PAUL: Konstruktywny chaos 1969 (3).

 

W poprzednim wpisie zostawiliśmy The Beatles w samym środku finansowego cyklonu – gdy Allen Klein przejmował stery, a gigantyczne zyski z Northern Songs nieuchronnie wymykały się z rąk członków zespołu. Dziś kontynuujemy tę opowieść (przypomnę, że zaczęliśmy ją postem „The Beatles w sądzie”, warto wrócić do niego i przeczytać kolejne po nim, zgodnie z rysunkami poniżej), sięgając ponownie do fascynującej biografii  „Paul McCartney: The Life” pióra Philipa Normana. To kolejny fragment historii Beatlesów, w której wielkie uczucia, ambicje i pieniądze splatają się z narastającymi napięciami, a za kulisami wydarzeń, które na zawsze zapisały się w historii muzyki, rozgrywa się coraz bardziej osobisty dramat. Lato i jesień 1969 roku to czas wielkich paradoksów. Podczas gdy pół miliona ludzi na festiwalu Woodstock i na wyspie Isle of Wight świętowało szczytowy moment kontrkultury lat 60., czwórka muzyków, która tę dekadę ukształtowała, była uwięziona w gabinetach prawników i dusznej atmosferze finansowego konfliktu. A jednak – wbrew narastającej niechęci, procesom sądowym i postaci Allena Kleina dzielącej zespół na pół – Paul, John, George i Ringo weszli do studia przy Abbey Road, by nagrać swoje ostatnie wspólne arcydzieło. I ostatnia uwaga. Ostatnie posty ilustruję rysunkami stworzonymi przez AI. Jeśli kogoś to irytuje, to bardzo przepraszam. Nie będę przesadzał, ale czasem AI (ChatGPT) pozwala mi lepiej zobrazować treść postu. Wymienione w poście utwory The Beatles nie oznaczyłem linkami, czytelnicy mego bloga wiedzą, że KAŻDY utwór (także album) Fab Four został opisany tutaj i znajdziecie go w odpowiedniej zakładce górnego menu bloga. Naniesione cytaty są spoza książki Norman.
 

 

   


 
Trzy najbardziej znaczące wydarzenia kultury młodzieżowej lat 60. miały miejsce w trakcie złotego lata ostatniego roku tej dekady – niemal tak, jakby były odpowiedzią na masowe pragnienie wyciśnięcia z każdej pozostałej minuty tak wiele, jak to tylko możliwe.

    5 lipca tłum liczący 250 000 osób oglądał, jak The Rolling Stones oddają hołd swojemu zmarłemu gitarzyście, Brianowi Jonesowi, podczas darmowego koncertu w londyńskim Hyde Parku [na zdjęciu Jagager odczytujący Adonais Percy'ego Bysshe Shelleya]. Pomiędzy 15 a 19 sierpnia 500 000 widzów zalało błotniste pastwisko w pobliżu Woodstock w stanie Nowy Jork, aby zobaczyć program złożony z 32 wykonawców, w tym Joan Baez, Joni Mitchell, Santanę, Jefferson Airplane, The Who i Jimiego Hendrixa. Dwa tygodnie później kolejne pół miliona ludzi zjechało na senne wyspy Isle of Wight u południowych wybrzeży Anglii na kolejny trzydniowy, anglo-amerykański maraton rockowy, którego kulminacją był pierwszy występ Boba Dylana od czasu jego niemal śmiertelnego wypadku motocyklowego w 1966 roku.

 Na każdym z tych wydarzeń obcowanie z elitą współczesnego rocka pod gołym niebem oznaczało skrajny dyskomfort, przeludnienie, fatalne warunki sanitarne, głód i pragnienie, a jednak na wszystkich trzech publiczność pozostała w przeważającej mierze praworządna i w doskonałym humorze. Ten powtarzający się fenomen młodzieży gromadzącej się w ogromnych liczbach, bez przemocy i zamieszek, musiał zrobić wrażenie nawet na jej najzagorzalszych krytykach ze starszego pokolenia.

   Przez jedną złudną chwilę hipisowskie credo miłości i pokoju naprawdę wydawało się stawać siłą zdolną do zmiany świata na lepsze. Niestety, muzycy, którzy zrobili najwięcej, by stworzyć ten nastrój wolności i dobrej woli, byli obecnie zamknięci na niekończących się, pełnych zgorzknienia spotkaniach biznesowych. W porównaniu z Mickiem Jaggerem wywijającym w falbaniastej sukience pod dębami Hyde Parku czy Jimim Hendrixem grającym ironiczną wersję „Star-Spangled Banner” na Woodstock, The Beatles wydawali się wręcz nieco passé. Jednak, jak tak często bywało wcześniej, to właśnie oni stworzyli kwintesencję letnich brzmień, choć późno w sezonie i z nutą chłodnej jesieni, która miała nadejść.

Album Abbey Road, wydany w Wielkiej Brytanii 26 września, zdawał się rozwiewać wszystkie niedawne plotki o ich rychłym rozpadzie. Po rozciągniętym i poszatkowanym Białym Albumie był to powrót do szczytowej formy z czasów Revolver i Sgt. Pepper; jedno-płytowa kolekcja, której każdy utwór był niezastąpionym klejnotem.     Istotnie, był to nowy krok naprzód, ponieważ zawierał dwie piosenki George’a, które dorównywały dokonaniom Johna czy Paula („Here Comes the Sun” i „Something”), a także jedną Ringo („Octopus’s Garden”). Najbardziej krzepiące ze wszystkiego były harmonie wokalne – słodsze i bliższe niż cokolwiek od czasów „This Boy” czy „Here, There and Everywhere”. To, co George śpiewał w jednym ze swoich dwóch zaskakujących majstersztyków, naprawdę wydawało się prawdą: „Here comes the sun... it’s all right” (Nadchodzi słońce... wszystko jest w porządku).
 
 [George wcześniej całkowicie się nie przejął, że zespół wydał singla "The Ballad of John and Yoko" jako John i Paul:  Nie przeszkadzało mi, że nie ma mnie na tej płycie, bo to nie była moja sprawa. Gdyby to była Ballad of John, George and Yoko, wtedy bym na niej zagrał  
Przypomnę, że John odniósł się do nieobecności kolegów. W wywiadzie dla NME w 1969 roku wyjaśniał, że George był za granicą, a Ringo pracował na planie filmowym. Twierdził, że nie było w tym żadnej szczególnej decyzji o pominięciu pozostałych].
 
   Zobowiązanie Paula do dobrego zachowania złożone George’owi Martinowi w imieniu pozostałych zostało dotrzymane daleko ponad oczekiwania Martina. Udało im się zapomnieć o różnicach biznesowych i znowu stali się muzykami, którzy wciąż nie znali lepszego towarzystwa niż oni sami nawzajem. W sali konferencyjnej mogli nieodwracalnie się od siebie oddalać, ale ten ostatni raz razem w studiu nigdy nie wydawali się bardziej zjednoczeni. Przejmujący ton, który pobrzmiewa pod każdym utworem – uśmiechy ukrywające łzy, szlif maskujący ból, pozorny nowy początek, który tak naprawdę jest ślepym zaułkiem – ostatecznie uczyni z Abbey Road najlepiej sprzedający się album The Beatles w historii.
 

