Patti Harrison - wspomnienia (6).

 

 

 

Zgodnie z obietnicą, wracamy do intymnych wspomnień Pattie Boyd. Dzisiaj przeniesiemy się wraz z nią i zespołem The Beatles do Indii, do słynnego obozu medytacyjnego Maharishiego w Rishikesh. Choć tematowi temu poświęciłem na blogu już wiele miejsca i zdjęć, to spojrzenie Pattie pozwala nam odkryć to fascynujące wydarzenie na nowo – z perspektywy kogoś, kto był tam nie tylko jako obserwator, ale jako świadek historii tworzącej się w ciszy aśramu. Poczytaj też teksty z poniższych linków. 
 
 
Po czterech tygodniach pobytu zjawił się Magic Alex. Był to młody Grek, który przypiął się do Beatlesów, a Jenny wynajmowała pokój w jego domu. Nazywał się Alex Mardas, a jego ojciec był jednym z greckich pułkowników, którzy obalili króla Konstantyna w puczu w 1967 roku. Wynalazł kilka dziwacznych gadżetów elektrycznych, które spodobały się Beatlesom – zwłaszcza Johnowi – i tworzył rzeczy dla butiku Apple, który otworzył się tuż przed naszym wyjazdem do Indii. Pewnego razu bardzo nalegał, by Beatlesi kupili grecką wyspę, więc pojechaliśmy do Grecji i spędziliśmy czas na łodzi, skacząc z wyspy na wyspę – wszystko, co pamiętam z tych wakacji, to że niektórzy z nas brali kwas, i nie musieliśmy przechodzić kontroli paszportowej, bo ojciec Alexa był tak ważny.

Jenny przyjechała z nami do Rishikesh częściowo dlatego, że uwielbiałyśmy z nią robić rzeczy razem, a częściowo dlatego, że zbiegiem okoliczności, podczas gdy George i ja odkrywaliśmy indyjską filozofię z Ravim Shankarem, Jenny przechodziła podobny proces w domu. Właśnie rozstała się z Mickiem Fleetwoodem i tęskniła za nim i za nami, kiedy uznała, że wierzenia, w których wyrosła, nie mają już sensu. Pewnego dnia natknęła się na sklepik przy Charing Cross Road, pełen książek o wschodniej filozofii. Gdy przeczytała, co mówią o życiu, śmierci i reinkarnacji, nagle zrozumiała, że Bóg jest wszędzie, w każdym z nas, i że wszystko jest kołem. Kiedy wróciłyśmy z Indii, opowiedziała nam, co jej się przydarzyło. My oczywiście przeżyłyśmy dokładnie to samo. [nafotce George, Pattie i Ravi].

W tamtym czasie wydawało się, że Jenny i ja wiemy dokładnie, o czym myśli druga. Często śniłyśmy o sobie nawzajem, a osiem na dziesięć razy dzwoniłyśmy i okazywało się, że to, co wydarzyło się we śnie, miało miejsce w rzeczywistości. To było całkiem niesamowite – czas niezwykłej psychicznej bliskości między nami. Nasze jednoczesne zwrócenie się ku wschodniej filozofii było przedłużeniem tego.

Nasze życia biegły też równolegle. Jenny rzuciła szkołę i została modelką, tak jak ja. Czasem pracowałyśmy razem, co było zabawne, ale podczas gdy ja byłam prawie wyłącznie modelką fotograficzną, ona pracowała na etacie u projektanta, więc okazje do wspólnej pracy były rzadkie. Ona też zakochała się w muzyku. Mick Fleetwood był perkusistą Fleetwood Mac, więc Jenny była częścią rockowej sceny, tak jak ja [Jenny i Mick na fotce obok]. Ich ostatnie rozstanie nie było ostateczne: jej związek z Mickiem zawsze był na włącz-wyłącz. Pierwszy raz zobaczył ją, gdy miała piętnaście lat – w Coffee Mill w Notting Hill, gdzie chodziła z przyjaciółmi po szkole – i wtedy postanowił, że się z nią ożeni. Zaczęli się spotykać, gdy miała siedemnaście lat, a pobrali się w 1970 roku, kiedy Jenny miała dwadzieścia trzy.

Plan zakładał, że pobędziemy w Akademii Medytacji w Rishikesh przez dwa lub trzy miesiące. To był długi czas, żebym jako modelka była poza obiegiem, ale George nigdy nie lubił mojej pracy, a ja starałam się ograniczać liczbę zleceń. Nigdy do końca nie wiedziałam, co w tym mu przeszkadzało. Podejrzewam, że był po prostu produktem swojego wychowania i chciał, by żona była w domu z dziećmi, czekała na niego z obiadem na stole, kiedy wracał z pracy. Moja kariera zabierała mnie z domu i wyrywała z jego łóżka o nienaturalnej porze; sprawiała, że inni mężczyźni na mnie patrzyli, co mu się mogło nie podobać – był dość mizoginiczny – i być może obawiał się, że jeśli stanę się bardziej znana, podsyci to publiczne zainteresowanie nami, od którego zawsze próbował uciec. Ale kiedy zrezygnowałam z modelingu, straciłam ważną część mojej tożsamości, poczucie własnej wartości, niezależność i pewność siebie. 

Z Delhi pojechaliśmy taksówkami w sześciogodzinną podróż do Rishikesh. Droga była pełna rowerów i wozów ciągniętych przez woły, osłów i świętych krów. Panował tam harmider, a w powietrzu unosił się zapach obornika i przypraw. Gdy opuszczaliśmy miasto, wzbijał się kurz, a przez niego widziałyśmy kobiety pracujące na polach w jaskrawych sari – czerwonych i żółtych, fioletowych i zielonych. Mijałyśmy pola pszenicy, góry i rzeki – to była niesamowita jazda.

