PAUL. Beatlesi w chmurze dymu. Narodziny muzycznej rewolucji


 

 

    Dzisiaj w roli głównej niedawny jubilat, 84. Cofniemy się jednak o kilkadziesiąt lat. Książka Philipa Normana w tym rozdziale zabiera nas w sam środek kulturowej rewolucji połowy lat sześćdziesiątych, pokazując, jak nowa i fascynująca subkultura przenikała do hermetycznego dotąd świata The Beatles. Zanim zespół wszedł w erę głębokiej psychodelii i zaczął eksperymentować z mocnymi substancjami, ich codzienność zdominowało zupełnie nowe, łagodne hobby, które zrewolucjonizowało nie tylko ich proces twórczy, ale też codzienne nawyki. Autor z humorem i detalami opisuje okres, w którym muzycy – z Paulem McCartneyem na czele – odkrywali rozluźniające działanie marihuany, traktując ją jako uniwersalny symbol pokoju i doskonałe paliwo dla wyobraźni. Poniżej znajduje się opowieść o tym, jak ten „wesoły haj” towarzyszył im w studiach nagraniowych, na planach filmowych, a nawet podczas oficjalnych wizyt u samej Królowej, stając się pilnie strzeżoną, choć momentami niezwykle komiczną tajemnicą wielkiej czwórki z Liverpoolu. 

 



... Paul uważał jej działanie za całkowicie pozytywne i nie zmienił zdania nawet wtedy, gdy opinia medyczna obróciła się przeciwko niej. Dla niego dym o zapachu szałwii miał działanie „podnoszące na duchu”, choć na większość ludzi działał nasennie. Postrzegał marihuanę jako nowoczesny odpowiednik indiańskiej fajki pokoju, która wprowadzała wszystkich w ten sam stan euforii i przyjaznego zamglenia. Barry Miles wspomina, że większość ludzi uważa utwór „Got to Get You into My Life” za piosenkę miłosną, podczas gdy w rzeczywistości Paul napisał ją o marihuanie, ponieważ tak bardzo ją polubił.



The Beatles kręcili film Help! głównie pod jej wpływem – reżyser Richard Lester zapamiętał ten czas jako okres „wesołego haju”. Podczas każdej trasy koncertowej przewozili ją w bagażu przy zachowaniu minimalnych środków ostrożności: techniczni Neil i Mal kupowali kartony papierosów po 200 sztuk, po czym usuwali tytoń z każdej papierowej rurki i upychali w to miejsce aromatyczne, pozwijane włókna. Szczytem bezczelności – który i tak nie przyniósł żadnych konsekwencji – było ich zachowanie podczas wręczania orderów MBE przez królową w Pałacu Buckingham. John twierdził, że przed spotkaniem z monarchinią wymknęli się do pałacowej toalety, by spalić jointa na uspokojenie nerwów, choć Paul twierdzi dziś, że wzorem niegrzecznych uczniów po prostu wypalili we dwóch zwykłego papierosa za rowerownią.

Kiedy nagrywali w Abbey Road, John wyruszał ze swojego nowego domu w Weybridge w hrabstwie Surrey, zgarniał mieszkającego na tym samym osiedlu Ringo i obaj palili marihuanę przez całą ponad dwudziesto-milową drogę do Londynu. Zazwyczaj, zanim dotarli na miejsce, połączenie dymu i przegrzanego samochodu wywoływało u nich chorobę lokomocyjną, przez którą stawali się niemal tak zieloni jak ich zioło.
W studiu nie odważyli się palić przy surowym jak dyrektor szkoły George'u Martinie – wymykali się wspólnie do męskiej toalety lub kulili się za ekranami akustycznymi perkusji Ringo, poza zasięgiem wzroku z reżyserki. Ich producent nie był również świadomy pierwszego nawiązania do narkotyków, jakie John i Paul przemycili w utworze – wersu „turn me on when I get lonely” (podkręć mnie, gdy poczuję się samotny) w piosence Paula „She’s a Woman”. Paul dbał także o to, by trzymać swoje nowe hobby w tajemnicy przed ojcem, choć jego młodsza przyrodnia siostra Ruth zauważyła, że kiedy przyjeżdżał do Heswall, spędzał ze swoimi znajomymi muzykami niewytłumaczalnie dużo czasu w szklarni Jima McCartneya pośród winorośli i pomidorów, skąd co rusz biegały salwy śmiechu.

    Barry Miles, John Dunbar, Marianne Faithfull, Peter Asher , Paul McCartney, otwarcie Galerii Indica 28 stycznia 1965