 

   Nieuniknienie zdarzały się drobne potknięcia. Część materiału pojawiła się już podczas sesji Get Back, więc niosła ze sobą spuściznę nudy i niecierpliwości wynikającej z bezowocnego dążenia do perfekcji w jednym podejściu. W szczególności „Maxwell’s Silver Hammer” Paula był próbowany tak wiele razy pod bezwzględnym terrorem autora, że John odmówił dalszej pracy nad nim. „Powrót do dawnego sposobu pracy” nie oznaczał też wykluczenia Yoko. 

Wręcz przeciwnie, sesje do Abbey Road obejmowały „bed-in” bezpośrednio na podłodze studia. Przed stawieniem się do pracy John zabrał Yoko na wycieczkę samochodową po szkockich wybrzeżach – jego przywiązanie do nich mocno wyprzedzało to u Paula – w towarzystwie swojego syna Juliana i jej córki Kyoko. Jako fatalny kierowca, wylądował wynajętym samochodem w rowie, poważnie rozcinając sobie twarz i raniąc plecy Yoko do tego stopnia, że chodzenie, a nawet siedzenie wciąż sprawiało jej ból. Zamiast przebywać w studiu bez niej, sprowadził podwójne łóżko z domu towarowego Harrods. Leżała tam, podparta poduszkami, z mikrofonem zamontowanym nad głową, co pozwalało jej dowolnie komentować przebieg prac. Co zdumiewające, rozejm wciąż trwał.

Tym razem żaden z utworów Paula nie miał wybitnowanego na sobie napisu „przebój”. „Oh, Darling” było pastiszem naddramatycznych wokalistów soulowych w stylu Jackie Wilsona („Reet Petite”) – wczesnym przykładem nostalgii za latami 50., która wkrótce miała zdominować brytyjski pop. „Maxwell’s Silver Hammer”, nagrany bez Johna, zaczynał się w dobrze znanym, uroczym, domowym stylu McCartneya, od postaci o imieniu Joan studiującej „patafizykę” – pojęcie, które wyłapał w czasach, gdy obracał się wśród podziemnych intelektualistów w księgarni Indica. Wewnątrz ładnego opakowania seryjny morderca, student medycyny Maxwell Edison, cicho śledził i tłukł swoje niewinne ofiary z radosnym „Bang-Bang!”, aby „ubezpieczyć się, że są martwe”. Danie mu srebrnego młotka miało złagodzić ten czarny humor (tak jak dodanie słowa „Silver” przed „Beatles” wydawało się kiedyś nadawać im więcej blasku). Ale nawet jak na listy przebojów z 1969 roku, kapryśne masowe morderstwo to było zdecydowanie za dużo.

Tak więc singlem z dwiema stronami A, wykrojonym z albumu, stał się utwór Johna „Come Together” – jawny podtekst, który nie niósł już żadnego ryzyka – połączony z „Something” George’a. Jednak zamiast wywołać dalsze napięcia, „Come Together” odrodziło dawną, bezinteresowną interakcję twórczą Lennona i McCartneya w ich najlepszym wydaniu. W oryginalnej wersji Johna Paul zauważył, że pierwsza linijka przypomina nieco „You Can’t Catch Me” Chucka Berry’ego. Aby zapobiec ewentualnemu zarzutowi o plagiat, zasugerował nadanie mu innej aranżacji, którą wyobrażał sobie jako „bagienną” (swampy). Stąd wzięło się jego lunatyczne, ciężkie od basu tempo, przywodzące na myśl tropikalną noc, kumkanie żab i seks pod moskitierą.

Tam, niestety, twórcza interakcja natrafiła na przeszkodę. Chociaż „Come Together” wydawało się stworzone do wspólnej harmonii Lennona i McCartneya na żywo, John zdecydował się na dubbing wokalny zrealizowany wyłącznie przez siebie. Paul wspominał później, że miał nadzieję, iż znowu staną przy jednym mikrofonie, ale był „zbyt skrępowany, by zapytać”. Była to chyba najsmutniejsza miara przepaści, która ich teraz dzieliła.

Druga strona albumu nosiła najsilniejsze znamiona innowacji, a nie pożegnania. Od pewnego czasu George Martin namawiał Johna i Paula, by wznieśli swoją muzykę na wyższy poziom, pisząc symfonie i suity, zamiast tylko trzy- lub czterominutowych zrywów popowych utworów. Teraz, jako rozbudowane finale Abbey Road, zasugerował, by każdy z nich wyciągnął z dna szuflady fragmenty niedokończonych lub nienagranych piosenek, które można by zaaranżować w suitę w stylu klasycznym. „Paul od razu podchwycił ten pomysł” – wspomina Martin. „John na początku sporo narzekał, ale potem zaczął przychodzić i mówić: 'Ech, znalazłem kolejny kawałek do medleya'”.
 
„Kawałki” Johna były bardzo oczywistymi resztkami o tytułach w stylu Sgt. Pepper, z rubasznymi tekstami i wstawkami w dialekcie Scouse, niczym duchy jego dawnego wcielenia z czasów sprzed Yoko. Kawałki Paula, dla kontrastu, tworzyły złożoną mozaikę ujawniającą więcej jego prywatnych uczuć i emocji, niż jego muzyka kiedykolwiek wcześniej pokazywała. Istotnie, całe poczucie bezpieczeństwa, które album tak starannie budował, zostało podkopane w ciągu ostatnich kilku minut, a to za sprawą człowieka, który był kiedyś niezrównanym specjalistą The Beatles od PR.

„You Never Give Me Your Money” było jednoznacznym odniesieniem do obietnic bajecznego bogactwa składanych przez Allena Kleina, które jak dotąd przyniosły jedynie „śmieszny papierek” w postaci umowy menedżerskiej, której podpisywaniu sprzeciwiał się wyłącznie Paul. Przegłosowany i zepchnięty na margines, miał tylko „jedno słodkie marzenie” – by wraz z Lindą być „stąd daleko... nadusić gaz i otrzeć łzę”.

„She Came In Through the Bathroom Window” przypominało o jego chaotycznym kawalerskim życiu tuż przed Lindą, kiedy to jedna z gorliwych groupies naprawdę weszła do posiadłości przy Cavendish tą drogą. „Golden Slumbers” wywodziło się z opracowania „Cradle Song” elżbietańskiego pamflecisty Thomasa Dekkera, której dziewięcioletnia przyrodnia siostra Paula, Ruth, akurat uczyła się grać na pianinie. Namiętna kołysanka od przyszłego ojca zamieniła się w hymnowy chór, który był niesamowicie trafnym wglądem w jego własną przyszłość: „Boy, you’re gonna carry that weight… a long time!” (Chłopcze, będziesz dźwigał ten ciężar... przez długi czas!).

