PAUL MCCARTNEY - The Boys of Dungeon Lane (2026)

 

 

Dzisiaj obiecany mój post o najnowszym albumie Sir Paula. Uzupełniany niektórymi (jest materiału o tym albumie w sieci mnóstwo).  wspomnieniami Artysty i jego producenta. Miłego czytania. 

Artysta: PAUL McCARTNEY
Album: The Boys of Dungeon Lane
Data wydania: 29 maja 2026
Wytwórnia: Capitol
Producent: Paul McCartney & Andrew Watt
Długość: 47:07 


Obsada:
PAUL  - wszystkie wokale, gitary, gitara basowa, perkusja, instrumenty perkusyjne, instrumenty klawiszowe
Andrew Watt - gitary, instrumenty klawiszowe
Ringo Starr - wokal (10) tamburyna (1,10), perkusja (10)
Mike Davis - trąbka (4)
Chrissie Hynde – chórki (10)
Sharleen Spiteri – chórki (10)

 



Zawartość: (wszystkie autorstwa Paula, z wyjątkiem zaznaczonych)
1.    "As You Lie There"     Paul McCartney & Andrew Watt 4:45
2.    "Lost Horizon"    3:04
3.    "Days We Left Behind"   3:18
4.    "Ripples in a Pond"    2:43
5.    "Mountain Top"   3:40
6.    "Down South"  2:23
7.    "We Two"        McCartney & Watt     3:01
8.    "Come Inside"     McCartney & Watt     3:14
9.    "Never Know"        McCartney &Watt     4:15
10.   "Home to Us" (with Ringo Starr)     McCartney & Watt     3:12
11.   "Life Can Be Hard"      3:15
12.   "First Star of the Night"   2:57
13.   "Salesman Saint"     3:19
14.   "Momma Gets By"  4:04 

 

                                                                        Paul i Andrew Watt

PAUL: Album naprawdę się zaczął, kiedy mój menedżer powiedział: „Czy chciałbyś poznać Andrew Watta? Wiedziałem, że jest aktywnym młodym producentem i podobało mi się jego rzeczy. Powiedziałem: „Tak, świetnie”. Powiedział: „Cóż, to tylko filiżanka herbaty. Zejdź do jego studia”...  Byliśmy jak para Boys Of Dungeon Lane – mali chłopcy w piaskownicy – i dobrze się bawiliśmy... [Andrew Watt produkował między innymi Eltona Johna, The Rolling Stones, Ozzy'ego Osbourne'a. Pearl Jam, Iggy Popa a nawet ... Justina Biebera]

Watt:  Nigdy wcześniej nie nagrywałem albumu z kimś, kto grałby na każdym instrumencie, i to, co on potrafi zrobić, jest po prostu niezwykłe. Zapytałem go wczoraj wieczorem, na oczach wszystkich, jak on to robi. Powiedział rzecz naprawdę urzekającą. Zamiast siedzieć i tłumaczyć komuś innemu: „Nie, nie, to idzie tak. Nie, zrób to w ten sposób”, po prostu robisz to sam i wtedy wiesz, dokąd zmierza piosenka. Wiesz, jaka ma być partia perkusji, jakiego chcesz groove'u. Po prostu dajesz z siebie wszystko, żeby wyszło dobrze. To było świetne podejście. Kiedy masz umiejętności, by zrobić to samemu, po prostu to robisz. Wiesz, jakie mają być poszczególne partie. Nie ma nikogo innego, kto potrafiłby to zrobić. 

Pierwsze single z nowej płyty Paula znałem już wcześniej, a od 29 marca, dzięki platformom streamingowym, mogłem słuchać całego albumu. Jednak dla mnie, fana wychowanego na tradycyjnych nośnikach, prawdziwe święto zaczęło się dopiero wczoraj, 7 czerwca, kiedy fizyczny krążek CD w końcu trafił w moje ręce i stanął na półce w domu.

Wzruszenie towarzyszyło mi już przy pierwszych odsłuchach tych dwóch piosenek, które zdążyłem poznać wcześniej – pierwszego singla The Days We Left Behind oraz nagranego wspólnie z Ringo utworu Home to Us. Ale sam moment otwierania pudełka, odklejania folii z albumu, który – oby nie, ale przypuszczalnie – może być ostatnim dziełem Sir Paula, to było uczucie absolutnie nie do opisania.

PAUL:  Wtedy Andrew nagrał riff gitarowy, bo jest świetnym gitarzystą. I w ciągu kilku dni stworzyliśmy As You Lie There. Tak zaczęła się ta podróż”. Ta „podróż” obejmowała nagrania w różnych studiach w Los Angeles, a także w należącym do Maccy studio Hog Hill Mill w Sussex oraz w starym, beatlesowskim zakątku – Abbey Road. Spośród wszystkich powstałych piosenek to właśnie pierwszy singiel "Days We Left Behind nadaje ton całości – i to on przyniósł tytuł całemu albumowi. To dla mnie piosenka bardzo wspomnieniowa. Po prostu myślałem o tych dniach, które zostawiłem za sobą. Paul przyznał, że utwór "Days We Left Behind" nawiązuje bezpośrednio do Johna Lennona i czasów na Forthlin Road. Piosenka sugeruje, że obaj twórcy napisali wtedy „tajny kod, o którym nigdy nikomu nie opowiedzieli”. W clipie wykonanie piosenki w popularnym SNL.

Watt: Days We Left Behind to jeden z klasyków w jego wielkim śpiewniku. Naprawdę poruszył tam czułą strunę i sięgnął głęboko do swojego wnętrza. Za każdym razem, gdy słyszę tę piosenkę, nawet wczoraj przed fanami, chce mi się płakać. Płakałem przy niej, gdy on gapił się na mnie i mówił: „Nie płacz. Co z tobą nie tak?”. Ona po prostu robi coś ze mną. W takim utworze nie chciałbyś słyszeć automatów perkusyjnych. Ta piosenka to gitara, pianino, harmonium, głos i bas. Nie potrzebuje wielu rzeczy; potrzebuje faceta grającego na tych instrumentach i obnażającego swoją duszę. 


 

Watt: W 2021 roku, w nocy przed jego pierwszą wizytą, obudziłem się zlany zimnym potem, przypominając sobie, że w studio mam wyłącznie gitary dla praworęcznych. Mimo że sam jestem leworęczny, gram jak praworęczny. Mieliśmy tylko napić się herbaty, ale pomyślałem: „A co, jeśli z jakiegoś powodu będzie chciał zagrać na gitarze? A ja nie będę miał dla niego instrumentu? I przez to nie zagra? I moja szansa, żeby kiedykolwiek zagrać z Paulem McCartneyem i wreszcie, kurwa, dowiedzieć się, jak on robi ten myk w 'Blackbird' przepadnie?”. W środku nocy znalazłem firmę wypożyczającą sprzęt, która miała bas Rickenbackera, bas Höfnera, Epiphone Casino, Martina D-28 z 1969 roku – dosłownie cały jego zestaw, bo jestem świrem na punkcie McCartneya, tak jak my wszyscy. (Przepraszam, Elton John nie przestaje do mnie dzwonić, kiedy z tobą rozmawiam. Dzwoni bez przerwy, to już chyba czwarty raz, przepraszam. [Śmiech]). Przetrząsnąłem internet i napisałem do mojego asystenta, który pomaga mi w takich sprawach. Powiedziałem: „Potrzebujemy tego, tego i tego, a ja idę spać. Upewnij się, że to będzie w studio”. Sprzęt był w jakimś dziwnym mieście w Kalifornii, ale zdobyliśmy wszystko. Piliśmy herbatę, rozmawialiśmy, było naprawdę miło. I nagle on mówi: „Wiesz, piosenkę można napisać o wszystkim”. Sięgnął po gitarę i zorientował się: „Och, jest praworęczna”. Wtedy podałem mu gitarę dla leworęcznych, a on zagrał ten bardzo dziwny akord. Powiedział: „Czasami po prostu łapię losowy akord, którego nigdy wcześniej nie grałem, i zaczynam od tego”. Zagrał więc ten dziwny akord, uśmiechnął się z tym swoim chłopięcym urokiem i musiał go rozwiązać, bo brzmiał tak cholernie dziwnie w zawieszeniu. Przesunął palec o dwa progi w dół i akord się rozwiązał. Ja złapałem za gitarę, zagrałem trzeci akord i ruszyło.

