The Beatles i Bob Dylan (3)

 


Jak dobrze wiecie, moja miłość do The Beatles to piękna, nieuleczalna i całkowicie „szalona na plus” pasja. Zawsze, gdy trafiam na fascynujący detal z historii Wielkiej Czwórki z Liverpoolu, po prostu muszę się nim z Wami podzielić tutaj, na blogu. Pisałem już wielokrotnie o tym, jak gigantyczny wpływ Bob Dylan wywarł na Beatlesów – jak otwierał im oczy na teksty, które mogą być czymś więcej niż tylko prostymi piosenkami o miłości, oraz jak chłopaki z Liverpoolu rewanżowali się swoją muzyczną innowacyjnością (Dylan (1), The Beatles i Dylan '1964, Beatlesi i Dylan (2), Beatlesi i Dylan - raz jeszcze, Lennon i Dylan, Dylan - Roll On John , Dylan - Like A Rolling Stone , Koncert dla Bangla Desh).
Ta relacja nigdy nie była jednokierunkowa. To było zderzenie dwóch gigantycznych sił, dwóch ikon, które zdefiniowały całą epokę i nawzajem przeglądały się w sobie jak w lustrze. Dziś mam dla Was zestawienie kilku wyjątkowych, niezwykle ciekawych tematów na linii The Beatles – Bob Dylan. Zaczniemy od niezwykle ciepłych, szczerych i głębokich słów samych Dylana o George’u Harrisonie oraz Paulu McCartneyu, a kończymy niezwykłą historią pewnego muzycznego pojedynku z Johnem Lennonem – historią piosenki, którą Dylan półżartem (a pół serio!) uznał za... „ukradzioną”. 


Bob o George' Harrisonie: Wiesz, George utknął... Był tym Beatle'sem, który musiał walczyć, żeby przeforsować swoje piosenki na płyty, z powodu Lennona i McCartneya. Ale cóż, kto by nie utknął w takiej sytuacji? Gdyby George miał wtedy własny zespół i pisał własne utwory, byłby pewnie tak samo wielki jak każdy inny. George miał niezwykłą zdolność do grania akordów, które z pozoru nie wydawały się w żaden sposób ze sobą powiązane, i tworzenia z nich melodii oraz piosenek. Nie znam nikogo innego, kto potrafiłby to robić.
Co mogę ci powiedzieć... Patrzymy na niego wstecz jako na niezwykle gustownego gitarzystę. Pomysłowego, całkowicie innego niż wszyscy. Każda pojedyncza rzecz, którą zagrał, była czymś nowym. Wywodził się ze starej szkoły grania, gdzie liczyła się każda nuta. Znaliśmy się naprawdę od dawna, od bardzo wczesnych lat. Znałem Beatlesów od samego początku.
GEORGE: Gdyby Dylan nie powiedział niektórych rzeczy, które powiedział, nikt inny by ich nie powiedział. Czy wyobrażacie sobie, jaki byłby świat, gdybyśmy nie mieli Boba Dylana? To by było okropne.

A oto co Bob Dylan powiedział o genialnej wszechstronności i bezwysiłkowym talencie McCartneya: Lennon... do dziś trudno znaleźć wokalistę lepszego niż był Lennon, albo niż był i wciąż jest McCartney. Jestem pod ogromnym wrażeniem McCartneya.  On jest chyba jedynym, który budzi we mnie taki zachwyt. Potrafi zrobić wszystko. I nigdy nie zwalnia tempa. Ma dar do melodii, ma wyczucie rytmu, potrafi zagrać na każdym instrumencie. Potrafi krzyczeć i wrzeszczeć tak dobrze jak nikt inny, i potrafi zaśpiewać balladę równie dobrze jak każdy. Jego melodie przychodzą bez żadnego wysiłku — i to jest coś, co budzi największy podziw... Jest po prostu absolutnie bezwysiłkowy. Czasami wręcz życzę mu, żeby w końcu przeszedł na emeryturę (śmiech). Cokolwiek i cokolwiek wypowie ze swoich ust, od razu układa się w melodię...
 Ringo? Uwielbiam go. Nieźle śpiewa i jest świetnym muzykiem. Gdybym miał go jako perkusistę, też byłbym Beatlesami. Może. Nie wiedziałem jednak, że jest także kucharzem. Ringo powiedział mi, że wierzy, że bycie dobrym muzykiem - i autorem tekstów - sprawia, że jesteś dobry w innych rzeczach - w jego przypadku gotowaniu - ponieważ jesteś w zgodzie ze swoimi zmysłami
 