Tutaj przynajmniej należało do niego ostatnie słowo – a właściwie dwa. W „The End” pozostali naprawdę byli tylko „muzykami towarzyszącymi dla Paula”, gdy wygłaszał ich zbiorowe epitafium: „The love you take / is equal to the love you make” (Miłość, którą otrzymujesz, jest równa miłości, którą dajesz). Następnie, gdy album wydawał się zakończony, jakby na zadośćuczynienie za całe to zrzędzenie, pojawiło się „Her Majesty” – fragment jego dawnego, zuchwałego uroku, nazywający brytyjską monarchinię „całkiem miłą dziewczyną”. W rzeczywistości zdecydował o wycięciu tego kawałka, ale inżynierowie dźwięku w studiu po prostu nie odważyli się tego zrobić.

 

   To właśnie w celu promocji Abbey Road The Beatles odbyli swoją ostatnią w historii wspólną sesję zdjęciową – była to melancholijna okazja w nowej wiejskiej posiadłości Johna i Yoko, Tittenhurst Park, 22 sierpnia. Mieli na sobie niemal te same ubrania, co na okładce albumu – z tą różnicą, że John nosił czarny kapelusz z szerokim rondem jak nestor kwakrów – i wydawali się tak nieswoi i zamknięci w sobie, jak czwórka obcych ludzi. Trudno było utożsamić tych chłodnych, obojętnych mężczyzn z chłopakami, którzy razem przetrwali lędźwiowy klub Cavern w Liverpoolu, Hamburg, Beatlemanię i jeszcze bardziej szaloną epokę po Beatlemanii, podtrzymywani śmiechem, pasją, optymizmem i przede wszystkim przyjaźnią, która wydawała się nie do zniszczenia. Miłość, którą stworzyli, była nieskończenie większa niż jakakolwiek, którą mogli otrzymać – i to była najcięższa cena ze wszystkich.

   Paul nigdy nie podpisał umowy menedżerskiej z Allenem Kleinem: większość głosów Johna, George’a i Ringo wystarczyła do przypieczętowania tej nominacji. Zobowiązania kontraktowe wobec spółki The Beatles i Apple oznaczały, że był teraz uwięziony z menedżerem, którego nigdy nie chciał i którego nie znosił. Klein ze swej strony przyjął wyniosłe maniery człowieka realizującego misję znacznie ważniejszą niż drobne konflikty personalne. „[Paul] był związany z Apple na znaczny okres lat” – powiedział wywiadowcy telewizyjnemu w sztywnym, prawniczym języku, jakiego używał publicznie – „więc jego odcięcie się ode mnie nie ma tak naprawdę żadnego wpływu”. Prywatnie jego żelazna wiara w siebie podpowiadała mu, że Paul w końcu i tak przejdzie na jego stronę. Własne umiejętności polityczne Paula tym razem całkowicie go zawiodły. Domyślał się, że George’a nie da się odwieść od popierania Johna w kwestii Kleina. Ale zdroworozsądkowy, sprawiedliwy Ringo wciąż mógł być otwarty na argumenty. Tak więc w lipcu Ringo i jego żona Maureen otrzymali rzadkie zaproszenie na kolację przy Cavendish. Po wykwintnym posiłku ugotowanym przez Lindę Paul ponowił argumentację przeciwko Kleinowi. Jak Ringo wspominał później, czuł się wtedy szantażowany emocjonalnie; ilekroć powiedział coś na korzyść Kleina, Linda zalewała się łzami i mówiła: „Ciebie też dopadli”.

    Po chwilowej odwilży przy Abbey Road Paul był coraz rzadziej widywany w siedzibie Apple przy Savile Row, gdzie kiedyś był codzienną, wszechpotężną obecnością. „Przychodził tylko na zebrania biznesowe, na których absolutnie musiał być” – wspomina Tony Bramwell – „choć wciąż wisiał na telefonie, prosząc mnie o załatwianie różnych rzeczy”.

Co prawda życie niosło teraz inne zainteresowania. 28 sierpnia w Avenue Clinic w St John’s Wood Linda urodziła dziewczynkę. Paul był przy niej przez cały czas porodu; podczas gdy trwały te procedury akuszeryjne, które tak dobrze pamiętał, wpatrywał się uporczywie w grafikę Picassa na ścianie. „Przedstawiała grę na gitarze przy użyciu tylko dwóch palców” – wspominał później – „więc pomyślałem, że spróbuję napisać piosenkę wokół tego samego chwytu”. Patrzył, jak na świat przychodzi jego córka, ważąca sześć funtów i osiem uncji (ok. 2,95 kg), absolutnie doskonała, opisując to później jako „pierwszy raz, kiedy naprawdę widziałem magię dziejącą się na moich oczach”. Otrzymała imię Mary, na cześć matki, którą stracił w wieku 14 lat, ale która tak naprawdę nigdy go nie opuściła.

  W rzeczywistości miał teraz dwie córki, ponieważ zdecydował się zaadoptować córkę Lindy, Heather – tak samo jak jego ojciec zaadoptował Ruth, córkę swojej drugiej żony Angie. Ale w przeciwieństwie do Ruth, biologiczny ojciec Heather, Joseph Melville See, wciąż żył i miał się dobrze w Tucson w Arizonie.

W latach od rozwodu z Lindą See miał niewielki kontakt z Heather i nie wnosił sprzeciwu wobec sprowadzenia jej z Nowego Jorku do Londynu, by zamieszkała z Paulem. A jednak mógł stworzyć wszelkiego rodzaju przeszkody prawne dla planu adopcji, a może nawet całkowicie go udaremnić. Zdecydował się tego nie robić – jak powiedział swojej późniejszej partnerce Beverly Wilk – „ponieważ Heather będzie miała lepsze życie jako McCartney”.

Pomimo rozproszeń związanych z podwójnym ojcostwem, zwalista mara Allena Kleina nie przestawała nawiedzać Paula, a to, co Klein zrobił i nadal robił z Apple, tylko pogłębiało jego poczucie zdrady, odrzucenia i bezsilności. Choć ogromne wydatki i marnotrawstwo firmy zostały ukrócone, przy Savile Row 3 nie było już poczucia pionierstwa ani przełamywania schematów – pozostał tylko strach przed tym, gdzie spadnie kolejny cios. Bezpardonowe zwalnianie przez Kleina ludzi przydatnych na równi z nieprzydatnymi trwało w najlepsze, sięgając w końcu nawet dwóch najbardziej zaufanych współpracowników The Beatles: Neila Aspinalla i Petera Browna (choć obaj zostali natychmiast ułaskawieni przez Johna i George’a). Z ery Paula przetrwały jedynie biuro prasowe oraz „Apple Scruffs” (wierne fanki) kłębiące się na schodach wejściowych, które przeczuwały już, co zrobiono z ich ukochanym zespołem i witały przyjazdy i odjazdy Kleina okrzykami „Mafia!”. Frontowe biuro na parterze zostało przejęte przez Johna i Yoko jako kwatera główna kampanii na rzecz pokoju, zapoczątkowanej przez ich dwa akcje „bed-in”. Mieściła się tam również nowa firma, Bag Productions – nazwana tak ze względu na ich zamiłowanie do noszenia worków na głowach – utworzona do obsługi ich wspólnych przedsięwzięć muzycznych i filmowych. 
Od pracowników Apple oczekiwano pracy dla Bag Productions przy projektach takich jak zbieranie żołędzi, które miały być wysyłane jako symbole pokoju do światowych przywódców, w tym do masowego mordercy z Chin, Mao Zedonga. Biuro prasowe zostało tymczasem wezwane do rozpropagowania Self-Portrait, 20-minutowego filmu przedstawiającego penisa Johna powoli osiągającego częściową erekcję. Spory krok w bok od dziewiczych walijskich sopranistek i orkiestr dętych z Yorkshire.  
Podczas „bed-in” w Montrealu John nagrał swój hymn kampanii „Give Peace a Chance” wraz z Yoko i chórem złożonym z celebrytów i ludzi mediów, którzy akurat się tam znaleźli. Podsunęło mu to pomysł na zespół rockowy składający się nie ze spętanej ze sobą czwórki, jak The Beatles, ani nawet niekoniecznie z muzyków, ale z improwizowanego zespołu o tak licznej lub nielicznej obsadzie, jaka akurat była pod ręką, i który zmieniałby rozmiar i kształt jak ameba.