W sieci od wielu tygodni krąży mnóstwo profesjonalnych recenzji, szczegółowych opisów i wywiadów, w których Paul opowiada o całości oraz o każdym nagraniu z osobna. Nie będę się więc tutaj do nich odnosił ani ich powielał. Szczerze mówiąc, wciąż jeszcze nie wiem, które piosenki z tego albumu są dla mnie najlepsze. Wiem jednak jedno: słuchanie ich warto zacząć od poznania, a nawet przetłumaczenia sobie tekstów. To nadaje całemu procesowi odpowiedni klimat i jest świetnym wprowadzeniem do świata McCartneya. Wagę swoich słów i ich znaczenie podkreślił zresztą sam Paul – do albumu dołączona jest elegancko wydana książeczka z tekstami każdej piosenki, które widzimy w formie zdjęć odręcznego pisma samego Artysty.
 
Watt: Nigdy wcześniej nie miałem okazji robić muzyki w ten sposób. Zazwyczaj dłubię przy miksach, aż zsinieję na twarzy, i ciągle chcę coś zmieniać, zmieniać i zmieniać. Wizja zadeklarowania konkretnego brzmienia i perfekcyjnego zagrania partii od razu była dla mnie niesamowicie ekscytująca. A patrzeć, jak Paul robi to na tym samym magnetofonie, na którym nagrał Sgt. Pepper’s?. Ja produkuję muzykę z pierwszego rzędu, produkuję jako fan. Chciałem usłyszeć Paula McCartneya tworzącego piosenkę na tej maszynie, z tamtym brzmieniem. W ramach ćwiczenia napisaliśmy coś razem. Siedzieliśmy z gitarami i brzdąkaliśmy. Potem on usiadł za perkusją, a ja grałem na gitarze. Nagraliśmy to w ten sposób. Te dwa elementy stały się jednym, a potem on dograł bas. Na każde brzmienie trzeba było się ostatecznie zdecydować. Zmiksowaliśmy to na konsolecie i zgraliśmy w ciągu 24 godzin od nagrania. To było to – i już nigdy nie zostało zmienione. 

Paul w tym albumie sięga po raz pierwszy tak głęboko w swoje dzieciństwo i młodość. Piosenki są hołdem dla jego rodziny oraz dawnych towarzyszy – nie tylko tych, którzy ostatecznie weszli w skład The Beatles, ale także tych, którzy dzisiaj pozostają zupełnie nieznani. Znajdziemy tu również niezwykle poruszające odniesienia do wielkiej miłości i tęsknoty, jaką Paul wciąż darzy swoją pierwszą żonę, Lindę. Nie mogło zabraćknąć też wspomnień o Johnie i George'u. Bo oczywiście, ponad wszystko, na tym albumie obecni są wielcy Fab Four. Niezwykle wzruszający jest chociażby fragment w jednej z piosenek , opowiadający o czasach, zanim jeszcze nauczyli się grać „Twist and Shout” (Down South -  Before we learned to twist and shout - clip).

PAUL: Często myślę o Johnie i George’u. Zanim powstali The Beatles, jeździliśmy autostopem. To były czasy, kiedy jeszcze można było to robić – teraz ostrzegam moje wnuki: 'Nie róbcie tego', bo na świecie jest zbyt wielu świrów... Dostałem wskazówkę od kogoś, kto powiedział: 'Zacznij w Chester – bo tam są wszystkie ciężarówki i wszystkie jadą prosto na południe (down south). To dobre miejsce, by złapać pierwszą podwózkę'.

 

PAUL: Home To Us... Ta piosenka została napisana całkowicie z myślą o Ringo. Mówię o tym, skąd pochodzimy. Podobnie jak wielu ludzi, startujesz z niczego i sam się budujesz. Ringo był tym, który w The Beatles startował z największego 'niczego'... Pochodził z Dingle, a tam było naprawdę ciężko. Bywał okradany, gdy wracał z pracy. Nawet jeśli to było szalone, to było to nasze 'home to us' (nasz dom) i wokół tego pomysłu zbudowałem piosenkę... Następnie wzięliśmy moją pierwszą linijkę, drugą linijkę Ringo i wyszedł nam duet – coś, czego nigdy wcześniej nie robiliśmy. Chcieliśmy też chórków i wpadłem na pomysł, że miło byłoby usłyszeć dziewczyny. Chrissie Hynde i Sharleen Spiteri to moje kumpele – i zrobiły to.[obie panie na fotkach]

Album bije obecnie rekordy popularności na całym świecie, a Paul chwali się w swoich mediach społecznościowych – na TikToku i innych kanałach – że płyta wskoczyła na sam szczyt, stając się numerem 1 w USA i Wielkiej Brytanii. Czy to kogoś zaskakuje? Właściwie nie. Wydaniu albumu towarzyszyła niezwykle staranna kampania reklamowa, ale umówmy się – come on – to przecież Paul, wielki Beatles! Świat doskonale wie, że jego nowa muzyka to zawsze gigantyczne wydarzenie. Tutaj jednak dochodzi coś jeszcze: gdzieś z tyłu głowy każdy z nas podświadomie podejrzewa, że to bardzo prawdopodobnie pożegnalny album artysty.
 
Watt: Nigdy nie było wrażenia, że idziemy na całość, i to było w tym najwspanialsze. Nigdy nie było żadnej presji. Tworzyliśmy ten album przez cztery lata i dosłownie ani razu nie rozmawialiśmy o tym, że „to jest album”, aż do jakichś ostatnich sześciu miesięcy całego procesu. Zostaliśmy przyjaciółmi, co jest najpiękniejszą rzeczą na świecie. Byliśmy wczoraj razem na kolacji i świetnie się bawiliśmy. Po prostu połączyła nas przyjaźń i wspólne granie. Paul wpadał na tydzień pomiędzy trasą, podróżą czy filmem, nad którym pracował. Mówił: „Mam wolne 10 dni. Możemy zarezerwować trochę czasu i działać dalej?”. Za każdym razem odpowiadałem: „Oczywiście”. Część sesji zrobiliśmy w moim studio, a część w jego studio w Sussex, gdzie znajduje się cały sprzęt The Beatles. 

Wielu dyskutuje o głosie McCartneya. Ja po pierwsze absolutnie pokochałem jego barwę na tym krążku. Naprawdę nie brzmi źle! Może nie jest już tak mocny i tak uderzająco podobny do dawnego „oryginału”, jak ma to miejsce w przypadku Ringo Starra czy Micka Jaggera, którzy na swoich nowych nagraniach brzmią niemal identycznie jak za dawnych, młodzieńczych lat. Głos Paula się zmienił, ale ma w sobie niesamowitą, dojrzałą magię.