Rishikesh leży malowniczo nad Gangesem, w miejscu, gdzie rzeka wypływa kaskadami z Himalajów na równiny. Aśram znajdował się na szczycie wzgórza z widokiem na miasteczko i rzekę; powietrze było czyste i świeże, przesycone zapachem kwiatów. Zajmował około osiem lub dziesięć akrów, otoczony wysokim ogrodzeniem i kłódkami na bramach. W środku pokazano nam mały domek Maharishiego, pocztę, wspólną jadalnię, salę wykładową i serię kamiennych cha-letów, w których się zatrzymaliśmy; miały płaskie dachy, na których opalaliśmy się.
    Maharishi i starsi przywitali nas i zaprowadzili do naszych pokoi. Na początku dzieliłam jeden z George’em. Był skromnie umeblowany, z dwoma wąskimi łóżkami, ale przeszkadzaliśmy sobie nawzajem w medytacji, więc ostatecznie każdy miał swój pokój; John i Cynthia początkowo mieszkali obok nas, ale nie dogadywali się – John poznał Yoko Ono – i po tygodniu lub dwóch przeprowadził się do osobnego pokoju. Bardzo mi było żal Cynthii: dostawał prawie codziennie listy od Yoko z treściami w stylu: „Jeśli spojrzysz w niebo i zobaczysz chmurę, to ja ci wysyłam miłość”.

   Każdy dzień wyglądał podobnie. Budziliśmy się rano na przenikliwy krzyk pawich głosów i szliśmy na śniadanie do otwartej jadalni przykrytej płótnem na bambusowych słupach. Kucharzami byli dwaj dwudziestojednoletni Australijczycy, którzy podróżowali dookoła świata i usłyszeli, że akademia potrzebuje pomocy. Wszystko, co gotowali, było wegetariańskie i pyszne. Przypominało mi to chapati i fasolę, które robili Kikuju w Kenii. Na śniadanie serwowali owsiankę i tosty, które jedliśmy pod czujnym okiem setek dużych czarnych wron na drzewach – czekały, aż odejdziemy, by zlecieć i dziobać resztki. Czasem małpy wskakiwały na stoły, chwytały garść jedzenia i uciekały. Ringo spędził dzieciństwo w szpitalu: nie mógł jeść cebuli, czosnku ani niczego ostrego, więc przywiózł walizkę fasolki Heinz.
   Po śniadaniu dostawaliśmy plan dnia, który w większości sprowadzał się do medytacji i wykładów Maharishiego. Odbywały się one w dużej zadaszonej przestrzeni z platformą zawsze udekorowaną kwiatami, gdy przemawiał. Dla mnie jednym z największych objawień była koncepcja reinkarnacji, którą wyznawał. Nie przyszło mi do głowy, że życie może trwać w innej sferze. Myślałam, że po śmierci to koniec. Z latami, gdy umierali przyjaciele, ta wiara stała się dla mnie wielką pociechą.

 

 W aśramie było nas pewnie około sześćdziesięciu – ciekawa mieszanka ludzi z całego świata: ze Szwecji, Wielkiej Brytanii, Ameryki, Niemiec, Danii – i wszyscy byli tacy mili. Mimo to czuliśmy się odcięci od reszty świata, więc zawsze ekscytujące było przyjście listów – moja mama regularnie pisała z nowinami z domu – lub przyjazdy nowych osób. Jednym z nowicjuszy był Donovan z menedżerem „Gipsy Dave”. Znaliśmy Donovana od lat. Nagrywał z Beatlesami i przyczynił się do albumu Yellow Submarine. Zakochany był w Jenny – dla niej napisał „Jennifer Juniper”. Pojawił się też Mike Love, wokalista Beach Boys, oraz aktorka Mia Farrow z bratem Johnnym i siostrą Prudence.

Wykłady Maharishiego były fascynujące. Mówił o ideach stojących za medytacją i o tym, czego powinniśmy dążyć, o życiu i podróżach astralnych, które mogą zdarzyć się podczas medytacji. To jak doświadczenie poza ciałem, i przydarzyło mi się to raz w Rishikesh. Czułam, jakby mnie przeniosło do innego pokoju, po czym zdałam sobie sprawę, że jestem we własnym. George’a też to spotkało i porównaliśmy notatki. Czasem Maharishi dawał naszej grupie prywatne lekcje – tylko on i my, w tym Donovan – na świeżym powietrzu. Potem wracaliśmy do pokoi na medytację, początkowo na ograniczony czas. Stopniowo mogliśmy medytować tak długo, jak chcieliśmy, a jeśli podczas posiłków, musieliśmy uprzedzić, by zostawili jedzenie pod drzwiami. Najdłużej wytrzymałam siedem godzin, od piątej po południu do północy.

 




                                                                         _______________




Historia The Beatles
History of  THE BEATLES

 




Pattie Boyd-Harrison - wspomnienia (5)

 

 

Słuchając po latach albumu 'Magical Mystery Tour', natknąłem się na niesamowite wspomnienia Pattie Boyd z lata 1967 roku. To był moment, w którym dla The Beatles skończyła się pewna epoka beztroski, a zaczęła droga ku dojrzałości i... duchowości. Podczas gdy ja w 1987 roku walczyłem z greckimi drogami w moim Maluchu, oni dwadzieścia lat wcześniej mierzyli się z odejściem człowieka, który stworzył ich legendę. Zapraszam do lektury tej poruszającej historii o Brianie Epsteinie, agresywnym tłumie w Manili i... Wenusjanach, którzy nigdy nie dotarli na seans." Tekst Pattie Boyd pokazuje nam Beatlesów w momencie ogromnej bezbronności. Śmierć Briana Epsteina, którego nazywali "tatusiem", zmusiła ich do nagłego dorośnięcia. To fascynujące, jak wielka sława mieszała się u nich z traumatycznymi przeżyciami (jak ucieczka z Filipin) i naiwnym poszukiwaniem odpowiedzi w mistycyzmie. Brian nie był tylko menedżerem – był fundamentem, bez którego zespół, mimo duchowych poszukiwań u Maharishiego, zaczął powoli zmierzać ku rozpadowi. Tutaj wszystko słowami Pattie Boyd, żony George'a, ale o tyn wszystkim 9może z wyjątkiem wątku o Wenusjanach) znajdziecie mnóstwo postów na blogu.