    Odkrył, że w towarzystwie z Wimpole Street marihuana nie była niczym nowym. Przyjaciel Petera Ashera, John Dunbar, palił ją (i eksperymentował z wieloma innymi rzeczami) podczas podróży autostopem po Ameryce. Z kolei znajomy Dunbara, księgarz Barry Miles, posiadał encyklopedyczną wiedzę o artystach, którzy się nią wspomagali – od bitników z lat pięćdziesiątych po literackich gigantów z Paryża lat dwudziestych. To od Milesa Paul dowiedział się o Alice B. Toklas, partnerce Gertrude Stein, której słynna książka kucharska zawierała przepis na czekoladowe babeczki z haszyszem. Miles wspomina, że gdy opowiedział Paulowi, iż jego żona Sue zamierza wypróbować ten przepis, McCartney natychmiast zjawił się u nich w domu i siedząc na kuchennym blacie, rozmawiał z Sue o szczegółach.
    Jedynym obszarem, do którego marihuana jeszcze nie przeniknęła, było pisanie piosenek przez Lennona i McCartneya. Obaj zgadzali się, że otumania im to umysły, więc pracowali po staremu: dawali sobie maksymalnie trzy godziny na utwór, a potem każdy przepisywał gotowy tekst na czysto. Dopiero gdy piosenka okazywała się dobra, nagradzali się wspólnym jointem. Po ukończeniu „The Word”, pod wpływem wypalonego skręta, nie tylko przepisali tekst, ale zmienili go w bogato zdobiony, iluminowany manuskrypt, używając kolorowych kredek syna Johna, Juliana.
   Ich twórczość z 1965 roku nie zdradzała żadnych oznak otumanienia. Świadczy o tym idealny balans między optymizmem McCartneya a pesymizmem Lennona w „We Can Work It Out” oraz przedwczesna nostalgia w „In My Life” – utworze kojarzonym głównie z Johnem, do którego jednak większość melodii napisał Paul. Choć ich otoczenie zmieniło się na posiadłość w Surrey czy luksusowy dom w West Endzie, atmosfera pracy pozostała taka sama jak na Forthlin Road w 1957 roku: filiżanki herbaty, zwykłe papierosy, długie rozmowy o muzyce i sztuce oraz okazjonalne, chłopięce, sprośne żarty przemycane do przyszłych hitów, jak podteksty w „Day Tripper” czy chórki w tle utworu „Girl” z płyty Rubber Soul.
     Mogli się nie zgadzać, a nawet gwałtownie kłócić, ale nigdy nie żywili do siebie urazy. Jednym z najmilszych wspomnień Paula związanych z Johnem była sytuacja podczas jakiejś sprzeczki, gdy po wymianie złośliwości Lennon na chwilę opuścił okulary, powiedział ciepło: „To tylko ja...”, po czym założył je z powrotem. W takich momentach Paul widział go bez maski, którą John tak bardzo bał się pokazać światu.


   Ta sama przyjacielska atmosfera, podsycana wspólnym paleniem skrętów, udzielała się całemu zespołowi, bez względu na ciążącą na nich presję. Barry Miles wspomina, że byli najlepszym przykładem „wspólnego umysłu grupy”. Grali ze sobą tak długo, że wystarczyło, by jeden zaczął, a reszta od razu wiedziała, co robić. Nawet przed ich największym koncertem dla 55-tysięcznego tłumu na Shea Stadium, ustalili kolejność utworów dopiero w garderobie tuż przed wyjściem na scenę.  
W tym samym roku wspólna świadomość zespołu wkroczyła w inny wymiar, gdy John, George i ich partnerki wybrali się na kolację do swojego dentysty w Londynie. Zostali tam poczęstowani kawą z kostkami cukru, które – o czym nie wiedzieli – zostały nasączone LSD. Cynthia Lennon wspominała później ten wieczór jako nagłe znalezienie się w środku horroru. LSD, znane popularnie jako kwas, dotarło do Wielkiej Brytanii z Ameryki jako zwiastun nowej ery. Ta bezwonna i bezbarwna substancja nie przytępiała zmysłów jak marihuana, ale wyostrzała je do niespotykanego stopnia, potęgując światło i dźwięki oraz wywołując wizje zwane psychodelicznymi. Jako nowy środek nie był jeszcze nielegalny, a jego właściwości wychwalał profesor z Harvardu, Timothy Leary. Latem 1965 roku jego współpracownik, Michael Hollingshead, otworzył w Chelsea Światowe Centrum Psychodeliczne, gdzie rozdawał LSD każdemu chętnemu na kawałkach chleba.

Kwas wywołał natychmiastowy podział w The Beatles. Po pierwszym trudnym doświadczeniu, John i George zafascynowali się nim i stali się gorliwymi zwolennikami substancji, która zbliżyła ich do siebie bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Chcieli, aby Paul i Ringo dołączyli do tego doświadczenia. Ringo był gotów spróbować, ale Paul stanowczo odmówił. O ile chętnie palił marihuanę, o tyle wzbraniał się przed „twardymi rzeczami”. Nie ulegał też presji otoczenia – reżyser Richard Lester wspominał, jak dwie niezwykle piękne kobiety bezskutecznie próbowały namówić Paula do spróbowania heroiny. 
Dodatkowym straszakiem był dla Paula widok mieszkania Johna Dunbara i Marianne Faithfull, gdzie opieka nad dzieckiem mieszała się z wizytami odurzonych narkotykami znajomych. Podczas jednej z wizyt Paula, inny gość musiał zostać zabrany do szpitala po przedawkowaniu kokainy przy użyciu gumowej stazy. Czerwone gumowe rurki przypomniały Paulowi nieprzyjemne zabiegi medyczne, które jego matka wykonywała jako położna, co tylko utwierdziło go w przekonaniu, by trzymać się wyłącznie nieszkodliwej marihuany. Nawet namowy Dunbara w Centrum Psychodelicznym nie zmieniły jego zdania.
     Amerykańska trasa The Beatles z 1965 roku przyniosła przeżycia, którym trudno było dorównać – obok koncertu na Shea Stadium było to spotkanie z Elvisem Presleyem w Los Angeles. Dla Paula było to ogromne przeżycie, tym bardziej że jedyną piosenką The Beatles, jaką Elvis zdawał się znać, było „I Saw Her Standing There”, którą nucił, grając na basie. Pojawiła się jednak także nuta smutku, gdy John i Paul zdali sobie sprawę, że zgodnie z dawną przepowiednią Briana Epsteina stali się „więksi niż Elvis”. Paul tłumaczył później, że nigdy nie chcieli go pokonać, a jedynie z nim współistnieć. 
     W Los Angeles Ringo po raz pierwszy wziął kwas w towarzystwie muzyków z The Byrds, jednak Paul nadal się opierał. George wspominał później, że reszta zespołu była dla niego z tego powodu nieco złośliwa, dając mu odczuć, że zostaje w tyle. Paul jednak nie uległ, tłumacząc to zasadami, w jakich został wychowany i zakorzenionym w nim ostrzeżeniem przed demonem narkotyków. Paula od zawsze irytowało to, że potomność zapamiętała go jako twórcę melodyjnej, przytulnej i bezpiecznej strony spółki Lennon-McCartney, podczas gdy Johnowi przypadła rola buntownika, eksperymentatora i ikonoklasty. Podział ról dokonał się jeszcze w Liverpoolu i Hamburgu, gdzie Paul zawsze trzymał się z tyłu, czując się jak prowincjonalny outsider, podczas gdy John zadawał się z artystyczną śmietanką. Po przeprowadzce na południe John miał na starcie sporą przewagę, będąc postrzeganym jako ten „inteligentny”, „bystry” czy „głęboki” Beatle, w przeciwieństwie do zaledwie „uroczego” Paula.
 


