FOTKI 243


 243 odcinek zdjęć The Beatles. Mój blog to na pewno miejsce w sieci z największą liczbą zdjęć tych czterech fantastycznych Anglików. Beatlemania w lipcu 2026 ma się dobrze, choć oczywiscie nie przypomina, z oczywistych powodów, tej z lat 60, ktorej nazwanie szaleństwem na czyimś punkcie to najlagodniejsze z określeń. Dzisiaj najbardziej zagorzali fani Taylor Swift nie zbierają pociętych przez obsługę hotelu,  w ktorym ona nocowała skrawków  prześcieradeł. To taki mały wtręt dla "nieznajacych tematu". Za dwa lata pojawią się cztery filmy pokazujące historię Beatlesow z punktu widzenia kazdego czlonka. Będzie sie działo. Póki co cieszmy się nowymi wydawnictwami sir Paula, sir Richarda (Ringo) a także ich przyjaciól, zespolu sir Michaela Jaggera, The Rolling Stones. 

 






Plastic Ono Band: Alan White,  Eric Clapton, Klaus Voormann, Joh i Yoko
























Historia The Beatles
History of  THE BEATLES

 



 

Szalona wiosna 1960 i życiowe ryzyko Ringo (M. Lewisohn - Tune In *1 )



 

 

W ostatnim poście opisałem Wam moje wrażenia z najnowszego albumu Paula McCartneya, The Boys of Dungeon Lane. Ta płyta, pełna wspomnień o Liverpoolu, mocno poruszyła moje serce. Dzisiaj – dzięki niesamowitej biografii Tune In Marka Lewisohna (na blogu po raz pierwszy cytowana) – chciałbym zabrać Was na chwilę do wiosny i lata 1960 roku. Zobaczcie, jak fakty z tamtych dni genialnie łączą się z klimatem nowego krążka!  Garść historycznych smaczków z 1960 roku, o którym przeczytacie w tekście Lewisohna: 
 - Ringo (w tekście w roli głównej) stawia wszystko na jedną kartę: Na nowej płycie Paula mamy wzruszający duet z Ringo (Home to Us). Co ciekawe, w maju 1960 roku Ringo podjął życiowe ryzyko. Na rok przed ukończeniem praktyk rzucił bezpieczną pracę w fabryce Hunta, by bębnić w obozie Butlin’s. Koledzy pukali się w czoło, a rodzice lamentowali, że „marnuje sobie życie”. On jednak poszedł za głosem serca – i wygrał na tym wszystko.

Paul i jego słabość do „Besame Mucho”: Lewisohn wspomina, że wiosną 1960 roku 17-letni Paul oszalał na punkcie rockandrollowej wersji hiszpańskiego klasyka Besame Mucho w wykonaniu The Coasters. Został kupiony w ułamku sekundy, gdy piosenka zmieniała tonację z molowej na durową. Jak widać, to zamiłowanie do szukania smaczków w akordach i aranżacjach towarzyszy mu od nastolatka aż po dzisiejszy, nowy album.
- Czarny hymn Johna Lennona: Kolejnym objawieniem dla chłopaków z Liverpoolu był singiel Money (That’s What I Want) Barretta Stronga (pierwsza iskra z legendarnego Motown). Utwór stał się absolutnym hymnem Johna, który śpiewał go z dziką pasją. Tekst tak mocno siedział mu w głowie, że gdy podczas szkockiej trasy pomagali pisać piosenkę Johnny'emu Gentle, John rzucił ironicznie: „Najlepsze rzeczy w życiu są za darmo”.
  Niesamowicie się to czyta, wiedząc, że ci sami chłopcy, którzy w 1960 roku uciekali z fabryk dla muzyki i zachwycali się amerykańskimi singlami, dzisiaj – jako ponad osiemdziesięcioletni faceci – wciąż potrafią stanąć ramię ramię i nagrać razem piękny utwór. Dla takich historii warto być fanem! Poznajcie smaczki z początków kariery Ringo, którego wspomnieniami ubarwiam post. 
 

W tym samym czasie człowiek, który dostarczył rock and rolla masom, wyszedł z wojska po zakończeniu służby. Ten wypychający miednicę, kręcący biodrami i wykrzywiający usta młody koleszka, który terroryzował seksualnie Amerykę, stał się teraz dumnym wzorem patrioty – tolerowanym, a w większości przypadków nawet znośnym. Elvis Presley wyglądał na smuklejszego i sprawniejszego niż wcześniej, w zasadzie wyglądał po prostu świetnie, ale nie był już tym samym Elvisem, którego powołano do armii w '58 roku. Trzy tygodnie po powrocie do statusu cywilnej supergwiazdy był już w Miami, ubrany w smoking i muszkę, występując w telewizyjnym programie specjalnym z Frankiem Sinatrą – tym samym Sinatrą, który wcześniej nie potrafił powiedzieć o nim dobrego słowa. Wszystko było już w porządku, ponieważ rock został oswojony… prawda?  
3 marca, w drodze powrotnej z Niemiec do Ameryki, samolot sierżanta Presleya wylądował na tankowanie w Szkocji, na lotnisku Prestwick tuż obok Glasgow. Elvis po raz pierwszy – i na krótko – stanął na brytyjskiej ziemi, ale wydawało się pewne, że wróci. W czerwcu magazyn NME podał, że artysta po raz pierwszy poważnie rozważa terminy koncertów w Wielkiej Brytanii… a potem, jak zwykle, wszystko ucichło. Jeśli chodzi o muzykę Elvisa, zmieniała się ona tak bardzo, że kiedy jego nowy singiel A Mess Of Blues został puszczony w programie Juke Box Jury, jury nie zorientowało się, że to on.