 

A potem tłum stał się lekko wrogi. Wyczuliśmy to, ponieważ kiedy jesteś na takim haju, jesteś bardzo świadomy wibracji, a my szliśmy coraz szybciej i szybciej, a oni szli za nami. Kiedy zobaczyliśmy limuzynę, przebiegliśmy przez drogę i wskoczyliśmy do środka, a oni pobiegli za nami i zaczęli kołysać samochodem, a okna były pełne tych twarzy, rozpłaszczonych o szkło, patrzących na nas. To był punkt zwrotny dla George’a. Zawsze myśleliśmy o narkotykach jako o zabawie, sposobie na poszerzenie umysłu i świadomości. To, co zobaczyliśmy w Haight-Ashbury, otworzyło nam oczy. Ci ludzie wypadli z systemu, spali pod gołym niebem i brali wszelkiego rodzaju narkotyki – niektóre z nich dziesięć razy silniejsze niż LSD. STP było jednym z nich, o czym George dowiedział się później od Mamy Cass Elliot [członkini Mamas and Papas]. W tych ludziach nie było absolutnie nic artystycznego ani kreatywnego: byli jak alkoholicy lubjacykolwiek inni uzależnieni, i to całkowicie zniechęciło George’a do całej kultury narkotykowej. Przestał brać LSD i zajął się medytacją.
 
Zatem Maharishi i jego nauki pojawili się w naszym życiu w odpowiednim momencie – a przynajmniej w życiu George’a – i nie tylko poprzez zapewnienie alternatywy dla narkotyków. George nie był pewien, dlaczego jest tak sławny. Wiedział, że jest utalentowanym muzykiem, ale wiedział też, że istnieją dziesiątki utalentowanych muzyków, niektórzy bardziej utalentowani od niego, a jednak to on był tym światowej sławy, który nie mógł przejść ulicą, by nie zostać osaczonym przez tłum, ani usiąść w restauracji, by ktoś nie dręczył go o autograf. Szukał wyjaśnienia, a Maharishi zaoferował praktyczny sposób dostępu do duchowości i mistycyzmu, których George doświadczył podczas naszej podróży do Indii z Ravim Shankarem.
 
Bangor, Walia, Fab Four i Maharishi.
 Do niedzielnego poranka w Bangor wszyscy zostali wprowadzeni w medytację transcendentalną i wierzyliśmy, że znaleźliśmy nowy sposób na życie. Wtedy zadzwonił telefon i świat wywrócił się do góry nogami. Brian Epstein nie żył. To był najbardziej szokujący, straszny moment. Paul odebrał telefon od Petera Browna. Brian został znaleziony martwy w swoim łóżku w domu na Chapel Street. Miał trzydzieści dwa lata. W tamtym momencie nie było żadnego wyjaśnienia. Byliśmy oszołomieni, gdy Paul, z twarzą bladą jak popiół, powtórzył to, co mu powiedziano. 

To musiała być pomyłka. Paul i George byli w całkowitym szoku. Myślę, że nie mogłoby być gorzej, gdyby usłyszeli, że ich właśni ojcowie padli trupem. Stało się niewyobrażalne. Brian ich znalazł, uwierzył w nich, ulepił ich, uczynił milionerami i rozsławił na cały świat. Opiekował się nimi, spełniał każdą ich zachciankę, chronił ich, prowadził, doradzał im. Był ich przyjacielem, ich wsparciem, ich bohaterem. Był niezastąpiony.


Wiedzieliśmy, w zimnym, twardym świetle poranka w Bangor, że życie już nigdy nie będzie takie samo. Byliśmy na zewnątrz, tuż po śniadaniu, kiedy usłyszeliśmy nowiny. Byliśmy w drodze do Maharishiego, który miał z nami rozmawiać prywatnie – i nagle wydało się to właściwą rzeczą do zrobienia, więc dotrzymaliśmy spotkania. Potrzebowaliśmy kogoś mądrego i duchowego, kto powie nam, co myśleć. Byliśmy zgubieni. Pomyślałam nawet idiotycznie: Maharishi jest tak niesamowity, że może przywróci Briana do życia. Nie mógł oczywiście, ale był spokojny. Mówił o reinkarnacji, ale powiedział też, że negatywne uczucia będą przeszkadzać Brianowi w podróży. Jego duch był z nami, a żeby go uwolnić, musimy radować się ze względu na niego, śmiać się i być szczęśliwymi. Trudno było poczuć jakąkolwiek radość tego dnia, ale ogromną pomocą było mieć kogoś, do kogo można się zwrócić, kto z taką pewnością wiedział, jak powinniśmy sobie radzić. Nie mogę powstrzymać się od myśli, że to nie przypadek, że byliśmy z Maharishim, kiedy Brian umarł. Ktoś tam na górze się nami opiekował.