JOHN:  Większość piosenek country właściwie pochodzi z Anglii – wszystkie te piosenki o pociągach. Jasne, że tak, Szkocja i Irlandia. Podstawowa piosenka folkowa pochodzi z Europy. Więc to była po prostu wymiana kulturowa. Chodzi mi o to, że [ludzie] pojechali do Ameryki i amerykanizowali piosenki i śpiewali o pracy na kolejach. Ale wszystkie podstawowe piosenki… jak wiele podstawowych piosenek Dylana to szkockie, irlandzkie albo angielskie piosenki ludowe. Więc czuliśmy się z tym lepiej. 
     Zagłębiliśmy się w tę stronę... Myślę, że to Dylan pomógł mi to [wszystko] zrozumieć – nie przez żadne dyskusje czy coś takiego, ale przez słuchanie jego twórczości...  
     On tak naprawdę nigdy nie był aż tak polityczny. Napisał «Blowin’ in the Wind» i «Soldier Song», ale to tylko poetycka polityka, folk muzyka tamtych dni. On komentuje to, co się dzieje, jak dziennikarz. Nigdy nie stał w kącie i niczego nie wykrzykiwał.

 Piosenka, którą John Lennon „ukradł” Dylanowi? Sprawa Norwegian Wood (This Bird Has Flown) i "Fourth Time Around".

To jedna z najbardziej fascynujących anegdot w historii rocka – historia o tym, jak próba naśladowania mistrza przerodziła się w muzyczną ripostę i twórczą ewolucję. Spotkanie, które zmieniło wszystko. Do połowy lat 60. The Beatles byli u szczytu sławy, ale John Lennon szukał w muzyce czegoś głębszego i bardziej prawdziwego. W 1964 roku w Nowym Jorku po raz pierwszy spotkał Boba Dylana — poetę folkowego, którego nazywał jedynym człowiekiem w branży, jakiego naprawdę szanował. Spotkanie to otworzyło Lennonowi oczy. Zespół zaczął odchodzić od chłopięcego popu na rzecz introspekcji, surowych wyznań i akustycznych brzmień (czego dowodem były utwory takie jak You've Got To Hide Your Love Away). Sam Lennon bez ogródek przyznawał: „Starałem się być Bobem”.


W 1965 roku na albumie "Rubber Soul" ukazuje się arcydzieło Lennona - "Norwegian Wood (This Bird Has Flown)". Piosenka pełna tajemnicy, gorzkiego humoru i podwójnych znaczeń była kamieniem milowym w twórczości Beatlesów. Jednak kiedy usłyszał ją Bob Dylan, mocno się zasępił. Dla niego ten utwór brzmiał niepokojąco znajomo. Dylan twierdził wręcz, że song jest identyczny z jego własną twórczością i że to jego pomysł był pierwszy. Sprawa jest o tyle zawiła, że oba utwory powstawały w podobnym czasie, pod koniec 1965 roku. "Norwegian Wood" wyszło pierwsze (w grudniu 1965 r.), a piosenka Dylana – "Fourth Time Around" – ukazała się kilka miesięcy później, na kultowym albumie "Blonde on Blonde" (1966 r.). Logika podpowiadałaby więc, że to Dylan skopiował Lennona. Bob nalegał jednak, że to Lennon pożyczył jego melodię, charakterystyczną strukturę i frazowanie, i że podobieństwo było zbyt duże, by mówić o przypadku.