W Liverpoolu zagorzali fani, dla których Elvis był większy niż Bóg, trochę się z tym zmagali: A Mess Of Blues było w porządku, ale to nie było Heartbreak Hotel czy Baby Let’s Play House – choć mieli nadzieję, że jego następny numer na pewno będzie świetny. Z Ameryki i tak napływały inne, wspaniałe płyty. Na poziomie wielkich korporacji rock uznano za „zaginiony w akcji”, ale prężne, żywotne i niekonwencjonalne niezależne wytwórnie w całych Stanach Zjednoczonych – będące brawurową mieszanką dwóch klas imigrantów: czarnoskórych i Żydów – nadal wypuszczały świetną nową muzykę: R&R, R&B i nie tylko. Najlepsze taśmy-matki były przejmowane dla Wielkiej Brytanii przez należącą do Decci wytwórnię London… i chłonięte w Liverpoolu, gdzie grupy młodych chłopaków stały w działach odsłuchowych w sklepie NEMS i innych miejscach, absorbując każdą nutę, zanim sami ruszyli grać je w klubach i salach tanecznych.
  Wygląda na to, że wszyscy byli totalnie oszołomieni utworem Money (That’s What I Want) w wykonaniu Barretta Stronga. Recenzja w magazynie Disc zrozumiała ten fenomen tylko połowicznie: „Żeński zespół wokalny i dżunglowa sekcja rytmiczna robią mnóstwo hałasu i przez połowę czasu wydaje się, że Barrett walczy, by się przez nich przebić” – ale reszta to była czysta ekscytacja, bit, riffy, nieodparty, oszczędny aranż, pełen pasji wokal i tekst, który obwieszczał, że piosenkarz nie chce seksu, chce tylko pieniędzy. Wytwórnia London ujawniła, że źródłem nagrania była firma „Anna, Detroit” i dopiero później zorientowano się, co to naprawdę oznaczało: Anna została nazwana na cześć siostry Berry'ego Gordy'ego Jr., która była też jej współwłaścicielką. On z kolei napisał Money wspólnie z Janie Bradford, recepcjonistką w prowadzonej przez siebie firmie płytowej; własnymi wytwórniami Gordy'ego były Tamla i Motown. Oto więc pojawiła się pierwsza iskra z nowej muzycznej autostrady – moment, w którym czarne, miejskie brzmienie z Detroit przeskoczyło przez Atlantyk: pulsująca linia produkcyjna rytmu i melodii z Motor City. Money była drugą płytą Tamla (lub z nią powiązaną) wydaną w Wielkiej Brytanii i choć nie stała się hitem, została usłyszana – i w tej coraz bardziej rozluźniającej się „małej, ciasnej wyspie” nic już nigdy nie było takie samo.

Money stało się piosenką Johna – taką, którą zawsze śpiewał. Poraniony chłopak, który pragnął pieniędzy i seksu, wstrzykiwał pasję w każdy występ. To prawie na pewno tekst Money, wydanego w kwietniu, skłonił go do rzucenia linijki „Najlepsze rzeczy w życiu są za darmo”, gdy Johnny Gentle szukał pomocy przy swojej piosence w Inverness. Wszyscy Beatlesi, ale w szczególności George, byli fanami Duane'a Eddy'ego, a jego niesamowicie „twangowy” utwór Shazam! głęboko zapadł im w pamięć, podobnie jak Road Runner Bo Diddleya („I’m a rooooooad-runner honey!”). Podobało im się też Only The Lonely – bogaty, dramatyczny utwór Roya Orbisona, którego nazwisko było dla nich nowe, choć w Stanach działał już od kilku lat. Cut Across Shorty, opowiadająca historię strona B ostatniego singla Eddiego Cochrana Three Steps To Heaven, była kolejnym wielkim hitem, a Paul był szczególnie urzeczony wersją Besame Mucho w wykonaniu zespołu The Coasters, wydaną w Wielkiej Brytanii pod koniec kwietnia.


Besame Mucho, hiszpańska melodia z lat 40., była dziwnym wyborem, ale miała świetny groove, posiadała całą charakterystyczną dla The Coasters teatralność i dramaturgię, a także ryczący saksofon Kinga Curtisa. Ponad wszystko była to po prostu atrakcyjna melodia. Podobnie jak What’d I Say Raya Charlesa, utwór ten rozciągał się na dwie strony płyty, a Paul był kupiony w ułamku sekundy, gdy tonacja zmieniła się z molowej na durową. W numerze Disc, który ukazał się, gdy Beatlesi jechali do Szkocji (i który mogli wtedy czytać), Jack Good (wciąż jedyny dziennikarz, który cokolwiek rozumiał) chwalił brzmienie niektórych współczesnych amerykańskich płyt, wyróżniając właśnie Money, Road Runner i Besame Mucho. Trzeźwo zauważył, że „jedynym ograniczeniem tego stylu jest to, że bardzo niewielu białych piosenkarzy potrafi się nim posługiwać”. John Lennon i Paul McCartney należeli do tych nielicznych – stali na czele tego samego zespołu, nos w nos, prąc razem do przodu, niedobrana para, nawzajem nakręcająca się do działania.

