CHICAGO, August 20, 1965 by Larry Kane White Sox (Comiskey) Park Interviews 23

 

 

Dzisiaj bodajże 28 wywiad z The Beatles, nie wliczając oczywiście wywiadów z poszczególnymi członkami zespołu. Wszystkie znajdziecie w sekcji WYWIADY. W sieci znaleźć dzisiaj można w zasadzie wszystko o zespole, w tym całą bazę wywiadów, a mimo to otrzymuję czasem maila lub w komentarzach na blogu prośbę o kolejne bądź jakiś konkretny. Narzędzie tłumaczenia  Google (dzisiaj zasilane także przez AI) wbudowane w blog pozwala czytać mój polski blog w dowolnym języku stąd pewnie maila z bardzo dalekich, często egzotycznych miejsc na świecie, co oczywiście buduje moje ego jakom twórcę bloga, ale przede wszystkim ciągle udowadnia, że sława zjawiska The Beatles dotarła do każdego zakątka mego bloga.  

W dzisiejszym poście przenosimy się do 20 sierpnia 1965 roku. Jesteśmy w Chicago, w podziemiach stadionu Comiskey Park. Kurz po koncercie jeszcze nie opadł, a w powietrzu wciąż czuć niesamowitą energię tysięcy fanów, którzy wypełnili trybuny. 

W Chicago Beatlesi dali dwa koncerty w White Sox Park w Chicago, o godzinie 15:00 i 20:00. Pierwszy koncert obejrzało 25 000 widzów, a drugi przyciągnął tłum 37 000 osób. Bilety na koncerty kosztowały 2,50$, 4,50$ i 5,50$. Promocja prowadzona przez producenta napoju 7-Up oferowała również kupującym szansę na wygranie pary biletów, a do zgarnięcia było ich 2000. Setlista Beatlesów zawierała 12 utworów: krótką wersję „Twist And Shout”, a następnie „She’s A Woman”, „I Feel Fine”, „Dizzy Miss Lizzy”, „Ticket To Ride”, „Everybody’s Trying To Be My Baby”, „Can’t Buy Me Love”, „Baby’s In Black”, „Act Naturally”, „A Hard Day’s Night”, „Help!” oraz „I’m Down”. Beatlesom zapłacono 155 000 dolarów za oba występy. Pozostałymi wykonawcami w programie byli: Brenda Holloway and the King Curtis Band, Cannibal & The Headhunters oraz Sounds Incorporated.

 

 

Wracając do wywiadu. Dobrze nam znany z bloga, Larry Kane, dobry znajomy zespołu i dziennikarz towarzyszący im w trasie, uchwycił ten moment w serii krótkich, niezwykle bezpośrednich rozmów.  To nie są wyreżyserowane wywiady telewizyjne. To zmęczeni, ale szczerzy chłopcy z Liverpoolu, którzy „na gorąco” dzielą się swoimi przemyśleniami. Usłyszycie tu Johna próbującego pogodzić życie domowe ze statusem globalnej gwiazdy, Ringo tłumaczącego się ze swojej „smutnej” twarzy, George’a analizującego ewolucję ich scenicznego brzmienia oraz Paula wspominającego trudne początki i reakcję na tragiczne wieści o zamachu na Kennedy’ego. Zapraszam do lektury zapisu, który pozwala poczuć atmosferę tamtego upalnego, chicagowskiego wieczoru. Poniżej clip z konferencji prasowej w tym dniu dla mediów.   



 



 