Watt: Moje zadanie jako producenta zmienia się w zależności od tego, z kim pracuję, prawda?. Są albumy, na których piszę każdą piosenkę i wskazuję drogę. A są takie, gdzie po prostu podążam za artystą. A za Paulem McCartneyem idziesz wszędzie tam, gdzie on, kurwa, zechce. W końcu to Paul McCartney, więc prowadzi na każdym kroku. Ja tylko słucham i reaguję na to, co robi. Decyzje, które podejmowaliśmy, i produkcja, na którą się decydowaliśmy, były bardzo mocno podyktowane samymi piosenkami. Ten album jest bardzo różnorodny. Są tu syntezatory, automaty perkusyjne, a obok nich utwory z samą gitarą bez żadnego pogłosu czy innych efektów. Wizja tego, by Paul pozostał sobą, była dla mnie kluczowa. Nie chciałem, żebyś słuchając albumu McCartneya, powiedział: „Hej, on teraz brzmi jak Post Malone!”. Mają te same inicjały, ale nie chcemy, żeby brzmieli tak samo. Uważam, że on jest naprawdę największym żyjącym muzykiem. Nie ma nikogo, kto potrafiłby grać na instrumentach tak jak on. Chciałem, żeby to było słychać na tych nagraniach. Nie chciałem tego przykrywać toną produkcji, nieskończonym pogłosem i brudem. Siedzieliśmy tam i zmiksowaliśmy to sami. Miks jest nowoczesny, głośny. Kiedy trzeba, uderza z mocą. Kiedy trzeba mocno zarockować, rockuje ostro i ma potężne brzmienie. To nie brzmi jak lata 70. Ale byłem na tak wielu koncertach Paula McCartneya i widzę, co się dzieje, gdy gra „Jet” czy „Band on the Run”. Jeśli pisze takie piosenki, to będziemy je produkować z żywymi instrumentami, rozumiesz?.

 

 

PAUL: "Salesman Saint"... Ta piosenka to moje wspomnienie o mamie i tacie. Urodziłem się podczas II wojny światowej i często myślę: 'Jasna cholera, posiadanie dziecka teraz jest wystarczająco trudne, ale wyobraź sobie, że wszyscy mielibyśmy świadomość, że w każdej chwili mogą spaść bomby' – a Liverpool był mocno bombardowany. Myślałem o nich, jak wychowywali dzieciaka w takich okolicznościach. Mój tata był akurat sprzedawcą bawełny, a mama pielęgniarką. Zrobili to. Poradzili sobie i wychowali mnie i mojego brata [Mike'a]. Zabierali nas do lekarzy, posłali do szkoły i robili te wszystkie rzeczy w takich warunkach. Na końcu piosenki pojawia się muzyka, którą starałem się stworzyć na wzór ich epoki. 

Podsumowując: to oczywiście nie jest najlepszy album w solowej karierze Paula. Jednak mój odbiór tej płyty powędrował ostatecznie gdzieś w bliskie okolice serca. Ten materiał jest po prostu piękny. Przez najbliższe tygodnie to właśnie ten krążek będzie moją główną playlistą. Gorąco Wam polecam to spotkanie z legendą.

Watt:To spełnienie marzeń całego życia. Miałem okazję pracować z Paulem McCartneyem. Szczerze mówiąc, jeśli miałbym cię z czymś zostawić, to czułem, że nasza relacja przypominała układ nauczyciel-uczeń. Wchodziłem tam, a on uczył mnie o przejściu z A-dur do F# i uderzeniu w akord D. Ale radził, by wstawić A7 pomiędzy F# a D jako akord przejściowy. Albo mówił, że jeśli przesuniesz ten palec podczas grania akordu G, zmieni się on w coś takiego. Cały czas mnie uczył. Albo to patrzene, jak aranżuje chórki z gitarą na szyi, żądając tercji, a potem kwinty i rozpisując te wokale... Albo gdy grał na perkusji i uderzał w talerze ciszej niż w werbel, żeby potem, gdy skompresuje bębny tak, jak chce, talerze nie raniły uszu?. To są lata doskonalenia rzemiosła. Możliwość nauczenia się tego wszystkiego od niego i zabrania tego ze sobą dalej – coś niewiarygodnego. 


Przeczytaj także: Magia The Beatles (2026)

Historia The Beatles
History of  THE BEATLES

 













Pattie Boyd-Harrison - wspomnienia (7)

 

 


Zanurzmy się po raz kolejny w głąb świata The Beatlesów. Dzisiaj w 7-tym  już odcinku wspomnień Pattie, w świat George'a Harrisona i samej autorki, które opublikowała w książce "Wonderful Tonight". Dzisiaj trochę "kuchni" życia beatlesowskiej pary. Nawet dosłownie. 

 

George wciąż bardzo dużo koncertował – przez pierwsze trzy lata naszej znajomości The Beatles odbywali średnio trzy długie trasy rocznie: jedną po Wielkiej Brytanii, jedną po Ameryce i jedną obejmującą kilka innych krajów. Kiedy nie byli w trasie, nagrywali. Wydawali około trzech singli i jeden album rocznie, co oznaczało niezliczone godziny spędzone w studio. Często siedzieli tam od jedenastej rano do jedenastej w nocy, a nierzadko nawet do północy. W końcu porzuciłam mieszkanie w Londynie, gdzie czułam się samotna, i wprowadziłam się do George’a. Londyn był oddalony o zaledwie czterdzieści pięć minut drogi – szybki skok trasą A3 – więc łatwo było dojechać do pracy czy dla rozrywki. Ta ostatnia oznaczała imprezy, kluby, dyskoteki, kolacje, czasem teatr i kino. Cubby Broccoli, producent filmów o Jamesie Bondzie, był właścicielem małej prywatnej sali kinowej i zapraszał nas na każdy nowy film, jaki akurat wyświetlano. 


 