Inną płytą, którą zachwycał się Good, był nowoczesny, humorystyczny numer Alley Oop zespołu Hollywood Argyles: „Co za kupa śmiechu. Jest tu hipsterski tekst o człowieku prehistorycznym. I świetny beat”. Piosenka była gwarantowanym hitem koncertowym: częściowo mówiona, częściowo śpiewana i pozwalająca na dużą interakcję z publicznością. Idealnie nadawała się dla kogoś, kto potrafił śpiewać, ale nie miał oszałamiającej skali głosu – dla kogoś, kto nigdy wcześniej nie śpiewał na scenie i musiał oswoić się z mikrofonem przed twarzą. I tak właśnie stało się w przypadku Ringo Starra w ośrodku Butlin’s – sześć nocy w tygodniu w sali Rock and Calypso Ballroom latem 1960 roku. Postanowił pojechać i pojechał.
Iris Caldwell mówi, że jej brat pomógł Ringo podjąć tę decydującą decyzję. Zaledwie kilka dni przed wyjazdem do Walii zespół The Hurricanes potrzebował Ringo nawet bardziej niż on ich, więc Rory wspaniałomyślnie kupił mu jeden lub dwa nowe elementy do perkusji i barwnie opowiadał o tym, jak świetnie będą się bawić w Butlin’s. Co więcej, udał się na Admiral Grove i błagał Elsie i Harry'ego (rodziców Ringo), aby pozwolili Richy'emu jechać. Iris wspomina, że przynajmniej przez krótki czas po tym fakcie „mówili, że Rory zrujnował mu życie”.
Ostateczna decyzja należała jednak wyłącznie do Richy'ego i po wahaniach trwających od lutego, klamka zapadła. W fabryce Hunta zarabiał 6 funtów tygodniowo i około 8 funtów dorabiał grając w Liverpoolu z Hurricanes, ale w Butlin’s miał zgarniać 16 funtów za dwadzieścia pięć godzin pracy tygodniowo. Praca? Przecież to było tylko mnóstwo bębnienia połączone z przygodą życia. W 1958 roku powiedział: „To jest robota dla mnie”, a teraz, dwa lata później, nadarzyła się wielka szansa – prosto i w górę, aż do London Palladium. Był ostatnią osobą, która martwiła się o swoją przyszłość: pomimo przebytych chorób czuł, że ma szczęście i że wszystko zawsze układa się po jego myśli. Przekazał Elsie i Harry'emu wiadomość, której tak bardzo się obawiali. „Powiedziałem, że chcę wykorzystać tę szansę – a oni w końcu odpuścili: 'Dobrze, to twoje życie, jeśli chcesz je sobie zmarnować. My zrobiliśmy, co w naszej mocy'”. Jak powiedzą dociekliwym dziennikarzom nieco ponad trzy lata później: „Wiedzieliśmy, że to jedyna rzecz, która uczyni go szczęśliwym”.
RINGO: Gdy nadarzyła się okazja wyjazdu z Hurricanes do Butlin's na cały sezon, musiałem podjąć decyzję. Pracowałem jako uczeń inżyniera w fabryce Henry Hunt and Son. Poszedłem do szefa i powiedziałem, że odchodzę, by grać na bębnach. Moja rodzina była przerażona, mówili: 'Przecież bębnienie to żadna praca, z tego nie wyżyjesz!'. Ale ja po prostu wiedziałem, co muszę zrobić.
   Richy porzucił praktyki zawodowe, gdy do ich ukończenia został mu zaledwie rok. Ludzie u Hunta mówili mu, że jest głupi. Zaczynał pracę w fabryce jako chorowity dzieciak mający niecałe 16 lat; odchodził jako twardy, pewny swego facet w wieku prawie 20 lat. W piątek 27 maja oddał Royowi Traffordowi swoją przykładnicę, zdał legitymację związkową i podbił kartę pracowniczą po raz ostatni. I podczas gdy Beatlesi byli na północy w Nairn, grając z Johnnym Gentle, Richy siedział w knajpie ze swoimi byłymi kolegami z pracy, obalając pożegnalne piwa. 

 A co z Gerry McGovern? Znosiła muzyczne hobby swojego narzeczonego przez cały czas, gdy byli razem, aż w końcu postawiła sprawę jasno: ja albo perkusja? Richy postawił kawę na ławę: jeśli chce, może na niego czekać, ale on jedzie do Butlin’s i nie będzie go przez trzy miesiące.
  W jego ostatnim tygodniu w Liverpoolu (aż do września) było jeszcze kilka rzeczy do załatwienia. Po zrezygnowaniu z legitymacji związku zawodowego inżynierów, Richy poszedł prosto do Związku Muzyków. Rory Storm and the Hurricanes musieli być członkami związku, aby grać w Butlin’s – tygodniowa składka wynosiła jednego szylinga, czy im się to podobało, czy nie. Kupili też pasujące do siebie szare garnitury oraz buty do rock 'n' rolla, a w środę zagrali na drugiej w historii klubu The Cavern cotygodniowej „Nocy Rocka”. „Najlepsze zespoły popowe za najniższą cenę” – brzmiało hasło Raya McFalla, które miało promować coś zupełnie nowego pod ceglanymi łukami klubu. Nowy właściciel The Cavern czuł wiatr zmian: nie dość, że w Liverpoolu rósł w siłę żywy rock, to jeszcze zaostrzała się rywalizacja na scenie jazzowej. Oprócz klubu Mardi Gras, w centrum miasta otworzyły się w kwietniu dwa inne nowe lokale: The Iron Door i The Downbeat. The Cavern wciąż rządził, ale liczba fanów jazzu w mieście nie była nieskończona. Rock stał się więc dla klubu sposobem na urozmaicenie oferty – zresztą i tak grano go tylko raz w tygodniu.
 