 

   

Na potrzeby „Give Peace a Chance” wykreował więc nazwę Plastic Ono Band, stawiając Yoko mocno na pierwszym planie i zamawiając cztery igielitowe (z pleksiglasu) wieże pełne sprzętu audio jako jedyne stałe elementy zespołu. Ale chociaż Paul nie był zaangażowany w żaden etap, piosenka wciąż nosiła podpis Lennon-McCartney. John żałował później, że czuł się „wystarczająco winny, by dać McCartneyowi współautorstwo przy moim pierwszym niezależnym singlu zamiast... Yoko, która napisała go ze mną”. Wytwórnia płytowa Apple nadal pozyskiwała i rozwijała nowych artystów, ale przy użyciu skromnych zasobów w porównaniu do tych, które pompował w nią Paul. Ster przejął głównie George, podpisując kontrakt z amerykańską piosenkarką soulową Doris Troy oraz wokalistami Radha Krishna Temple, których ubrany w pomarańczowe szaty, śpiewający i dzwoniący talerzykami orszak był znajomym widokiem na Oxford Street. (W efekcie najnowszym modnym hasłem wśród spiętej i paranoicznej załogi przy Savile Row 3 stało się „Hare Krishna”). Crosby, Stills & Nash przeszli przesłuchanie ze wspaniałą wersją „Blackbird”, ale zostali odrzuceni.


  
    Ostatnią pracą producencką Paula dla Apple był walijski zespół Mal Evansa, The Iveys, przemianowany teraz na Badfinger („Bad Finger Boogie” był wczesnym tytułem „With a Little Help from My Friends”). Podczas przerwy w sesjach do Abbey Road zdecydował, który z kwartetu powinien być głównym wokalistą, i poinstruował ich dokładnie, jak mają wykonać jego piosenkę „Come and Get It”. Utwór był przeznaczony do filmu Ringo The Magic Christian, ale brzmiał jak kpiarski komentarz do Kleina i jego niemal wymuszonych obietnic bogactwa dostępnego na wyciągnięcie ręki: „If you want it, here it is, come and get it, make your mind up fast / Did I hear you say that there must be a catch? / Will you walk away from a fool and his money?” (Jeśli tego chcesz, oto jest, chodź i bierz, decyduj się szybko / Czy dobrze słyszałem, że musi być w tym jakiś haczyk? / Czy odejdziesz od głupca i jego pieniędzy?).

 Ale na razie nie można było odejść od Kleina, pochłoniętego projektem, na który Paul wyraził pełną zgodę. Była to walka o uratowanie Northern Songs przed szponami Associated Television Lew Grade’a, która ciągnęła się już od prawie czterech miesięcy. Sytuacja wyglądała dokładnie tak samo, jak w maju: grupa inwestorów z City posiadała pakiet akcji, którego zarówno The Beatles, jak i Grade potrzebowali do uzyskania pełnej kontroli, ale inwestorzy ci wciąż powściągliwie odmawiali sprzedaży którejkolwiek ze stron. Początkowo to konsorcjum uważało za właściwe, aby Lennon i McCartney posiadali wydawnictwo zarządzające ich katalogiem. Czołowi członkowie byli zabiegani podczas osobistych spotkań z Johnem i Yoko – ale strategia ta spaliła na panewce, gdy John stracił cierpliwość do całego tego przymilania się i oświadczył, że ma „dość bycia rolowanym przez facetów w garniturach siedzących na swoich tłustych tyłkach w City”. Prawdziwym problemem był jednak Klein, którego burzliwe CV zostało niedawno szczegółowo przedstawione przez zespół śledczy Sunday Times Insight. Konsorcjum czuło staroświecką odpowiedzialność za przyszłość Northern Songs i obawiało się, że jeśli The Beatles zdobędą kontrolę, „najtwardszy cwaniak w popowej dżungli” zostanie dyrektorem generalnym.

 Apple pospiesznie oferowało zapewnienia, że Klein nie będzie w żaden sposób zaangażowany w Northern, jeśli oferta The Beatles zakończy się sukcesem. Dokładano też usilnych starań, aby odeprzeć wszystkie niedawne doniesienia o braku jedności i niestabilności przy Savile Row 3. Aby podkreślić świetlaną przyszłość firmy pod wodzą Lennona i McCartneya, obaj zaoferowali przedłużenie swoich zobowiązań kontraktowych jako kompozytorów poza obecną datę wygaśnięcia w 1973 roku. Paul pozował nawet do zdjęcia zrobionego przez Lindę, na którym żartuje z Kleinem, rzekomo po podpisaniu czegoś, co wyglądało na ważny kontrakt, a w rzeczywistości było kolejnym „śmiesznym papierkiem”. Na początku września Klein poczuł, że konsorcjum może znowu przychylać się ku niemu i – trzeba mu to oddać – sprowadził Johna Eastmana z Nowego Jorku, aby interesy Paula były należycie reprezentowane. Ale 19 września, gdy The Beatles przedwcześnie świętowali zwycięstwo – przy okazji kolejnej biurowej kłótni o to, kto powinien zasiąść w radzie nadzorczej Northern – dowiedzieli się, że kluczowy pakiet akcji został jednak sprzedany ATV.

  W ramach kolejnego drobnego zbliżenia John i Paul zgodzili się, że nie chcą mieć nic wspólnego z Northern Songs kierowanym przez Lew Grade’a. Zachowanie mniejszościowego pakietu utrzymywałoby ich więź z własną twórczością, a może nawet zachęciło do przejęcia firmy w późniejszym terminie. Zamiast tego pozwolili Kleinowi wynegocjować umowę sprzedaży Grade’owi ich połączonych udziałów za 3,5 miliona funtów. Nadal mieli otrzymywać tantiemy ze swoich piosenek: dywidendę na skalę niewyobrażalną w 1969 roku. Ale ten potężny dorobek, od „Please Please Me”, „Can’t Buy Me Love” i „Help!” po „Penny Lane”, „Lucy in the Sky with Diamonds”, „All You Need Is Love” i „Hey Jude” – zamknięta w butelce radość i optymizm całej dekady – należał teraz do innych.