W 1964 roku Lennon został pierwszym muzykiem popowym, który wydał książkę, i jedynym, którego premierę uświetnił literacki lunch w księgarni Foyle’s z udziałem elity londyńskiej inteligencji. Książka „John Lennon in His Own Write” była zbiorem jego rysunków i nonsensownych tekstów z pełnym szacunku wstępem Paula, który wspominał w nim ich pierwsze spotkanie na festynie w kościele w Woolton (i ku niedowierzaniu milionów fanek opisał samego siebie z tamtego dnia jako „grubego szkolnego bota”). Książka stała się bestsellerem i triumfem krytycznym, a autora okrzyknięto współczesnym wcieleniem Edwarda Leara i Jamesa Joyce'a.
  Jednak do połowy lat sześćdziesiątych sytuacja diametralnie się odwróciła. Gdy „Swinging London” osiągał swój szczyt, McCartney znajdował się w samym centrum kulturowej awangardy, podczas gdy Lennon rzadko opuszczał podmiejskie Surrey. Dawny asystent zespołu, Tony Bramwell, wspomina, że John był w gruncie rzeczy leniwy i w zupełności wystarczało mu siedzenie w Weybridge i niebicie bąków.
    
   
Peter i Jane Asher z Barry'm Milesem 

O ile edukację kulturalną Paul zawdzięczał rodzinie Asherów, o tyle w świat kontrkultury wprowadził go niemal całkowicie Barry Miles. Ten cichy, ale błyskotliwy 22-latek łączył wszechwiedzę o sztuce nowoczesnej i literaturze z miłością do muzyki – od rock'n'rolla po najbardziej dziki jazz eksperymentalny i muzykę konkretną. Miles wychował się w Cheltenham, studiował sztukę, a potem podjął pracę w Better Books, londyńskim centrum rewolucyjnej literatury. Księgarnia ta była domem dla amerykańskich bitników odwiedzających Londyn, dzięki czemu Miles był w przyjacielskich relacjach z takimi twórcami jak Allen Ginsberg czy Lawrence Ferlinghetti.   
   Jego wiedza o muzyce awangardowej była imponująca. To od niego Paul po raz pierwszy dowiedział się o free jazzie Ornette’a Colemana, Albercie Aylerze czy kompozytorze Sun Ra, który uważał się za wysłannika rasy aniołów z Saturna. W mieszkaniu Milesa przy Hanson Street Paul, paląc haszysz lub jedząc słynne ciastka według przepisu Alice B. Toklas, słuchał dzieła Johna Cage’a „Indeterminacy” oraz pierwszego na świecie śpiewającego komputera IBM 704 wykonującego wiktoriańską pieśń „Daisy Bell”.
    Poza studiem Abbey Road Paul i John od zawsze używali magnetofonów szpulowych do dopracowywania piosenek i relaksu, odgrywając komiczne skecze z efektami dźwiękowymi. Po pojawieniu się kieszonkowych magnetofonów kasetowych w 1964 roku te dźwiękowe zabawy stały się jeszcze prostsze. Pewnego dnia, podczas przejażdżki Aston Martinem DB5, Paul przełączył guzik na desce rozdzielczej i Miles usłyszał coś, co brzmiało jak szalona amerykańska stacja radiowa z dżinglami i reklamami, tak różna od sztywnego BBC. W rzeczywistości była to taśma przygotowana przez Paula z darmowych płyt, które dostawał co tydzień. W rolę didżeja wcielił się sam McCartney, imitując m.in. Al Jolsona, Little Richarda czy idealnie podrabiając ich bliskiego przyjaciela, Micka Jaggera.
 