[Na zdjęciu obok pomnik menadżera Beatlesów w Liverpoolu - zdjęcie zrobione przez Autora bloga w sierpniu 2025] 
Brian zmarł z powodu przedawkowania leku na bazie bromku, który brał, by pomóc sobie zasnąć. Inspektor policji wezwany do domu, po tym jak sekretarz, gospodyni i lekarz Briana wyważyli zamknięte drzwi sypialni i odkryli ciało, zgłosił znalezienie siedemnastu butelek tabletek w szafce łazienkowej, aktówce i obok łóżka. Pytanie brzmiało, czy zmarł celowo. Wiedzieliśmy, że Brian brał tabletki nasenne. Brał wszelkiego rodzaju narkotyki i pił o wiele więcej, niż było dla niego dobre, ale my wszyscy to robiliśmy. Jednak nie powinno się pić alkoholu połączonego z tabletkami nasennymi: sugerowano, że Brian wziął kilka tabletek, obudził się później i coś wypił, a potem wziął więcej tabletek, zapominając, co już połknął.

Nie wierzę, że popełnił samobójstwo. Z drugiej strony nie sądzę, by był szczęśliwy i zasadniczo prawdopodobnie nigdy nie był. Był gejem i myślę, że uważał to za trudne: przyciągał niewłaściwy typ ludzi, brutalnych typów, którzy traktowali go źle, a potem zostawiali. Przez większość czasu był samotny oraz przygnębiony. Pomimo całej ich bliskości, nigdy tak naprawdę nie utrzymywał bliskich kontaktów towarzyskich ze wszystkimi Beatlesami. Urządzał szalone, dzikie, oszałamiające przyjęcia w swoim domu w Belgravia i w Kingsley Hill, swojej wiejskiej posiadłości w Sussex, na które wszyscy chodziliśmy, ale przez większość czasu zostawiał nas, byśmy robili swoje – a my zostawialiśmy go, by robił swoje. Zauważyliśmy, że stał się trochę bardziej rozluźniony w swoim życiu towarzyskim – odniosłam wrażenie, że już na niczym nie zależy mu tak bardzo, jak kiedyś.


Rok wcześniej George i ja pojechaliśmy z nim na tydzień na południe Francji i to było typowe dla dawnego perfekcjonisty Briana. Miał wypracowany każdy najmniejszy szczegół, każdy posiłek, każdą restaurację, każde miejsce, które odwiedzimy. Wynajął nawet samolot, by zabrać nas na walkę byków w Arles. Ale w ostatnim roku życia, kiedy nasze życia tak dramatycznie się zmieniły, odpuścił sobie. Wiedzieliśmy, że bierze znacznie więcej narkotyków, niż było dla niego dobre, ale nie wiedzieliśmy, że spędza większość dni w łóżku, wychodząc ze swojego mieszkania tylko w nocy, ani że od miesięcy prawie nie widywano go w biurze. Przypuszczam, że byliśmy tak zaabsorbowani własnym życiem, jak to dzieci, że nie przestaliśmy się zastanawiać, co u taty. Nie wiem, czy ktokolwiek z nas płakał, gdy usłyszeliśmy nowiny w tamten niedzielny poranek, ale wiem, że ja płakałam podczas nabożeństwa żałobnego w synagodze New London w St. John’s Wood kilka tygodni później. Nie pojechaliśmy na pogrzeb, który był przeznaczony tylko dla rodziny w Liverpoolu, ale George wysłał pojedynczy słonecznik, a wspólnik Briana, Nat Weiss, wrzucił go do otwartego grobu. Na nabożeństwie żałobnym jego matka, Queenie, wyglądała na słabą i załamaną. Jej mąż, ojciec Briana, zmarł nieco ponad miesiąc wcześniej.

George był już pełen nauk Maharishiego: Nie ma czegoś takiego jak śmierć – powiedział reporterom w tamten niedzielny poranek w Bangor – tylko w sensie fizycznym. Wiemy, że teraz jest z nim w porządku. Powróci, ponieważ dążył do szczęścia i tak bardzo pragnął błogości. A nieco później powiedział to samo: I tak nie ma czegoś takiego jak śmierć. To znaczy, to śmierć na poziomie fizycznym, ale życie toczy się wszędzie. George uważał za pocieszające wierzyć, że dusza Briana pewnego dnia powróci – i zgadzałam się z nim.

Prawdziwym smutkiem dla Briana było chyba to, że kiedy Beatlesi przestali koncertować, nie potrzebowali go już tak bardzo. A w sierpniu 1967 roku, kiedy zmarł, nie koncertowali ani nie występowali na żywo od roku. Przez długi czas nienawidzili grać dla ogromnej, wrzeszczącej publiczności, ale moment krytyczny nastąpił w Manili, na koniec trasy po Niemczech, Japonii i Filipinach. Brian Epstein i Peter Brown jedli śniadanie w kawiarni swojego hotelu w Tokio, kiedy ktoś przyszedł im powiedzieć, że pani Marcos, żona prezydenta Filipin, chce zaprosić Beatlesów na lunch podczas ich wizyty w jej kraju. Brian powiedział: „My tego nie robimy. Nie chodzimy na oficjalne imprezy”. Stało się tak dlatego, że ostatnim razem, gdy na taką poszli – w ambasadzie brytyjskiej w Waszyngtonie w 1964 roku – skończyło się to fiaskiem. Było to po koncercie w Coliseum, ich pierwszym na amerykańskiej ziemi, a ambasada roiła się od reporterów i gości. Wszyscy wypili za dużo i ciągle szarpali Beatlesów, domagając się autografów. Ktoś odciął kawałek włosów Ringo, potem John zaklął i wyszedł. Brian zdecydował, że w przyszłości nie będą robić niczego, czego on nie zaaranżował.