JOHN LENNON

P(pytanie): Jest ze mną John Lennon w podziemiach Comiskey Park w Chicago. Uh...
JOHN: Zgadza się, baby.
P: Co powiedziałeś?
JOHN: Powiedziałem: zgadza się, baby.
P: John, w zeszłym roku większość koncertów odbywała się w halach, a w tym roku... większość z nich jest na świeżym powietrzu. Które lubisz bardziej?
JOHN: Uh, nie... nie dbam o to, wiesz, dopóki nie pada, nie przeszkadza mi, gdzie gramy.
P: Byliście dzisiaj tak wyluzowani, jak nigdy was nie widziałem, to znaczy, po prostu zrelaksowani. Czy jest jakiś szczególny powód, czy to po prostu przyszło naturalnie?
JOHN: Uh, myślę, że to... cóż, kiedy grasz zaraz po tym, jak wstałeś rano, mamy tendencję do bycia histerycznymi rano. Albo bardzo gderliwi, albo histeryczni, wiesz. Więc byliśmy po prostu jakby... wciąż na wpół uśpieni, wiesz.
P: Um, zauważyłem też, że rozglądałeś się po trybunach za tobą. Czy myślisz, że to... zły czynnik psychologiczny, te puste trybuny? Nawet jeśli nie sprzedawali biletów na tę część.
JOHN: Tak, to trochę rozprasza, wiesz. Nawet jeśli ciągle powtarzają: no cóż, nie pozwalamy im tam siedzieć. Wolałbym – nie wiem, chciałbym, żeby to zasłonili. Z drugiej strony, tam zawsze są dzieciaki, tak jakby z tyłu, wiesz, i naprawdę się oglądam, żeby w ogóle coś zobaczyły.
P: Mam pytanie, które zadałem Ringo, uh... jest odrobinę głębokie.
JOHN: Głębokie. O, wspaniale.
P: Gdybyś miał szansę, którą... którą rolę lubisz bardziej – a w twoim życiu są w zasadzie dwie – uh... twoja praca jako Beatelsa i twoja rola w domu, uh, jako John Lennon, uh... facet z Liverpoolu. I John Lennon Beatels. Którego lubisz bardziej?
JOHN: Uh...
P: Wiem, że to trudne pytanie.
JOHN: To nie jest aż tak trudne, bo one są tak ze sobą pomieszane, wiesz, to... wciąż jestem tym s- nie różnię się, widzisz. Nie patrzę na to jak na dwie różne prace. Zmieniam się trochę, kiedy wychodzę z domu, wiesz. Bo muszę się więcej uśmiechać czy coś, nie wiem.
P: Wszyscy to robimy.
JOHN: Ale mógłbym wytrzymać bycie Johnem Lennonem w domu tylko przez pewien czas. I mogę wytrzymać bycie Johnem Lennonem Beatelsem na trasie tylko przez pewien czas. Więc jedno i drugie – nie ma preferencji, wiesz. Nie mógłbym znieść życia bez jednego lub drugiego, bez obu naraz. Nie mógłbym po prostu być Johnem Lennonem w domu. To by nie zadziałało, tak samo jak nie zadziałałoby bycie tylko Johnem Lennonem Beatelsem, jeśli wiesz, o co mi chodzi.
P: Czy twoja żo- wiem dokładnie, o co ci chodzi. Uh, czy twoja żona widziała kiedyś któryś z waszych koncertów?
JOHN: Tak, widziała... kiedyś widziała ich całkiem sporo. Ostatnio jednak nas nie widziała. Podobają jej się, ale to jest tak... ona – my – ona widuje nas, kiedy zostajemy gdzieś w Anglii i gramy koncert –
P: Czy dostajesz od niej jakieś recenzje na ich temat?
JOHN: O tak, cóż, kiedyś dużo z nami jeździła i mówiła: "Byliście dzisiaj beznadziejni", wiesz. "Robisz te miny" – ona nie lubi, kiedy się wygłupiam, pajacuję, wiesz. Mówi: "Dlaczego zawsze robisz te głupie miny?". Ja nie... w telewizji, wiesz, zazwyczaj robię jakąś minę. Ona tego nie lubi, chce, żebym był poważny, wiesz.
P: John, wielkie dzięki za rozmowę z nami.
JOHN: Okej, Larry.


RINGO STARR
 
P: Cześć Ringo, jak się masz?
RINGO: W porządku, Larry, a ty?
P: Całkiem nieźle, um... wiesz, wiele z tych magazynów dla fanów i poważnych artykułów o tobie opisuje cię jako osobę stale smutną. Nie jesteś smutną osobą, prawda?
RINGO: Nie, to tylko ta twarz, wiesz, jak powtarzam ludziom na tych wszystkich konferencjach. Ktoś za każdym razem wyskakuje z pytaniem: "Dlaczego jesteś taki smutny?". Wiesz, w środku jestem całkiem szczęśliwy, tylko twarz nie chce się uśmiechnąć.
P: Czy lubisz te koncerty na świeżym powietrzu, jak na Shea Stadium czy tutaj, na Comiskey Park?