Siedzieliśmy tam, popijając whisky z colą i zajadając najlepsze kanapki z wędzonym łososiem. Lubiliśmy też chodzić do Parks, restauracji na Beauchamp Place, prowadzonej przez Irlandczyka imieniem Tom, który gotował fantastyczne jedzenie i dekorował je kwiatami. Brał tulipany i wywijał ich płatki na drugą stronę – stąd wzięła się linijka w jednej z piosenek Johna Lennona o „odgiętych tulipanach” ["Glass Onion" - bent-back tulips]. Zazwyczaj wychodziliśmy całą grupą, z pozostałymi Beatlesami i przyjaciółmi, a często towarzyszyła nam moja siostra Jenny ze swoim chłopakiem, Mickiem Fleetwoodem.
    Około roku po mojej przeprowadzce przebudowaliśmy garaż w Kinfauns na duży salon, obok którego powstał mały pokoik projekcyjny, dzięki czemu mogliśmy wyświetlać filmy. Byłam głównym kinoperatorem, ale myślę, że jedynym filmem, jaki kiedykolwiek tam obejrzeliśmy, byli „Producenci”. 
Oglądaliśmy go na okrągło – George potrafił wyrecytować niemal każdą kwestię. W telewizji uwielbialiśmy „Latający Cyrk Monty Pythona” – Eric Idle był jednym z bohaterów George’a i często nas odwiedzał. Lubiliśmy też „Rowan & Martin’s Laugh-In”, amerykański serial komediowy, który przyniósł sławę Goldie Hawn. Słuchaliśmy wytwórni Motown i innych nowych artystów z Ameryki – Marvina Gaye’a, Martha and the Vandellas, The Ronettes, The Byrds oraz Dylana. Centralnym punktem naszego nowego salonu był ogromny, okrągły, ceglany kominek inspirowany Salvadorem Dalí, którego twórczość bardzo lubiliśmy. Poprosiliśmy holenderską parę, Simona Posthumę i Marijke Koger, znanych jako The Fool, aby go dla nas pomalowali. Byli to utalentowani, kreatywni ludzie, którzy nosili zaprojektowane i uszyte przez siebie aksamitne stroje, bogato zdobione koralikami i cekinami. Musieliśmy ich poznać przez Roberta Frasera, właściciela galerii sztuki na Duke Street, albo Johna Dunbara, byłego męża Marianne Faithfull, który prowadził Indica Gallery w Masons Court. Szyli niesamowite ubrania dla nas wszystkich, a później dla sklepu Apple na Baker Street, który również zaprojektowali. W noc poprzedzającą otwarcie zebrali grupę studentów sztuki, aby namalować psychodeliczne murale na zewnętrznej ścianie budynku.
  Obraz, który namalowali dla nas w Kinfauns, był oszałamiający. Jego ukończenie zajęło miesiące, a oni mieszkali z nami przez cały czas pracy. Tak bardzo żałuję, że nie mogliśmy zabrać go ze sobą, kiedy się przeprowadzaliśmy, ale oczywiście było to niemożliwe. Zewnętrzne ściany domu również pokryliśmy graffiti. Kiedy się wprowadziliśmy, mury były gładkie i białe, więc kupiliśmy kilka puszek farby w sprayu i spędziliśmy wiele radosnych godzin na ich upiększaniu. Kiedy odwiedzali nas przyjaciele, dawaliśmy im puszkę, a oni dodawali coś od siebie tu i tam. Pojawiły się kwiaty i psychodeliczne wzory we wszystkich kolorach tęczy. Mick Jagger i Marianne Faithfull wpadli do nas pewnego dnia, gdy byliśmy poza domem, i napisali wielkimi literami na jednej ze ścian: „Mick i Marianne tu byli”. Niestety, kiedy opuściliśmy Kinfauns, nowi lokatorzy wszystko to zamalowali. W Esher mieliśmy wspaniałą pomoc domową, Margaret. Ilekroć musieliśmy jechać do Liverpoolu, by odwiedzić matkę George’a, po naszym powrocie zawsze czekało na nas gotowe macaroni cheese. Uwielbiała wizyty Johna Lennona i mawiała do niego: „Masz może trochę tych cudownych pigułek?”, a John dawał jej amfetaminę. Po tym odkurzała jak szalona – zupełnie nie przypominała samej siebie. Była urocza. Wierzyła, że poza niebem i chmurami nie ma już nic, a świat jest zamknięty w bańce. Kiedy zobaczyła lądowanie na Księżycu i chodzących po nim ludzi, odmówiła wiary w to, że to dzieje się naprawdę.
   
Kiedy George i ja zaczęliśmy być razem, nie byłam dobrą kucharką, ale zawsze miałam w sobie sporo entuzjazmu – wiedziałam, że istnieje coś lepszego niż szkolne jedzenie, a nawet potrawy Lilie. Próbowałam przyrządzać rzeczy, które, jak sobie wyobrażałam, polubią chłopcy z północy – zapiekankę pasterską, pieczeń wołową i pudding z Yorkshire – a potem George i ja zostaliśmy wegetarianami, co otworzyło przede mną zupełnie nowe pole zainteresowań. Ktoś podarował nam książkę opowiadającą o hodowli cieląt i o tym, jak okrutnie traktowano te zwierzęta. Trzymano je w maleńkich boksach w ciemności, bez możliwości obrócenia się, a zdjęcia pokazywały, jak lizały metalowe pręty. Wtedy właśnie zdecydowaliśmy, że nie będziemy już jeść mięsa. Bycie wegetarianinem w tamtych czasach było sporym wyzwaniem. Wybór był tak niewielki, nie było gotowych produktów ani bezmięsnych odpowiedników steków czy kiełbasek, które można było przyrządzić przy minimalnym przygotowaniu. Musiałam sama wszystko tworzyć i odkryłam, że to uwielbiam; gotowałam dla naszych przyjaciół, rodziny George’a i mojej oraz dla każdego, kto wpadał nas odwiedzić lub u nas nocował. Urządzaliśmy obiady i kolacje, a kupowanie jedzenia sprawiało mi wielką przyjemność. Chodziłam do sklepu ze zdrową żywnością w Esher po fasolę, kasze, warzywa i owoce. Miałam setki książek kucharskich – przez pewien czas nie czytałam nic innego. Byłam wegetarianką przez około siedem lat, ale George pozostał nim do końca swoich dni i nie pozwalał, aby w jego domu gotowano lub jedzono mięso czy ryby. Spędzaliśmy mnóstwo czasu w kuchni – była sercem domu. Pamiętam George’a siedzącego przy stole z gitarą i piszącego piosenkę, która stała się utworem „My Sweet Lord”. Kiedy ukazała się jako singiel i dotarła do pierwszego miejsca list przebojów, George został podany do sądu, ponieważ amerykańska grupa The Chiffons nagrała wcześniej utwór zatytułowany „He’s So Fine”, a wydawca muzyczny tej piosenki twierdził, że George ją ukradł. To była dla niego trudna sytuacja. Wiedziałam, że sam ją napisał – byłam przy tym, gdy nad nią pracował – ale musiał zabrać gitarę do sądu i zagrać przed sędzią, aby udowodnić, że melodia jest oryginalna i nie bazuje na ich utworze. Sędzia uznał go winnym „podświadomego plagiatu”. Po tym wydarzeniu nigdy nie włączaliśmy radia w domu, na wypadek gdyby miał podświadomie ulec wpływowi jakiejś usłyszanej piosenki.
   