RINGO: Rory był niesamowitym frontmanem, prawdziwym showmanem. Potrafił zrobić na scenie absolutnie wszystko, żeby porwać tłum. Do tego był świetnym sportowcem, biegał, skakał. Miał w sobie ten naturalny magnetyzm gwiazdy, którego nie dało się podrobić. (Więcej o Rorym,przzeczytaj tutaj
 

Sobota, 4 czerwca, była tym wielkim dniem. Rory'emu i Johnny'emu udało się załatwić furgonetkę i zaparkowali pod pubem Empress, żeby zgarnąć Ringo. Kiedy chłopak załadował już swój sprzęt, Elsie i Harry stanęli na końcu ulicy Admiral Grove i pomachali swojemu Richy'emu na pożegnanie. Przed szóstą wieczorem zespół The Hurricanes dotarł przez północną Walię do obozu Butlin’s w Pwllheli i zaczął się rozpakowywać. Dziennik Johnny'ego podaje, że na początku nie mieszkali w samym obozie, ale na kwaterze poza nim, w odległości krótkiej jazdy autobusem. Johnny dzielił pokój z Wallym, Chas z Ringo, a Rory miał pokój tylko dla siebie… z tym że nie do końca nazywali się już tak jak wcześniej: ponieważ Rory, Johnny i Ringo używali kowbojskich pseudonimów, Chas i Wally również zmienili swoje – na Ty Brian i Lu Walters.
RINGO: Byliśmy wtedy najgorętszym zespołem w Liverpoolu. Naprawdę rządziliśmy miastem. Graliśmy rock and rolla, mieliśmy swój własny styl, a ludzie nas uwielbiali. 
   Sobota w Butlin’s była dniem wymiany wczasowiczów i zespół na żywo nie grał, ale w niedzielny wieczór o dwudziestej zameldowali się już w sali Rock and Calypso. Oficjalny fotograf obozu ustawił ich do zdjęcia – pięciu eleganckich chłopaków z wielkimi fryzurami (quiffami), szerokimi uśmiechami, w szarych garniturach, z pasującymi poszetkami w kieszonkach i w czarno-białych butach „winkle-pickers” (szpiczastych butach rockandrollowych). Cały czas przyglądali im się młodzi mężczyźni i kobiety, dla których zaraz mieli zagrać. Tańczyli jive'a i swingowali do 23:15, a potem – zanim wszyscy rozeszli się do domków (choć niekoniecznie do swoich własnych) – dołączyli do kadry obozowej (Redcoats) i wczasowiczów, by wspólnie odśpiewać (na melodię utworu Goodnight Sweetheart Raya Noble'a) wieczorny hymn obozu Butlin’s: Dobranoc Wczasowicze, widzę, że ziewacie / Dobranoc Wczasowicze, rano się spotkacie /Głowa do góry, bo wnet śmierć was zjedzie/ Słyszałem bowiem w życiowej spowiedzi/ Że ludzie umierają, gdy leżą w łóżku/ Więc powiemy Dobranoc Wczasowicze/ Nie śpijcie w szelkach na nocnej warcie /Dobranoc Wczasowicze, zęby w płynie Jeyes'a zanurzcie/ Utopcie smutki, a jutro puste butelki przynieście/ Dobranoc Wczasowicze, Dobranoc.
 

RINGO: Wszyscy mieliśmy te same różowe czy szare garnitury, wielkie fryzury i kowbojskie imiona. To był niesamowity, szalony czas. Byliśmy młodzi, graliśmy muzykę, którą kochaliśmy, a dziewczyny szalały. Nic innego się nie liczyło... Butlin’s to była dla nas szkoła życia i prawdziwy przełom. Graliśmy tam przez kilkanaście tygodni, dzień w dzień, po kilka godzin. To właśnie tam, dzięki tej morderczej liczbie koncertów, stałem się naprawdę profesjonalnym perkusistą. Wyjechaliśmy z Liverpoolu jako amatorzy, a wróciliśmy jako zawodowcy... Te piosenki są dla mnie jak wspomnienia. 'Rory and the Hurricanes' to kolejny rozdział mojego życia w Liverpoolu.
 
 To miało być długie, wystrzałowe i arcybrytyjskie lato. Tego samego dnia, 4 czerwca, gdy The Hurricanes zmierzali do Walii, tymczasowa grupa rockmanów z klubu 2i’s, nazywająca siebie The Jets, zmierzała do Hamburga. W ostatnich dniach maja krępy Niemiec ze stopą końsko-szpotawą (szpotawą ugodą) udał się do Anglii w poszukiwaniu zespołu, który przyciągnąłby klientów do jego baru. Był to Bruno Koschmider z klubu Kaiserkeller. Choć nie da się tego stwierdzić z całą pewnością, najprawdopodobniej przybył z zamiarem odnalezienia Allana Williamsa – drobnego przedsiębiorcy, który odwiedził jego bar wcześniej tego samego roku, dużo gadał, ale puścił mu kompletnie zepsutą taśmę demonstracyjną. Wygląda na to, że Koschmider nie wiedział, iż Williams pochodzi z Liverpoolu, albo o tym zapomniał, bądź też postanowił najpierw udać się do Londynu. Cokolwiek to było, dokuśtykał do baru kawowego 2i’s Coffee Bar przy 59 Old Compton Street – jedynego pewnego miejsca, w którym można było znaleźć rock 'n' rolla, i gdzie dźwięk gitar elektrycznych przecinał przesiąknięte aromatem powietrze Soho, wystrzeliwując prosto z piwnicy...  
 