 

  Kiedy John  Lennon usłyszał  "Fourth Time Around" Dylana, przeżył niemałe zaskoczenie. Wspominał potem: Pamiętam, jak słuchałem tej piosenki i myślałem: Co jest, do cholery? On udaje mnie, który udaje jego!.
Gdy posłucha się obu piosenek obok siebie, podobieństwo rzeczywiście poraża. Linie melodyczne niemal idealnie się odzwierciedlają, tempo, tonacja, zachowanie narratora i frazowanie są łudząco bliźniacze. Ale podczas gdy historia Lennona była dyskretną opowieścią o spędzeniu nocy u kobiety, Dylan stworzył szydercze lustro. "Fourth Time Around" było muzyczną ripostą Dylana, który zdawał się mówić: „Myślisz, że potrafisz grać Dylana? Patrz, jak ja zagram ciebie”. Co więcej, Dylan w wywiadach półżartem rzucił, że "Norwegian Wood" brzmi po prostu jak „Dylan z sitarem”.
John Lennon był tą sytuacją jednocześnie rozbawiony i mocno zaniepokojony. Widział w piosence Dylana muzyczną prowokację i prztyczek w nos z przekazem: „Nie przeskoczysz Dylana na jego własnym terenie”. To zderzenie nie wywołało jednak w Johnie złości, lecz głęboką refleksję. Lennon zrozumiał, że dotarł do ślepego zaułka naśladownictwa. Zdał sobie sprawę, że jeśli chce pójść dalej jako artysta, musi przestać być „kopią Dylana” i na nowo odnaleźć własny, unikalny głos. Ta zmiana myślenia dała nam później takie genialne i dojrzałe dzieła jak "In My Life", "Strawberry Fields Forever" czy całą dojrzałość płyty "Revolver". 
Relacja Lennona i Dylana zawsze balansowała na granicy fascynacji, szacunku i rywalizacji. Dylan zauważył kiedyś, że John miał silną potrzebę udowadniania, że jest głęboki, choć wcale nie musiał niczego udowadniać. Lennon z kolei zazdrościł Dylanowi całkowitej bezczelności i tego, że pisał teksty nie dbając o to, co pomyślą inni. Po latach Lennon wspominał tę całą historię z uśmiechem:
On mnie nie oskarżał, on mnie testował. I miał rację. Musiałem przestać być nim, a zacząć być sobą.
Dziś spór o to, kto od kogo co pożyczył, nie ma żadnego znaczenia. Zarówno "Norwegian Wood", jak i "Fourth Time Around" to dwa wspaniałe, bliźniacze utwory - jedno folkowe, drugie psychodeliczne. Jak podsumował to sam Bob Dylan: „Wszyscy czerpaliśmy z tego samego wiatru”. Najważniejsze jest to, że z tej twórczej napięciowej iskry narodziła się wielka muzyczna ewolucja!



Historia The Beatles
History of  THE BEATLES






GEOFF EMERICK - Sesje do "Sgt. Pepper's"


 

Przymierzając się powoli do zakończenia pracy nad blogiem (nie będzie to łatwe - chcę symbolicznie zakończyć na opisie GRUDNIA 1980, a jesteśmy już przy WRZEŚNIU '80  ), co jakiś czas wrzucam Wam tutaj fragmenty wspomnień ludzi, którzy byli blisko wielkiej czwórki. Przewinęły się już przez bloga opowieści Cynthii Lennon, Pattie Harrison czy samego George’a – który jako jedyny z zespołu sam napisał swoją autobiografię. Dzisiaj wracamy do Geoffa Emericka (czytaj tutaj). Jego książkę „Here, There and Everywhere” przywoływałem już tutaj wielokrotnie, bo nikt tak jak on nie opisał technicznej strony ich geniuszu. Tym razem krótka historia o tym, jak powstawał „Sierżant Pieprz”, o bokserskich pozach Paula i o tym, dlaczego John chciał mieć gniazdko w gardle. Warto przeczytać, żeby poczuć klimat tamtych sesji. W tekście pojawia się Richard Lush, wtedy reżyser dźwięku, z czasem bardzo uznany producent i przy okazji kilka jego wspomnień znalezionych w innym źródle niż u Emericka.

     Gdy utwór „A Day In The Life” wciąż był tylko częściowo ukończony, Beatlesi zrobili dziesięciodniową przerwę, aby zająć się innymi obowiązkami, w tym kręceniem filmu promocyjnego do singla „Strawberry Fields Forever” / „Penny Lane”. W tym czasie nastąpiła istotna zmiana w personelu naszej reżyserki: Phil McDonald został awansowany do działu nacinania matryc (lakierów), a na jego miejsce przyszedł młody, o świeżej twarzy Richard Lush. Richard pracował w EMI od półtora roku i często współpracowaliśmy; towarzyszył mi nawet podczas kilku sesji do albumu Revolver, gdy Phil był niedostępny. 

