozpoznają w kilka sekund. Beatlesi dokonali dokładnie tego w „Day Tripper”. Dla Jimmy'ego Page'a ten utwór jest jednym z najlepszych dowodów na to, jak pojedynczy pomysł gitarowy może zdefiniować całe nagranie. Na długo zanim zespoły rockowe zaczęły budować piosenki wokół potężnych riffów, Beatlesi pokazali już, że prosta, inspirowana bluesem fraza może stać się niezaprzeczalną tożsamością utworu. Genialność tego riffu tkwi w jego oszczędności – nie jest szybki, nie jest efekciarski, a jednak każda nuta ma swój cel, tworząc nieodparty groove, który napędza kawałek od początku do końca. Ta umiejętność przekazania tak wiele za pomocą tak niewielu środków była zawsze jedną z cech, które Page najbardziej podziwiał w świetnym pisaniu na gitarę. Co równie ważne, riff nigdy nie przysłania samej piosenki. Działa ręka w rękę z wokalem, sekcją rytmiczną i melodią, dowodząc, że w zapamiętywalnej grze na gitarze chodzi o wzbogacanie muzyki, a nie o jej dominowanie. Dla Jimmy'ego Page'a „Day Tripper” to lektura obowiązkowa, ponieważ uczy jednej z najcenniejszych lekcji, jakich może nauczyć się gitarzysta: najwspanialsze riffy niekoniecznie są tymi najbardziej skomplikowanymi – to te, które zostają z tobą na zawsze. Ponadczasowy wzorzec rockowej gitary i klasyk Beatlesów, który każdy gitarzysta powinien znać na pamięć. To przede wszystkim genialna lekcja tworzenia nieśmiertelnego, gitarowego „haka”. Motyw z tego utworu stał się fundamentem pod cały hard rock lat 70's, pokazując, jak zbudować dynamikę całego kawałka na jednym, idealnie wyważonym i powtarzanym riffie – co zresztą stało się później znakiem rozpoznawczym samego Led Zeppelin.
JOHN BONHAM: The Beatles byli genialni w studiu, podczas gdy Led Zeppelin żyli dla sceny. 
ROBERT PLANT: Wokal Johna Lennona w "Twist and Shout" czy "Money" to był dla mnie absolutny punkt zwrotny. Zrozumiałem wtedy, że śpiewanie rock and rolla wymaga całkowitego odsłonięcia się oraz bezkompromisowej agresji.
PAUL McCARTNEY: Robert Plant to po prostu jeden z najlepszych wokalistów wszech czasów. Pamiętam, jak poszedłem na ich koncert w latach 70. – to była absolutna potęga. Widziałem te wszystkie efekty, lasery na scenie i pomyślałem: 'Mój Boże, ci faceci zaraz nas tu wszystkich spalą!'. Byli niesamowicie mocni na żywo. 
GEORGE HARRISON: Byłem oszołomiony ich energią i wytrzymałością na scenie. Byłem zaskoczony, że zagrali trzyczęściowy set, podczas gdy koncerty Beatlesów były znacznie krótsze. 

5. I Feel Fine (1964)


 

Innowacja nie zawsze przychodzi wraz ze skomplikowanymi solówkami czy drogim sprzętem. Czasami zaczyna się od jednego, niespodziewanego dźwięku. To jest dokładnie powód, dla którego Jimmy Page od dawna podziwia „I Feel Fine”. Zanim piosenka w ogóle się zacznie, słuchacze słyszą to, co stało się jednym z najbardziej wpływowych momentów w historii rocka: pierwsze celowo nagrane sprzężenie gitarowe (feedback) na komercyjnej płycie popowej. W czasach, gdy większość muzyków traktowała sprzężenie jako błąd, którego należy unikać, Beatlesi przyjęli je jako część wykonania, otwierając drzwi do całkowicie nowych możliwości dla gitary elektrycznej. Dla gitarzysty tak poszukującego jak Page, ta bezkompromisowa postawa była rewolucyjna. Sama piosenka jest równie imponująca. Zbudowana wokół zwartego, bluesowego riffu, pokazuje, jak pamiętny motyw gitarowy może zakotwiczyć całą aranżację bez przytłaczania melodii. Każdy element wydaje się idealnie zbalansowany, pozwalając klimatowi songu pozostać silnym, podczas gdy wokale pozostają na pierwszym planie. To połączenie kreatywności i dyscypliny sprawiło, że to nagranie miało tak ogromny wpływ. Dla Jimmy'ego Page'a „I Feel Fine” daje gitarzystom bezcenną lekcję: nie bój się rzucać wyzwania konwencjom. Czasami dźwięk, który inni uważają za błąd, staje się właśnie tym, co zmienia muzykę na zawsze. Przełomowy riff, historyczne nagranie i jedna z piosenek Beatlesów, którą każdy gitarzysta powinien zrozumieć – nie tylko ze względu na to, jak jest zagrana, ale za to, jak odważnie na nowo zdefiniowała możliwości gitary elektrycznej. Wszyscy myśleli, że to przypadek albo błąd w studiu, ale to było absolutnie zamierzone. John położył gitarę przy wzmacniaczu i wywołał to słynne sprzężenie zwrotne na A-strunie. Przed Beatlesami nikt nie odważył się umieścić czegoś takiego na oficjalnym nagraniu. To zmieniło wszystko – nagle przester i sprzężenie przestały być wrogiem realizatora dźwięku, a stały się nowym instrumentem ekspresji dla gitarzysty.” Ten kawałek to pierwszy w historii muzyki rozrywkowej przypadek celowego użycia sprzężenia gitarowego w studiu. Zanim jeszcze pojawił się Hendrix czy właśnie Led Zeppelin, John Lennon oparł gitarę o wzmacniacz i stworzył charakterystyczne „buczenie”, które otwiera cały utwór. Dla Page’a był to absolutny dowód na to, że Beatlesi jako pierwsi mieli odwagę potraktować przester i reakcję wzmacniacza jako pełnoprawny instrument muzyczny.
 
JIMMY PAGE: W muzyce Beatlesów niesamowite było to, że nie ważne jak skomplikowane stawały się ich pomysły w studiu – zawiłe harmonie, nietypowe podziały rytmiczne, efektory – w sercu każdej piosenki zawsze leżała genialna kompozycja. Piosenka zawsze była na pierwszym miejscu. Partie gitarowe nigdy nie były tam doklejane na siłę; one idealnie służyły całości. 