 
  Tydzień wcześniej John i pierwsza inkarnacja Plastic Ono Band – Yoko, Eric Clapton, basista Klaus Voormann i perkusista Alan White – niespodziewanie wystąpili na jednodniowym festiwalu rock’n’rollowym w Toronto. Ich występ był ledwo wyreżyserowany i chaotyczny, ale wyleczył Johna z paraliżującego przesądu. Przez lata wierzył, że jest niezdolny do wejścia na scenę z jakimikolwiek muzykami, którzy nie nazywają się Paul, George i Ringo. W swojej euforii powiedział Rayowi Connolly’emu z londyńskiego Evening Standard, że odchodzi z The Beatles – ale kazał Connolly’emu obiecać, że na razie nie wykorzysta tej historii. Podczas lotu do domu powiedział o tym również Allenowi Kleinowi.

Koncepcja Plastic Ono Band brzmiała: „Przesłaniem jest muzyka”. Tak więc wszyscy na nagraniu są w nim, wszyscy słuchający nagrania są w nim, każdy, kto śpiewa piosenkę w nim, jesteś w nim i wszyscy na świecie są w nim – dzięki czemu Plastic Ono Band jest najbardziej muzyczną i pomysłową grupą na świecie. 


    Dla Kleina była to przerażająca wiadomość. Zaledwie kilka dni wcześniej sfinalizował umowę, która miała zmazać niepowodzenia wokół NEMS i Northern Songs i ugruntować jego pozycję – nawet w oczach Paula – jako wybawiciela, którego The Beatles szukali. Wynegocjował nowy kontrakt z ich amerykańską wytwórnią płytową Capitol, na mocy którego ich stawka tantiem od jednostki miała wzrosnąć z 17,5 procent ceny hurtowej do niespotykanych 25 procent. Ich zadaniem było zagwarantowanie dwóch albumów i trzech singli rocznie przez następne sześć lat. Kiedy inne czołowe zespoły traciły ważnych członków – Brian Jones z The Rolling Stones, John Sebastian z The Lovin’ Spoonful, Paul Jones z Manfred Mann, Graham Nash z The Hollies – po prostu znajdowały zastępców i grały dalej. Ale nigdy nie mogło być mowy o zastąpieniu Johna: jeśli on odchodził, oznaczało to koniec kontraktu z Capitol – i koniec The Beatles.

 20 września, dzień po utracie Northern Songs, spotkali się przy Savile Row 3, aby podpisać kontrakt z Capitol. Tylko Klein i Yoko wiedzieli o decyzji Johna. Klein poprosił go, by nic nie mówił, dopóki kontrakt nie zostanie bezpiecznie podpisany, a ten się zgodził. Była to okazja przebiegająca w atmosferze nieco mniejszego napięcia między dwoma przeciwstawnymi obozami niż zwykle. Klein reprezentował Paula wraz z pozostałą trójką w negocjacjach z Capitol i po tym, jak jego ludzie przeanalizowali każdą sylabę umowy, Paul przyznał, że nowa stawka tantiem robi na nim wrażenie. „Jeśli nas oszukujesz, to ja tego nie widzę” – powiedział Kleinowi. 

  Spotkanie rozpoczęło się trochę jak sesja terapii rodzinnej, podczas której John narzekał na sposób, w jaki Paul dyrygował zespołem od śmierci Briana Epsteina, na jego niezmienną produktywność, „zawłaszczanie” miejsca na albumach i jego „babciną muzykę” w stylu „Ob-La-Di, Ob-La-Da” i „Maxwell’s Silver Hammer”. George również został wciągnięty w rolę zaniedbanego dziecka. Jakość „Something” i „Here Comes the Sun” na Abbey Road w końcu wzbudziła u Johna pewien szacunek dla „tego cholernego dzieciaka” i wydawał się teraz obwiniać Paula za lata, które George spędził w cieniu Lennona i McCartneya. Paul mógłby ripostować, że na obecnym międzynarodowym hicie The Beatles, singlu „Come Together/Something”, cała chwała przypadła Johnowi i George’owi, podczas gdy jego samego nigdzie nie było widać. Większość pretensji Johna była całkowicie niedorzeczna, wynikała z jego własnego poczucia niepewności i chronicznego lenistwa. Mimo to odpowiedzi Paula były stonowane, pojednawcze, a raz nawet nieco smutne, gdy pytał, czy ich życie zawodowe naprawdę stało się takim nieprzerwanym piekłem. „Kiedy wchodzimy do studia, nawet w zły dzień, ja wciąż gram na basie, Ringo wciąż gra na perkusji... wciąż tam jesteśmy, wiesz”.

   Sam fakt, że John pojawił się, by podpisać sześcioletni kontrakt, zdawał się jednak wskazywać, że widzi jakąś przyszłość dla ich czwórki. Żyjąc w tym błędnym przekonaniu, Paul zaczął mówić o możliwym powrocie do koncertów na żywo, powracając do swojego dawnego pomysłu występów incognito w małych klubach. „Nie rozumiesz” – przerwał mu John. „Odchodzę. Chcę rozwodu, takiego jak mój rozwód z Cynthią”. Bezpośrednim pytaniem było to, czy zespół powinien podpisać kontrakt, którego szanse na dotrzymanie były teraz znikome. Klein opowiadał się za podpisaniem, a John Eastman, reprezentujący Paula, nie wnosił sprzeciwu. „Podpisaliśmy w pewnym oszołomieniu” – wspominał później Paul – „nie bardzo wiedząc, dlaczego to zrobiliśmy”.

  Paul i Klein stali się na krótko sprzymierzeńcami, wspólnie przekonując Johna, by nadal trzymał swoje odejście w tajemnicy. Celem było nie tylko zapobieżenie uruchomieniu dzwonków alarmowych w Capitol. Album Abbey Road miał się właśnie ukazać i – według logiki z 1969 roku – myśl o rozpadającym się zespole mogłaby zniechęcić ludzi do jego zakupu. Chociaż Johnowi udało się dotrzymać obietnicy milczenia, nie potrafił ukryć rosnącego dystansu do pozostałych. Dla niego zespół stał się „nimi”, a nie „nami”, i reprezentował rzeczy, w których nie chciał już brać udziału. „The Beatles mogą nadal podobać się szerokiej publiczności” – powiedział jednemu z dziennikarzy w tym obiektywnym tonie – „dopóki robią ładne albumy, takie jak Abbey Road, z ładnymi małymi piosenkami folkowymi, takimi jak 'Maxwell’s Silver Hammer' [!], żeby babcie miały co słuchać”. Podczas późniejszego występu w radiu złożył złośliwą uwagę pod adresem „tak zwanych The Beatles”.
  Najbardziej znaczące było jego pochłonięcie przez inny zespół  muzyczny, w którym jednym z członków była jego żona, a czterema pozostałymi – wieże z pleksiglasu. W październiku ponowne zebrał Plastic Ono Band – tym razem z Ringo na perkusji – aby nagrać „Cold Turkey”, swoją przejmującą rekonstrukcję niedawnej walki jego i Yoko z nałogiem heroinowym. Choć Paul nie miał z tym nic wspólnego, ani z heroiną, ani z nagraniem, utwór powinien nanieść podpis Lennon-McCartney, ale nosił wyłącznie nazwisko Johna. 