John i George, z tyłu R.Lush
Richard asystował mi również przy mojej pierwszej złotej płycie – „Pretty Flamingo” zespołu Manfred Mann – więc znaliśmy się dość dobrze. Ewidentnie szychty na górze miały duże zaufanie do jego umiejętności, dlatego otrzymał zadanie pracy z największą gwiazdą EMI. Zawsze miałem dobre relacje z Richardem i duży szacunek dla jego zdolności, a po początkowej lekkiej nieufności Beatlesi również go polubili.

Richard Lush: George nie był najlepszym gitarzystą na świecie. Zdecydowanie stał się lepszy po The Beatles. Napisał wszystkie te piosenki, ale na każdym albumie pozwolono mu tylko na symbolicznie po jednym. W związku z tym jego pierwszy solowy album miał wszystkie te wspaniałe piosenki, które napisał z czasem. To było dla niego szczęście, ponieważ miał bardzo udaną karierę solową. 

Geoff i Paul
Pierwsze spotkanie Richarda z Paulem było szczególnie pamiętne, choć wydarzyło się, gdy obaj z George’em Martinem byliśmy poza pokojem. Richard siedział przy magnetofonie, grzebiąc przy jednym z przełączników, gdy wszedł Paul. „Cześć, kim jesteś?” – zapytał. „Nie pamiętam, bym cię tu wcześniej widział”. Paul zadał to pytanie w przyjacielski sposób, ale Richard wyczuł w nim też nutkę podejrzliwości – Phil ostrzegł go już wcześniej, że Beatlesi nie lubią widzieć nieznajomych twarzy na swoich sesjach. Nie mając nikogo obok, kto mógłby za niego poręczyć, zdenerwowany Richard wydukał odpowiedź: „Eee, mam na imię Richard... jestem tu od naciskania guzików”. Paul natychmiast podszedł przez pokój i stanął prosto przed twarzą Richarda. „O, doprawdy?” – prychnął, przyjmując bokserską postawę z pięściami w gotowości. „Chcesz się bić?”. Nie trzeba dodawać, że o mało nie doprowadziło to Richarda do niefortunnego wypadku – takiego, który z pewnością stałby się studyjną legendą, gdyby szybko nie oprzytomniał i nie zdał sobie sprawy, że wyzwanie Paula było tylko żartem, przykładem liverpoolskiego poczucia humoru. Wszyscy czterej Beatlesi byli w głębi duszy żartownisiami. Uwielbiali robić rzeczy nieoczekiwane, tylko po to, by zobaczyć reakcję nieświadomej osoby.

Richard Lush: Nie powiedziałbym, że Paul był szefem, ale byłby najbardziej dostępny ze wszystkich. John z dnia na dzień bardzo się różnił. Był bardzo niecierpliwy. Kiedy już zagrał swoją piosenkę George'owi Martinowi, chciał szybko ją kończyć. Nie robił wokalu wiele razy, powiedział: „to jest w porządku, idźmy dalej”. Podczas gdy gdybyśmy robili linię basową, Paul pracowałby na nią godzinami. „Często bas był wykonywany jako ostatni, późno w nocy z McCartneyem. Bas na "With A Little Help From My Friends" został stworzony wokół całej piosenki. Wpadaliśmy na pomysł na każdą linię. To musiało zająć gdzieś trzy godziny, żeby ukończyć ten bas. Ta linia basu wciąż się tam wyróżnia 

Phil McDonald, Bob Purvis (Splinter),  George Harrison i Kumar Shankar (1973)

Szybko odkryłem, że Richard i ja dzielimy to samo lekceważące poczucie humoru. Stroiliśmy sobie żarty nawet z George’a Martina, który zazwyczaj przyjmował to z wyrozumiałością. Richard nie tylko pracował ze mną nad wszystkimi pozostałymi sesjami do Peppera, ale stał się moim stałym asystentem przez następne półtora roku, aż do połowy prac nad Białym Albumem. Zarówno on, jak i Phil [McDonald] byli doskonali w swoim fachu i obaj odnieśli sukcesy jako inżynierowie dźwięku – Phil przy pracy nad wieloma solowymi albumami Johna Lennona i George’a Harrisona, a Richard w Australii, dokąd wyemigrował w latach 70.