4. Ticket To Ride  (1965)




Ciężka muzyka gitarowa nie pojawiła się nagle wraz z hard rockiem pod koniec lat 60. Jej fundamenty zostały położone całe lata wcześniej, a jednym z najwyrazistszych przykładów jest „Ticket to Ride”. Dla Jimmy'ego utwór ten reprezentuje kluczowy moment w ewolucji gitary rockowej. Choć został wydany w popowej erze Beatlesów, jego ciemniejszy ton, ciężki rytm i potężna, oparta na gitarze aranżacja zapowiadały znacznie cięższą przyszłość. To, co od razu rzuca się w oczy, to gitara rytmiczna – zamiast jasnego, szybkiego uderzania w struny, utwór zbudowany jest wokół celowego, „muskularnego” groove'u, który daje mu niezwykłe poczucie mocy. W połączeniu z charakterystycznym wzorem perkusyjnym Ringo Starra i stabilną linią basu Paula McCartneya, rezultat brzmi zaskakująco nowocześnie nawet według dzisiejszych standardów. To nowatorskie podejście było dokładnie tym, co trafiało do Page'a. Jako ktoś, kto później na nowo zdefiniuje hard rock z Led Zeppelin, rozumiał, jak fundamentalny dla stworzenia pamiętnego utworu jest silny fundament gitarowy. „Ticket to Ride” dowodzi, że ciężaru nie mierzy się samym przesterem – tworzy się go poprzez wyczucie, dynamikę i rytmiczną pewność. Page'a uznaje to nagranie za mistrzowską lekcją aranżacji i gitarowego rytmu. Łączy przepaść między klasycznym popem a cięższą muzyką rockową, która miała nadejść tuż po nim. Przełomowe nagranie, wzorzec dla niezliczonych zespołów gitarowych i piosenka Beatlesów, którą każdy poważny gitarzysta powinien mieć w swoim repertuarze. Co dostrzegł Jimmy w utworze: wczesny fundament pod ciężkie, hardrockowe brzmienie i potęgę gitarowego rytmu. Także jego geniusz, bo choć utwór powstał jeszcze w stricte popowej erze Beatlesów, Page widział w nim absolutnie przełomowy moment. Zamiast lekkiego, szybkiego akompaniamentu, Lennon i spółka postawili na celowy, „muskularny” i niemal chamski groove. W połączeniu z charakterystyczną perkusją Ringo i mocnym basem McCartneya powstało nagranie o niesamowitej masie. Dla Page’a była to lekcja, że ciężar w muzyce rockowej nie bierze się z samego odkręcenia przesteru, ale z dynamiki, rytmicznej pewności i wyczucia.

JIMMY PAGE: Myślę, że to klasyczny przykład zespołu, który wykazał ogromny rozwój i dojrzałość w swojej muzyce w ciągu lat, kiedy działał. Szczerze mówiąc, wczesne płyty nie są czymś, o czym warto pisać do domu, ale kiedy doszli do ‚Magical Mystery Tour’, to naprawdę działo się coś ważnego.

ROBERT PLANT: Bardzo szanowałem to, czego dokonali The Beatles, i uważam, że pomogli przesunąć rock muzykę na wyższy poziom, ale wolę ich wcześniejsze piosenki niż te większe, bardziej komercyjne, które nagrywali później.

 

 

3. While My Guitar Gently Weeps  (1968)


Prawdziwie wielki gitarzysta wie, że emocje zawsze przetrwają techniczną brawurę. To jeden z powodów, dla których Jimmy Page zawsze podziwiał „While My Guitar Gently Weeps”. Napisana przez George'a Harrisona na „Biały Album”, piosenka zbudowana jest na uczuciu, a nie na efekciarstwie. Jej niespieszna aranżacja pozwala każdemu instrumentowi oddychać, tworząc przestrzeń dla jednego z najbardziej ekspresyjnych wykonań gitarowych, jakie kiedykolwiek uwieczniono na płycie Beatlesów. Dodatek legendarnej gitary prowadzącej Erica Claptona wznosi ten utwór jeszcze wyżej. Zamiast wypełniać każdy takt nutami, Clapton wybiera każdą frazę niezwykle starannie, pozwalając podciągnięciom strun (bends), wybrzmiewaniu (sustain) i wibrato przekazywać emocje, których słowa nie są w stanie wyrazić. To mistrzowska lekcja gry z wyczuciem. Ta filozofia blisko odzwierciedla własne podejście Page'a. Niezależnie od tego, czy grał z Led Zeppelin, czy pracował w studiu, zawsze wierzył, że gitara powinna opowiadać historię, a nie po prostu pokazywać umiejętności techniczne. Dla Page'a to właśnie sprawia, że to nagranie jest tak niezbędne dla początkujących gitarzystów. Uczy powściągliwości, uczy dynamiki, a nade wszystko uczy ekspresji. Każda nuta służy piosence, każda fraza niesie ciężar emocjonalny. „While My Guitar Gently Weeps” dowodzi, że najbardziej niezapomniane partie gitarowe niekoniecznie są tymi najszybszymi – to te, które sprawiają, że słuchacz coś czuje. Ponadczasowa lekcja muzycznej ekspresji i arcydzieło Beatlesów, które każdy gitarzysta powinien studiować przez całe życie. Ten utwór ujął Page’a niezwykłym wyczuciem przestrzeni, emocjami oraz gościnnym udziałem Erica Claptona. George Harrison stworzył kompozycję o niesamowitej głębi, w której solówka Claptona idealnie stapia się z całym klimatem nagrania. Dla Jimmy’ego to absolutny wzór tego, jak gitara może dosłownie „płakać” i przekazywać najgłębsze emocje – bez zbędnego,technicznego popisywania się.
 
JIMMY PAGE: Napisałem "The Rain Song"… Pewnie zauważycie, że cytuję nawet ‚Something” w pierwszych dwóch akordach tego utworu... George [Harrison] pewnego wieczoru rozmawiał z [Johnem Bonhamem] i powiedział: ‚Problem z wami jest taki, że nigdy nie robicie ballad’. … Pewnie powiedział to lekko, żartobliwie. Chyba nie słuchał za dużo Led Zeppelin. 
JOHN BONHAM: To było kilka lat temu, ale kiedy pierwszy raz poszedłem zobaczyć Beatlesów, to było po to, żeby na nich popatrzeć; tak naprawdę nie przejmowałeś się tym, czego słuchasz, a dzisiaj nie liczy się to, kim jesteś, tylko to, co grasz. 