  Paul ze swej strony był wykończony „dniami spędzonymi na kłótniach o pieniądze, kłótniach z innymi Beatlesami, tak że coś, co kiedyś było pełne artystycznej wolności, stało się koszmarem”. Nawet na najbardziej odpornym z całej czwórki wszystko to odciskało piętno zarówno fizyczne, jak i psychiczne. „Przysięgam, że pojawiły się u mnie pierwsze siwe włosy...” – wspominał. „Spojrzałem w lustro i pomyślałem: 'Widzę was! Teraz wszystkie nadchodzicie. Witajcie'”.

  Londyn również zaczął go przytłaczać, w sposób, o jakim ten dawny bywalca salonów i znawca kultury nawet nie śnił. Wrogość jego fanek wobec Lindy, zamiast słabnąć, jak się spodziewał, stawała się coraz bardziej jadowita. Przedni mur posiadłości przy Cavendish był wielokrotnie mazany hejterskimi napisami z graffiti. Pewnego gorącego popołudnia, gdy Linda wracała sama do domu, jedna z osób pikietujących przed bramą wcisnęła jej w twarz mrożony deser czekoladowy. Chwilę później wściekły Paul wybiegł z domu i zażądał odpowiedzi: „Kto przed chwilą rzucił w Lindę choc-ice’em (lodem czekoladowym)?”. „Ściśle mówiąc” – poprawiła go pedantycznie napastniczka – „to był mus czekoladowy”.

  Pikiety od dawna potrafiły dostać się do domu pod jego nieobecność, ale dotychczas skradały się zawsze z takim szacunkiem, jakby to była święta świątynia, niczego nie niszcząc i zabierając jako pamiątki jedynie kwiaty z wazonów lub papier toaletowy. Ich najcenniejszym trofeum była para spodni Paula, które fanki nosiły na zmianę, skracając je lub przedłużając w zależności od wzrostu noszącej osoby. Teraz dochodziło do regularnych kradzieży ubrań, odbitek fotograficznych Lindy, a nawet pieniędzy. Zamiast angażować policję, Paul postanowił złapać złodzieja lub złodzieje na gorącym uczynku. Razem z Lindą zademonstracyjnie wyszli z domu, zatrzymali limuzynę kawałek dalej na drodze, zakradli się pieszo z powrotem do ogrodu sąsiada z naprzeciwka i rozpoczęli obserwację zza żywopłotu. Niestety, był to moment wybrany przez jedną z najbardziej uczciwych i pełnych szacunku fanek, by uchylić nieskuteczną bramkę bezpieczeństwa przy Cavendish i zostawić bukiet kwiatów przed drzwiami wejściowymi. Ku jej przerażeniu, obiekt jej uwielbienia nagle rzucił się na nią z krzykiem: „To ty! To ty!” i zaczął nią potrząsać. Widząc kwiaty i zdając sobie sprawę ze swojego błędu, przestał potrząsać i zamiast tego zaczął ze skruchą głaskać ją po włosach.


     Ta konfrontacja z Johnem z 20 września była dla Paula ostatnią kroplą. Postanowił, używając jego własnego słowa, zbojkotować Apple i szukać schronienia wraz z Lindą w ich odległej kryjówce w Szkockich Highlands [na zdjęciu]. „Wzięliśmy dzieci, wzięliśmy psy, wzięliśmy wszystko, co mieliśmy, gitarę na dach i nocnik dla dziecka”.  Nagle najbardziej publiczny z Beatlesów, dawny niezmordowany ambasador i PR-owiec zespołu, stał się Niewidzialnym Człowiekiem. W owym czasie, gdy komunikacja ograniczała się do telefonu, telegramów i listów, naprawdę można było zniknąć w odległej części kraju i pozostać całkowicie odciętym od świata. Tylko jego rodzina i najbliżsi współpracownicy z Apple wiedzieli o półwyspie Kintyre i High Park Farm, a nawet oni niewiele lub nic od niego nie słyszeli i nie mieli pojęcia, jak długo zamierza tam pozostać. Fani, którzy zazwyczaj posiadali niemal wróżbiarską wiedzę o miejscu jego pobytu, musieli przyznać, że są całkowicie bezradni.

Plotki o śmierci Beatlesów nie były niczym nowym. Paul był już obiektem całkiem sporej ich liczby, wywoływanych przez ludzi próbujących zarobić pieniądze na gazetach lub po prostu dowiedzieć się, gdzie mieszka. Osoba dzwoniąca do jego biura mówiła, że zginął w Manchesterze lub Glasgow, mając nadzieję, że dowie się, iż żyje i miewa się dobrze w swoim domu w St John’s Wood. Teraz, gdy jego zniknięcie trwało już od kilku tygodni i nadal nie pojawiało się żadne wyjaśnienie, gazeta studencka Drake University w stanie Iowa opublikowała fikcyjny reportaż o jego śmierci. Długo przed erą Internetu czy Twittera historia ta stała się wiralowa. Mistyfikacja studentów z Drake została wzięta na poważnie – najpierw przez stacje radiowe na Środkowym Zachodzie, potem przez czasopisma dla fanów i szmatławce, a następnie przez telewizję i prasę poważną, nabierając po drodze w pełni rozwiniętej fabuły. Wersja brzmiała tak: Paul zginął w wypadku drogowym w 1966 roku, ale ze względu na karierę The Beatles jego śmierć zatuszowano, a na jego miejsce zatrudniono sobowtóra w osobie aktora nazwiskiem William Campbell.

Rzuciły się na tę historię osoby analizujące i interpretujące teksty The Beatles – zawsze najbardziej obsesyjne w Ameryce – które nie miały się czym naprawdę pożywić od czasów Sgt. Pepper. Teraz mówiono, że koledzy Paula z zespołu, rzekomo dręczeni poczuciem winy z powodu jego śmierci, od tamtej pory rozsiewali w swojej muzyce ukryte odniesienia do tego wydarzenia. 

Poszukiwanie i rozpowszechnianie tych tak zwanych „wskazówek” podtrzymywało plotkę w stanie wrzenia przez prawie dwa miesiące. W „Revolution 9” niezidentyfikowany głos miał rzekomo intonować „Turn me on, dead man” (Włącz mnie, martwy człowieku). W ostatniej części „Strawberry Fields Forever” John miał śpiewać „I buried Paul” (Pochowałem Paula), choć sam zawsze utrzymywał, że słowa brzmiały „cranberry sauce” (sos żurawinowy). Na okładce albumu Sgt. Pepper postać Paula w niebieskim mundurze rzekomo przyznawała się do własnej fałszywości opaską na ramieniu z literami OPD, oznaczającymi „Officially Pronounced Dead” (Oficjalnie Uznany za Zmarłego) – w rzeczywistości było to OPP, czyli Ontario Provincial Police. Podobnie miało być w filmie Magical Mystery Tour, gdzie nosił czarny goździk, podczas gdy pozostali Beatlesi mieli czerwone.

więcej w linku na dole postu

  Uwaga skupiła się przede wszystkim na okładce albumu Abbey Road, która nigdy nie miała niczego konkretnego oznaczać. Teraz cztery niedobrane postaci maszerujące po przejściu dla pieszych zostały zinterpretowane jako kondukt pogrzebowy, w którym ubrany na biało, brodaty John grał rolę księdza, Ringo w swoim wizytowym czarnym garniturze był grabarzem/przedsiębiorcą pogrzebowym, George w niebieskim dżinsie – kopaczem grobu, a bose stopy Paula symbolizowały rolę nieboszczyka. Samochód zaparkowany w tle miał dodawać rozstrzygający detal: Volkswagen „Garbus” (po angielsku Beetle), którego część tablicy rejestracyjnej brzmiała 28 IF – czyli wiek Paula, gdyby (if) żył do jesieni 1969 roku (choć w rzeczywistości miałby wtedy 27 lat).