  Miles zapoznał go z europejską muzyką eksperymentalną, przy której ich własne studyjne eksperymenty w Abbey Road wydawały się wyjątkowo grzeczne. Paul poznał twórczość Karlheinza Stockhausena, Pierre'a Schaeffera czy Luciano Berio. Dowiedział się, jak maszyny stają się wykonawcami, a taśma magnetyczna orkiestrą poprzez jej cięcie, puszczanie od tyłu czy zapętlanie na wielowarstwowych „pętlach”.Miles opowiadał mu także o amerykańskich zespołach, które nie chciały być kopiami The Beatles, nie dbały o hity czy pieniądze, lecz przesuwały granice popu w stronę sztuki i radykalnej polityki. Byli wśród nich ekscentrycy, jakich w Liverpoolu nikt nie potrafiłby sobie wyobrazić: od Franka Zappy i jego Mothers of Invention po poetów z formacji The Fugs.
    Za każdym razem, gdy Paul widział się z Johnem, zasypywał go nowinkami z tego fascynującego świata – opowiadał, że mistrz pętli magnetofonowych Luciano Berio przyjeżdża do Wielkiej Brytanii, albo że sam napisał list do Stockhausena i otrzymał osobistą odpowiedź. „Boże, stary, tak strasznie ci zazdroszczę” – odpowiadał ponuro John, ale na tym poprzestawał.
   W ten sposób najbardziej nieoczywiste postacie awangardy stawały się bohaterami drugoplanowymi w historii The Beatles. Kolejnym przyjacielem Milesa był William S. Burroughs (foto), nestor amerykańskich bitników. Często spędzał on czas z Milesem i Johnem Dunbarem w mieszkaniu przy Montagu Square, które należało do Ringo, ale Paul przejął je, by stworzyć tam eksperymentalne studio nagraniowe. Partner Burroughsa, Ian Sommerville, pomagał tam czasem jako realizator dźwięku.
   Miles wspomina, że pewnego wieczoru, gdy siedzieli tam, paląc marihuanę i tworząc muzykę free-form (znaną również jako tłuczenie w garnki i patelnie), Paul przyniósł próbny tłoczony krążek z albumem "Rubber Soul". Bill Burroughs był jedną z pierwszych osób, które go usłyszały. McCartney, wyraźnie onieśmielony obecnością wielkiego pisarza, powiedział, że płyta ma „14 wad”, których nie był w stanie naprawić, choć miliardy słuchaczy od tamtego czasu miałyby problem ze wskazaniem choćby jednej.
   Płyta Rubber Soul przyniosła dalszy rozwój piosenek, które można było łatwo przypisać konkretnie Johnowi lub Paulowi, mimo wspólnego podpisu. Od Johna pochodziły „Girl”, „Norwegian Wood” i „Nowhere Man” – słabo zamaskowane autoportrety pełne niepokoju i niechęci do samego siebie. Z kolei najważniejszy utwór Paula na płycie wydawał się wręcz przechwałką na temat jego wyrafinowanego życia w metropolii i nowych, eleganckich przyjaciół.
   W rzeczywistości piosenka ta sporo zawdzięczała dawnemu przyjacielowi, Ivanowi Vaughanowi, który chodził z Paulem do szkoły w Liverpoolu i przedstawił go Johnowi na festynie parafialnym. „Ivy” studiował filologię klasyczną w Londynie, gdzie poznał swoją żonę Jan, studentkę lingwistyki. Para mieszkała w Islington i często spędzała czas z Paulem i Jane Asher.



  Jan Vaughan biegle mówiła po francusku i pewnego dnia, gdy wraz z mężem gościła w domu Jane, Paul poprosił ją o pomoc przy utworze, który właśnie pisał. Chciał francuskiego imienia dziewczyny i czegoś, co by się z nim rymowało. Jan zaproponowała „Michelle” i „ma belle”. Następnie Paul potrzebował francuskiego tłumaczenia frazy „to są słowa, które świetnie do siebie pasują”, na co Jan odpowiedziała: „sont des mots qui vont très bien ensemble”.
 
 


Historia The Beatles
History of  THE BEATLES

 



FOTKI 243


 243 odcinek zdjęć The Beatles. Mój blog to na pewno miejsce w sieci z największą liczbą zdjęć tych czterech fantastycznych Anglików. Beatlemania w lipcu 2026 ma się dobrze, choć oczywiscie nie przypomina, z oczywistych powodów, tej z lat 60, ktorej nazwanie szaleństwem na czyimś punkcie to najlagodniejsze z określeń. Dzisiaj najbardziej zagorzali fani Taylor Swift nie zbierają pociętych przez obsługę hotelu,  w ktorym ona nocowała skrawków  prześcieradeł. To taki mały wtręt dla "nieznajacych tematu". Za dwa lata pojawią się cztery filmy pokazujące historię Beatlesow z punktu widzenia kazdego czlonka. Będzie sie działo. Póki co cieszmy się nowymi wydawnictwami sir Paula, sir Richarda (Ringo) a także ich przyjaciól, zespolu sir Michaela Jaggera, The Rolling Stones. 