Jego gitary zawsze leżały porozrzucane po całym domu i w każdej wolnej chwili brał jedną z nich i grał. Kiedy pojawiali się John, Paul, Ringo czy jakikolwiek inny muzyk – co zdarzało się często – wszyscy grali. Ale George nigdy nie grał całej piosenki. Grał to, co miał w głowie, albo pracował nad nowymi akordami lub nowym utworem – nigdy nie wiedziałam, nad czym dokładnie – a tygodnie później słyszało się gotową piosenkę na taśmie. Uwielbiałam go słuchać, kochałam dźwięk gitary w domu. Czasami zaczynałam mówić, a on był tak głęboko pogrążony w myślach nad tekstem lub melodią, którą pisał, że nie odpowiadał. Byliśmy w tym samym pokoju, ale tak naprawdę nie było go ze mną: był w swojej głowie. Przez większość czasu mi to nie przeszkadzało. Myślałam sobie: „O, to dobrze, pisze nową piosenkę” – zawsze był najszczęśliwszy, kiedy tworzył. Czasami piosenki przychodziły do niego w środku nocy, a rano budził się i natychmiast zaczynał grać, żeby ich nie zapomnieć; zmieniał akordy, po czym przerywał, bo coś nie brzmiało dobrze.
 John i Paul pisali większość swoich piosenek razem – napędzali się nawzajem – ale George pisał sam. Najpierw komponował melodię, a ponieważ nie miał formalnego wykształcenia muzycznego, nie potrafił zapisać nut; grał ją i grał, dopóki nie utrwaliła mu się w pamięci, a potem ją nagrywał. Słowa przychodziły później. Czasami próbowałam pomóc, jeśli nie mógł znaleźć słowa do rymu, ale przez większość czasu robił to sam, pisząc na odwrotach kopert, na wszystkim, co nawinęło mu się pod rękę. Komponował na całym świecie, gdziekolwiek akurat się znajdował, i puszczał mi taśmy z nagraniami rzeczy, które napisał – nie śpiewał mi ich przy gitarze – a ja zawsze uważałam, że w takiej wersji brzmią o niebo lepiej niż gotowy, ostateczny produkt.
  Do domu przychodziło mnóstwo listów od fanów, a kiedy mama George’a przyjeżdżała z Liverpoolu, zabierała je i na nie odpowiadała. W międzyczasie listy piętrzyły się w kartonowych pudłach, tworząc góry kopert. Nigdy nie zapomnę, jak wróciłam pewnego dnia do domu i zastałam pudła porozrzucane po całej podłodze, a listy rozniesione szeroko wokół. Wyglądało to tak, jakbyśmy zostali okradzeni. Kiedy zaczęłam je zbierać, zauważyłam, że jedna koperta została otwarta. Była zaadresowana do Korky’ego, naszego uroczego, białego kota perskiego – nazwanego tak na cześć postaci z komiksu „The Dandy” – i zawierała kulkę kocimiętki, zioła, za którym koty szaleją. Mądre stworzenie, znalazł i otworzył własną pocztę od fanów. Co irytujące, Korky zdawał się woleć życie w szkole dla dziewcząt znajdującej się po sąsiedzku, ale być może działo się tak dlatego, że tak często nie było mnie w domu – regularnie pracowałam w Paryżu. Robiłam wiele sesji dla „Elle” i kilka stron dla amerykańskiego „Vogue'a”, gdzie poznałam Dianę Vreeland, jego wieloletnią redaktor naczelną. Wcześniej przez dwadzieścia pięć lat była redaktorką mody w „Harper’s Bazaar” i była to postać budząca respekt. Fascynowały mnie jej oczy: nakładała wazelinę na kości powyżej nich. Nosiła czarne włosy gładko zaczesane do tyłu, była bardzo wysoka, szczupła i dystyngowana. Pracowałam wtedy dla Baileya i niewiele jadłam; zemdlałam na schodach przed studiem i uciekł mi samolot do domu. Kiedy w końcu wróciłam do Esher, zastałam brata George’a, Pete’a, oraz jego żonę Pauline, którzy zainstalowali się w domu. Przyjechali spędzić wakacje w Kinfauns. Byłam taka wściekła; zrobiłam dla nich kolację, a oni nie chcieli jej zjeść, ponieważ powiedzieli, że jedzą wyłącznie o szóstej godzinie.
   
Bardzo polubiłam rodziców George’a. Byli dość niscy i bardzo liverpoolscy. Harold jeździł autobusami, a Louise pracowała na pół etatu w warzywniaku. Zawsze wspierała George’a – kupiła mu jego pierwszą gitarę, gdy miał czternaście lat. Nie miała nic przeciwko długim włosom, butom czy dżinsom, które zwężał na jej maszynie do szycia. George był ich najmłodszym dzieckiem. Jego siostra, również Louise, wyemigrowała do Ameryki, ale często pisała, powtarzając mu, by znalazł porządną pracę; jego najstarszy brat, Harry, był monterem, a Peter mechanikiem. Harold nie chciał, by George tak wcześnie rzucał szkołę: uważał, że edukacja to droga do sukcesu. Chciał, by poszedł na praktyki, tak jak jego bracia, i obawiał się, że nigdy nie utrzyma się jako muzyk. Ale jego matka była całkowicie za nim i należała do najzagorzalszych stronników The Beatles. Jedyne, czego pragnęła dla swoich dzieci, to by były szczęśliwe, i dostrzegała, że nic nie daje George’owi takiego szczęścia jak tworzenie muzyki. George był hojny dla swojej rodziny – kochał ich. Kupił rodzicom dom typu bungalow, z którego byli zachwyceni. Zabrał mnie, by pokazać mi dom, w którym mieszkali wcześniej i w którym dorastał, a znajdował się on w bardzo ubogiej części miasta. W nowym domu zawsze unosił się ten charakterystyczny zapach nowości i był tam ładny, mały ogródek. Wpadaliśmy do nich na podwieczorek, ale nie był to podwieczorek, jaki znałam – nie herbata i herbatniki czy ciasto. Dopiero gdy odwiedziłam dom jego rodziców, zdałam sobie sprawę, że George był wychowywany zupełnie inaczej niż ja. Ponieważ on i ja zawsze wypijaliśmy filiżankę herbaty po południu, a kolację jedliśmy o ósmej lub dziewiątej wieczorem, zakładałam, że tak właśnie żył od zawsze, ale oczywiście tak nie było. Jego rodzina trzymała noże jak pióra, a ich „podwieczorek” składał się z zimnej szynki lub pasztecika wieprzowego, pomidorów przekrojonych na pół, marynowanych buraków i sosu sałatkowego, podawanych z pokrojonym białym chlebem. Jedli to o szóstej, a później wieczorem była herbata i herbatniki. Pili mało alkoholu – jego ojciec od czasu do czasu wypijał piwo. Pamiętam, jak zabrałam ich ze sobą na wycieczkę do Paryża, tylko naszą trójkę, i podjęłam ich kolacją na statku na Sekwanie. Byli zachwyceni.
   