2. I Want You (She's So Heavy) (1969)


Niektóre gitarowe riffy nie tylko wspierają piosenkę – one stają się piosenką. To jest dokładnie to, co czyni „I Want You (She’s So Heavy)” tak kluczowym nagraniem dla każdego, kto poważnie myśli o gitarze rockowej. Dla Jimmy'ego Page'a utwór ten stanowi jeden z najodważniejszych przykładów tego, jak powtarzalność, brzmienie i dynamika mogą stworzyć przytłaczającą moc. Zamiast polegać na skomplikowanych zmianach akordów czy szybszych solówkach, Beatlesi zbudowali utwór wokół potężnego, hipnotyzującego riffu gitarowego, który staje się cięższy z każdą mijającą minutą. Genialność tkwi w umiarze. Powtórzenie buduje napięcie, podczas gdy nakładane warstwowo gitary, grzmiący bas i bezlitosna sekcja rytmiczna tworzą atmosferę, która wydaje się niemal filmowa. To podejście stało się później kamieniem węgielnym hard rocka i heavy metalu. Jako siła napędowa Led Zeppelin, Page rozumiał, że ciężar to nie tylko przester – to przestrzeń, cierpliwość i kontrola. „I Want You (She’s So Heavy)” demonstruje wszystkie trzy z niezwykłą pewnością siebie. A potem nadchodzi ten niezapomniany koniec. Bez ostrzeżenia utwór zostaje brutalnie ucięty, zostawiając słuchacza zawieszonego w ciszy. Ten bezkompromisowy wybór produkcyjny był równie rewolucyjny jak sam riff. Dla Jimmy'ego Page'a to nagranie jest mistrzowską lekcją budowania napięcia poprzez prostotę. Wzorzec dla ciężkiej muzyki gitarowej i arcydzieło Beatlesów, które każdy gitarzysta powinien przeżyć na pełnej głośności. To nagranie to dla lidera Zeppelinów to  prawdziwy prototyp ciężkiego metalu i doomu. Wystarczy posłuchać tego hipnotyzującego, potężnego riffu w końcówce utworu oraz nagłego, wręcz brutalnego wyciszenia taśmy. Beatlesi pokazali tu absolutnie surową, mroczną siłę, kładąc podwaliny pod wszystko, co później wydarzyło się w ciężkim rocku.
 
JOHN PAUL JONES: Paul McCartney całkowicie odmienił podejście do gry na basie w muzyce popularnej. Przeszedł od prostego trzymania rytmu do tworzenia melodyjnych, kontrapunktujących linii, które prowadziły cały utwór. Każdy basista po Sgt. Pepperze musiał przewartościować swoje myślenie... To, co zrobili Beatlesi z aranżacjami i łączeniem gatunków – od kwartetów smyczkowych po muzykę indyjską – otworzyło drzwi dla wszystkich po nich. Pokazali nam, że studio nagraniowe jest osobnym instrumentem. 

1. Paperback Writer (1966)


 

Nie każda rewolucyjna partia gitary pochodzi z piorunującej solówki – czasami zaczyna się od jednego niezapomnianego riffu. Dla Jimmy'ego Page'a „Paperback Writer” reprezentuje jeden z przełomowych momentów w ewolucji gitary rockowej. Wydany na progu ery albumu Revolver, utwór wprowadził twardsze, bardziej agresywne brzmienie, które wyróżniało się na tle wcześniejszych nagrań Beatlesów i wskazywało kierunek, w którym zmierza muzyka rockowa. Otwierający motyw gitarowy natychmiast przykuwa uwagę: jest gęsty, pewny siebie i pełen charakteru. Napędza piosenkę z siłą, która wydaje się niezwykle nowoczesna nawet dziesiątki lat później. W połączeniu z grzmiącym basem Paula McCartneya i ściśle zwartą sekcją rytmiczną zespołu, nagranie posiada ciężar, który zainspirował niezliczonych muzyków hardrockowych. To połączenie bardzo trafiało do Page'a. Rozumiał, że świetny riff nie jest po prostu pamiętny – on nadaje charakter całej piosence. „Paperback Writer” osiąga dokładnie to, dowodząc, że prostota wykonana z przekonaniem może być potężniejsza niż techniczny nadmiar. Dla początkujących gitarzystów lekcja jest bezcenna: twórz riffy, które ludzie zapamiętają, służ piosence zanim zaczniesz służyć własnemu ego i nigdy nie lekceważ wpływu świetnej gry rytmicznej. Dla Jimmy'ego Page'a „Paperback Writer” pozostaje jednym z najlepszych nagrań Beatlesów opartych na gitarze – wzorzec dla nowoczesnego rocka i ponadczasowa mistrzowska lekcja pisania riffów, które nigdy nie tracą swojej mocy. Brzmienie gitary w tym utworze jest niezwykle agresywne i wysunięte na pierwszy plan, a sekcja rytmiczna dostała potężny impuls. Dźwięk basu i cięta, chrupiąca gitara rytmiczna tworzą ścianę dźwięku, jakiej wcześniej nie słyszano w muzyce popularnej. To był moment, w którym popowe piosenki zaczęły nabierać prawdziwego rockowego ciężaru i mocy.” Jimmy zwrócił tutaj szczególną uwagę na wykorzystanie potężnych, ciężkich akordów gitarowych oraz nowatorskie podejście do nagrania basu. Ten utwór po prostu wyznaczył nowe standardy realizatorskie – brzmienie gitar jest niezwykle mięsiste, a sekcja rytmiczna wyciągnięta bezkompromisowo na pierwszy plan. Właśnie ta agresywność i czysta energia nagrania zwiastowały zdaniem Jimmy’ego rychłe nadejście mocnego, hardrockowego brzmienia.

JIMMY PAGE: Każdy gitarzysta, bez względu na to, jak ciężki rock gra, musiał w pewnym momencie pokłonić się przed tym, co w kwestii riffów i aranżacji zrobili Beatlesi.

JOHN BONHAM: Wszyscy ci, którzy mówią, że Ringo nie był dobrym perkusistą, po prostu nie rozumieją, na czym polega gra w zespole. Jego przejścia i wyczucie czasu były genialne. Nie chodziło o techniczne popisy, ale o to, co było najlepsze dla piosenki. 

 



Historia The Beatles
History of  THE BEATLES





Paul u Rolling Stonesów. Covered in You


 

Tytuł: Covered In You
Wykonawca: The Rolling Stones
Album: Foreign Tongues
Rok wydania: 2026 (10 lipca 2026)
Czas trwania: 4:31
Kompozycja: Mick Jagger, Keith Richards
Producent: Andrew Watt
Wytwórnia: Polydor Records / Promotone B.V. (na licencji Universal Music)
 

 Obsada:
Mick Jagger – śpiew, harmonijka ustna
Keith Richards – gitara, chórki
Ronnie Wood – gitara
Paul McCartney – gitara basowa  
Steve Jordan – perkusja

 