RINGO: Nie tak bardzo jak te w halach, gdzie ludzie są nieco bliżej, wiesz, bo tutaj są naprawdę za daleko.
P: Tracisz pewien kontakt z publicznością.
RINGO: Tak.
P: Uh... kiedy grasz na perkusji i śpiewasz jednocześnie, czy na początku naturalnie przychodziło ci śpiewanie piosenki i granie rękami i nogami?
RINGO: Tak, to się po prostu stało, wiesz. Byłem w innej grupie i um... po prostu – graliśmy tak długie godziny, to było w Niemczech, więc każdy musiał coś zaśpiewać, wiesz. Każdy śpiewał po kilka piosenek, żeby dać reszcie odpocząć, bo graliśmy przez jakieś siedem godzin.
P: Widząc was co wieczór – czasem wyglądacie na zmęczonych –
RINGO: Tak.
P: Uh, czy kiedykolwiek męczy was to podróżowanie?
RINGO: Cóż, podróże w końcu cię wykańczają, wiesz, masz już dość siedzenia w samolotach i samochodach i chcesz po prostu usiąść na rok.
P: Cóż, w zeszłym roku po trasie, wiesz, ja – jeśli uznam to za trudne – samemu trudno było mi wrócić do normy.
RINGO: Tak. Cóż, ja – powrót do normy w Wielkiej Brytanii zajął mi około trzech miesięcy, bo jakby spałem i budziłem się o zupełnie niewłaściwych porach, wiesz, ja po prostu – wiesz, bo to trwało tak długo i te wszystkie zmiany stanowe, wiesz, z czasem, a potem lot z powrotem do Anglii – lot powrotny do Anglii i to wszystko. Wiesz, po prostu nie wiedziałem, co się dzieje, kiedy wróciłem.
P: Powtórzę pytanie, które zadawano już około dziesięciu razy w innym tonie. Wszyscy pytają, czy wrócicie na kolejną trasę, a wy odpowiadacie: "Cóż, to w tej chwili nie zależy od nas".
RINGO: Tak.
P: Czy chcecie wrócić na kolejną trasę?
RINGO: Tak, tak. Taka jest prawda, chcemy przyjechać. My – znasz nas, lubimy Stany. Wielkie dzięki. Właśnie jakiś facet dał mi magazyn baseballowy "Old-Timer Day".
P: Musisz kiedyś obejrzeć baseball, myślę, że by ci się spodobał.
RINGO: Tak. Widziałem go tylko w telewizji, wiesz.
P: Ostatnie pytanie –
RINGO: Właściwie wydaje mi się to trochę wolne.
P: Cóż, tak jest. Uh, to – jednak przyspieszają to dzięki nowym przepisom.
RINGO: Tak.
P: Um... czy planujesz pisanie piosenek?
RINGO: Uh, ja – jakby pisałem jedną piosenkę przez ostatnie cztery lata i wciąż jej nie skończyłem, więc – nie bardzo, nie. Cieszę się robiąc to, co robię, wiesz, grając.
P: Piosenka, którą masz, "Act Naturally", radzi sobie całkiem nieźle...
RINGO: Jak może sobie radzić? To nie jest – ja nie –
P: Cóż, są pewne – pewne stacje radiowe, które ją puszczają, wiesz.
RINGO: O, d- cieszę się, wiesz, bo musieliśmy ją wyciąć z show, bo nikt jej nie znał, wiesz.
P: Cóż, to – w rzeczywistości myślę, że w niektórych miastach jest to jedna z... jedna z pięciu najczęściej zamawianych piosenek. Wiem, że tak jest w Miami.
RINGO: O, świetnie, świetnie.
P: Czy czułeś się swobodnie śpiewając piosenkę country-western, czy to jest twój fach?
RINGO: Cóż, lubię country i western tak samo jak rock and rolla. I um... chcieli, żebym zaśpiewał numer na albumie, wiesz, nasz menedżer nagrań, więc, um... jakby przesłuchałem kilka albumów pewnego wieczoru w domu, wybrałem trzy piosenki, a potem pojechaliśmy do Johna i wybraliśmy jedną z tych trzech, którą – wiesz, mogłem zaśpiewać okej. Wiesz, czysto!
P: Jeszcze cię o to nie prosiłem, ale chciałbym cię poprosić, abyś ewentualnie pozdrowił wszystkich swoich fanów w okolicach Miami.
RINGO: Cześć wszystkim naszym fanom w okolicach Miami! Przykro nam, że tym razem się nie zobaczymy, ale... nie martwcie się.
P: Chciałbym, żebyście tam przyjechali, myślę, że naprawdę by wam się podobało.
RINGO: Tak, cóż, my – świetnie się bawiliśmy w Miami za pierwszym razem. Jakby – dobra pogoda i w ogóle, dobrzy ludzie.
P: Ringo, wielkie dzięki za rozmowę z nami.
RINGO: Wielkie dzięki, cześć.