 

 


Do listopada nastąpił zalew singli z cyklu „Paul nie żyje” („Brother Paul” Billy’ego Shearsa i All-Americans - clip, „Saint Paul” Terry’ego Knighta, „So Long Paul” Werbley Finster aka Jose Feliciano, „We’re All Paul Bearers” Zacheriasa i jego Tree People), a biuro prasowe Apple musiało kilkadziesiąt razy dziennie dementować te plotki organizacjom medialnym z całego świata. Nielicznym udało się dodzwonić do Jima McCartneya w Cheshire, który robił to samo. Ponieważ jednak nikt nie chciał powiedzieć, gdzie Paul obecnie przebywa, nekrofilska gorączka nie ustępowała.


W końcu amerykański magazyn Life zrobił to, co nie przyszło do głowy żadnej brytyjskiej publikacji – wyśledził istnienie High Park Farm i wysłał tam dziennikarza wraz z fotografem. Przybyli wcześnie rano, gdy Paul wciąż był w łóżku. Początkowo był wściekły na tę intruzję i wylał na nich kubeł pomym kuchennych. Potem, zdając sobie sprawę, że zostało to uwiecznione na zdjęciu, wziął w nim górę PR-owiec: zgodził się na wywiad pod warunkiem, że ujęcie z wylewaniem pomyj zostanie usunięte. Okładka Life z 7 listopada pokazywała go rozczochranego i nieogolonego, trzymającego małą Mary, z Lindą u boku i sześcioletnią Heather trzymającą laseczkę pasterską. Cytat na okładce brzmiał: „Paul jest wciąż z nami”. Cytując Marka Twaina, zażartował, że „doniesienia o mojej śmierci zostały znacznie przesadzone... Być może plotka wzięła się stąd, że ostatnio niewiele pojawiałem się w prasie. Zrobiłem już dość prasowych rzeczy na całe życie i nie mam obecnie nic do powiedzenia. Jestem szczęśliwy, będąc z moją rodziną i będę pracować...”.  

Posty na moim blogu z serii PAUL  IS  DEAD - czytaj tutaj. 

 

 

 


Historia The Beatles
History of  THE BEATLES





PAUL: Kulisy finansowej katastrofy The Beatles (2)

 


Dzisiejszy post mógłby być zatytułowany: "Miłość i wojna w cieniu rozpadu. Kulisy ślubów Beatlesów i utraty Northern Songs" - jednak zostawiam tytuł łącznik z poprzednim postem. W poprzednim wpisie zostawiliśmy Beatlesów w samym środku finansowego cyklonu – gdy do gry wkraczał Allen Klein, a finanse Apple przypominały jedno wielkie pobojowisko.
  Dziś kontynuujemy tę opowieść (przypomnę, że zaczęliśmy ją postem "The Beatles w sądzie"), sięgając ponownie do fascynującej biografii Philipa Normana „Paul McCartney: The Life”. To kolejny fragment historii Beatlesów, w której wielkie uczucia, ambicje i pieniądze splatają się z narastającymi napięciami, a za kulisami wydarzeń, które na zawsze zapisały się w historii muzyki, rozgrywa się coraz bardziej osobisty dramat. Przytoczone, wyszczególnione cytaty spoza książki Normana. Zapraszam do lektury!

CYNTHIA LENNON: To wciąż był szok, gdy dowiedziałam się, że John powiedział pozostałym Beatlesom, iż odchodzi z zespołu, skłoniony do tego, jak się wydawało, chaosem w Apple. Beatlesi nie mieli żadnej wiedzy ani doświadczenia biznesowego, a Apple było odciągane z funduszy, nie mając nikogo, kto kierowałby nim we właściwy sposób. Mick Jagger opowiedział Johnowi o gładko-mównym amerykańskim prawniku ze świata show-businessu, Allenie Kleinie. John, George i Ringo spotkali się z nim i postanowili go zatrudnić, aby zrobił porządek w Apple. Paul nie ufał Kleinowi i odmówił podpisania z nim umowy, zwracając się zamiast tego do swojego nowego teścia, Lee Eastmana, który również był odnoszącym sukcesy prawnikiem ze świata show-businessu. Doprowadziło to do ogromnego napięcia między Johnem a Paulem. W mojej ocenie istniał jeszcze jeden czynnik w rozpadzie Beatlesów, najważniejszy. Relacja Johna z Yoko doprowadzała pozostałą trójkę do wściekłości i wyobcowywała ich. Od samego początku istniała niepisana umowa, że żonom i dziewczynom nigdy nie powróci się na ingerowanie w pracę Beatlesów. Często zjawiałyśmy się pod koniec sesji nagraniowych, aby posłuchać gotowej wersji, ale wiedziałyśmy, że chłopcy pracują najlepiej, gdy zostawia się ich samych sobie. Tak zawsze woleli załatwiać sprawy. Niewiele osób kiedykolwiek brało udział w sesjach nagraniowych poza chłopcami i George’em Martinem. Nawet Briana zachęcano, by trzymał się z daleka i czekał na gotowy produkt. Tworzenie muzyki było pracą, a pracowali najlepiej bez nikogo kręcącego się wokół. Gdy John zszedł się z Yoko, to się zmieniło. Odmawiał robienia czegokolwiek bez niej – jak widziałam, gdy pociągnęła za nim nawet podczas jego wizyty w toalecie w biurze prawnika. Ogłosił już wcześniej, że ich nazwiska zostaną połączone i będą znani jako John i Yoko, a potem zmienił swoje drugie imię z Winston na Ono – co reszta Beatlesów traktowała z tolerancyjnym, dobrym humorem. „Był zwariowany, ale i tak go
kochaliśmy” – tak ujął to kiedyś Ringo w rozmowie ze mną.
Ale kiedy John zaczął przyprowadzać Yoko na sesje nagraniowe i konsultować z nią wszystko, co tam robił, a nawet pozwalać jej krytykować to, co robili, dla pozostałych było to już za wiele. Nienawidzili tego i było jasne, że ten układ nie przetrwa w zgodzie zbyt długo. Ostatecznie, rzecz jasna, to John rozbił Beatlesów, tak jak w pierwszej kolejności to on ich założył. Poszedł dalej w swoim życiu – nie tylko ode mnie, ale i od Paula, drugiej osoby, która była mu najbliższa przez całe lata sześćdziesiąte. Yoko zastąpiła mnie jako żona Johna i Paula jako jego artystyczny współtwórca. Oczywiście zmiana jest nieunikniona i zarówno John, jak i Paul odnieśli sukces i tworzyli dalej osobno, ale sposób, w jaki to się stało, był smutny – a jeszcze smutniejsze było to, że ich relacja nigdy tak naprawdę się nie zagoiła. Po sześciu latach niezrównanego sukcesu, największa grupa wszech czasów rozpadła się pośród fali goryczy i oskarżeń. 