Gdy się tak zastanawiam, to nigdy tak dużo nie słuchałem Stonesów jak teraz. Nie byłem ich wielkim fanem, choć oczywiście doceniałem i doceniam ich pozycję w muzyce, niepodważalną, pomnikową, ikoniczną. Pisałem o tym na blogu wiele razy. Owszem, przed laty, gdy przyjechali drugi raz do Polski odświeżałem sobie ich płyty, ale to chyba tylko wtedy. Nawet w 2023 nie było tego u mnie szaleństwa przy okazji wydania ich nowego albumu "Hackney Diamodns", bo teraz choć dzisiaj opisuję aktualny ich numer, to kiedy się tylko da słucham ich "wszystko". Na koniec podam Wam moja ich aktualną playlistę,  ale póki co, znowu numer RS, który totalnie mną zakręcił i nie tylko z powodu... Bo są takie piosenki, które od pierwszego przesłuchania wpadają do głowy, a po kilku dniach... wciąż nie chcą z niej wyjść. Dla mnie właśnie takim utworem stało się „Covered In You” z najnowszego albumu The Rolling Stones. Od kilku dni słucham go praktycznie bez przerwy – dawno żaden nowy utwór nie zrobił na mnie takiego wrażenia. Ostatnio podobnie miałem przy "Jealous Lover"), a teraz pałeczkę przejęło właśnie „Covered In You”. Im częściej jej słucham, tym bardziej zwracam uwagę - z powodów, których na tym blogu nie ma potrzeby wyjaśniać -  na jeden szczegół: bas Paula McCartneya. Za pierwszym razem po prostu świetnie współgra z zespołem.
Za piątym czy dziesiątym odsłuchem zaczyna się wychwytywać niuanse, charakterystyczny sposób prowadzenia linii basu i tę niezwykłą muzykalność, która od ponad sześćdziesięciu lat jest znakiem firmowym Paula. To nie jest popisowe granie – wręcz przeciwnie. McCartney robi dokładnie to, czego wymaga utwór. Keith Richards zdradził w wywiadzie, że powiedział producentowi Andy’emu Wattowi, iż chce prostą, mocno przesterowaną partię basu 
jak w „Bite My Head Off”, bez żadnych ozdobników. Paul wszedł do studia i... nagrał wszystko w jakieś dziesięć minut. [czytaj niżej]  To zresztą nie było ich jedyne wspólne nagranie. Podczas sesji w 2023 do albumu "Hackney Diamonds" McCartney zagrał również w znakomitym „Bite My Head Off”.  

   

Keith podkreśla jednak, że w „Covered In You” Paul zagrał zupełnie inaczej – bardziej funkowo, z charakterystycznym pulsem. Znamy się z Paulem od ponad sześćdziesięciu lat. Ta cała rywalizacja Beatlesi kontra Stonesi to był głównie wymysł prasy, żeby sprzedawać gazety. Zawsze byliśmy kumplami. Gra z nim po tylu latach w jednym pokoju była niezwykle naturalna. Zrobił dokładnie to, czego potrzebował numer – bez żadnego 'gwiazdorzenia'.

Sam McCartney wspominał później, że praca ze Stonesami była dla niego ogromną przyjemnością. Mówił, że gdy siadasz z nimi w studiu, od pierwszej chwili słyszysz ten niepowtarzalny dźwięk. Nie próbują brzmieć jak

The Rolling Stones – oni po prostu nimi są. Z uśmiechem stwierdził nawet, że przez jeden dzień był... muzykiem sesyjnym The Rolling Stones. Ludzie zapominają, że u podstaw The Rolling Stones leży czysty, surowy rhythm and blues. Kiedy dołączasz do nich w studiu, nie musisz wymyślać koła na nowo. Po prostu wchodzisz w ich rytm. Mój bas miał być tłem, które napędza gitary Keitha i Ronniego, i daliśmy z siebie absolutny czad. 

I chyba właśnie dlatego ta piosenka działa tak dobrze. Słychać w niej klasyczne, surowe brzmienie Stonesów, a jednocześnie gdzieś pod spodem pracuje bas jednego z najwybitniejszych muzyków w historii rocka. Nie dominuje, nie wychodzi na pierwszy plan, ale kiedy zacznie się go świadomie słuchać, trudno przestać. Ja właśnie doszedłem do tego etapu – coraz częściej łapię się na tym, że zamiast na wokalu czy gitarach, skupiam się na linii basu Paula. I z każdym kolejnym odsłuchem odkrywam w niej c oś nowego. Jeśli jeszcze nie zwróciliście na to uwagi, polecam następnym razem posłuchać „Covered In You” właśnie pod tym kątem. Jest spora szansa, że usłyszycie tę piosenkę zupełnie inaczej. 

Ronnie Wood: Paul był zachwycony. Odhaczał rzeczy które ma jeszcze do zrobienia... Powiedział: ‘Gram z The Rolling Stones! Zawsze chciałem to odhaczyć i nigdy nie myślałem, że to się stanie.




Mick wyjawił w mediach kulisy tego, jak w ogóle doszło do ściągnięcia McCartneya. Wbrew pozorom nie był to skomplikowany zabieg menedżerski: Andy Watt po prostu zadzwonił do Paula i powiedział: »Hej, pracuję nad nową płytą Stonesów, wpadłbyś zagrać na basie?«. Paul odpowiedział: »Jasne, kiedy mam być?«. Przyjechał ze swoim ulubionym basem Höfner, jakby to była najzwyklejsza rzecz pod słońcem. Jagger dodał też z uśmiechem, że obecność Paula od razu podniosła poprzeczkę dla wszystkich w studiu: Kiedy w pomieszczeniu pojawia się Paul McCartney, wszyscy nagle zaczynają grać odrobinę lepiej.

 

PAUL:  Jeśli pracujesz ze Stonesami, to oni mają swoje charakterystyczne brzmienie, więc naturalnie chcesz właśnie taki dźwięk uzyskać. To przychodzi im całkowicie naturalnie – po prostu tak brzmią. Pracowałem nad jednym utworem z ich nowego albumu i to było fantastyczne doświadczenie. Siadasz w studiu, słyszysz to, co powstaje, i od razu wiesz: to są Stonesi. Po dniu spędzonym w studiu ludzie pytali mnie: „I jak było?”. Odpowiadałem: „Świetnie!”. Przecież byłem muzykiem sesyjnym u Stonesów! (śmiech). Naprawdę sprawiło mi to ogromną frajdę i efekt brzmi jak rasowy utwór The Rolling Stones.

_________ 


– A Paul McCartney gra na basie w „Covered In You”?
Keith Richards: Tak. Nagrał ten utwór podczas tej samej sesji, podczas której zagrał również w „Bite My Head Off ” na albumie Hackney Diamonds. Tyle że nowa piosenka ma bardziej funkową partię basu.
– Paul powiedział nam, że był „naprawdę zachwycony”, mogąc zagrać na albumie Stonesów. Jaki był w studiu?
Keith Richards: Bardzo łatwo się z nim pracowało. Znam Paula od wielu lat, więc nie był żadnym obcym. Ale wcześniej nigdy nie grał z nami na basie. To było coś nowego. Powiedziałem Andy'emu Wattowi: „Myślisz, że mu się to spodoba? To punkowy numer i chcę mocno przesterowany bas. Ma być prosto, bez żadnych udziwnień.” Paul zrobił dokładnie to, czego potrzebowaliśmy... w jakieś dziesięć minut.