Alkohol nie zajmował wcześniej dużego miejsca w moim życiu. Mogłam wypić trochę wina z Erikiem Swayne’em – tuż po drugiej stronie ulicy od mojego mieszkania była urocza restauracja Bistro Vino i dość często tam jadaliśmy – ale piłam niewiele. George nie pijał wina, dopóki nie przybył do Londynu, gdzie wprowadził go w ten świat Brian Epstein. Kiedy chodziliśmy do takich miejsc jak Annabel’s, zapisywałam nazwy niektórych win, które zamawiał Brian i które nam smakowały, jak Châteauneuf-du-Pape, Clos de Vougeot czy Nuits-St.-Georges. Brian zmienił wszystko w życiu wszystkich Beatlesów, nauczył ich bardziej wyrafinowanych manier. Też pochodził z Liverpoolu, ale z eleganckiej dzielnicy – jego rodzice byli właścicielami renomowanego sklepu meblowego, w którym otworzył dział muzyczny o nazwie NEMS (North End Music Store) – i kształcił się w prywatnych szkołach. Był też od nich starszy – miał dwadzieścia siedem lat, gdy zaczął nimi zarządzać – i bardziej doświadczony w świecie. W przeciwieństwie do mnie, George nigdy nie bywał głodny, więc nie jedliśmy dużo. Na śniadanie wypijaliśmy filiżankę herbaty, może jedliśmy jajka sadzone, a potem nic na obiad. Wieczorem zawsze byłam głodna jak wilk. Jechaliśmy pewnego dnia Jaguarem E-Type przez Liphook lub Hindhead i zatrzymaliśmy się w małej herbaciarni, bo umierałam z głodu. Gdy wchodziliśmy, starsza pani powiedziała: „To kosztuje trzy szylingi i sześć pensów od osoby, wiecie?”, a my zaczęliśmy się śmiać, bo musieliśmy wyglądać tak, jakby nie było nas na to stać.
  George kochał samochody – wszyscy Beatlesi je uwielbiali. Po E-Type kupił srebrnego Astona Martina DB5 oraz Mini Moke, małe autko przypominające dżipa, bez drzwi i dachu, które dawało mnóstwo frajdy latem; ludzie krążyli nimi w górę i w dół King’s Road, a George często odbierał nim Davida i Boo ze stacji, gdy przyjeżdżali w odwiedziny. Kupił też Rolls-Royce’a z 1928 roku. Mój brat David pamięta, jak siedział w głębokim fotelu z tyłu DB5, pytając mnie, gdzie jest Eric Swayne, i gromiąc mnie wzrokiem. David uwielbiał George’a, był on dla niego jedynym męskim wzorcem do naśladowania, i potrafili rozmawiać godzinami. George dawał mu różne rzeczy, które mógł zabrać do szkoły, by zaimponować kolegom, a jeśli Davidowi spodobały się jakieś konkretne spodnie, które nosił George, koszula czy jedwabna marynarka, George mu je oddawał.
  Połączenie picia sporej ilości alkoholu i niedojadania odbiło się na moim organizmie i po pewnym czasie nabawiłam się problemów z nerkami. Mogło to mieć również jakiś związek z pigułkami odchudzającymi lub dietetycznymi herbatnikami. Niezależnie od przyczyny, było to bardzo bolesne. Mój lekarz, Tony Greenburgh, wielokrotnie przepisywał mi tabletki, które stopniowo przynosiły poprawę, ale dolegliwość wciąż powracała. Pewnego dnia usłyszałam o weekendowych warsztatach organizowanych w Wiltshire, gdzieś blisko walijskiej granicy. Nie pamiętam, kto je prowadził, ale istniało jakieś powiązanie z lordem Harlechem, a ponieważ George wyjechał, zapisałam się na nie. Davida Harlecha spotykałam wielokrotnie; znałam jego dzieci – Jane, Victoria, Alice i Julian Ormsby-Gore byli moimi przyjaciółmi, częścią paczki z King’s Road, a Jane wyszła za Michaela Raineya, który prowadził butik Hung On You. Bywałam z nimi w ich rodzinnym domu, Glyn, w Gwynedd w Walii. Zawsze kręciły się tam tłumy ludzi, a David Harlech był cudownym człowiekiem. Był brytyjskim ambasadorem w Waszyngtonie i przyjacielem Kennedych. Jego żona zginęła w wypadku samochodowym krótko przed tym, jak go poznałam, i został sam z piątką dzieci. Ożenił się ponownie w 1969 roku, a my byliśmy na tym ślubie, wyglądając bardzo hippisowsko. Byłam zachwycona możliwością poznania byłego konserwatywnego premiera, Harolda Macmillana. W drodze na warsztaty zatrzymałam się w aptece i zrealizowałam kolejną receptę na moje schorzenie nerek. Przyjechałam, nie znając żywej duszy i myśląc, że popełniłam wielki błąd. Gdy siedliśmy do kolacji, mężczyzna obok mnie zaczął analizować moją gestykulację. Powiedział, że nie potrafił mówić do siódmego roku życia i nauczył się studiować ludzi. Potem odezwał się ktoś inny i zdałam sobie sprawę, że moi towarzysze są uzdrowicielami. Kolejny mężczyzna zapytał, jak się czuję. Wyznałam, że nie najlepiej, a on nie pozwolił mi powiedzieć nic więcej. Wyjął kryształ na sznurku, potrzymał go nade mną i po kilku minutach rzekł cicho: „Tak, to nerkami”. Byłam zdumiona. Powiedziałam mu o tabletkach przepisanych przez lekarza, na co odparł: „Możesz je brać lub nie, jak chcesz, ale proszę, weź to”. I dał mi lek homeopatyczny. Nadal nie wiem, co wywołało ten problem, ale z pewnością wiem, co go wyleczyło. Zażyłam ten środek i od tamtej pory nigdy więcej nie miałam kłopotów z nerkami.
    Latem 1965 roku George wyjechał na kolejną długą trasę po Ameryce, a ja zaprosiłam moją siostrę Jenny do Kinfauns. Nadal miałam mieszkanie na South Audley Street, ale spędzałam tam niewiele czasu. Jedynym problemem było to, że George bez przerwy wyjeżdżał. W końcu powiedział Brianowi, że ma już dość koncertowania. Nienawidził tego; wszyscy tego nienawidzili. Mieli dość śpiewania tych samych piosenek, których nikt nie mógł usłyszeć z powodu krzyku; mieli dość kolumn samochodowych, ochrony i szaleństwa fanów. Byli też zmęczeni przebywaniem poza domem, zwłaszcza George. Stawał się coraz bardziej samotny i dzwonił do mnie codziennie, a jeśli różnica czasu to uniemożliwiała – pisał. Nie mogłam jechać z nim w trasę ze względu na moją pracę, ale Brian i tak by mi na to nie pozwolił, ponieważ żony i dziewczyny byłyby zbyt dużym obciążeniem dla ludzi z ochrony. Jednak Kenny Everett, prezenter Radia 1, był z nimi w Ameryce i każdego popołudnia, siedząc przy basenie w Kinfauns, włączałyśmy radio i słuchałyśmy, jak Beatlesi z nim rozmawiają. W innych okresach, kiedy on koncertował, ja wyjeżdżałam. Latem 1966 roku poprosiłam Mary Bee i Belindę, by pojechały ze mną na południe Francji. Biuro The Beatles zorganizowało dla nas mieszkanie w Monte Carlo, które – dziwnym zbiegiem okoliczności – należało do Rudolfa Nurejewa; wszystkie ręczniki miały monogram RN. Nowa moda z lat sześćdziesiątych, którą nosiłyśmy w Londynie, nie dotarła jeszcze w tamte strony i wszyscy gapili się na nas w naszych krótkich spódniczkach; wydawałyśmy się jedynymi osobami, które je nosiły. Czułyśmy się nieswojo i niezręcznie, więc wynajęłyśmy samochód i pojechałyśmy w dół wybrzeża do St. Tropez, gdzie nikt nawet nie mrugnął okiem. Było tam o wiele fajniej niż w Monte Carlo i bez przerwy wpadłyśmy na ludzi, których mgliście znałyśmy. Jednym z nich był Alexander Weymouth, ówczesny spadkobierca markiza Bath, który zaprosił nas na kilka dni do swojego domu na wzgórzach. Resztę czasu spędziłyśmy u mojej francuskiej przyjaciółki ZouZou – poznałam ją na pokazach modelingu parę lat wcześniej – która zabierała nas do wszystkich modnych klubów, gdzie dawałam DJ-om pierwsze tłoczenie płyty z utworem „Good Day Sunshine”. To były urocze wakacje – rano ten, kto wstał pierwszy, skręcał jointa i włączał The Byrds, których muzyka wypełniała całe mieszkanie. Słońce świeciło; nie miałyśmy żadnych zmartwień.   
George nie chciał poznawać nowych ludzi ani odwiedzać nowych miejsc. Chętnie odwiedzał moich starych przyjaciół i nasze rodziny, ale był nieufny wobec nowo przybyłych – chyba że byli muzykami. Pewnego wieczoru, kilka miesięcy wcześniej, zostaliśmy zaproszeni na kolację przez pana Angardiego, który prowadził Asian Music Circle w Londynie, oraz jego angielską żonę, która namalowała duży portret naszej dwójki, do którego pozowaliśmy kilkakrotnie. Pan Angardi chciał, by George poznał gitarzystę grającego na sitarze, Raviego Shankara. Ravi był dobrze znany w kręgach muzyki klasycznej i był bohaterem w swoim własnym kraju, w Indiach. Prze rozmawiali o muzyce cały wieczór, a George był pełen podziwu. Wkrótce potem Ravi przyjechał do Kinfauns, by dać George’owi lekcję gry na sitarze. W pewnym momencie zadzwonił telefon, George odłożył instrument, wstał i podszedł, by odebrać, przechodząc nad sitarem. Ravi uderzył go mocno w nogę i powiedział: „Musisz mieć więcej szacunku dla instrumentu”. Technika wymagana do gry na sitarze różni się zupełnie od wszystkiego, co George znał wcześniej: musiał siedzieć na podłodze przez wiele godzin ze skrzyżowanymi nogami, opierając tykwę instrumentu na podbiciu lewej stopy. Błyskawicznie dopadał go potworny ból nóg. 
Jednakże on i Ravi zostali przyjaciółmi i parę miesięcy później Ravi zaprosił George’a i mnie do Indii, gdzie miał być naszym przewodnikiem po lekcjach duchowych, muzycznych i kulturowych. Polecieliśmy do Bombaju, a ja poczułam się wręcz przytłoczona hałasem, upałem i masą ludzką. Droga między lotniskiem a centrum miasta była kłębiącą się gęstwiną samochodów, rowerów, wozów, krów, psów, riksz i ludzi zmierzających w różnych kierunkach; klaksony samochodowe i dzwonki rowerowe brzmiały bezustannie.    Zatrzymaliśmy się w Taj Hotel, wspaniałym wiktoriańskim budynku naprzeciwko Gateway of India, i z naszego okna, bezpieczni od tego zgiełku, obserwowaliśmy mężczyzn i kobiety zajmujących się swoimi sprawami. Ravi organizował zajęcia jogi każdego ranka, by nauczyć George’a, jak siedzieć i trzymać sitar, po czym następowało kilka godzin lekcji i ćwiczeń z nim oraz jego pozostałymi uczniami.
Po około miesiącu podróżowaliśmy razem po Indiach. Pośród wielu innych osób poznaliśmy duchowego guru Raviego, Tat Babę, który wyjaśnił nam obojgu prawo karmy – prawo akcji i reakcji, czyli przyczyny i skutku. Ravi cieszył się szacunkiem w całych Indiach: uczniowie kłaniali mu się do stóp. Dawał koncerty w całym kraju, a ludzie potrafili siedzieć, czasem do czwartej rano, słuchając jego gry, przy akompaniamencie Alla Raki na tabli i harmonium, podczas gdy jego uczniowie wybijali rytm. Odliczali takty, co bardzo mnie dezorientowało: nie przypominało to zachodniego taktu klasycznego ani nawet rockowego. Uważałam to za głęboko poruszające: to nie były zwykłe koncerty – w tym doświadczeniu kryło się coś rdzennie duchowego. Ravi mówił nam, że czasami wchodzi w stan medytacji i nie wie świadomie, co właściwie gra.
 