Kiedy Beatlesi przylecieli do Manili, skonfiskowano ich bagaże. Byli przerażeni, że zostaną aresztowani za posiadanie narkotyków – ich obawy były nieuzasadnione. Dzień po koncercie ktoś przyjechał do ich hotelu i powiedział, że przyjechał zabrać ich do pałacu na lunch. Brian wyjaśnił, że odrzucili zaproszenie. „Ale musicie jechać” – powiedział wysłannik. Brian był nieugięty, że nie pojadą, po czym otrzymał telefon od brytyjskiego ambasadora sugerującego, by ponownie to przemyślał. Brian uparł się i nie opuścili hotelu. Przez cały ten czas w ogólnokrajowej telewizji, którą George i inni oglądali w swoim apartamencie, podawano informację, że Beatlesi są oczekiwani w pałacu, ale jeszcze się nie pojawili. Potem, w miarę upływu czasu, wiadomość ta zamieniła się w: „Beatlesi lekceważą Pierwszą Rodzinę”.
   Następnego ranka mieli odlecieć i po przebudzeniu odkryli, że cała ochrona została wycofana, nie było obsługi pokojowej, a wszelkie udogodnienia były niedostępne. Nie było samochodu ani taksówki, która mogłaby zabrać ich na lotnisko. W końcu znaleźli dwa pojazdy: Neil, Mal i Tony Barrow, oficer prasowy Beatlesów, pojechali jednym, a Beatlesi, Brian i Peter drugim. Kiedy dotarli na lotnisko, nikt nie chciał pomóc z bagażami, a tłum buczał. Młodzi ludzie krzyczeli i próbowali ich złapać, ale starsi ich bili, rzucali cegłami i kopali. Kiedy znaleźli drogę do właściwej bramki, zostali umieszczeni w przeszklonym pomieszczeniu, wystawieni na widok ludzi na antresoli. Pracownicy ochrony, którzy skonfiskowali ich torby przy wjeździe do kraju, weszli, by ich popychać. Zbiry miały broń, a otoczenie Beatlesów było przerażone. Kiedy Mal, postawny facet, został powalony, zrobiło się paskudnie. Odlatywali lotem KLM do Indii i martwili się, że samolot wystartuje, zanim zdołają wejść na pokład.
 
W samolocie w końcu wezwano pana Epsteina i pana Evansa do wyjścia. Brian to załatwił, ale kosztowało go to wszystko, co grupa zarobiła w Manili. Stres sprawił, że dostał pokrzywki. Wtedy George powiedział, że nigdy więcej nie chce jechać w trasę. Bycie osaczonym, bo ludzie cię kochają, to jedno; bycie osaczonym, bo cię nienawidzą, to co innego. Jedyną dobrą rzeczą, jaka wynikła z Manili, był piękny szmaragdowy pierścionek, który George przywiózł mi do domu wraz z wspaniałymi czarnymi perłami.
Ostatni występ na żywo dali w Candlestick Park w San Francisco w sierpniu 1966 roku. Od tego czasu Beatlesi pisali piosenki i nagrywali albumy. I rola Briana się zmieniła. Nigdy nie był potrzebny w studiu nagraniowym – to była domena George’a Martina, producenta płytowego Beatlesów. Chociaż nadal polegali na nim przy załatwianiu wszystkiego w ich życiu osobistym, jego codzienny kontakt z nimi zmalał. Miał mnóstwo innych osób pod opieką, ale Beatlesi stawali się niezależni. Imperium Briana, NEMS Enterprises, było ogromne i podpisał kontrakty z wieloma innymi artystami, w tym z Cillą Black (na zdjęciu wyżej), Gerry and the Pacemakers i Billym J. Kramerem, ale Beatlesi byli wyjątkowi. Przez pięć lat byli jego życiem i nagle prawie ich nie było.
 

Wkrótce po śmierci Briana pewna para napisała do George’a i Johna, mówiąc, że Brian próbuje się z nami skontaktować. Żona była medium i mogła przeprowadzić seans. Ale, jak powiedzieli, było niezmiernie ważne, abyśmy nikomu o tym nie mówili, ponieważ dołączą do nas Wenusjanie, a jeśli ktokolwiek dowiedziałby się o ich wizycie, wojsko próbowałoby ich zabić. Mówili, że ostatnio było wiele obserwacji Wenusjan i że będą podróżować swoim statkiem kosmicznym V6. Pomyśleliśmy, że brzmi to ekscytująco, więc John, Cynthia, George i ja pojechaliśmy do East Grinstead w West Sussex, gdzie para przekształciła ogromny wiejski dom w spa.
   Czekając na przybycie Wenusjan, żona wyjaśniła, że wcześniej mieszkała w Londynie. Pewnego dnia w oknie pojawiła się mała osóbka i powiedziała: „Zostałaś tu wysłana, aby pomagać ludziom, kiedy tylko możesz”. Więc ona i jej mąż kupili dom i zamienili go w uzdrowisko, aby spełnić jej przeznaczenie. Czekaliśmy i czekaliśmy. Nie było śladu Wenusjan. Czy byliśmy pewni, że nikomu nie powiedzieliśmy? Tak. Wtedy mąż usiadł przed dużym staroświeckim radiem, jak z filmu z lat 40., założył słuchawki i majstrował przy gałkach, mówiąc rzeczy w stylu: „V6, V6, zgłoś się, V6…”. Wenusjanie, ogłosił, powiedzieli, że jednak nie przylecą, ale skontaktują się z nami innym razem. On i jego żona byli tak rozczarowani, ale my nie śmieliśmy na siebie spojrzeć ze strachu przed wybuchem śmiechu.
   Zaprowadzono nas do dużego ciemnego pokoju, gdzie usiedliśmy wokół okrągłego stołu. Nagle żona zaczęła mówić dziwnym głosem, jakby opanował ją duch. Mówiła o ludziach po drugiej stronie, o ludziach, którzy się zgłaszają, którzy chcą z nami rozmawiać. Powiedziała, że jest z nią Brian. Mówił, że wszystko u niego w porządku, mamy się o niego nie martwić – i chciał, żebyśmy wiedzieli, że nie popełnił samobójstwa. Tak bardzo chciałam jej wierzyć i myślę, że George też, ale pomyliła kilka rzeczy w moim przypadku; była dość dokładna w rzeczach, które mówiła Cynthii, ale John wyśmiał całą tę sprawę. Kiedy było po wszystkim i duchy ją opuściły, wyglądała na wyczerpaną. Jej mąż powiedział nam, że skoro Wenusjanie nie przybyli, nie wezmą od nas pieniędzy, i pożegnaliśmy się. Na zewnątrz wyliśmy ze śmiechu. 