 






Plastic Ono Band: Alan White,  Eric Clapton, Klaus Voormann, Joh i Yoko
























Historia The Beatles
History of  THE BEATLES

 



 

Szalona wiosna 1960 i życiowe ryzyko Ringo (M. Lewisohn - Tune In *1 )



 

 

W ostatnim poście opisałem Wam moje wrażenia z najnowszego albumu Paula McCartneya, The Boys of Dungeon Lane. Ta płyta, pełna wspomnień o Liverpoolu, mocno poruszyła moje serce. Dzisiaj – dzięki niesamowitej biografii Tune In Marka Lewisohna (na blogu po raz pierwszy cytowana) – chciałbym zabrać Was na chwilę do wiosny i lata 1960 roku. Zobaczcie, jak fakty z tamtych dni genialnie łączą się z klimatem nowego krążka!  Garść historycznych smaczków z 1960 roku, o którym przeczytacie w tekście Lewisohna: 
 - Ringo (w tekście w roli głównej) stawia wszystko na jedną kartę: Na nowej płycie Paula mamy wzruszający duet z Ringo (Home to Us). Co ciekawe, w maju 1960 roku Ringo podjął życiowe ryzyko. Na rok przed ukończeniem praktyk rzucił bezpieczną pracę w fabryce Hunta, by bębnić w obozie Butlin’s. Koledzy pukali się w czoło, a rodzice lamentowali, że „marnuje sobie życie”. On jednak poszedł za głosem serca – i wygrał na tym wszystko.

Paul i jego słabość do „Besame Mucho”: Lewisohn wspomina, że wiosną 1960 roku 17-letni Paul oszalał na punkcie rockandrollowej wersji hiszpańskiego klasyka Besame Mucho w wykonaniu The Coasters. Został kupiony w ułamku sekundy, gdy piosenka zmieniała tonację z molowej na durową. Jak widać, to zamiłowanie do szukania smaczków w akordach i aranżacjach towarzyszy mu od nastolatka aż po dzisiejszy, nowy album.
- Czarny hymn Johna Lennona: Kolejnym objawieniem dla chłopaków z Liverpoolu był singiel Money (That’s What I Want) Barretta Stronga (pierwsza iskra z legendarnego Motown). Utwór stał się absolutnym hymnem Johna, który śpiewał go z dziką pasją. Tekst tak mocno siedział mu w głowie, że gdy podczas szkockiej trasy pomagali pisać piosenkę Johnny'emu Gentle, John rzucił ironicznie: „Najlepsze rzeczy w życiu są za darmo”.
  Niesamowicie się to czyta, wiedząc, że ci sami chłopcy, którzy w 1960 roku uciekali z fabryk dla muzyki i zachwycali się amerykańskimi singlami, dzisiaj – jako ponad osiemdziesięcioletni faceci – wciąż potrafią stanąć ramię ramię i nagrać razem piękny utwór. Dla takich historii warto być fanem! Poznajcie smaczki z początków kariery Ringo, którego wspomnieniami ubarwiam post. 
 

W tym samym czasie człowiek, który dostarczył rock and rolla masom, wyszedł z wojska po zakończeniu służby. Ten wypychający miednicę, kręcący biodrami i wykrzywiający usta młody koleszka, który terroryzował seksualnie Amerykę, stał się teraz dumnym wzorem patrioty – tolerowanym, a w większości przypadków nawet znośnym. Elvis Presley wyglądał na smuklejszego i sprawniejszego niż wcześniej, w zasadzie wyglądał po prostu świetnie, ale nie był już tym samym Elvisem, którego powołano do armii w '58 roku. Trzy tygodnie po powrocie do statusu cywilnej supergwiazdy był już w Miami, ubrany w smoking i muszkę, występując w telewizyjnym programie specjalnym z Frankiem Sinatrą – tym samym Sinatrą, który wcześniej nie potrafił powiedzieć o nim dobrego słowa. Wszystko było już w porządku, ponieważ rock został oswojony… prawda?  
3 marca, w drodze powrotnej z Niemiec do Ameryki, samolot sierżanta Presleya wylądował na tankowanie w Szkocji, na lotnisku Prestwick tuż obok Glasgow. Elvis po raz pierwszy – i na krótko – stanął na brytyjskiej ziemi, ale wydawało się pewne, że wróci. W czerwcu magazyn NME podał, że artysta po raz pierwszy poważnie rozważa terminy koncertów w Wielkiej Brytanii… a potem, jak zwykle, wszystko ucichło. Jeśli chodzi o muzykę Elvisa, zmieniała się ona tak bardzo, że kiedy jego nowy singiel A Mess Of Blues został puszczony w programie Juke Box Jury, jury nie zorientowało się, że to on.