_____ 

 Przeczytajcie także wcześniejszy post o nowym albumie kapeli Jaggera tutaj

 

 

Covered in you
Covered in you
Coming a bit unscrewed
Covered in you
Covered in you
Feeling a bit unglued

I need a place to calm me down
But this town is so noisy
I need to drown my troubles somewhere
You're my love
You're the coat I can't take off
I'm aware of your affairs
And your perfume I can't shake off
I can never break off
The memory that's following me like a shadow
I'm always dreaming of your skin so soft
And ya hit me in the chest with your arrow
In my marrow
You're painted on my body all silver and gold
And purple and pink and your brain stone cold
This never gets old

Covered in you
Covered in you
Coming a bit unscrewed
Covered in you
Covered in you
Feeling a bit unglued
What can I do
What can I do?
I'm coming a bit unglued

Listen
I wake up sick and tired of all these autocrats
You know they seem to be
Breeding like a swarm of dirty rats
With their
Missiles on parade and they're
Wreathed in gold brocade
Opposition plays charades
They must always be obeyed
You know I'm gonna wait till the panic passes
Wait till you see the whites of their asses
Me and you were separated like Korea
There's so many knots we can't undo, we can't untie
You're always trying to give me bad reviews

Covered in you
Covered in you
Coming a bit unscrewed
Covered in you
Covered in you
Feeling a bit unglued
Smothered in blue
Smothered in blue
Coming a bit unscrewed
Covered in you
Covered in you
Feeling a bit abused

You were born on my doorstep
That's no coincidence
It all makes perfect sense
You know it's true
'Cause I'm covered in
You upset my equilibrium
Make me take way too much lithium
So goodbye lover, wish me luck
I'm gonna vanish down the highway in my truck
'Cause I couldn't really give a monkey's

Covered in you
Covered in you
Coming a bit unscrewed
Covered in you
Covered in you
Feeling a bit abused
Smothered in blue
Smothered in blue
Feeling a bit unglued

You were born on my doorstep
That's no coincidence
It all makes perfect sense
You know it's true

Covered in you
'Cause I'm covered in you
What can I do?
Covered in you
Bent out of skew
Coming a bit unglued
Smothered in blue
Broke the taboos
Coming a bit unscrewed  

Oto obiecana na początku postu moja playlista w telefonie i w aucie kapeli Micka i Keitha. Taka mała refleksja odnośnie samej muzyki Stonesów. Jest tak prawie w większości piosenek zespołu. W utworach The Beatles melodia zwrotek nie ustępowała tzw. refrenowi czy z angielska bridge (mostowi) lub middle 8. U Stonesów często główna uroda utworu skupiona jest właśnie w mostku, przynajmniej tak jest i w "Jealous Lover" jak i "Covered In You". I nic to nie pogarsza uroku piosenek, ale to jednak nie genialni Beatlesi. Słucham więc teraz: Beast Of Burden Anybody's Seen my Baby, Honky Tonk Women, Angie, Back In Your Life, Fool To Cry, In The Stars, Jealosu Lover. Covered In You, She Was Hot, Start Me Up, Streets Of Love, Miss You, Wild Horses, Angry  plus kilka solowych Micka: Hard Woman, Another Night, Lucky in Love, Easy Sleazy (z Davem Grohlem z Foo Fighters i Nirvany). Stonesi mają wiele wspaniałych utworów, których tu nie ma, pewnie wielu nie znam, ale ta lista jest znakomita. 




Historia The Beatles
History of  THE BEATLES

 



 

2.10.2026 Rubber Soul

 

 

Magia Fab Four znowu w natarciu. Krótko dzisiaj, bo do tego tematu będę wracał na blogu nieraz. Stało się. 2 października dostaniemy nową, zmiksowaną i zremasterowną na nowo wersję albumu, który w 1965 roku zmienił wszystko. To wyjątkowa okazja, by na nowo odkryć jeden z najważniejszych albumów w historii muzyki – z odświeżonym brzmieniem, ale niezmienioną duszą. Dla wielu to „tylko” kolejny krążek The Beatles, ale dla każdego, kto patrzy na muzykę przez pryzmat gitarowych riffów, Rubber Soul to absolutny fundament. To moment, w którym Chłopcy z Liverpoolu przestali być po prostu zespołem popowym, a stali się architektami nowoczesnego brzmienia. To właśnie na tym krążku słychać pierwsze odważne eksperymenty z przesterami i folkową przestrzenią, które chwilę później stały się elementarzem dla całej brytyjskiej sceny eksplodującej w drugiej połowie lat 60. Pytanie tylko, czy nowy miks wyciągnie z tych taśm brud i surową energię, czy zbytnio je wygładzi? Przekonamy się już 2 października – a tymczasem odkurzajcie stare wydania, bo porównania będą fascynujące.

 

 

 Giles Martin po raz kolejny wszedł do Abbey Road z technologią re-mixingową od Petera Jacksona. Co to oznacza dla nas? Koniec z drastycznym, starym stereo, gdzie perkusja uciekała w lewy kanał, a wokal w prawy. Czas usłyszeć, jak naprawdę pracowały ze sobą gitary Lennona i Harrisona – ten  charakterystyczny, zadziorny riff w Drive My Car, perlisty dźwięk Fendera Stratocastera w Nowhere Man czy przepięknie ocieplone akustyki w Norwegian Wood. Oczywiście do wszystkich wersji przyszłego wydawnictwa (więcej tutaj), dodano nieznane wcześniej nagrania z pracy w studiu. Kuchnia powstawania genialnych dzieł. Usłyszymy np wersje demo "Michelle" - pierwsze podejście do tej przepięknej piosenki. 

 



Zapewne uważni czytelnicy mego bloga zauważyli, że ostatnio skorzystałem z pomocy AI do stworzenia dla mnie rysunków ilustracyjnych, tytułowych postu. Raz są lepsze, raz gorsze. Poniżej jeszcze jeden. W klimacie lat 60-tych, czy Beatlesi są podobni do siebie ? Reżyserka gdzie siedział  G. Martin była wysoko na miejsce, gdzie wykonywali swoje piosenki Beatlesi, tutaj to pewna fantazja i nie czepiajcie się. "Rubber Soul" na nowo wersja 2026  to kolejne ważne "beatlesowskie" wydarzenie roku. Wczoraj przesłuchałem go przed snem. Przepiękna płyta. Nie musi dziwić, że George Harrison za najlepsze w dyskografii zespołu uważał ten album i następny, "Revolver".  Przypominam też krótki filmik na temat tego album (seria: The Making of...) dołączany do albumu CD w 2009, kiedy ukazała się po raz pierwszy w wersji mono i stereo na nowo odrestaurowana dyskografia zespołu. Wtedy nikt nie podejrzewał, że to dopiero początek. 