 

 Kiedy śmierć Briana przerwała nasz czas w Bangor, Maharishi zaprosił nas, abyśmy zamieszkali z nim w jego aśramie w Indiach. Co roku prowadził kurs dla zachodnich gości, którzy chcieli zostać instruktorami medytacji. Żaden z nas tego nie chciał, ale chcieliśmy się jeszcze trochę poduczyć, i myślę, że Beatlesi uważali, że ich fani mogą ich naśladować, co oznaczałoby, że wykorzystują swój wpływ na młodych ludzi w dobry sposób. 

W lutym 1968 roku, w towarzystwie połowy światowego przedstawicielstwa prasy, wyruszyliśmy do Rishikesh, małego miasteczka na północy Indii, u podnóża Himalajów. Choć pobyt w Walii był krótki, napełnił nas podekscytowaniem tym, dokąd może nas zaprowadzić Maharishi i indyjska duchowość. George i ja, moja siostra Jenny, John i Cynthia polecieliśmy razem do Delhi, a Paul, Jane, Ringo i Maureen przyjechali kilka dni później.

O tym w następnym poście ze wspomnieniami Pattie. 


 

 

 


      _______________




Historia The Beatles
History of  THE BEATLES

 



 

John i Paul na ratunek Stonesom.


 

 

W urokliwej piosence Metric "Gimme Symapothy" słyszymy słowa: Who would you rather be /  The Beatles or The Rolling Stones? / Oh, seriously / You're gonna make mistakes, you're young / Come on, baby, play me something / Like "Here Comes the Sun"/  Come on, baby, play me something Like "Here Comes the Sun". 
Taaa, w brytyjskim języku, w Ameryce, możliwe, że na całym świecie,do języka weszła fraza, zapytanie, o określenie się po stronie którejś ze stron, dokładnie, czym jesteś fanem. Z pozoru bardzo grzecznych, z szacownych rodzin Stonesów zrobiono tych grzecznych, Beatlesów ze swoim pazurem przecież określano, tak jest do dzisiaj, jako tych grzecznych. Biznes muzyczny potrzebował tej rywalizacji, okazało się, że fani też. Bo w historii muzyki często mówi się o rywalizacji między The Beatles a The Rolling Stones, która tak naprawdę wcale nie była rywalizacją. Członkowie obu zespołów przyjaźnili się, zespoły wydawały swoje płyty uzgadniając ze sobą terminy, by w tym samym czasie zbytnio nie drenować kieszeni swych fanów. Choć niewykluczone, że pewna rywalizacja była, nie przesłaniała jednak przyjaźni, mimo faktu, fakty, że Stonesi często tam gdzie mogli kopiowali swych bardziej sławnych kolegów. Więcej na ten temat znajdziecie w linkach na dole postu. 
Wracamy do tematu. Rok 1967 pokazał, że gdy sytuacja staje się podbramkowa, „Czwórka z Liverpoolu” potrafi wyciągnąć pomocną dłoń. Mowa o sesji nagraniowej do singla, który był bezpośrednią odpowiedzią Stonesów na ich kłopoty z prawem i słynny nalot na posiadłość Keitha Richardsa. Zaczęło się od tzw. solidarności w cieniu procesów pod koniec lat 70-tych, kiedy gwiazdy rocka stały się obiektem polowań policji ze względu na fakt zażywania - jednocześnie popularyzowania - narkotyków. . Kiedy Mick Jagger i Keith Richards zostali skazani na więzienie za posiadanie narkotyków (wyroki później uchylono), Lennon i McCartney byli oburzeni. Aby zademonstrować swoje wsparcie, 18 maja 1967 roku (podczas gdy procesy wciąż trwały) pojawili się w Olympic Studios w Londynie, by wspomóc kolegów w nagraniach. Czego? Nowego singla zespołu. 


Strona A: „We Love You” – Manifest wolności. To utwór przesiąknięty klimatem psychodelii, otwierający się odgłosami kroków i zatrzaskiwanych drzwi więziennych. Chórki: Głosy Johna i Paula są tu doskonale słyszalne, szczególnie w wysokich partiach „falsetowych”, które nadają utworowi 
hipnotyczny charakter. Muzyka: Na fortepianie gościnnie zagrał Nicky Hopkins, a Brian Jones wzbogacił brzmienie o Mellotron.
Strona B: „Dandelion” – Kwiatowa lekkość.  Choć pierwotnie utwór miał tytuł „Sometimes Happy, Sometimes Blue”, ostatecznie stał się jednym z najbardziej kolorowych, pop-psychodelicznych nagrań Stonesów.  Wsparcie Beatlesów: John i Paul również tutaj udzielili swoich głosów w chórkach, choć są one nieco bardziej wtopione w tło niż na stronie A. Co ciekawe, na samym końcu utworu słychać krótki motyw z „We Love You”, co spinało cały singiel w jedną całość

 

 I szczegóły singla, który wielkiej furory na listach nie zrobił. Koniec pierwszej 10 w UK i 52 w USA. Jestem przekonany, że gdyby do mediów wpłynęła informacja, że w obu piosenkach wzięli udział liderzy Fab Four byłoby inaczej. 