Kiedy Beatlesi wrócili do Studia Dwa, zdecydowali się rozpocząć nowy utwór zamiast kontynuować „A Day In The Life”. Właściwie był to wzorzec, który zaczął się wtedy kształtować: do tego czasu zawsze pracowali w sposób dość liniowy, trzymając się piosenki, dopóki nie była gotowa. Teraz powszechną praktyką stało się rozpoczynanie utworu i zostawianie go niedokończonego na całe tygodnie przed powrotem do niego. Taki tryb pracy wydawał się początkowo dziwny, ale ostatecznie przekonałem się, że to dobry sposób. Pozwolenie piosence „poleżeć” przez chwilę – nabranie do niej dystansu – niezmiennie owocowało radykalnymi nowymi pomysłami, co stało się znakiem rozpoznawczym albumu.

Richard Lush: Nawet kiedy zgrywaliśmy materiał po kilka razy z jednego czterośladowca na drugi, przy Pepperze nigdy nie wracaliśmy do początku, żeby coś dograć od nowa. Decyzje trzeba było podejmować na miejscu. Jeśli gitara nie brzmiała jak trzeba, próbowałeś innej. Jeśli nie siedział werbel, no to próbowało się innego. Robiłeś to raz za razem, aż złapałeś właściwy balans – i na tym koniec. Innymi słowy, cokolwiek ze sobą zmiksowaliśmy – czy to perkusję z gitarą, czy wokal z tamburynem i krowim dzwonkiem – kiedy dochodziliśmy do końca, nikt nigdy nie mówił, że werbel jest za cicho albo że 'przydałoby się więcej tego czy owego'. Po prostu podbijało się korektorem nieco więcej 4 kHz na danym śladzie. Nikomu nie przyszłoby do głowy 'zaśpiewaj tę linijkę jeszcze raz'. Zresztą i tak się nie dało, bo w tle leciał ten cholerny tamburyn. 

Nowa piosenka była autorstwa Paula i ostatecznie stała się nie tylko utworem tytułowym, ale także zdefiniowała koncepcję albumu: występ fikcyjnego zespołu, będącego alter ego Beatlesów. „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band” miał zupełnie inny charakter niż wszystkie dotychczasowe, spokojne piosenki – to był prawdziwy rockandrollowiec, bardziej przypominający covery, które zespół grał na żywo na początku kariery. Była też inna niespodzianka: Paul chciał zagrać na gitarze rytmicznej zamiast na basie – pierwszy raz widziałem, żeby to zrobił. Po prostu powiedział Johnowi: „Daj mi zagrać rytm w tym numerze; dokładnie wiem, czego chcę”. John przyjął instrukcję Paula bez słowa protestu i po prostu wziął gitarę basową. Nie miał jednak wyczucia do tego instrumentu, więc zdecydowaliśmy się nagrać go na oddzielnej ścieżce, używając DI boxa zamiast wzmacniacza basowego – w ten sposób jego robocza partia basu mogła zostać później bez problemu zastąpiona przez Paula, bez ryzyka przesłuchów na mikrofony.

Richard Lush: George Martin, nazywany często „piątym Beatlesem”, miał wiele do zaoferowania do swoich płyt. Zawsze wypracowywał harmonie i czasami grał na fortepianie lub harmonijce przy piosenkach. Zawsze wiedział wiele o strukturze piosenki i orkiestracji. Był bardzo wpływowy, ale w miarę upływu czasu zespół bardziej się zaangażował i chciał, aby był to w określony sposób. Jedną z jego najlepszych orkiestracji było "I Am The Walrus". Na swój czas układ smyczkowy w tym utworze był genialny. 