To jedno z moich ulubionych zdjęć Beatlesów. 

 



Historia The Beatles
History of  THE BEATLES

 



 

PAUL. Beatlesi w chmurze dymu. Narodziny muzycznej rewolucji


 

 

    Dzisiaj w roli głównej niedawny jubilat, 84. Cofniemy się jednak o kilkadziesiąt lat. Książka Philipa Normana w tym rozdziale zabiera nas w sam środek kulturowej rewolucji połowy lat sześćdziesiątych, pokazując, jak nowa i fascynująca subkultura przenikała do hermetycznego dotąd świata The Beatles. Zanim zespół wszedł w erę głębokiej psychodelii i zaczął eksperymentować z mocnymi substancjami, ich codzienność zdominowało zupełnie nowe, łagodne hobby, które zrewolucjonizowało nie tylko ich proces twórczy, ale też codzienne nawyki. Autor z humorem i detalami opisuje okres, w którym muzycy – z Paulem McCartneyem na czele – odkrywali rozluźniające działanie marihuany, traktując ją jako uniwersalny symbol pokoju i doskonałe paliwo dla wyobraźni. Poniżej znajduje się opowieść o tym, jak ten „wesoły haj” towarzyszył im w studiach nagraniowych, na planach filmowych, a nawet podczas oficjalnych wizyt u samej Królowej, stając się pilnie strzeżoną, choć momentami niezwykle komiczną tajemnicą wielkiej czwórki z Liverpoolu. 

 



... Paul uważał jej działanie za całkowicie pozytywne i nie zmienił zdania nawet wtedy, gdy opinia medyczna obróciła się przeciwko niej. Dla niego dym o zapachu szałwii miał działanie „podnoszące na duchu”, choć na większość ludzi działał nasennie. Postrzegał marihuanę jako nowoczesny odpowiednik indiańskiej fajki pokoju, która wprowadzała wszystkich w ten sam stan euforii i przyjaznego zamglenia. Barry Miles wspomina, że większość ludzi uważa utwór „Got to Get You into My Life” za piosenkę miłosną, podczas gdy w rzeczywistości Paul napisał ją o marihuanie, ponieważ tak bardzo ją polubił.



The Beatles kręcili film Help! głównie pod jej wpływem – reżyser Richard Lester zapamiętał ten czas jako okres „wesołego haju”. Podczas każdej trasy koncertowej przewozili ją w bagażu przy zachowaniu minimalnych środków ostrożności: techniczni Neil i Mal kupowali kartony papierosów po 200 sztuk, po czym usuwali tytoń z każdej papierowej rurki i upychali w to miejsce aromatyczne, pozwijane włókna. Szczytem bezczelności – który i tak nie przyniósł żadnych konsekwencji – było ich zachowanie podczas wręczania orderów MBE przez królową w Pałacu Buckingham. John twierdził, że przed spotkaniem z monarchinią wymknęli się do pałacowej toalety, by spalić jointa na uspokojenie nerwów, choć Paul twierdzi dziś, że wzorem niegrzecznych uczniów po prostu wypalili we dwóch zwykłego papierosa za rowerownią.

Kiedy nagrywali w Abbey Road, John wyruszał ze swojego nowego domu w Weybridge w hrabstwie Surrey, zgarniał mieszkającego na tym samym osiedlu Ringo i obaj palili marihuanę przez całą ponad dwudziesto-milową drogę do Londynu. Zazwyczaj, zanim dotarli na miejsce, połączenie dymu i przegrzanego samochodu wywoływało u nich chorobę lokomocyjną, przez którą stawali się niemal tak zieloni jak ich zioło.
W studiu nie odważyli się palić przy surowym jak dyrektor szkoły George'u Martinie – wymykali się wspólnie do męskiej toalety lub kulili się za ekranami akustycznymi perkusji Ringo, poza zasięgiem wzroku z reżyserki. Ich producent nie był również świadomy pierwszego nawiązania do narkotyków, jakie John i Paul przemycili w utworze – wersu „turn me on when I get lonely” (podkręć mnie, gdy poczuję się samotny) w piosence Paula „She’s a Woman”. Paul dbał także o to, by trzymać swoje nowe hobby w tajemnicy przed ojcem, choć jego młodsza przyrodnia siostra Ruth zauważyła, że kiedy przyjeżdżał do Heswall, spędzał ze swoimi znajomymi muzykami niewytłumaczalnie dużo czasu w szklarni Jima McCartneya pośród winorośli i pomidorów, skąd co rusz biegały salwy śmiechu.

    Barry Miles, John Dunbar, Marianne Faithfull, Peter Asher , Paul McCartney, otwarcie Galerii Indica 28 stycznia 1965

    Odkrył, że w towarzystwie z Wimpole Street marihuana nie była niczym nowym. Przyjaciel Petera Ashera, John Dunbar, palił ją (i eksperymentował z wieloma innymi rzeczami) podczas podróży autostopem po Ameryce. Z kolei znajomy Dunbara, księgarz Barry Miles, posiadał encyklopedyczną wiedzę o artystach, którzy się nią wspomagali – od bitników z lat pięćdziesiątych po literackich gigantów z Paryża lat dwudziestych. To od Milesa Paul dowiedział się o Alice B. Toklas, partnerce Gertrude Stein, której słynna książka kucharska zawierała przepis na czekoladowe babeczki z haszyszem. Miles wspomina, że gdy opowiedział Paulowi, iż jego żona Sue zamierza wypróbować ten przepis, McCartney natychmiast zjawił się u nich w domu i siedząc na kuchennym blacie, rozmawiał z Sue o szczegółach.
    Jedynym obszarem, do którego marihuana jeszcze nie przeniknęła, było pisanie piosenek przez Lennona i McCartneya. Obaj zgadzali się, że otumania im to umysły, więc pracowali po staremu: dawali sobie maksymalnie trzy godziny na utwór, a potem każdy przepisywał gotowy tekst na czysto. Dopiero gdy piosenka okazywała się dobra, nagradzali się wspólnym jointem. Po ukończeniu „The Word”, pod wpływem wypalonego skręta, nie tylko przepisali tekst, ale zmienili go w bogato zdobiony, iluminowany manuskrypt, używając kolorowych kredek syna Johna, Juliana.
   Ich twórczość z 1965 roku nie zdradzała żadnych oznak otumanienia. Świadczy o tym idealny balans między optymizmem McCartneya a pesymizmem Lennona w „We Can Work It Out” oraz przedwczesna nostalgia w „In My Life” – utworze kojarzonym głównie z Johnem, do którego jednak większość melodii napisał Paul. Choć ich otoczenie zmieniło się na posiadłość w Surrey czy luksusowy dom w West Endzie, atmosfera pracy pozostała taka sama jak na Forthlin Road w 1957 roku: filiżanki herbaty, zwykłe papierosy, długie rozmowy o muzyce i sztuce oraz okazjonalne, chłopięce, sprośne żarty przemycane do przyszłych hitów, jak podteksty w „Day Tripper” czy chórki w tle utworu „Girl” z płyty Rubber Soul.
     Mogli się nie zgadzać, a nawet gwałtownie kłócić, ale nigdy nie żywili do siebie urazy. Jednym z najmilszych wspomnień Paula związanych z Johnem była sytuacja podczas jakiejś sprzeczki, gdy po wymianie złośliwości Lennon na chwilę opuścił okulary, powiedział ciepło: „To tylko ja...”, po czym założył je z powrotem. W takich momentach Paul widział go bez maski, którą John tak bardzo bał się pokazać światu.