Data wydania: 18 sierpnia 1967 (UK)
Wytwórnia: Decca Records (UK), London Records (USA)
Producent: Andrew Loog Oldham
Autorstwo: Mick Jagger / Keith Richards
Czas trwania: „We Love You” (4:22), „Dandelion” (3:32)
Miejsce nagrania: Olympic Sound Studios, Londyn


Choć fani spekulowali o tym od dekad, Keith Richards w 2023 roku w wywiadach promujących album Hackney Diamonds wspominał te czasy z rozrzewnieniem. Potwierdził, że obecność Johna i Paula w studio nie była przypadkowa – była to manifestacja jedności środowiska muzycznego przeciwko nagonce policyjnej na Stonesów. 

 

Przyznacie, że to niesamowite, że w tym samym roku, w którym świat usłyszał Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band, Beatlesi znaleźli czas, by anonimowo (nie wymieniono ich na okładce) stworzyć kawał historii z „Wielkimi Rywalami”. I aby jeszcze w jednym poście dokończyć obrazu tej fascynującej relacji Beatlesów i Stonesów warto wspomnieć o dwóch innych, kluczowych wydarzeniach które opisałem na blogu, niemniej warto tutaj o nich wspomnieć:
  • Początek legendy: „I Wanna Be Your Man” (1963) To był przełomowy moment dla Stonesów. Kiedy zespół wciąż szukał swojego brzmienia i przeboju, John i Paul odwiedzili ich w klubie i... praktycznie na poczekaniu dokończyli dla nich piosenkę. Wersja Stonesów, wydana jako ich drugi singiel, stała się ich pierwszym wielkim hitem na brytyjskich listach przebojów. Beatlesi wydali swoją wersję (śpiewaną przez Ringo) niedługo później, ale to „Kamienie” dzięki niej wypłynęły na szerokie wody.

     


  • Rock and Roll Circus: Supergrupa The Dirty Mac (1968) Zaledwie rok po sesji „We Love You”, John Lennon przyjął zaproszenie Micka Jaggera do udziału w filmowym projekcie „The Rolling Stones Rock and Roll Circus”. John stworzył wtedy jednorazową supergrupę The Dirty Mac (w składzie: Lennon, Keith Richards na basie, Eric Clapton i Mitch Mitchell). Ich wykonanie utworu „Yer Blues” z „Białego Albumu” to absolutny majstersztyk surowego rocka i dowód na to, jak genialnie John i Keith rozumieli się na scenie.

 


Pamiętajmy, że to właśnie Mick Jagger wprowadzał The Beatles do Rock and Roll Hall of Fame (Rock and rollowej Galerii Sław - najsłynniejsze muzyczne muzeum na świecie w Cleveland). jego przemowę możecie zobaczyć tutaj.



Przeczytaj także kilka innych postów na moim blogu powiązanych ze Stonesami.

 

 

                                                                         _______________




Historia The Beatles
History of  THE BEATLES

 



 

GEORGE HARRISON wspomina: I , ME, MINE (3) Piosenki.

 

 

 

John Lennon po lekturze książki, autobiografii "I Me Mine" rozżalony powiedział (w wywiadzie z 1980 z Davidek Sheffem): George wydał książkę prywatnie i poczułem się tym zraniony, więc ta wiadomość dotrze do niego. Przez rażące pominięcie w książce, mój wpływ na jego życie jest absolutnie zerowy i żaden. Nie wspomniano o nim. W swojej książce, która rzekomo jest tą jasnością wizji każdej piosenki, którą napisał, i jej wpływów, on pamięta każdego drugorzędnego saksofonistę czy gitarzystę, którego spotkał w kolejnych latach. Mnie nie ma w tej książce.



Słowa Johna są gorzkie, ale trudno odmówić mu racji w jednym punkcie: w swojej autobiografii „I, Me, Mine” George zaskakująco mało miejsca poświęcił samym The Beatles. To uderzające, bo przecież to właśnie dzięki „Wielkiej Czwórce” zaistniał w świadomości świata i stał się tym, kim się stał. Choć George wolał patrzeć przed siebie niż za siebie, ta oszczędność w opisywaniu najważniejszego zespołu w historii muzyki do dziś budzi u fanów pewien niedosyt.  W książce znajdziemy jednak coś bezcennego – osobiste omówienia niemal wszystkich jego kompozycji. George z właściwym sobie dystansem analizuje proces twórczy i inspiracje, jakie stały za jego utworami, także tymi z okresu The Beatles. Dziś chciałbym przybliżyć Wam kilka z nich, pochodzących ze schyłkowego okresu istnienia zespołu, kiedy jego talent kompozytorski eksplodował z pełną mocą. Jednocześnie obiecuję, że do wspomnień „Cichego Beatlesa” – zarówno tych dotyczących wcześniejszych piosenek nagranych z Fab Four, jak i jego bogatej kariery solowej – będę regularnie na tym blogu wracał.

 

 



W czasie pisania "While My Guitar Gently Weeps" miałem egzemplarz „I Ching — (chińskiej) Księgi Przemian”, która wydawała mi się opierać na wschodniej koncepcji, że wszystko jest relatywne względem wszystkiego innego, w przeciwieństwie do zachodniego poglądu, że rzeczy są jedynie przypadkowe. Ta idea była w mojej głowie, kiedy odwiedziłem dom moich rodziców na północy Anglii. Zdecydowałem się napisać piosenkę opartą na pierwszej rzeczy, którą zobaczę po otwarciu jakiejkolwiek książki — ponieważ byłoby to relatywne do tamtego momentu, w tamtym czasie. Podniosłem przypadkową książkę — otworzyłem ją — zobaczyłem „Gently weeps” (łagodnie płacze) — wtedy odłożyłem książkę i zacząłem piosenkę. Niektóre słowa piosenki zostały zmienione, zanim ostatecznie ją nagrałem — co można zobaczyć tutaj:

I look at the trouble
at hate that is raging
While my guitar gently weeps
While I'm sitting here
Doing nothing but ageing