 RINGO: Grałem z Rory Storm and the Hurricanes przez jakieś półtora roku, może dwa. W tamtym czasie to my byliśmy gwiazdą wieczoru. Występowało wiele zespołów, czasem także Beatlesi. Skończyło się na tym, że byli jedyną grupą, którą naprawdę oglądałem, bo już wtedy byli bardzo dobrzy... Jedyne nagrania, na których naprawdę zagrałem z Hurricanes, powstały w Niemczech w 1960 roku. Nagraliśmy wtedy dwa utwory na acetacie.
 
 
  Historia przyszłych The Beatles nabiera tempa. Znajdziecie to wszystko na blogu w różnych postach, ale do fascynującej książki Marca Lewisohna będę jeszcze wracał.


Historia The Beatles
History of  THE BEATLES

 




The Rolling Stones '2026 - Magia trwa nadal!

 

 

Zanim przeczytacie dalszy tekst moja mała wstawka. Odkąd drugi singiel Stonesów "Zazdrosny kochanek" (Jealous Lover) stal się dostępny słucham go niemal bez przerwy. W samochodzie, na siłowni, rano po przebudzeniu, wieczorem przed snem.  To po "Beast Of Burden" mój drugi ulubiony kawałek Gigantów Rocka. Pozwoliłem sobie na umieszczenie na dole tłumaczenia bardzo interesującego tekstu songu. Gdybym miał się doczepić do tego rewelacyjnego hitu zespołu (nr 2 w UK, w USA słabo), dodałbym w środku jakąś ładną solówkę na gitarze (przez lub jeszcze lepiej po pojękiwaniu Micka o odpuszczaniu - let it go, let it go...) Co tam...
 
Magia trwa. Użyłem już tego zwrotu przy anonsowaniu nowych wydawnictw Paula McCartney'a i Ringo Starra (tutaj), trudno nie użyć go ponownie.  Dla wiernego fana The Beatles to zupełnie naturalne, że na blogu poświęconym Wielkiej Czwórce z Liverpoolu pojawia się wzmianka dzisiaj ta o Stonesach. Historia The Beatles i The Rolling Stones (czytaj to) to przecież jedna z najpiękniejszych opowieści w dziejach muzyki popularnej, o obu zespołach, w kontekście powiązań ze sobą znajdziecie dużo na blogu. W jednym z ostatnich wywiadów spytano Micka o relacje jego zespołu z The Beatles w latach osiemdziesiątych. Żartobliwie dodał, że pewna rywalizacja była, ale bardziej PR-owa i członkowie obu zespołów się przyjaźnili.
 Dwie grupy, które w latach 60. przedstawiano jako konkurentów, w rzeczywistości były częścią tej samej muzycznej rewolucji. Te dwa zespoły od lat 60 szły ramię w ramię – dla opinii publicznej rzekomo rywalizując i dzieląc fanów ("jesteś za Beatlesami czy za Stonesami?") -gdy w rzeczywistości wymieniając się pomysłami, podkręcając nawzajem do pracy, a nawet śpiewając u siebie w chórkach. 
   Gdy o tym myślę, to zawsze przychodzi mi na myśl obrazowy zwrot "lost between The Beatles and The Stones" użyty przez Tears For Fears w pięknym utworze "Master Plan" stosunkowo niedawno bo w 2022. 
   Po latach to właśnie Mick Jagger wprowadzał The Beatles do Rock and Roll Hall of Fame w 1988 roku, o czym zresztą możecie przeczytać w moim wcześniejszym wpisie (tutaj - "Lubię myśleć, że wtedy jak i dzisiaj jesteśmy przyjaciółmi"). 
Dziś jednak oczy całego muzycznego świata, w tym fanów Beatlesów, zwracają się na obóz The Rolling Stones, ponieważ już za chwilę, 10 lipca, światło dzienne ujrzy ich najnowszy, wyczekiwany album studyjny, na którym podobnie jak na poprzednim, "Hackney Diamonds" (2023)  w jednym utworze ("Bite My Head Off") - clip na gitarze basowej zagrał sam Sir Paul, na nowym w "Covered In You". I właśnie ten fakt, kilka lat temu i teraz, że świat otrzymał na dwóch nagraniach Wielkich Mistrzów współczesnej muzyki, bez względu na gatunek. Sir Paul i Sir Mick razem. W 2003 roku, gdy Mick dostał tytuł szlachecki, Keith publicznie z tego kpił i wyśmiewał pomysł, że dostałby taki tytuł. Do dziś nie został uhonorowany w ten sposób, więc nie nosi przedrostka Sir.


Współpraca gigantów muzyki zrobiła wrażenie nawet wszystkich. Paul musiał być zaszczycony, że znowu zagra z legendarnymi Stonesami, druga trójka tym, że na ich płycie pojawi się Wielki Słynny Beatles.