Pod wieloma względami John był paradoksem: fascynowała go technologia, a jednocześnie był kompletnie nietechniczny. Gdy wyjaśniliśmy mu działanie DI boxa, powiedział George’owi Martinowi, że chciałby, aby jego głos też został tak nagrany. Z kamienną twarzą George wyjaśnił, dlaczego nie możemy tego zrobić: „Po pierwsze, John, musiałbyś najpierw przejść operację, żebyśmy mogli wszczepić ci gniazdo jack w gardło”. Nawet wtedy Lennon nie mógł do końca pojąć, dlaczego to niemożliwe. Po prostu nie lubił przyjmować odpowiedzi odmownej. Pomysł dodania różnych efektów dźwiękowych – strojenia orkiestry, wiercącej się z niecierpliwości publiczności – pojawił się znacznie później; „koncepcji” Sgt. Peppera z pewnością nie było na początku. Dopiero gdy album był prawie ukończony, a John i Paul napisali „With A Little Help From My Friends”, zdaliśmy sobie sprawę, że najlepszym sposobem na przejście między tymi dwoma utworami będzie dodanie dźwięku oklasków żywej publiczności, krzyków i entuzjazmu, gdy Ringo, w swojej fikcyjnej postaci Billy'ego Shearsa, wchodzi na scenę.

Richard Lush: ADT było moim maleństwem, którym trzeba było się opiekować. Dużo się przy tym bawiliśmy. ADT polegało na wysyłaniu sygnału. Na przykład, jeśli John Lennon mówił: ‚Chcę ADT na moim wokalu’, wysyłałeś sygnał z głowicy synchronizacji w wielośladowcu do magnetofonu na ćwierć cala. Potem ten sygnał wracał równolegle i przyspieszałeś maszynę, żeby synchronizacja doszła do miejsca, gdzie jest głowica nagrywająca. Wtedy miałeś podwójną ścieżkę. Mogłeś mieć to jako dźwięk podwójnej ścieżki albo trochę zmieniać prędkość, żeby uzyskać lekki efekt flangerowania. Słowo „flange” (flanging) pochodzi od Johna Lennona, który mówił: ‚Czy możesz „flangować” mój głos?’ Wówczas zaczynałeś go „kołysać”. Na przykład na płycie Magical Mystery Tour poszliśmy w ten efekt ADT na wokalach na całość. Oni to uwielbiali, niczego mi nie wypominano. George Martin mówił: ‚Och Richard, naprawdę!’ Teraz to słychać i brzmi szalenie, „Roll uUuuUuUp”, wszystko się chwieje. To sygnał wychodzący z głowicy synchronizacji i z powrotem, trafiający do maszyny taśmowej, „wowing”, i prawie zrzucający taśmę z maszyny.

Tytułowy utwór „Sgt. Pepper” został ukończony w niezwykle krótkim czasie – zaledwie dwa dni, wliczając wszystkie wokale – mimo faktu, że George Harrison przez kilka godzin ćwiczył, próbując dopracować solo gitarowe. W końcu Paul autorytarnie zastąpił pracę George’a własnym, oszałamiającym solem, z czego Harrison wyraźnie nie był zadowolony. Ale burza szybko minęła i uwaga wszystkich wróciła do „A Day In The Life”. Pierwszym zadaniem było zastąpienie roboczego wokalu Paula w środkowej sekcji. Odbyliśmy z nim długą dyskusję, która doprowadziła do kolejnej innowacji dźwiękowej. Wyjaśnił, że chce, aby jego głos brzmiał niewyraźnie, jakby dopiero co obudził się z głębokiego snu i jeszcze nie odzyskał orientacji, ponieważ to właśnie starał się przekazać tekst. Moim sposobem na osiągnięcie tego było celowe usunięcie dużej części wysokich tonów z jego głosu i silna kompresja, aby brzmiał przytłumiony. Gdy piosenka przechodzi do następnej, marzycielskiej części śpiewanej przez Johna, pełna jakość dźwięku zostaje przywrócona.

Richard Lush: Kiedyś współczułem Ringo, ponieważ kiedy robiłeś ślady podkładowe, był tam od siódmej wieczorem do piątej rano. Długo grał na perkusji, a piosenka byłaby meandrująca, zawsze się zmienia. Byłby absolutnie zmasakrowany i byłby ostatnim, który odszedł. Nie miał wiele do zaoferowania, choć był fantastycznym perkusistą. Kiedy próbowali edytować niektóre piosenki razem dla Cirque de Soleil, tempo prawie nie różniło się w zależności od ujęcia. Był jak metronom, zanim nawet pojawiły się ścieżki kliknięcia w nagraniu. 