   Ta sama przyjacielska atmosfera, podsycana wspólnym paleniem skrętów, udzielała się całemu zespołowi, bez względu na ciążącą na nich presję. Barry Miles wspomina, że byli najlepszym przykładem „wspólnego umysłu grupy”. Grali ze sobą tak długo, że wystarczyło, by jeden zaczął, a reszta od razu wiedziała, co robić. Nawet przed ich największym koncertem dla 55-tysięcznego tłumu na Shea Stadium, ustalili kolejność utworów dopiero w garderobie tuż przed wyjściem na scenę.  
W tym samym roku wspólna świadomość zespołu wkroczyła w inny wymiar, gdy John, George i ich partnerki wybrali się na kolację do swojego dentysty w Londynie. Zostali tam poczęstowani kawą z kostkami cukru, które – o czym nie wiedzieli – zostały nasączone LSD. Cynthia Lennon wspominała później ten wieczór jako nagłe znalezienie się w środku horroru. LSD, znane popularnie jako kwas, dotarło do Wielkiej Brytanii z Ameryki jako zwiastun nowej ery. Ta bezwonna i bezbarwna substancja nie przytępiała zmysłów jak marihuana, ale wyostrzała je do niespotykanego stopnia, potęgując światło i dźwięki oraz wywołując wizje zwane psychodelicznymi. Jako nowy środek nie był jeszcze nielegalny, a jego właściwości wychwalał profesor z Harvardu, Timothy Leary. Latem 1965 roku jego współpracownik, Michael Hollingshead, otworzył w Chelsea Światowe Centrum Psychodeliczne, gdzie rozdawał LSD każdemu chętnemu na kawałkach chleba.

Kwas wywołał natychmiastowy podział w The Beatles. Po pierwszym trudnym doświadczeniu, John i George zafascynowali się nim i stali się gorliwymi zwolennikami substancji, która zbliżyła ich do siebie bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Chcieli, aby Paul i Ringo dołączyli do tego doświadczenia. Ringo był gotów spróbować, ale Paul stanowczo odmówił. O ile chętnie palił marihuanę, o tyle wzbraniał się przed „twardymi rzeczami”. Nie ulegał też presji otoczenia – reżyser Richard Lester wspominał, jak dwie niezwykle piękne kobiety bezskutecznie próbowały namówić Paula do spróbowania heroiny. 
Dodatkowym straszakiem był dla Paula widok mieszkania Johna Dunbara i Marianne Faithfull, gdzie opieka nad dzieckiem mieszała się z wizytami odurzonych narkotykami znajomych. Podczas jednej z wizyt Paula, inny gość musiał zostać zabrany do szpitala po przedawkowaniu kokainy przy użyciu gumowej stazy. Czerwone gumowe rurki przypomniały Paulowi nieprzyjemne zabiegi medyczne, które jego matka wykonywała jako położna, co tylko utwierdziło go w przekonaniu, by trzymać się wyłącznie nieszkodliwej marihuany. Nawet namowy Dunbara w Centrum Psychodelicznym nie zmieniły jego zdania.
     Amerykańska trasa The Beatles z 1965 roku przyniosła przeżycia, którym trudno było dorównać – obok koncertu na Shea Stadium było to spotkanie z Elvisem Presleyem w Los Angeles. Dla Paula było to ogromne przeżycie, tym bardziej że jedyną piosenką The Beatles, jaką Elvis zdawał się znać, było „I Saw Her Standing There”, którą nucił, grając na basie. Pojawiła się jednak także nuta smutku, gdy John i Paul zdali sobie sprawę, że zgodnie z dawną przepowiednią Briana Epsteina stali się „więksi niż Elvis”. Paul tłumaczył później, że nigdy nie chcieli go pokonać, a jedynie z nim współistnieć. 
     W Los Angeles Ringo po raz pierwszy wziął kwas w towarzystwie muzyków z The Byrds, jednak Paul nadal się opierał. George wspominał później, że reszta zespołu była dla niego z tego powodu nieco złośliwa, dając mu odczuć, że zostaje w tyle. Paul jednak nie uległ, tłumacząc to zasadami, w jakich został wychowany i zakorzenionym w nim ostrzeżeniem przed demonem narkotyków. Paula od zawsze irytowało to, że potomność zapamiętała go jako twórcę melodyjnej, przytulnej i bezpiecznej strony spółki Lennon-McCartney, podczas gdy Johnowi przypadła rola buntownika, eksperymentatora i ikonoklasty. Podział ról dokonał się jeszcze w Liverpoolu i Hamburgu, gdzie Paul zawsze trzymał się z tyłu, czując się jak prowincjonalny outsider, podczas gdy John zadawał się z artystyczną śmietanką. Po przeprowadzce na południe John miał na starcie sporą przewagę, będąc postrzeganym jako ten „inteligentny”, „bystry” czy „głęboki” Beatle, w przeciwieństwie do zaledwie „uroczego” Paula.
 


W 1964 roku Lennon został pierwszym muzykiem popowym, który wydał książkę, i jedynym, którego premierę uświetnił literacki lunch w księgarni Foyle’s z udziałem elity londyńskiej inteligencji. Książka „John Lennon in His Own Write” była zbiorem jego rysunków i nonsensownych tekstów z pełnym szacunku wstępem Paula, który wspominał w nim ich pierwsze spotkanie na festynie w kościele w Woolton (i ku niedowierzaniu milionów fanek opisał samego siebie z tamtego dnia jako „grubego szkolnego bota”). Książka stała się bestsellerem i triumfem krytycznym, a autora okrzyknięto współczesnym wcieleniem Edwarda Leara i Jamesa Joyce'a.
  Jednak do połowy lat sześćdziesiątych sytuacja diametralnie się odwróciła. Gdy „Swinging London” osiągał swój szczyt, McCartney znajdował się w samym centrum kulturowej awangardy, podczas gdy Lennon rzadko opuszczał podmiejskie Surrey. Dawny asystent zespołu, Tony Bramwell, wspomina, że John był w gruncie rzeczy leniwy i w zupełności wystarczało mu siedzenie w Weybridge i niebicie bąków.
    