KEITH: Gdy zobaczyłem go w studiu powiedziałem: Nie wyjdziesz, dopóki czegoś z nami nie zagrasz...   Paul bardzo chciał zagrać z zespołem. 
MICK: Zapytałem Andy'ego (Andrew Watta): 'Czy on w ogóle w to wejdzie? Przecież to totalnie punkowy kawałek, leci strasznie szybko, a ja chcę tam surowego, mocno przesterowanego basu. Ma być prosto, bez żadnego kombinowania'.
​Watt spojrzał na mnie i uciął temat krótko: 'Nie, nie, nie. Paul da radę. I tak też się stało. Wszedł do studia i zrobił dokładnie to, co było potrzebne... w jakieś 10 minut.
Oto utwór  z Paulem na basie "Covered In You". Mam tutaj problem z rozpoznaniem wokali. Podobno spiewają tutaj razem Mick oraz Keith, ale nie mogę ich tutaj "rozpoznać". Micka chwilami tak. Pomoże ktoś?


MICK: Gdy Paul wszedł do studia, od razu poczuliśmy tę niesamowitą, dawną chemię. Przypomniały mi się lata sześćdziesiąte, kiedy podrzucaliśmy sobie nawzajem pomysły. Paul przyniósł ze sobą ten swój niesamowity, melodyjny i pulsujący bas, który od razu pchnął utwór w zupełnie nową stronę. On nie gra jak zwykły basista sesyjny – gra jak kumpel z zespołu, z ogromnym wyczuciem i rock'n'rollowym pazurem. Cudownie było mieć go na pokładzie "Foreign Tongues"... Zagrał w punkowej piosence, a bas był bardziej funkowy. To naprawdę świetne, bo nigdy wcześniej nie graliśmy z nim razem… Jest bardzo szybki, bardzo szybko się uczy... 
 
 
PAUL: Zostaliśmy zaproszeni z Ringo do studia przez chłopaków. Pomyślałem sobie: ’Czemu nie? Znamy się przecież od stu lat, a wciąż możemy wspólnie zrobić trochę rock'n'rollowego hałasu’. Keith podkręcił wzmacniacze, Mick jak zwykle biegał po całym studiu, a ja po prostu chwyciłem za bas i poczułem się, jakbyśmy znowu mieli po dwadzieścia lat i grali w jakimś małym londyńskim klubie. 
To była czysta, nieskrępowana frajda. Cieszę się, że po tylu dekadach wciąż potrafimy się tak bawić muzyką...





KEITH:
 Znamy się od lat... Wielu lat... Przyjaźnimy. Ludzie zawsze myśleli, że między nami a Beatlesami była jakaś śmiertelna wojna, a my po prostu nagrywaliśmy w tym samym czasie. Macca to potęga. Kiedy chwycił za instrument i stanął obok mnie i Ronniego, wszystko po prostu wskoczyło na swoje miejsce. 
Żadnego zadęcia, po prostu czysty, surowy rock'n'roll. Facet ma w sobie więcej energii niż połowa dzisiejszych młodych kapel. To był zaszczyt znowu z nim pohałasować. 


RONNIE:
Myślę, że Paul naprawdę chciał w to wskoczyć. Nie było w tym nic onieśmielającego. Chciał grać z zespołem... 
Paul powiedział do mnie: Czy możesz uwierzyć, że jesteśmy razem w studiu? To spełnienie marzeń – gram z The Rolling Stones.’ Był jak dziecko w sklepie z zabawkami.
 MICK: Wydawał się naprawdę szczęśliwy, że może po prostu być basistą w zespole, bez całej odpowiedzialności. Naprawdę dał czadu. Wpasował się od razu – jakbyśmy grali razem od lat.
PAUL: Zwykle nie gram jako muzyk sesyjny, więc to naprawdę miłe po prostu wejść do studia z basem i zapytać: ‘Dobra, gdzie mam zagrać? 
 
 

Innym razem PAUL wspomina: To było super uczucie: po prostu pojawić się w studiu z basem i zapytać: ‘Dobra, gdzie mnie chcecie?’ Zaczynasz grać, oni pokazują ci utwór, a w mojej głowie pojawia się myśl: ‘Gram ze Stonesami!’ Mógłbym być cyniczny, machnąć ręką i powiedzieć: ‘Dobra, wielkie mi co’. Ale u mnie to zadziałało w drugą stronę. Siedziałem tam i myślałem: ‘Wow, tam stoi Mick! Ooo, a tam Keith! O rany, to Ronnie!’ To było ekscytujące. Było naprawdę super. Najlepsze było to, że jedyne, co musiałem zrobić, to zagrać na basie i nie walnąć żadnego byka. 

 

  

Pierwszym zwiastunem albumu „Foreign Tongues” był singiel „In The Stars”, a wydany kilka tygodni później „Jealous Lover” stał się drugą zapowiedzią płyty. Oba utwory pokazały, że The Rolling Stones po sukcesie „Hackney Diamonds” nie zamierzają jedynie odwoływać się do własnej legendy, ale nadal poszukują świeżego brzmienia, zachowując jednocześnie charakterystyczny styl zespołu.
  Co ciekawe, „In The Stars” wyróżnia się na tle większości klasycznych kompozycji Stonesów tym, że nie został podpisany tradycyjnym duetem Jagger–Richards. Utwór przypisywany jest samemu Mickowi Jaggerowi, co czyni go interesującym przypadkiem w historii zespołu, którego największe przeboje przez dekady powstawały dzięki wspólnej pracy dwóch głównych twórców – Micka i Keitha.
 