"Piggies" to komentarz społeczny. Utknąłem przy jednej 4-wierszowej linijce w środku, dopóki moja matka nie wymyśliła tekstu: "What they need is a damn good whacking!" ("To, czego im trzeba, to porządne lanie!") (porządne dławienie), co jest miłym, prostym sposobem na powiedzenie, że potrzebują cięgów. Musiało to rymować się z "backing", "lacking" i nie miało absolutnie nic wspólnego z amerykańskimi policjantami ani kalifornijskimi "shagnasties"! Z faksymile możecie zobaczyć, że napisana została dodatkowa zwrotka, ale nie została użyta:

Everywhere there's lots of piggies
Playing piggie pranks
You can see them on their trotters
Alt the piggy banks
Paying piggy thanks
To thee pig brother

 





"Savoy Truffle" to zabawny utwór napisany podczas spędzania czasu z Erikiem Claptonem w latach sześćdziesiątych. W tamtym czasie miał on dużo ubytków w zębach i wymagał leczenia stomatologicznego. Zawsze bolały go zęby, ale jadł dużo czekoladek — nie mógł się im oprzeć i gdy tylko widział pudełko, musiał zjeść je wszystkie. Był u mnie w domu, a ja miałem na stole pudełko czekoladek „Good News” i napisałem piosenkę z nazw znajdujących się wewnątrz wieczka:

Creme Tangerine, Montelimar
A Ginger Sling with a Pineapple Heart
A Coffee Dessert
Yes you know it’s Good News
But yow ll have to have them all pulled out
After the Savoy Truffle!

Utknąłem na chwilę przy dwóch łącznikach  i Derek Taylor napisał część słów w środku . . . wiesz, że tym, co jesz, jesteś...


 


„Ty” w "Long Long Long" to Bóg. Nie pamiętam o niej zbyt wiele poza akordami, które, jak sądzę, pochodziły z „Sad Eyed Lady of the Lowlands” — D do E-moll, A i D — te trzy akordy i sposób, w jaki się poruszały. Na głośniku Leslie podczas nagrania stała butelka wina „Blue Nun” i kiedy nasz Paul uderzył jakąś nutę na organach, Leslie zaczął wibrować, a butelka grzechotać. Można to usłyszeć na płycie — na samym końcu.





 
 
"Old Brown Shoe" zacząłem od sekwencji akordów na pianinie (na którym tak naprawdę nie gram), a potem zacząłem pisać pomysły na słowa z różnych przeciwieństw: I want a love that’s right (Chcę miłości, która jest właściwa) But right is only half of what’s wrong (Lecz racja to tylko połowa tego, co błędne) Znowu chodzi o dualizm rzeczy — tak-nie, góra-dół, lewo-prawo, dobrze-źle, itd.
 
 
 
 





"Not Guilty" zostało napisane w 1968 roku, chociaż pojawiło się po raz pierwszy na albumie George Harrison z 1979 roku. Napisałem to przed Białym Albumem Beatlesów i wydaje się, że dotyczy tamtego okresu: Paul-John-Apple-Rishikesh-indyjscy przyjaciele, itd.

 

 
 
"Here Comes The Sun" zostało napisane w czasie, gdy Apple zaczynało przypominać szkołę, gdzie musieliśmy chodzić i być biznesmenami, to całe podpisywanie rachunków, i „podpisz to”, i „podpisz tamto”. W każdym razie, wydaje się, jakby zima w Anglii trwała wiecznie; do czasu, gdy nadchodzi wiosna, naprawdę na nią zasługujesz. Więc pewnego dnia zdecydowałem – „urywam się” z Apple i pojechałem do domu Erica (Claptona): spacerowałem po jego ogrodzie. Ulga z powodu braku konieczności oglądania tych wszystkich durnych księgowych była wspaniała, a ja chodziłem po ogrodzie z jedną z gitar akustycznych Erica i napisałem Here Comes The Sun.

 


"Something" zostało napisane na pianinie, podczas gdy robiliśmy Biały Album. Miałem przerwę, kiedy Paul robił jakieś dogrywki, więc wszedłem do pustego studia i zacząłem pisać. To właściwie wszystko, poza tym, że opracowanie środkowej części zajęło trochę czasu! Nie trafiło na Biały Album, ponieważ skończyliśmy już wszystkie utwory. Dałem to Joe Cockerowi rok przed tym, jak sam to nagrałem. Ma prawdopodobnie zakres pięciu nut, co najlepiej odpowiada potrzebom większości piosenkarzy. To, jak przypuszczam, moja piosenka, która odniosła największy sukces, z ponad stu pięćdziesięcioma wersjami coverów. Moja ulubiona wersja to ta wykonana przez Jamesa Browna — była doskonała. Kiedy ją pisałem, w myślach słyszałem śpiewającego ją Raya Charlesa, i faktycznie nagrał ją kilka lat później. Lubię też wersję Smokeya Robinsona.

 

 

 _____________________

 

Te kilka historii pokazuje, jak bardzo George Harrison potrafił czerpać z codzienności – od przypadkowego zdania w książce, przez ogród przyjaciela, aż po wibracje butelki wina w studiu. Choć John Lennon czuł żal z powodu pominięcia jego osoby w książce, to właśnie te techniczne i osobiste detale sprawiają, że „I, Me, Mine” jest tak wyjątkowym zapisem procesu twórczego „Cichego Beatlesa”. To oczywiście tylko wierzchołek góry lodowej. George zostawił po sobie znacznie więcej wspomnień o muzyce, która zmieniła świat, i obiecuję Wam, że już niedługo wrócimy na blogu do kolejnych fragmentów jego opowieści – zarówno z czasów Fab Four, jak i tych z jego solowej drogi.

 

 

 

 

                                                                         _______________




Historia The Beatles
History of  THE BEATLES