GEORGE HARRISON
 
P: Jest z nami George Harrison, w podziemiach Comiskey Park w Chicago. Jest coś –
GEORGE: Cześć, Larry!
P: Jak się masz, George?
GEORGE: Nieźle.
P: Jest coś, co mnie zawsze interesowało, i uh – podczas nagrania waszego show w zeszłym tygodniu, uh... i – nie zrozum mnie źle. Ja – zastanawiałem się, czy wykonacie jedną piosenkę, "Help!". I zrobiliście to. A jakość tej piosenki na żywo, w kontraście do nagrania, była po prostu fantastyczna. Wiesz, po prostu nie mogłem w to uwierzyć. Czy – na początku – The Beatles mieli problemy z dopracowaniem brzmienia scenicznego?
GEORGE: Nie. Nigdy nie mieliśmy z tym większych problemów, ponieważ... od samego początku, kiedy zaczęliśmy nagrywać, po prostu – my – po prostu nagrywaliśmy za jednym podejściem. Wiesz, jak – rzeczy typu "Twist And Shout" i "Saw Her Standing There", które wszystkie były na naszym pierwszym albumie w Anglii, po prostu włączaliśmy magnetofon, ustawialiśmy balans dźwięku w studiu, po prostu – puszczaliśmy taśmę i robiliśmy to, tak po prostu. Więc nigdy nie bawiliśmy się w ten cały overdubbing, dodawanie orkiestr czy coś w tym stylu. I, uh – dopiero ostatnio, kiedy używamy trochę nakładek, dodaliśmy rzeczy takie jak tamburyn, czego się nie zauważa, wiesz. Ponieważ wciąż chcemy myśleć, że potrafimy uzyskać zasadniczo to samo brzmienie na scenie.
P: Wiesz, zawsze widzi się te grupy, które, uh – pojawiają się powiedzmy w telewizji.
GEORGE: Tak.
P: I brzmienie jest tak różne od tego, które słyszysz na nagraniu.
GEORGE: Tak.
P: Um... jest jeszcze jedno pytanie, które chciałbym zadać, a które poruszyłem z Ringo i Johnem. Jest dość głębokie. Um... masz w rzeczywistości dwie osobowości: jesteś Beatlesem, to twoja praca, twój zawód.
GEORGE: Tak.
P: Uh, i jesteś też George’em Harrisonem. Facetem, który na początku nie był Beatlesem.
GEORGE: Tak.
P: I, uh, ma rodzinę i całą resztę. Um... które życie wolisz bardziej?
GEORGE: Cóż, teraz uh – te dwie osobowości jakby zlały się w jedną. I nie... cóż, ja – zdecydowanie nie mógłbym wrócić do – wiesz, tego, co było przed Beatlesami. To się st- wiesz, to po prostu stało się – wiesz, mną, to jest moje życie. To znaczy, gdyby zabrano mi płyty, gitary, tłumy i wszystko, wiesz, ja bym –
P: Nie o to dokładnie mi chodziło.
GEORGE: Tak.
P: Chodzi mi o to –
GEORGE: Ale moja osobowość... to – ja, uh... myślę, że się poszerzyła, odkąd staliśmy się sławni, ponieważ nie możesz być zbyt – nie możesz być wycofany na naszym miejscu. Wiesz, musisz spotykać ludzi, musisz rozmawiać i musisz – wiesz, musisz być tym, kim oni oczekują, że będziesz, więc naturalnie wychodzisz ze skorupy. To jedna rzecz – wiesz, myślę, że u Ringo – to jest u niego bardziej oczywiste niż u mnie, powiedzmy. Bo był wielkim introwertykiem, kiedy do nas dołączył, a teraz jest takim samym ekstrawertykiem jak my wszyscy.
P: Czy myślisz, że ty też na początku byłeś trochę introwertykiem?
GEORGE: Nie bardzo, po prostu, uh... wiesz, ja – trochę mnie męczy... prawdopodobnie jestem większym introwertykiem niż, powiedzmy, pozostali, ponieważ ja – wolałbym przyjechać i zrobić – powiedzmy, zagrać show... nie przeszkadza mi, jak głośno wszyscy są, gdy gramy koncert, ale kiedy schodzimy ze sceny, chciałbym – wiesz, po prostu móc posiedzieć i – uh... wiesz, mieć trochę więcej spokoju, niż dostajemy. Ale rzecz w tym, że, wiesz, byliśmy w stanie to wytrzymać. Więc teraz nie przeszkadza mi to tak bardzo. Nie sądzę, żeby to miało sens, zapomniałem, o czym mówiłem!
P: A teraz inne – ostatnie pytanie. Ponieważ jest to zaraz po koncercie i nie chcę cię długo trzymać.
GEORGE: Nie, ja – właściwie nie mam nic przeciwko wam wszystkim, ponieważ, wiesz, kiedy jest się w samolocie i widuje was codziennie, ma się wrażenie, jakbyście byli częścią grupy.
P: Cóż, to miłe.
GEORGE: Raczej po tej samej stronie, wiesz.
P: Czy masz jakieś indywidualne plany, uh – co do dalszego pisania piosenek w przyszłości?
GEORGE: Um... cóż, ja – wciąż próbuję coś tam wymodzić. Wiesz, moim głównym problemem jest próba napisania tekstów. I ja – nie... nie sądzę, żeby warto było pisać piosenki i prosić kogoś innego o tekst, wiesz. Bo to nie ma sensu, wiesz, nie czujesz, że naprawdę to zrobiłeś. Więc, um, napisałem – napisałem kilka kolejnych piosenek, które mam nagrane w domu na taśmie, ale ja nie – jeśli coś zacznę, to nagrywam to, zostawiam na jakieś pięć tygodni i nagle sobie przypominam. I wtedy dodaję do tego jeszcze trochę. I tak, prawdopodobnie zajmie mi to około trzech miesięcy, zanim naprawdę skończę jedną piosenkę. Jestem taki leniwy, wiesz, to śmieszne. Ale chciałbym pisać więcej.
P: Cóż, jestem pewien, że im więcej będziesz to robił, tym bardziej będziesz doświadczony –
GEORGE: Tak.
P: – i wtedy będzie to szło sprawniej. George, wielkie dzięki za rozmowę z nami.
GEORGE: Dziękuję.
P: I mam nadzieję, że będziesz miał świetne wakacje w Hollywood.
GEORGE: O. Dziękuję.