Niebawem wrócę do wspomnień Pattie.  



Historia The Beatles
History of  THE BEATLES

 



 

Jeff vs. Kelly - konflikt w E.L.O.

 

Mały odpoczynek od świata The Beatles. Pracuję aktualnie nad tekstem o nowym albumie Paula McCartney'a (jest już zamówiony), który z każdym przesłuchaniem kocham coraz bardziej. Póki co tekst niejako o moim ulubionym zespole, ELO, dokładnie to o konflikcie w moim  pomiędzy Jeffem Lynne’em a Kellym Groucuttem, który należy do najbardziej bolesnych i skomplikowanych rozdziałów w historii Electric Light Orchestra. Była to historia przyjaźni, ogromnego sukcesu, wzajemnych pretensji, sporów o pieniądze i prawa do nazwy zespołu, która ciągnęła się praktycznie aż do śmierci Kelly’ego. Konflikt ten nie był tylko sprawą finansów – wybuchł, ponieważ Kelly uważał, że jako ważny członek ELO ma prawo do większego udziału w zyskach, podczas gdy Jeff potraktował go jak zwykłego pracownika najemnego. Kiedy myślimy o Electric Light Orchestra, przed oczami staje nam zazwyczaj jeden obraz: charakterystyczne, wielkie okulary przeciwsłoneczne, burza loków i broda Jeffa Lynne’a. 

To on był genialnym kompozytorem, mózgiem operacji i człowiekiem, który zdefiniował brzmienie tej kosmicznej maszyny do robienia hitów. Ale ELO nie było projektem jednoosobowym. 

W latach ich największej świetności, przypadających na lata 1974–1983, za potężną energię na scenie i genialne, rockowe uderzenie odpowiadał ktoś jeszcze – basista Kelly Groucutt (w clipach obok Jeffa). Prasa opisywała rozpad zespołu pod oryginalną nazwą, powstawanie kolejnych klonów ELO Part II, rozprawy i ugody sądowe, spory między fanami...
 
 Dalsza część postu tutaj na moim drugim blogu, choć z racji, że bohaterem tekstu jest m.in. Jeff Lynne, postać bardzo związana z The Beatles, to mógłbym spokojnie opublikować tu tutaj
 






Historia The Beatles
History of  THE BEATLES

 




20 maja 2020 - Astrid Kirchherr i Klaus Voormann: Niemieccy przyjaciele, którzy zmienili The Beatles

 

 

Astrid Kirchherr (20 maja 1938 – 12 maja 2020). Ten wpis, choć spóźniony o kilka dni, pierwotnie miał ukazać się 20 maja – w rocznicę urodzin Niemki, jednej z najważniejszych postaci w historii The Beatles. O Astrid, a także o jej niemieckich przyjaciołach, wielokrotnie już wspominałem na tym blogu, jednak jej rola w kształtowaniu wczesnego wizerunku i losów zespołu wciąż zasługuje na kolejne przypomnienie. Czytaj też tutaj: Astrid , Fotki: Astrid Kirchherr
Żegnaj Astrid! O Klausie: Klaus Voormann, Klasu Voormann (2), Klaus Voormann (3)

 Ale wszystko zaczęło się od Klausa

To Klaus Voormann – basista, grafik i malarz – był człowiekiem, od którego wszystko się zaczęło. Był tym pierwszym, który wyruszył pewnego wieczoru do „złych obszarów miasta” i w dusznej piwnicy klubu Kaiserkeller zobaczył The Beatles. Zainspirowany ich energią, szybko przyprowadził tam swoich przyjaciół z uczelni artystycznej: Jurgena Vollmera i swoją ówczesną dziewczynę, Astrid Kirchherr.

Astrid: Kiedy zeszłam po schodach i spojrzałam na scenę, byłam po prostu zachwycona tym, jak piękni byli ci chłopcy. A jako fotografka, to był dla mnie fotograficzny sen. (obok chyba najsłynniejsze zdjęcie Astrid -piątka Beatlesów, z lewej Peter Best, z prawej Stuart Sutcliffe).

 
Ta trójka hamburskich „Exis” (egzystencjalistów) – ubranych na czarno studentów sztuki – zrobiła piorunujące wrażenie na chłopakach z Liverpoolu. Jak wspominał później Paul McCartney:

„Ich dowcip i rozmowy były naprawdę stymulujące i zakochaliśmy się w stylu Astrid. Wyglądała wyjątkowo... nosiła dopasowany czarny, skórzany strój, który sprawiał, że wyglądała jak odlotowa elfka (funky pixie)”.