   
Peter i Jane Asher z Barry'm Milesem 

O ile edukację kulturalną Paul zawdzięczał rodzinie Asherów, o tyle w świat kontrkultury wprowadził go niemal całkowicie Barry Miles. Ten cichy, ale błyskotliwy 22-latek łączył wszechwiedzę o sztuce nowoczesnej i literaturze z miłością do muzyki – od rock'n'rolla po najbardziej dziki jazz eksperymentalny i muzykę konkretną. Miles wychował się w Cheltenham, studiował sztukę, a potem podjął pracę w Better Books, londyńskim centrum rewolucyjnej literatury. Księgarnia ta była domem dla amerykańskich bitników odwiedzających Londyn, dzięki czemu Miles był w przyjacielskich relacjach z takimi twórcami jak Allen Ginsberg czy Lawrence Ferlinghetti.   
   Jego wiedza o muzyce awangardowej była imponująca. To od niego Paul po raz pierwszy dowiedział się o free jazzie Ornette’a Colemana, Albercie Aylerze czy kompozytorze Sun Ra, który uważał się za wysłannika rasy aniołów z Saturna. W mieszkaniu Milesa przy Hanson Street Paul, paląc haszysz lub jedząc słynne ciastka według przepisu Alice B. Toklas, słuchał dzieła Johna Cage’a „Indeterminacy” oraz pierwszego na świecie śpiewającego komputera IBM 704 wykonującego wiktoriańską pieśń „Daisy Bell”.
    Poza studiem Abbey Road Paul i John od zawsze używali magnetofonów szpulowych do dopracowywania piosenek i relaksu, odgrywając komiczne skecze z efektami dźwiękowymi. Po pojawieniu się kieszonkowych magnetofonów kasetowych w 1964 roku te dźwiękowe zabawy stały się jeszcze prostsze. Pewnego dnia, podczas przejażdżki Aston Martinem DB5, Paul przełączył guzik na desce rozdzielczej i Miles usłyszał coś, co brzmiało jak szalona amerykańska stacja radiowa z dżinglami i reklamami, tak różna od sztywnego BBC. W rzeczywistości była to taśma przygotowana przez Paula z darmowych płyt, które dostawał co tydzień. W rolę didżeja wcielił się sam McCartney, imitując m.in. Al Jolsona, Little Richarda czy idealnie podrabiając ich bliskiego przyjaciela, Micka Jaggera.
 
  Miles zapoznał go z europejską muzyką eksperymentalną, przy której ich własne studyjne eksperymenty w Abbey Road wydawały się wyjątkowo grzeczne. Paul poznał twórczość Karlheinza Stockhausena, Pierre'a Schaeffera czy Luciano Berio. Dowiedział się, jak maszyny stają się wykonawcami, a taśma magnetyczna orkiestrą poprzez jej cięcie, puszczanie od tyłu czy zapętlanie na wielowarstwowych „pętlach”.Miles opowiadał mu także o amerykańskich zespołach, które nie chciały być kopiami The Beatles, nie dbały o hity czy pieniądze, lecz przesuwały granice popu w stronę sztuki i radykalnej polityki. Byli wśród nich ekscentrycy, jakich w Liverpoolu nikt nie potrafiłby sobie wyobrazić: od Franka Zappy i jego Mothers of Invention po poetów z formacji The Fugs.
    Za każdym razem, gdy Paul widział się z Johnem, zasypywał go nowinkami z tego fascynującego świata – opowiadał, że mistrz pętli magnetofonowych Luciano Berio przyjeżdża do Wielkiej Brytanii, albo że sam napisał list do Stockhausena i otrzymał osobistą odpowiedź. „Boże, stary, tak strasznie ci zazdroszczę” – odpowiadał ponuro John, ale na tym poprzestawał.
   W ten sposób najbardziej nieoczywiste postacie awangardy stawały się bohaterami drugoplanowymi w historii The Beatles. Kolejnym przyjacielem Milesa był William S. Burroughs (foto), nestor amerykańskich bitników. Często spędzał on czas z Milesem i Johnem Dunbarem w mieszkaniu przy Montagu Square, które należało do Ringo, ale Paul przejął je, by stworzyć tam eksperymentalne studio nagraniowe. Partner Burroughsa, Ian Sommerville, pomagał tam czasem jako realizator dźwięku.
   Miles wspomina, że pewnego wieczoru, gdy siedzieli tam, paląc marihuanę i tworząc muzykę free-form (znaną również jako tłuczenie w garnki i patelnie), Paul przyniósł próbny tłoczony krążek z albumem "Rubber Soul". Bill Burroughs był jedną z pierwszych osób, które go usłyszały. McCartney, wyraźnie onieśmielony obecnością wielkiego pisarza, powiedział, że płyta ma „14 wad”, których nie był w stanie naprawić, choć miliardy słuchaczy od tamtego czasu miałyby problem ze wskazaniem choćby jednej.
   Płyta Rubber Soul przyniosła dalszy rozwój piosenek, które można było łatwo przypisać konkretnie Johnowi lub Paulowi, mimo wspólnego podpisu. Od Johna pochodziły „Girl”, „Norwegian Wood” i „Nowhere Man” – słabo zamaskowane autoportrety pełne niepokoju i niechęci do samego siebie. Z kolei najważniejszy utwór Paula na płycie wydawał się wręcz przechwałką na temat jego wyrafinowanego życia w metropolii i nowych, eleganckich przyjaciół.
   W rzeczywistości piosenka ta sporo zawdzięczała dawnemu przyjacielowi, Ivanowi Vaughanowi, który chodził z Paulem do szkoły w Liverpoolu i przedstawił go Johnowi na festynie parafialnym. „Ivy” studiował filologię klasyczną w Londynie, gdzie poznał swoją żonę Jan, studentkę lingwistyki. Para mieszkała w Islington i często spędzała czas z Paulem i Jane Asher.



  Jan Vaughan biegle mówiła po francusku i pewnego dnia, gdy wraz z mężem gościła w domu Jane, Paul poprosił ją o pomoc przy utworze, który właśnie pisał. Chciał francuskiego imienia dziewczyny i czegoś, co by się z nim rymowało. Jan zaproponowała „Michelle” i „ma belle”. Następnie Paul potrzebował francuskiego tłumaczenia frazy „to są słowa, które świetnie do siebie pasują”, na co Jan odpowiedziała: „sont des mots qui vont très bien ensemble”.
 
 


Historia The Beatles
History of  THE BEATLES