   
Muzycznie „In The Stars” reprezentuje bardziej klasyczne oblicze The Rolling Stones. To oparta na gitarowym brzmieniu rockowa kompozycja, w której słychać ducha zespołu z przełomu lat 70. i 80. Mocny rytm, charakterystyczna energia oraz wokal Micka Jaggera sprawiają, że utwór brzmi jak naturalna kontynuacja wielkiej historii Stonesów, a jednocześnie nie jest jedynie powtórzeniem dawnych pomysłów. Sam tytuł – „In The Stars” – przywołuje skojarzenia z przeznaczeniem, przyszłością i tym, co zapisane gdzieś poza nami. To wyjątkowo symboliczny wybór dla zespołu, który po ponad sześćdziesięciu latach kariery nadal pozostaje aktywnym uczestnikiem muzycznego świata.  
Do utworu powstał również nowoczesny teledysk wykorzystujący możliwości sztucznej inteligencji. Twórcy połączyli współczesny wizerunek muzyków z cyfrowymi efektami, tworząc symboliczne spotkanie różnych epok historii Stonesów – młodych buntowników z lat 60-tcyh i legend rocka XXI wieku.   „In The Stars” rozpoczął więc drogę do albumu „Foreign Tongues”, a wydany teraz „Jealous Lover” pokazał kolejne oblicze nowego materiału – bardziej soulowe, funkowe i jak wskazują krytycy nawiązujące do eksperymentów Stonesów z początku lat 80. 
 

 

Album: Foreign Tongues – premiera 10 lipca 2026
Strona A: Jealous Lover (Jagger & Richards)
Strona B: Divine Intervention (Jagger & Richards) - powrót do korzeni: strona A i B
Kompozycja: Mick Jagger / Keith Richards
Nagranie: przełom 2023 / 2024 (m.in. Henson Recording Studios, Los Angeles / Sanctuary Studios, Bahamy)
Producent: Andrew Watt
Miks: Serban Ghenea
Wydane: czerwiec 2026 (singiel cyfrowy / streaming)
Długość: 3:44
 Obsada:
MICK JAGGER – śpiew główny
KEITH RICHARDS – gitara
RONNIE WOOD – gitara
 
DARRYL JONES – gitara basowa
STEVE JORDAN – perkusja, instrumenty perkusyjne
STEVE WINWOOD – Rhodes, organy
ANDREW WATT – gitara, gitara akustyczna, syntezatory, fortepian
MATT CLIFFORD – syntezatory

Utwór łączy klasyczny, surowy, stonesowski rock'n'roll z elementami soulu, R&B i funku, tworząc charakterystyczny dla zespołu pulsujący groove. Tekstowo Jagger wraca do klasycznego dla siebie motywu skomplikowanych relacji damsko-męskich, zazdrości, podejrzliwości i emocjonalnych gierek. Mick śpiewa z perspektywy kogoś, kto zmaga się z toksyczną zazdrością partnerki, ale sam również nie pozostaje bez winy. 
To, co natychmiast rzuca się w oczy (i uszy) po odpaleniu singla, to absolutnie potężny, młody i drapieżny głos Micka Jaggera. 82-letni wokalista śpiewa tutaj wysokim, charakterystycznym falsetem, przypominającym jego słynne partie z „Emotional Rescue” z 1980 roku. To właśnie ten element sprawił, że wielu fanów od razu zaczęło mówić o powrocie do czasów albumów takich jak „Tattoo You” czy „Black and Blue”.
W kuluarach i internecie od razu rozgorzała dyskusja: czy to zasługa genialnej formy wokalisty, czy może efekt nowoczesnej produkcji studyjnej i zastosowania współczesnych technologii? Nie ma jednak żadnych potwierdzonych informacji, aby wokal został sztucznie wygenerowany lub zastąpiony przez sztuczną inteligencję. Wszystko wskazuje na to, że mamy do czynienia z prawdziwym wykonaniem Micka, wspartym współczesną produkcją i możliwościami dzisiejszego studia nagraniowego.  Wideoklip do „Jealous Lover” wyreżyserowali Chris Barrett i Luke Taylor.
Występują w nim aktorzy Anya Taylor-Joy oraz Charles Melton. Fabuła pokazuje historię pary uwikłanej w podejrzenia o zdradę. Bohaterka grana przez Taylor-Joy wpada w obsesję zazdrości, a konflikt przeradza się w surrealistyczną, pełną napięcia historię. Anya Taylor-Joy wrzuciła na swój Instagram kadry z klipu, pisząc, że zagranie w teledysku The Rolling Stones to spełnienie jej najdzikszych nastoletnich marzeń i absolutny zaszczyt, a praca na planie z reżyserami (Chrisem Barrettem i Luke'iem Taylorem) była niesamowicie intensywnym, wręcz filmowym przeżyciem. W klipie grają parę, która przyjeżdża do motelu, kłóci się, a postać Anyi dosłownie zaczyna się mnożyć, gdy próbuje zatrzymać uciekającego Meltona. Charles Melton również skomentował to krótko, ale bardzo emocjonalnie, dziękując Stonesom za zaproszenie do projektu i pisząc, że wciąż nie może uwierzyć, iż stał się częścią historii tak legendarnego zespołu.
Keith Richards w jednym z ostatnich wywiadów podsumował pracę nad singlem w swoim stylu: Chcieliśmy po prostu złapać ten stary, surowy brud z garażu, ale wpuścić w niego trochę świeżego powietrza. Kiedy Andrew Watt podkręcił suwaki, od razu poczuliśmy, że to jest to.
Z kolei Mick Jagger dodał krótko: To utwór stworzony do grania na żywo. Ma w sobie ten rodzaj złości i energii, której potrzebujemy na koncertach.