 W filmie "Backbeat", opowiadającym właśnie o hamburskim okresie Beatlesów z naciskiem na związek Stuarta (gra go Stephen Dorff) i Astrid (Sheryl Lee) pada zdanie wypowiadane o Astrid przez Johna Lennona (nie ma pewności, czy na 100% John je wypowiedział - zastrzegam): Była dziewczyną jakiej zawsze pragnąłem, dziewczyną z moich marzeń. Astrid była fotografem, artystką, miał w sobie to wszystko co lata później pociągało Johna w Yoko, więc kto wie, czy te słowa nie są prawdziwe.

Po poznaniu się bliżej ze wszystkimi Beatlesami, Klaus zamieszkał na pewien czas w Londynie z George'em Harrisonem i Ringo Starrem. Jego relacja z nimi miała charakter trwałej przyjaźni, która przetrwała rozpad zespołu i trwa do dziś. Najbardziej znanym wkładem Klausa w dziedzictwo Beatlesów jest projekt okładki albumu Revolver (1966), za którą otrzymał nagrodę Grammy. Jego unikalna, surrealistyczna grafika stała się kamieniem milowym w historii projektowania okładek płyt.

Kiedy The Beatles się rozpadli, Klaus pozostał bliskim przyjacielem każdego z członków, stając się niejako kolejnym "piątym" Beatlesem. Był jedynym basistą, który grał na solowych płytach Johna Lennona (Plastic Ono Band, Imagine), George'a Harrisona (All Things Must Pass) i Ringo Starra (I'm The Greatest). Był także członkiem-założycielem Plastic Ono Band. Oprócz tego odnosił sukcesy jako muzyk sesyjny i producent (m.in. wyprodukował przebój "Da Da Da" zespołu Trio). Voormann nigdy nie nadużywał swojej relacji z Fab Four i do dziś jest uważany za bliskiego przyjaciela Ringo i Paula.

Alan White, Eric Calton, Klaus Voormann i John z Yoko - Plastic Ono Band w komplecie (1971)
 

Rewolucja wizerunkowa i pierwsze sesje


To Astrid jest dziś uznawana za główną pomysłodawczynię słynnych fryzur "mop-top". Zespół, początkowo niechętny, ostatecznie przyjął ten wygląd, co odróżniło ich od wszystkich innych grup tamtego okresu. Astrid wykonała im też pierwsze profesjonalne sesje zdjęciowe, m.in. na hamburskim wesołym miasteczku, które uchwyciły surową, młodzieńczą energię zespołu. Jej nastrojowy, operujący cieniem styl na zawsze zdefiniował „hamburski” okres Fab Four.

Wkrótce potem serce Astrid skradł Stuart Sutcliffe, pierwszy basista zespołu. To dla niej i dla malarstwa Stuart zdecydował się opuścić grupę. Klaus Voormann, wykazując się niezwykłą klasą, pozostał najbliższym przyjacielem pary, a po tragicznej i przedwczesnej śmierci Stuarta w 1962 roku, stał się oparciem dla Astrid i pozostałych Beatlesów.

 


 

Więź, która przetrwała wszystko

Kilka lat później, gdy Beatlesi stali się już światowymi gwiazdami, Astrid odwiedziła zespół w 1964 roku podczas kręcenia filmu A Hard Day’s Night. Pisała wtedy:  „Żadni inni dziennikarze nie mogli wtedy do nich podejść. Byli tak zajęci, że Brian Epstein zdecydował, iż prasa nie powinna im przeszkadzać. Więc Max i ja mieliśmy wielkie szczęście: byli dobrzy dla Maxa, a mnie traktowali tak, jak zawsze – jak starą przyjaciółkę”.

Wspomniany Max to Max Scheler – wybitny niemiecki fotograf i fotoreporter, blisko związany z kręgiem hamburskich przyjaciół Beatlesów, pracujący wtedy dla prestiżowego magazynu "Stern". To on zaproponował Astrid wspólny wyjazd do Londynu w 1964 roku, by sfotografować zespół u szczytu Beatlemanii. Dzięki temu, że Astrid była ich "starą przyjaciółką", Max zyskał dostęp, o którym inni dziennikarze mogli tylko pomarzyć.

Owocem ich wspólnej pracy był zbiór niesamowitych fotografii, które w 1994 roku ukazały się w głośnym albumie pt. "Yesterday: The Beatles Once Upon a Time". Zdjęcia te pokazują zespół w momentach prywatnych, w garderobach i w przerwach między ujęciami – widać na nich ogromną swobodę, jaką muzycy czuli w obecności Astrid i towarzyszącego jej Maxa. W swoich tekstach Astrid wspominała go z wielką serdecznością, ponieważ Max był dla niej wsparciem technicznym i partnerem w tej niezwykłej misji dokumentowania sukcesu ich wspólnych przyjaciół.

Zarówno Astrid, jak i Klaus, byli nie tylko świadkami, ale i aktywnymi współtwórcami magii The Beatles. Jeśli chcecie zgłębić historię tej więzi, polecam Waszej uwadze książkę "Hamburg Days", którą stworzyli wspólnie – to piękny zapis ich wspomnień.

13 maja 2020: Odejście Astrid


Astrid zmarła 13 maja 2020 roku w wieku 81 lat po „krótkiej, poważnej chorobie”. Mark Lewisohn napisał wtedy: „Danke schön, Astrid Kirchherr. Inteligentna, inspirująca, innowacyjna, odważna, artystyczna, przebudzona, świadoma, piękna, mądra, kochająca i podnosząca na duchu przyjaciółka wielu osób. Jej dar dla Beatlesów był niezmierzony”.

Jej odejście przywołało najpiękniejsze wspomnienia u tych, którzy przetrwali. Olivia Harrison pisała: „Astrid była najsłodszą kobietą, tak troskliwą, miłą i utalentowaną, z okiem potrafiącym uchwycić duszę. Nasza rodzina ją kochała, a najbardziej ze wszystkich George”.

Paul McCartney w swoim pożegnaniu dodał: „Bardzo smutne wieści o Astrid Kirchherr. Była drogą przyjaciółką z moich hamburskich czasów. Klaus Voormann powiedział mi, że odeszła, co przywołało wspomnienia naszych dni w klubach. Astrid robiła nam piękne zdjęcia. Używała czarno-białej kliszy i osiągała na swoich fotografiach oszałamiający nastrój, który wszyscy kochaliśmy. Miała wielkie poczucie humoru i później poślubiła Stuarta, naszego basistę. Mam tak wiele miłych wspomnień z naszego wspólnego czasu... Będę za nią tęsknił, ale zawsze będę ją i jej zawadiacki uśmiech wspominał z wielką serdecznością. Niech Bóg cię błogosławi Astrid, do zobaczenia, kochana!”.


Pattie Boyd dodała: „Wraz z odejściem Astrid tracimy kolejny element tej historii. Jej obrazy są naprawdę kultowe, a ona była wielką przyjaciółką chłopców. George, w szczególności, bardzo ją lubił”.

Dziś, w rocznicę jej urodzin (kilka dni po, sorry), wspominamy Astrid nie tylko jako fotografkę, ale jako jedną z najważniejszych architektek sukcesu The Beatles. Razem z Klausem Voormannem udowodnili, że przyjaźń zawarta w dusznych klubach Hamburga może przetrwać próbę czasu i zmienić bieg historii muzyki.


 








Historia The Beatles
History of  THE BEATLES