Chociaż dogrywki do środkowej sekcji były robione oddzielnie od głównego korpusu piosenki, została ona już wmontowana w czterościeżkową taśmę matkę, co sprawiało, że praca Richarda przy włączaniu i wyłączaniu zapisu była nieco trudna. Wokal Paula, na przykład, był dogrywany na tę samą ścieżkę, która zawierała główny wokal Johna, a punkt przejścia między nimi był bardzo ciasny – między śpiewem Paula „...and I went into a dream” a „ahhh” Johna, które zaczyna następną sekcję. Richard bardzo się tym stresował – zresztą słusznie – i pamiętam, jak prosił mnie, bym przez mikrofon w reżyserce wyjaśnił sytuację Paulowi i poprosił go, by nie odbiegał od frazowania, którego użył w wokalu roboczym. Byłem pod dużym wrażeniem, gdy Richard to zrobił – uważałem, że wykazał się wielką dojrzałością, działając tak proaktywnie. 

Wokal Johna miał przecież w sobie tyle emocji i był na nim nałożony pogłos taśmowy. Myśl o konieczności powtórzenia tego i ponownego tworzenia atmosfery była przerażająca... nie wspominając o tym, jaka byłaby reakcja Johna! Ktoś straciłby głowę, i najprawdopodobniej byłbym to ja. Ale Paul, jak zawsze profesjonalny, usłuchał ostrzeżenia i upewnił się, że zakończył ostatnie słowo wyraźnie, aby dać Richardowi wystarczająco dużo czasu na wyłączenie zapisu przed powrotem wokalu Johna. Słuchając uważnie, można faktycznie usłyszeć, że Paul nieco przyspiesza wokal; dodaje nawet małe „ah” na końcu słowa „dream”, nadając mu bardzo urwane zakończenie.

To właśnie na tej sesji ostatecznie zapadła decyzja, co zrobić, aby wypełnić dwadzieścia cztery puste takty między główną częścią piosenki a nową środkową sekcją Paula. John miał pomysł – jak zwykle abstrakcyjny – stworzenia jakiegoś rodzaju dźwięku, który zacząłby się od bardzo cichego, a potem stopniowo rósł, aż stałby się ogromny i wszystko ogarniający. Podchwytując temat, Paul podekscytowany zasugerował zatrudnienie pełnej orkiestry symfonicznej. George’owi Martinowi spodobał się ten pomysł, ale pomny kosztów, upierał się, że nie ma mowy, by uzasadnił przed EMI zatrudnienie pełnej dziewięćdziesięcioosobowej orkiestry tylko po to, by zagrała dwadzieścia cztery takty muzyki. To właśnie Ringo, ze wszystkich ludzi, wpadł na rozwiązanie. „Cóż, w takim razie” – zażartował – „wynajmijmy połowę orkiestry i niech zagrają to dwa razy”. Wszyscy oniemieli, oszołomieni prostotą – czy może prostodusznością? – tej sugestii. „Wiesz, Ring, to wcale nie jest głupi pomysł” – powiedział Paul. „Ale wciąż, chłopcy, pomyślcie o kosztach...” – dukał George Martin. Lennon położył kres dyskusji. „Dobra, Henry” – powiedział głosem o tonie cesarza wydającego dekret. „Dość gadania. Zróbmy to”.


 


Historia The Beatles
History of  THE BEATLES

 



Fotki 244



Kolejny, 244-ty (wow!) już post z fotkami. Otwiera go piękne zdjęcie "Cichego" i "Straconego", "Piątego" Beatles, George'a i Stuarta. Wspominam w chwili publikacji mój pobyt na grobie Stu (cmentarzu St Michael's Parish Churchyard w dzielnicy Huyton w Liverpoolu) i kilka minut własnych przemyśleń siedząc niedaleko jego grobu na cmentarnej ławeczce jemu poświęconej. 
 Ławeczka została zainstalowana w 2015 roku przez fanów The Beatles. Niżej i obok  moje zdjęcia z tego miejsca. 
 








 















Historia The Beatles
History of  THE BEATLES