PAUL McCARTNEY
 
P: Paul McCartney. Jak się masz, Paul?
PAUL: Świetnie, w pracy jest okej.
P: Uh, zauważyłem wcześniej pytanie o twoje relacje z, wiesz, rodziną i w ogóle. Kiedy zaczynałeś z The Beatles i po raz pierwszy wszedłeś w ten rodzaj rozrywki, czy był jakiś sprzeciw ze strony twojej rodziny?
PAUL: Tak. O, cóż, um... bo mój tata początkowo myślał – naturalnie, wiesz, to była oczywista rzecz do myślenia, tak mi się wydaje – po prostu powiedział: "Cóż, nigdy nie zarobisz żadnych pieniędzy będąc w grupie, może i dobrze się bawisz, ale wciąż musisz mieć jakieś pieniądze, żeby przeżyć", wiesz. Powiedział, że nigdy nie – więc kazał mi znaleźć pracę i zajmować się tym w wolnym czasie. Ale ponieważ graliśmy sesje w porze lunchu i takie tam – podjąłem pracę, ale ponieważ graliśmy te obiadowe sesje, nie mogłem przy tym wytrzymać. Musiałem ciągle uciekać każdego popołudnia, wiesz, żeby zagrać sesję w porze lunchu. Więc zrezygnowałem. I na szczęście, um... udało nam się, wiesz. Więc teraz on – on jest po prostu – jest bardzo wdzięczny, że nie – że ja nie posłuchałem jego rady, wiesz.
P: Um, czy myślisz, um... oto pytanie. Wiesz, jako Anglik i jako Brytyjczyk, zanim przyjechałeś do tego kraju, czy miałeś jakieś, uh... wyobrażenia o tym kraju w głowie, które później okazały się fałszywe? Wiesz, pomysły.
PAUL: Tak, miałem mnóstwo rzeczy w głowie, uh, na ich temat. I główna – moją główną rzeczą było, um... myślałem, że wszyscy Amerykanie są jak amerykańscy turyści. I jestem pewien, że powiedzmy ludzie we Francji muszą tak myśleć o – albo w Hiszpanii o Brytyjczykach też. I o Amerykanach. Że, uh – coś dzieje się z osobą, kiedy wyjeżdża na wycieczkę. Kiedy staje się turystą. A ja – ja widziałem – to byli jedyni Amerykanie, jakich kiedykolwiek widziałem. Ty – wiesz, że jeśli jedziesz w jakieś miejsce, widzisz mnóstwo turystów, i nie ma znaczenia, jakiej są narodowości, wszyscy są jakby – wszyscy są trochę marni, wiesz. Chodzą wszędzie z błyskającymi aparatami i... nie wiem, wiesz, typowy rodzaj turysty.
P: Cóż, jeśli mogę coś wtrącić, i mam nadzieję, że nie zrozumiesz tego źle, zanim pojechałem z wami na trasę w zeszłym roku, miałem wrażenie, że Brytyjczyk to raczej sztywna osoba, wiesz.
PAUL: Tak.
P: Wiesz, i to jest –
PAUL: Cóż, to jest cała ta sprawa, wiesz. Moje – nasze wrażenie w Anglii ogólnie o Amerykanach, zanim tu przyjechaliśmy, to był taki duży kapelusz typu Stetson –
P: Ekstrawagancki.
PAUL: Nie, oni są – tak naprawdę Teksańczyk. To był cały wizerunek. Teksańczyk, duży kolorowy krawat, wszędzie szyby naftowe i aparaty, i pstrykanie, i jakby mówienie, uh... wiesz, próbowanie mówienia po francusku z amerykańskim akcentem. "Pardon mwar, madamoyzle". Wiesz, o takich rzeczach się myśli. Ja – ale przyjazd tutaj, myślę, że to się potwierdziło – uh, okazało się nieprawdą, wiesz. Bo jest tak wielu Amerykanów, którzy są świetni.
P: Ostatnie pytanie, kiedy – kiedy – prezydent Kennedy został zamordowany, jakie były twoje pierwsze myśli dotyczące tego kraju, zamachu i faktu, że stało się to o tej godzinie w 1963 roku?
PAUL: Moją pierwszą myślą było: "Idioci". Wiesz. Idioci –
P: Jesteś narzędziem!
PAUL: – wszyscy, którzy zawalili całą sprawę. Wiesz, uh...
JOHN: Czy to znaczy to samo tutaj?
PAUL: ...facet, który go zabił – nie wiem, czy to był Oswald czy nie, wiesz, oficjalna wersja poszła, że to Oswald. Um... był idiotą. Wiesz, to znaczy, bo –
JOHN: Jestem narzędziem, człowieku! Ta dziewczyna właśnie nazwała mnie narzędziem!
PAUL: Tak myślę. Nie mam prawdziwego... o, cóż, lepiej zacznij to od nowa. Zacznij to jeszcze raz.
P: W porządku, świetnie. Czy jest okej?
PAUL: Tak, zrób to jeszcze raz, wiesz.
P: Dobra, po prostu nie przerywamy nagrywania.
PAUL: No bo wszyscy się śmieją i potem mówią, że nazwała mnie narzędziem –
P: Dobra, świetnie. Zwłaszcza, tak, z tym... um, kiedy byłeś w Anglii i usłyszałeś pierwsze wieści o zamachu na prezydenta Kennedy’ego, jakie były twoje pierwsze myśli jako Brytyjczyka patrzącego na Amerykę w mgnieniu oka pod kątem wiadomości, patrzącego na tę historię i ustalającego, co o tym myślisz?
PAUL: Po prostu pomyślałem, że to wszystko było idiotyczne, wiesz, bo każdy, kto chciałby zastrzelić Kennedy’ego, bo – wiesz, z mojego punktu widzenia i z punktu widzenia wielu ludzi w Anglii, był najlepszym prezydentem, jakiego Ameryka miała od bardzo dawna, wiesz. I tworzył świetny wizerunek Ameryki, i wydawało się, że robi świetne rzeczy, wiesz. Wydawało się, że ma głowę na karku, wiesz, rozsądny. I to było dobre dla wszystkich, tak myślałem. I, wiesz, Rosja radziła sobie całkiem nieźle – tak się wydawało, nie wiem, czy to była prawda, to wszystko mogło być gadaniem gazet. Ale masz kogoś takiego jak, powiedzmy, Chruszczow, który był pod wrażeniem Kennedy’ego, i wszystko było jakby – i wydawało się – wydawało się w porządku, i po prostu – sam fakt, że ktoś go sprzątnął, był wielkim – strasznie wielkim obciążeniem, wiesz. Idioci. Tak pomyślałem.
P: Paul, wielkie dzięki za rozmowę z nami.
PAUL: Okej, dziękuję.

 


 

 

 




Historia The Beatles
History of  THE BEATLES

 



 

Fotki: 241

 


22 sierpnia 1969. Cała czwórka zapewne nie spodziewa się, że to ich ostatnie wspólne zdjęcie. Zdjęcie zrobione w posaidłości Johna, Tittenhurst Park w Ascot. Fotografowie: Ethan Russell i Monte Fresco (z „Daily Mirror”), a także asystent Mal Evans robił ujęcia na 8 mm.

















  


Historia The Beatles
History of  THE BEATLES

 
 


Historia The Beatles. Spojrzenia wstecz: 9.12.1961 - Aldershot, tak było....

Czasem to właśnie te najbardziej nieudane wieczory najlepiej definiują wielkość legendy. Okazuje się, że historia koncertu w Aldershot – jednego z najpopularniejszych wpisów na tym blogu – wciąż budzi Wasze ogromne zainteresowanie. I wcale mnie to nie dziwi. W świecie, w którym The Beatles kojarzą się z wypełnionymi po brzegi stadionami i histerią fanów, ta opowieść o 18 osobach w Palais Ballroom, zepsutych plakatach i „walce” na niewłaściwe akordy, jest jak kubeł zimnej wody – oczyszczająca, ludzka i szalenie prawdziwa.