W Liverpoolu zagorzali fani, dla których Elvis był większy niż Bóg, trochę się z tym zmagali: A Mess Of Blues było w porządku, ale to nie było Heartbreak Hotel czy Baby Let’s Play House – choć mieli nadzieję, że jego następny numer na pewno będzie świetny. Z Ameryki i tak napływały inne, wspaniałe płyty. Na poziomie wielkich korporacji rock uznano za „zaginiony w akcji”, ale prężne, żywotne i niekonwencjonalne niezależne wytwórnie w całych Stanach Zjednoczonych – będące brawurową mieszanką dwóch klas imigrantów: czarnoskórych i Żydów – nadal wypuszczały świetną nową muzykę: R&R, R&B i nie tylko. Najlepsze taśmy-matki były przejmowane dla Wielkiej Brytanii przez należącą do Decci wytwórnię London… i chłonięte w Liverpoolu, gdzie grupy młodych chłopaków stały w działach odsłuchowych w sklepie NEMS i innych miejscach, absorbując każdą nutę, zanim sami ruszyli grać je w klubach i salach tanecznych.
  Wygląda na to, że wszyscy byli totalnie oszołomieni utworem Money (That’s What I Want) w wykonaniu Barretta Stronga. Recenzja w magazynie Disc zrozumiała ten fenomen tylko połowicznie: „Żeński zespół wokalny i dżunglowa sekcja rytmiczna robią mnóstwo hałasu i przez połowę czasu wydaje się, że Barrett walczy, by się przez nich przebić” – ale reszta to była czysta ekscytacja, bit, riffy, nieodparty, oszczędny aranż, pełen pasji wokal i tekst, który obwieszczał, że piosenkarz nie chce seksu, chce tylko pieniędzy. Wytwórnia London ujawniła, że źródłem nagrania była firma „Anna, Detroit” i dopiero później zorientowano się, co to naprawdę oznaczało: Anna została nazwana na cześć siostry Berry'ego Gordy'ego Jr., która była też jej współwłaścicielką. On z kolei napisał Money wspólnie z Janie Bradford, recepcjonistką w prowadzonej przez siebie firmie płytowej; własnymi wytwórniami Gordy'ego były Tamla i Motown. Oto więc pojawiła się pierwsza iskra z nowej muzycznej autostrady – moment, w którym czarne, miejskie brzmienie z Detroit przeskoczyło przez Atlantyk: pulsująca linia produkcyjna rytmu i melodii z Motor City. Money była drugą płytą Tamla (lub z nią powiązaną) wydaną w Wielkiej Brytanii i choć nie stała się hitem, została usłyszana – i w tej coraz bardziej rozluźniającej się „małej, ciasnej wyspie” nic już nigdy nie było takie samo.

Money stało się piosenką Johna – taką, którą zawsze śpiewał. Poraniony chłopak, który pragnął pieniędzy i seksu, wstrzykiwał pasję w każdy występ. To prawie na pewno tekst Money, wydanego w kwietniu, skłonił go do rzucenia linijki „Najlepsze rzeczy w życiu są za darmo”, gdy Johnny Gentle szukał pomocy przy swojej piosence w Inverness. Wszyscy Beatlesi, ale w szczególności George, byli fanami Duane'a Eddy'ego, a jego niesamowicie „twangowy” utwór Shazam! głęboko zapadł im w pamięć, podobnie jak Road Runner Bo Diddleya („I’m a rooooooad-runner honey!”). Podobało im się też Only The Lonely – bogaty, dramatyczny utwór Roya Orbisona, którego nazwisko było dla nich nowe, choć w Stanach działał już od kilku lat. Cut Across Shorty, opowiadająca historię strona B ostatniego singla Eddiego Cochrana Three Steps To Heaven, była kolejnym wielkim hitem, a Paul był szczególnie urzeczony wersją Besame Mucho w wykonaniu zespołu The Coasters, wydaną w Wielkiej Brytanii pod koniec kwietnia.


Besame Mucho, hiszpańska melodia z lat 40., była dziwnym wyborem, ale miała świetny groove, posiadała całą charakterystyczną dla The Coasters teatralność i dramaturgię, a także ryczący saksofon Kinga Curtisa. Ponad wszystko była to po prostu atrakcyjna melodia. Podobnie jak What’d I Say Raya Charlesa, utwór ten rozciągał się na dwie strony płyty, a Paul był kupiony w ułamku sekundy, gdy tonacja zmieniła się z molowej na durową. W numerze Disc, który ukazał się, gdy Beatlesi jechali do Szkocji (i który mogli wtedy czytać), Jack Good (wciąż jedyny dziennikarz, który cokolwiek rozumiał) chwalił brzmienie niektórych współczesnych amerykańskich płyt, wyróżniając właśnie Money, Road Runner i Besame Mucho. Trzeźwo zauważył, że „jedynym ograniczeniem tego stylu jest to, że bardzo niewielu białych piosenkarzy potrafi się nim posługiwać”. John Lennon i Paul McCartney należeli do tych nielicznych – stali na czele tego samego zespołu, nos w nos, prąc razem do przodu, niedobrana para, nawzajem nakręcająca się do działania.