Premiera całego albumu już 10 lipca – zapnijcie pasy, bo rock'n'roll wciąż ma się doskonale! Jak tylko będę go miał oczywiście napiszę o nim.Ciekaw jestem tego basu Paula no i udziału Roberts Smith w jednym z utworów. Ostatni występ The Cure na Openerze u nas w kraju pokazał, że muzyk jest w doskonałej wokalnej formie. 

 

 

Listen to me
Yeah, yeah

You said you'd let me live my life
No fetters and no chains
I believed your every word
Now your tune has changed
One day after coffee
You fixed me with a stare
And said where were you on Friday night?
Tell me who was there?

Well the only problem is
Well the only problem is
You're such a part of me

Hands off jealous lover
Please let me be
And you pray like a mantis
You're emerald green
Hands off jealous lover
The joke's right on me
You're clinging like ivy
You're choking a tree

We were once so generous
Sharing secrets of the heart
Now the fruit is turning sour
Got a bad taste in my mouth
You can't control the ocean
You can't control the waves
You can't control the shadows
Flickering in my cave

'Cause there's just one thing
Well there's just one thing
They'll only be a half of me, yeah

Hands off jealous lover
Please let me be
Your eyes full of envy
And you're emerald green
Hands off jealous lover
Your words harsh and mean
You pray like a mantis
You're feeding off me

Let it go, let it go, let it go, now
Let it go, let it go, let it go, now
Come on
(Let it go, let it go, let it go)
Hand off me
(Let it go, let it go, let it go)
You got to let me go baby
Let it go, let it go, let it go
Let it go, let it go, let it go
Come on, come on baby

Hands off jealous lover
Please let me be
And you pray like a mantis
You're emerald green
Hands off jealous lover
The joke's right on me
The pearls 'round your neck
They don't make you a queen
Hands off jealous lover
Please let me be
Your eyes are so cutting
You're my own guillotine
Hands off jealous lover
Your words harsh and mean
You pray like a mantis
You're feeding off me  

     


Słuchaj mnie
Tak, tak

Mówiłaś, że pozwolisz mi żyć po swojemu
Bez kajdan i bez więzów
Wierzyłem w każde twoje słowo
A teraz zmieniłaś ton
Pewnego dnia przy kawie
Wbiłaś we mnie wzrok
I spytałaś: gdzie byłeś w piątek wieczorem?
Powiedz, kto tam był?

Problem w tym
Problem w tym
Że jesteś częścią mnie

Ręce precz, zazdrosna kochanko
Daj mi żyć
Modlisz się jak modliszka
Szmaragdowa zieleń w tobie tkwi
Ręce precz, zazdrosna kochanko
Żart jest ze mnie
Czepisz się jak bluszcz
Dusisz jak drzewo

Kiedyś byliśmy tak hojni
Dzieląc sekrety serca
Teraz owoc kwaśnieje
Zostawia gorzki smak
Nie możesz kontrolować oceanu
Nie możesz kontrolować fal
Nie możesz kontrolować cieni
Migoczących w mojej jaskini

Bo jest tylko jedna rzecz
Jest tylko jedna rzecz
Zostanie ze mnie tylko połowa

Ręce precz, zazdrosna kochanko
Daj mi żyć
Twoje oczy pełne zazdrości
Szmaragdowa zieleń w nich tkwi
Ręce precz, zazdrosna kochanko
Twoje słowa ostre i okrutne
Modlisz się jak modliszka
Żywisz się mną

Odpuść, odpuść, odpuść to teraz
Odpuść, odpuść, odpuść to teraz
No dalej
(Odpuść, odpuść, odpuść)
Zostaw mnie
(Odpuść, odpuść, odpuść)
Musisz mnie puścić, kochanie
Odpuść, odpuść, odpuść
Odpuść, odpuść, odpuść
No dalej, no dalej, kochanie

Ręce precz, zazdrosna kochanko
Daj mi żyć
Modlisz się jak modliszka
Szmaragdowa zieleń w tobie tkwi
Ręce precz, zazdrosna kochanko
Żart jest ze mnie
Perły na twojej szyi
Nie czynią cię królową
Ręce precz, zazdrosna kochanko
Daj mi żyć
Twoje spojrzenie tnie jak ostrze
Jesteś moją własną gilotyną
Ręce precz, zazdrosna kochanko
Twoje słowa ostre i okrutne
Modlisz się jak modliszka
Żywisz się mną



PS.  Znam już album Stonesów. Podoba mi się, zwłaszcza "Side Effects", pewnie następny singiel. Wiecej o albumie później   gdy już  będę z nim dokładniej osłuchany. Na pewno nie zmieni się to, że wielkim fanem RS nie zostanę, ale oni to tak mocna, silna część Historii The Beatles, że nie można ich ignorować. Także z szacunku do muzyki, jakże istotnej części mego życia.  No I posluchajcie wspomniany utwór.

   


Historia The Beatles
History of  THE BEATLES