THE BEATLES - ALDERSHOT '1961

Skoro ten tekst niezmiennie zajmuje pierwsze miejsce w Waszych czytelniczych rankingach, postanowiłem odkurzyć go i przypomnieć w całej okazałości. To zapis momentu, w którym przyszli bogowie rocka byli po prostu grupą wściekłych, głodnych i rozczarowanych chłopaków z Liverpoolu, próbujących odnaleźć się w kompletnie pustej sali, o czym wspominał już Paul choćby w tej serii (czytaj: tutaj).

Nic w tej historii nie zmieniam. Zostawiam surowe wspomnienia świadków i emocje tamtego wieczoru, bo to one najlepiej oddają klimat tej „katastrofy”, która w ostatecznym rozrachunku stała się jednym z najciekawszych epizodów wczesnej biografii zespołu. Zapraszam ponownie do Aldershot – miejsca, gdzie Beatlesi (wtedy jeszcze z Pete Bestem) nigdy nie wrócili, ale o którym tak chętnie rozmawiamy po latach. Wydarzenie to jest doskonale udokumentowane zdjęciami, co nie jest jakoś specjalnie wyjątkowe w przypadku naszych ulubieńców, moim zdaniem najbardziej "udokumentowanym" zespołem świata.


 
THE BEATLES - ALDERSHOT '1961

Dick Matthews, autor wszystkich zdjęć z Aldershot (z butelką), George, John i u góry Sam Leach




 

9 grudnia Sam Leach (ówczesny 'dorywczy' agent i promotor The Beatles, bardzo usilnie starający się by zostać menadżerem chłopców, na górnym zdjęciu pierwszy, za nim George, John i Dick Matthews, przyjaciel Leacha) załatwił im granie na wieczorkach tanecznych (dancingach) w Palais Ballroom, Alsershot, miasteczku w hrabstwie Hampshire, ok. 60 km od Londynu.

Plakat reklamujący dancingi zapowiadał 'walkę zespołów' - Liverpool versus Londyn. 'Przeciwnikami' Beatlesów była londyńska kapela Ivora Jay i jego Jaywalkers (plus dwa dodatkowe zespoliki).

 Kłopoty z lokalnymi gazetami i promocją koncertu spowodowały, że Beatlesi grali prawie dla pustej sali. Co ciekawe, zespół Ivora Jay and the Jaywalkers nie pojawił się. Sam Leach był załamany. 
 John Lennon pytał wtedy: Gdzie jest ta k.....ska inna grupa? To ma być bitwa zespołów? 
 
Te „kłopotach z lokalnymi gazetami” Leacha wspomniane wyżej to wyglądały trochę inaczej. Prawda jest jeszcze bardziej prozaiczna i bolesna dla niego: lokalna gazeta odmówiła wydrukowania ogłoszenia, ponieważ czek, który Leach wysłał na pokrycie kosztów reklamy, nie został zaksięgowany na czas. 
To był jeden z tych pechowych zbiegów okoliczności, które zadecydowały o tym, że nikt w Aldershot nie wiedział o wielkim „desancie” Beatlesów.  Leach  skomentował to, że po prostu jest czterech ludzi mniej do podziału kasy. 
Na potrzeby koncertu wynajął dla chłopców samochód z szoferem, Dave Johnstone oraz swego innego znajomego, Terry McCann (prowadził vana ze sprzętem).

  Sam Leach w wywiadach często wspominał o tym, że jego celem w Aldershot było ściągnięcie tam londyńskich agentów muzycznych (A&R men), żeby pokazali „chłopców z Liverpoolu” stolicy. Jeden z nich, Tito Burns, miał zbyć Leacha słowami:  Sam, w Londynie mamy 5000 grup. Kto potrzebuje zespołu z tak głupią nazwą jak The Beatles? To zdanie jest genialnym dowodem na to, jak bardzo przemysł muzyczny był wtedy ślepy na to, co nadchodzi.

      
 THE BEATLES - ALDERSHOT '1961
 
 
 
*****************************
TERRY MCCANN: ... W Stafford zatrzymaliśmy się na kawę. Nie było wtedy autostrady do Londynu, jechaliśmy A1. Wyrzucono nas z knajpy i wcale nie byłem zdziwiony. Beatlesi byli w skórach i wyglądali niechlujnie... W Aldershot Sam zauważył, że plakaty były pozrywane, musieliśmy czekać aż ktoś nam otworzy wejście do klubu. Zaczęliśmy rozładowywać sprzęt, Sam poszedł bo do pobliskiego pubu namawiać ludzi by przyszli na występ, przyniósł przy okazji piwo, na zdjęciach widać jak wszyscy piją... Czasami ktoś wpadał, oglądał trochę występ i odchodził uważając go za nudny...
 
THE BEATLES - ALDERSHOT '1961

 
18 osób oglądających przyszłych Fabsów. To jest chyba najbardziej romantyczna część tej historii. Wśród tych 18 osób (często mówi się też o 16-18) byli lokalni fani muzyki, ale niektórzy z nich po latach, gdy Beatlesi stali się już ikonami, zarzekali się, że byli tamtego wieczoru. Jak wspomniałeś, „wspomnienia” bywają elastyczne. Ciekawym dopowiedzeniem jest to, że wśród lokalnych muzyków z tamtego regionu panowała wtedy spora zazdrość o to, że „obcy” z Liverpoolu wchodzą na ich „podwórko”. Jeden z lokalnych muzyków, Alan Hope, otwarcie przyznawał po latach, że był wściekły na fakt, iż nie zaproponowano mu miejsca w składzie na ten koncert, co mogło przyczynić się do braku lokalnego rozgłosu.
 