Inną płytą, którą zachwycał się Good, był nowoczesny, humorystyczny numer Alley Oop zespołu Hollywood Argyles: „Co za kupa śmiechu. Jest tu hipsterski tekst o człowieku prehistorycznym. I świetny beat”. Piosenka była gwarantowanym hitem koncertowym: częściowo mówiona, częściowo śpiewana i pozwalająca na dużą interakcję z publicznością. Idealnie nadawała się dla kogoś, kto potrafił śpiewać, ale nie miał oszałamiającej skali głosu – dla kogoś, kto nigdy wcześniej nie śpiewał na scenie i musiał oswoić się z mikrofonem przed twarzą. I tak właśnie stało się w przypadku Ringo Starra w ośrodku Butlin’s – sześć nocy w tygodniu w sali Rock and Calypso Ballroom latem 1960 roku. Postanowił pojechać i pojechał.
Iris Caldwell mówi, że jej brat pomógł Ringo podjąć tę decydującą decyzję. Zaledwie kilka dni przed wyjazdem do Walii zespół The Hurricanes potrzebował Ringo nawet bardziej niż on ich, więc Rory wspaniałomyślnie kupił mu jeden lub dwa nowe elementy do perkusji i barwnie opowiadał o tym, jak świetnie będą się bawić w Butlin’s. Co więcej, udał się na Admiral Grove i błagał Elsie i Harry'ego (rodziców Ringo), aby pozwolili Richy'emu jechać. Iris wspomina, że przynajmniej przez krótki czas po tym fakcie „mówili, że Rory zrujnował mu życie”.
Ostateczna decyzja należała jednak wyłącznie do Richy'ego i po wahaniach trwających od lutego, klamka zapadła. W fabryce Hunta zarabiał 6 funtów tygodniowo i około 8 funtów dorabiał grając w Liverpoolu z Hurricanes, ale w Butlin’s miał zgarniać 16 funtów za dwadzieścia pięć godzin pracy tygodniowo. Praca? Przecież to było tylko mnóstwo bębnienia połączone z przygodą życia. W 1958 roku powiedział: „To jest robota dla mnie”, a teraz, dwa lata później, nadarzyła się wielka szansa – prosto i w górę, aż do London Palladium. Był ostatnią osobą, która martwiła się o swoją przyszłość: pomimo przebytych chorób czuł, że ma szczęście i że wszystko zawsze układa się po jego myśli. Przekazał Elsie i Harry'emu wiadomość, której tak bardzo się obawiali. „Powiedziałem, że chcę wykorzystać tę szansę – a oni w końcu odpuścili: 'Dobrze, to twoje życie, jeśli chcesz je sobie zmarnować. My zrobiliśmy, co w naszej mocy'”. Jak powiedzą dociekliwym dziennikarzom nieco ponad trzy lata później: „Wiedzieliśmy, że to jedyna rzecz, która uczyni go szczęśliwym”.
RINGO: Gdy nadarzyła się okazja wyjazdu z Hurricanes do Butlin's na cały sezon, musiałem podjąć decyzję. Pracowałem jako uczeń inżyniera w fabryce Henry Hunt and Son. Poszedłem do szefa i powiedziałem, że odchodzę, by grać na bębnach. Moja rodzina była przerażona, mówili: 'Przecież bębnienie to żadna praca, z tego nie wyżyjesz!'. Ale ja po prostu wiedziałem, co muszę zrobić.
   Richy porzucił praktyki zawodowe, gdy do ich ukończenia został mu zaledwie rok. Ludzie u Hunta mówili mu, że jest głupi. Zaczynał pracę w fabryce jako chorowity dzieciak mający niecałe 16 lat; odchodził jako twardy, pewny swego facet w wieku prawie 20 lat. W piątek 27 maja oddał Royowi Traffordowi swoją przykładnicę, zdał legitymację związkową i podbił kartę pracowniczą po raz ostatni. I podczas gdy Beatlesi byli na północy w Nairn, grając z Johnnym Gentle, Richy siedział w knajpie ze swoimi byłymi kolegami z pracy, obalając pożegnalne piwa. 

 A co z Gerry McGovern? Znosiła muzyczne hobby swojego narzeczonego przez cały czas, gdy byli razem, aż w końcu postawiła sprawę jasno: ja albo perkusja? Richy postawił kawę na ławę: jeśli chce, może na niego czekać, ale on jedzie do Butlin’s i nie będzie go przez trzy miesiące.
  W jego ostatnim tygodniu w Liverpoolu (aż do września) było jeszcze kilka rzeczy do załatwienia. Po zrezygnowaniu z legitymacji związku zawodowego inżynierów, Richy poszedł prosto do Związku Muzyków. Rory Storm and the Hurricanes musieli być członkami związku, aby grać w Butlin’s – tygodniowa składka wynosiła jednego szylinga, czy im się to podobało, czy nie. Kupili też pasujące do siebie szare garnitury oraz buty do rock 'n' rolla, a w środę zagrali na drugiej w historii klubu The Cavern cotygodniowej „Nocy Rocka”. „Najlepsze zespoły popowe za najniższą cenę” – brzmiało hasło Raya McFalla, które miało promować coś zupełnie nowego pod ceglanymi łukami klubu. Nowy właściciel The Cavern czuł wiatr zmian: nie dość, że w Liverpoolu rósł w siłę żywy rock, to jeszcze zaostrzała się rywalizacja na scenie jazzowej. Oprócz klubu Mardi Gras, w centrum miasta otworzyły się w kwietniu dwa inne nowe lokale: The Iron Door i The Downbeat. The Cavern wciąż rządził, ale liczba fanów jazzu w mieście nie była nieskończona. Rock stał się więc dla klubu sposobem na urozmaicenie oferty – zresztą i tak grano go tylko raz w tygodniu.
 
RINGO: Rory był niesamowitym frontmanem, prawdziwym showmanem. Potrafił zrobić na scenie absolutnie wszystko, żeby porwać tłum. Do tego był świetnym sportowcem, biegał, skakał. Miał w sobie ten naturalny magnetyzm gwiazdy, którego nie dało się podrobić. (Więcej o Rorym,przzeczytaj tutaj
 