THE BEATLES - ALDERSHOT '1961 
 
 

   Oto zapis wydarzeń z 9 grudnia 1961, który rzuca jeszcze więcej światła na to, co działo się za kulisami tego pechowego wieczoru. Sam Leach myślał szybko i intensywnie. Kiedy masz wątpliwości, zrób coś, cokolwiek. „Słuchajcie chłopaki, nigdy się nie poddawajcie. Przejedziemy się po mieście, przykleimy plakaty na każdym słupie i płocie, jaki zobaczymy. Jak to zrobimy, zrzucimy sprzęt w Palais Ballroom, a potem zabiorę wszystkich na szybką szamę do małej knajpy naprzeciwko. Co wy na to?” Po raz pierwszy 
Beatlesi siedzieli jak zaklęci.
Po posiłku rozdzielili się i przeczesali miasto w poszukiwaniu ludzi. Rozdawali ulotki, odwiedzali puby i kawiarnie, rozpowiadając o „fantastycznej grupie”. Ale ludzie z Aldershot nie byli zainteresowani, nawet gdy Sam w desperacji krzyczał, że wstęp jest za darmo.
„Aldershot nie jest gotowe na rock ‘n’ rolla ani na The Beatles” – powiedział Sam, zrezygnowany.
 

JOHN rzuca: Aldershot jest tak beznadziejne, że nie są nawet gotowi na ka wewnętrzne toalety. Ale skoro już tu jesteśmy, to pieprzyć to, ruszajmy do Soho w Londynie i upijmy się porządnie. 

PAUL błagalnie: Ej, daj spokój, John. Musimy spróbować, nawet jeśli zagramy tylko pięć minut.
   Paul przekrzywił głowę, zaczął śpiewać „There’s no business like show business” i zaczął podrygiwać środkiem ulicy jak tancerz. „Hej, Johnny, wiesz, że show zawsze musi trwać”.
A, pieprzyć to – warknął John. Dokąd my kurwa zmierzamy?
Na szczyt, Johnny! – odkrzyknęli chórem.
Na szczyt ka szczytów! – wrzasnęli wszyscy. Dobra, Beatlesi, kurwa gramy. Show trwa dalej.

THE BEATLES - ALDERSHOT '1961 

Sam otworzył drzwi punktualnie o 19:30, ale przywitały go tylko wirujące płatki śniegu. Co ja zrobiłem w poprzednim życiu, że na to zasłużyłem? – mruknął. Zagrajcie jak w Hamburgu, jak w tym klubie... jak on się nazywał? Punjabi? Nie! – odkrzyknęli Beatlesi. Indra, kurwa! Właśnie! Zagrajcie trochę ka Indry.

I zagrali. Przez trzy godziny, przy których pękały opuszki palców, grali tak, jakby przed nimi były cztery tysiące ludzi, a nie osiemnaście osób. A potem – po ostatnim krzyku Johna o „Money” – kiedy zobaczyli, że tłum domaga się więcej, zagrali „Roll Over Beethoven”. Dziewczyny wirowały, chłopcy tańczyli jive’a, a wszyscy bawili się tak, jakby to był najważniejszy koncert w ich życiu.

Noc zakończyła się w typowym stylu: tańce, „bingo” z nakrętek od piwa, zabawa w „dzwony” i w końcu... walenie do drzwi. „Policja!” – szepnął Terry. John zaczął chichotać, Paul parsknął, a kiedy do drzwi podszedł sierżant, Sam próbował desperacko wyglądać na trzeźwego. „Macie piętnaście minut, żeby się stąd wynosić” – szczeknął sierżant. „Na rowery i nigdy więcej tu nie wracajcie”. 

Ty i Aldershot możecie też spieprzać” – mruknął George pod nosem.Nigdy, to dla nas i tak za wcześnie na powrót w to miejsce

  THE BEATLES - ALDERSHOT '1961

 
 
PETE BEST: Co ciekawe w połowie jednego numeru, John i Paul założyli płaszcze i zeszli na parkiet zatańczyć wspólnie fokstrota, gdy my nadal dwaj musieliśmy nadal walczyć z piosenką (zdjęcie niżej). W ciągu całego wieczoru John i Paul wariowali, celowo grali niewłaściwe akordy, zmieniali teksty i wygłupiali się jeszcze bardziej...

TERRY MCCANN: Beatlesi byli trochę wkurzeni tym, że nie wyszło z frekwencją ale grali. Był tam ich standardowy repertuar, trochę Chucka Berry'ego, Jerry Lee Lewisa i Eddiego Cochrana. George znał intra gitarowe do wszystkich piosenek Berry'ego, Paul prawdopodobnie zaśpiewał swoje 'Till There Was You' bo wtedy zawsze śpiewał ten numer, mimo że go wszyscy za to nienawidzili... 
Nie dziwię się, że się nie podobaliśmy, zwłaszcza że w kilku w numerach zagrałem na perkusji, bo Pete był tak wkurzony, że nie chciał grać.Robiłem to już kiedyś, musiałem tylko utrzymać rytm i jakoś to nie za dobrze wychodziło. Beatlesi byli bardzo rozczarowani tym wieczorem, stąd tyle zdjęć gdy są poza sceną, piją piwo, tańczą ze sobą. Możecie sami sobie wyobrazić co myśleli wtedy Beatlesi, gdy na parkiecie tańczyły cztery osoby a sześć innych z niesmakiem i nudą ich obserwowało Spakowali się już o 21.30, na koniec zagrali jeszcze w kulki na parkiecie, wszak musiał się odbyć mecz Liverpoolu kontra Londyn.
THE BEATLES - ALDERSHOT '1961
  
W czasie gdy Beatlesi grali, Sam Leach krążył po sali i prosił wszystkich siedzących przy stolikach by wstali i zatańczyli. Chciał by osoby, które na moment zajrzą do klubu zobaczyły bawiących się ludzi. 

SAM LEACH: Niestety ich gra była żałosna i nie ruszyłaby umarlaka. Nie miałem ze sobą magnetofonu dlatego Beatlesi już co 15 minut robili przerwy.
 
Wybryki Beatlesów na parkiecie, głośne zachowanie, rzucanie kulami, śmiechy, wrzaski - bez udziału już gości w lokalu - spowodowało wezwanie lokalnego przedstawiciela prawa, który pouczył wszystkich by szybko zamykali lokal, pakowali się do auta i odjeżdżali.
I jeszcze raz PETE BEST - Pomysł szalonego występu w Aldershot wyszedł od Sama. Początki naszej współpracy z nim były katastrofą. On zaproponował Aldershot, odpowiedziałem, że to za daleko a on na to, że pokrywa koszty transportu i inne. No i zgodziliśmy się. Powiedziałem chłopakom, że wszystko jest już obstukane. Na miejscu nie zauważyliśmy żadnych plakatów. Powiedzieliśmy o tym Samowi: Reklamowałeś to? A on, że plakaty są i wieczorem będzie pełna sala ludzi. Poszliśmy coś zjeść , frytki z rybą, kilka placków ziemniaczanych. O 7.30 nic, pusto. O 8 (20.00) spytaliśmy: Sam, mamy grać, raczej nikt się nie pojawi... Później załatwił nam skrzynkę piwa by nas udobruchać ale już odpuszczaliśmy jego propozycje wyjazdów grania.
 
PAUL: Noc w Aldershot to wieczór, w którym mogliśmy zostać aresztowani, w każdym razie bardzo mocno się staraliśmy by do tego doszło.  
 
  
 
Ten wieczór był „gwoździem do trumny” dla relacji Sam Leach – The Beatles. Podczas gdy oni wracali do Liverpoolu, w głowach Johna i Paula powoli dojrzewała myśl, że choć Sam jest świetnym kumplem i pasjonatem, to potrzebują kogoś „profesjonalnego” – kogoś, kto ma dostęp do „salonów”, a nie tylko do pubów. To była prosta droga do podpisania umowy z Brianem Epsteinem, który – w przeciwieństwie do Leacha – zadbał o wizerunek (garnitury) i odpowiednie kontakty. 
W czasie tego pechowego wieczoru John Lennon miał sarkastycznie spytać Leacha:
 Spory tłumek Sam, jak wielu z nich jest martwych ?                           
 
THE BEATLES - ALDERSHOT '1961
 
Terry McCann wspomina, że pomimo nieudanego pobytu w Aldershot, wieczór nie zakończył się tak smutno.  Powiedziałem, jedźmy do Londynu, to nie jest daleko. Więc udaliśmy się do Blue Gardenia Club, prowadzonym przez mego starego kumpla, Briana Cass z Cass an the Cassanovas. Zadzwoniliśmy tam, że jedziemy. Zdaje się, że dżemowali wspólnie wszyscy całą noc na scenie. Myślę, Georgie Fame także był wtedy w klubie. Było fajnie, choć ludzie mówili , że nie było wtedy na scenie George Harrisona, ale ja uważam. Przyłączył się, wszyscy pamiętali jego świetną gitarę. Ok. 3 w nocy wsiedliśmy do ciężarówki i wróciliśmy do Liverpoolu.



Sam Leach (po lewej, obok Paula i Pete'a) przedstawia zespół. Możliwe, że przy perkusji siedzi Terry McCann, po prawej możliwe, że to drugi kierowca wynajęty przez Leacha, Dave Johnstone.
Podróż powrotna do Liverpoolu nie odbyła się bez problemów. W trakcie trasy powrotnej zabrakło paliwa i Terry musiał wygrzebać z kieszeni ostatniego 'piątaka' Bronił się, ale w końcu to on kupił paliwo. Zawsze pożyczali, wszystko, pieniądze, papierosy, cokolwiek. Różnie było z oddawaniem.


The Beatles mieli grać w Palais w Aldershot przez następne trzy soboty ale już nigdy tam nie wrócili. W następnym tygodniu Sam Leach sprowadził w to samo miejsce inny zespół z Liverpoolu: Rory'ego Storma and the Hurricanes z brodatym perkusistą i mnóstwem pierścionków (rings) na palcach obu rąk. Poniżej Ringo w zespole Rory'ego...


Sam Leach (na zdjęciu po prawej, obok Paula, z Petem z tyłu) często powtarzał: Zastanawiam się po dziś dzień, co się stało z tymi wszystkim młodymi ludźmi, którzy byli tamtej nocy i oglądali The Beatles i odchodzili. Czy zdali sobie z tego sprawę. Tak, już ich słyszę: Taa, oglądaliśmy wtedy The Beatles, było nas 18 osób i Beatlesi grali dla nas na bis... Wątpię, by się zorientowali wtedy, później oczywiście pewnie każdy powtarzał, że widział Beatlesów. 
 
To prawda, przez lata wielu mieszkańców Aldershot wspominało, chwaliło się, że widziało na własne oczy, u siebie w mieście The Beatles u progu kariery. Tak naprawdę to tylko 18 osób.

THE BEATLES - ALDERSHOT '1961




Historia The Beatles
History of  THE BEATLES