Sobota, 4 czerwca, była tym wielkim dniem. Rory'emu i Johnny'emu udało się załatwić furgonetkę i zaparkowali pod pubem Empress, żeby zgarnąć Ringo. Kiedy chłopak załadował już swój sprzęt, Elsie i Harry stanęli na końcu ulicy Admiral Grove i pomachali swojemu Richy'emu na pożegnanie. Przed szóstą wieczorem zespół The Hurricanes dotarł przez północną Walię do obozu Butlin’s w Pwllheli i zaczął się rozpakowywać. Dziennik Johnny'ego podaje, że na początku nie mieszkali w samym obozie, ale na kwaterze poza nim, w odległości krótkiej jazdy autobusem. Johnny dzielił pokój z Wallym, Chas z Ringo, a Rory miał pokój tylko dla siebie… z tym że nie do końca nazywali się już tak jak wcześniej: ponieważ Rory, Johnny i Ringo używali kowbojskich pseudonimów, Chas i Wally również zmienili swoje – na Ty Brian i Lu Walters.
RINGO: Byliśmy wtedy najgorętszym zespołem w Liverpoolu. Naprawdę rządziliśmy miastem. Graliśmy rock and rolla, mieliśmy swój własny styl, a ludzie nas uwielbiali. 
   Sobota w Butlin’s była dniem wymiany wczasowiczów i zespół na żywo nie grał, ale w niedzielny wieczór o dwudziestej zameldowali się już w sali Rock and Calypso. Oficjalny fotograf obozu ustawił ich do zdjęcia – pięciu eleganckich chłopaków z wielkimi fryzurami (quiffami), szerokimi uśmiechami, w szarych garniturach, z pasującymi poszetkami w kieszonkach i w czarno-białych butach „winkle-pickers” (szpiczastych butach rockandrollowych). Cały czas przyglądali im się młodzi mężczyźni i kobiety, dla których zaraz mieli zagrać. Tańczyli jive'a i swingowali do 23:15, a potem – zanim wszyscy rozeszli się do domków (choć niekoniecznie do swoich własnych) – dołączyli do kadry obozowej (Redcoats) i wczasowiczów, by wspólnie odśpiewać (na melodię utworu Goodnight Sweetheart Raya Noble'a) wieczorny hymn obozu Butlin’s: Dobranoc Wczasowicze, widzę, że ziewacie / Dobranoc Wczasowicze, rano się spotkacie /Głowa do góry, bo wnet śmierć was zjedzie/ Słyszałem bowiem w życiowej spowiedzi/ Że ludzie umierają, gdy leżą w łóżku/ Więc powiemy Dobranoc Wczasowicze/ Nie śpijcie w szelkach na nocnej warcie /Dobranoc Wczasowicze, zęby w płynie Jeyes'a zanurzcie/ Utopcie smutki, a jutro puste butelki przynieście/ Dobranoc Wczasowicze, Dobranoc.
 

RINGO: Wszyscy mieliśmy te same różowe czy szare garnitury, wielkie fryzury i kowbojskie imiona. To był niesamowity, szalony czas. Byliśmy młodzi, graliśmy muzykę, którą kochaliśmy, a dziewczyny szalały. Nic innego się nie liczyło... Butlin’s to była dla nas szkoła życia i prawdziwy przełom. Graliśmy tam przez kilkanaście tygodni, dzień w dzień, po kilka godzin. To właśnie tam, dzięki tej morderczej liczbie koncertów, stałem się naprawdę profesjonalnym perkusistą. Wyjechaliśmy z Liverpoolu jako amatorzy, a wróciliśmy jako zawodowcy... Te piosenki są dla mnie jak wspomnienia. 'Rory and the Hurricanes' to kolejny rozdział mojego życia w Liverpoolu.
 
 To miało być długie, wystrzałowe i arcybrytyjskie lato. Tego samego dnia, 4 czerwca, gdy The Hurricanes zmierzali do Walii, tymczasowa grupa rockmanów z klubu 2i’s, nazywająca siebie The Jets, zmierzała do Hamburga. W ostatnich dniach maja krępy Niemiec ze stopą końsko-szpotawą (szpotawą ugodą) udał się do Anglii w poszukiwaniu zespołu, który przyciągnąłby klientów do jego baru. Był to Bruno Koschmider z klubu Kaiserkeller. Choć nie da się tego stwierdzić z całą pewnością, najprawdopodobniej przybył z zamiarem odnalezienia Allana Williamsa – drobnego przedsiębiorcy, który odwiedził jego bar wcześniej tego samego roku, dużo gadał, ale puścił mu kompletnie zepsutą taśmę demonstracyjną. Wygląda na to, że Koschmider nie wiedział, iż Williams pochodzi z Liverpoolu, albo o tym zapomniał, bądź też postanowił najpierw udać się do Londynu. Cokolwiek to było, dokuśtykał do baru kawowego 2i’s Coffee Bar przy 59 Old Compton Street – jedynego pewnego miejsca, w którym można było znaleźć rock 'n' rolla, i gdzie dźwięk gitar elektrycznych przecinał przesiąknięte aromatem powietrze Soho, wystrzeliwując prosto z piwnicy...  
 
 RINGO: Grałem z Rory Storm and the Hurricanes przez jakieś półtora roku, może dwa. W tamtym czasie to my byliśmy gwiazdą wieczoru. Występowało wiele zespołów, czasem także Beatlesi. Skończyło się na tym, że byli jedyną grupą, którą naprawdę oglądałem, bo już wtedy byli bardzo dobrzy... Jedyne nagrania, na których naprawdę zagrałem z Hurricanes, powstały w Niemczech w 1960 roku. Nagraliśmy wtedy dwa utwory na acetacie.
 
 
  Historia przyszłych The Beatles nabiera tempa. Znajdziecie to wszystko na blogu w różnych postach, ale do fascynującej książki Marca Lewisohna będę jeszcze wracał.


Historia The Beatles
History of  THE BEATLES