 


  11 marca 1969 roku biuro prasowe Apple wydało krótki komunikat, że Paul McCartney poślubi Lindę Eastman podczas cywilnej ceremonii w Urzędzie Stanu Cywilnego Marylebone następnego dnia. Decyzję podjęli zaledwie tydzień wcześniej i wybrali najszybszą, najprostszą drogę – choć Paul był na tyle tradycjonalistą, że skontaktował się z ojcem Lindy i formalnie „poprosił o jej rękę”. Nawet po wyznaczeniu daty Linda nadal miała poważne wątpliwości co do próby zamążpójścia po raz drugi. Ich relacja w tamtych wczesnych dniach, jak wspominał Paul, była „bardzo zmienna”, czasem „szalona”; a w przeddzień ślubu odbyli wściekłą kłótnię i o mało go nie odwołali. Paul spędził ten dzień w studiu z George’em i Jackie Lomaxem, pracując nad singlem mającym być następcą zaskakująco nieudanego „Sour Milk Sea” Lomaxa. Gdy sesja zakończyła się późną nocą, nie wrócił na Cavendish, lecz pojawił się w mieszkaniu swojej długoletniej sekretnej dziewczyny Maggie McGivern (na zdjęciu) w Chelsea; było to ich pierwsze spotkanie od przyjazdu Lindy. 
 
RINGO: Nawet nie wiedzieliśmy, że Paul zamierza się ożenić, dopóki tego nie zrobił. O niczym nam nie powiedział. Zrobili to po cichu i bez informowania reszty z nas. 
 

PAUL: Nie pamiętam czy ich zaprosiłem... Może dlatego, że zespół się rozpadał. Wszyscy byliśmy na siebie wściekli. Z pewnością nie byliśmy już paczką. 

  Nie było samochodu ani taksówki, więc musiał przyjść pieszo” – wspomina Maggie. „Był zaniedbany, nieogolony i w fatalnym stanie – nie potrafił nawet mówić, tylko się mnie trzymał. Próbowałam pytać, co się stało, ale tak, żeby nie robić hałasu, bo mój nastoletni brat u mnie nocował i spał w tym samym pokoju. Po około godzinie po prostu wyszedł. Wyjrzałam przez okno i zobaczyłam, jak idzie ulicą, wiedząc jakoś, że nigdy więcej go nie zobaczę.
 
PAUL [1997]: Naprawdę nie pamiętam, czy zaprosiłem kogoś z zespołu na ślub, czy nie. Dlaczego? Jestem kompletnym draniem, jak przypuszczam – sam tak naprawdę nie wiem. Może to dlatego, że grupa właśnie się rozpadała. Wszyscy byliśmy na siebie wściekli. Zdecydowanie nie byliśmy już paczką. O to właśnie chodziło. Gdy grupa raz się tak rozpadnie, to koniec.  

 GEORGE: Dowiedzieliśmy się o ślubie Paula w ostatniej chwili. Wyglądało to tak, jakby chciał to zrobić całkowicie osobno od nas, w prywatnym kręgu. Atmosfera w zespole była już wtedy tak dziwna, że po prostu przeszliśmy nad tym do porządku dziennego.

   Sceny pod Urzędem Stanu Cywilnego Marylebone następnego dnia nie przypominały niczego, co widziano w Londynie od czasów szczytowej Beatlemanii. Ulewny deszcz stanowił odpowiednie tło dla setek młodych kobiet płaczących z rozpaczy jak po stracie bliskich – a raczej jak porzucone. Fotografowie prasowi chodzili wkoło, robiąc zdjęcia najbardziej łzawym okazom i namawiając te z suchymi oczami: „Dalej, płacz! Będziesz w gazecie.” Paul, w ciemnym garniturze, różowej koszuli i żółtym krawacie, wyglądał osobliwie młodo obok Lindy, która miała na sobie dopasowany płaszcz w kolorze żółtka jaja i – podczas niektórych sesji zdjęciowych – przytulała pręgowanego kotka. Panna młoda była w czwartym miesiącu ciąży (fakt ten był już znany pikietującym pod Cavendish Avenue z recept aptecznych, które widziały dostarczane do domu). Sześcioletnia Heather towarzyszyła jej jako druhna. (ślub Paula na blogu: tutaj)

PAUL [2002]: Johna, George’a i Ringo nie było na ślubie, co mogło wynikać z ówczesnych napięć albo z faktu, że postanowiliśmy zrobić to szybko. Teraz wydaje się to istotne, ale wtedy takie nie było – chodziło tylko o naszą dwójkę, chcącą wziąć ślub w spokoju. Mojego taty też tam nie było – nie jestem pewien, czy był z tego powodu zadowolony, ale moją najlepszą wymówką było to, że taki był duch czasów. Nie chcieliśmy robić wokół tego wielkiego szumu.

Żaden z pozostałych Beatlesów nie był obecny, tak jak Paul był obecny w dniach ich ślubów. Ringo kręcił film The Magic Christian z Peterem Sellersesem, a John zabrał Yoko, by po raz pierwszy przedstawiła się jego ciotce Mimi. George pracował w studiu nagraniowym, ale obiecał przyjść na przyjęcie z Pattie. Ich nieobecność „nie wydawała się ważna” – wspominał Paul. „Byliśmy to głównie my dwoje.” Peter Brown i Mal Evans pełnili funkcję świadków, a drużbą był Mike McCartney, który musiał przyjechać pociągiem z północy, gdzie koncertował z zespołem The Scaffold. Pociąg Mike’a miał problemy i przybył na pobliską stację Euston z godzinnym opóźnieniem, myśląc, że przegapił ceremonię, ale Paul nalegał na czekanie na niego. „Po prostu chichotaliśmy przez całą ceremonię” – wspominał jego starszy brat. „Całe to »obiecuję«… Linda po prostu pękała ze śmiechu.” Później odbyło się (całkowicie poważne) nabożeństwo błogosławieństwa w kościele parafialnym St John’s Wood, obok boiska do krykieta Lord’s, oraz kolejna sesja zdjęciowa na Cavendish, gdzie Paul wykonał odwieczny rytuał przeniesienia panny młodej przez próg. Następnie przyjaciele i kumple muzycy zostali zaproszeni na przyjęcie w hotelu Ritz przy Piccadilly. Harrisonowie przybyli spóźnieni po nalocie policji na ich dom, podczas którego pies tropiący o imieniu Yogi (od niedźwiedzia z kreskówki, a nie indyjskiego mistyka) odkrył 57 gramów konopi. 
 

 
   W Ritzu nowożeńcy udzielili wspólnego wywiadu dla Independent Television News. Paul zaprezentował swoją zwykłą dobrą formę, odpowiadając na banalne pytania z gorliwą uprzejmością, pomiędzy wygłupami z Heather, aby nie czuła się pominięta. Ale Linda nie podjęła większej próby zjednania sobie kilkumilionowej widowni, dla której był to pierwszy raz, kiedy ją widzieli i słyszeli: Pytanie: Co skłoniło [was do decyzji o ślubie]? Paul: Po prostu, wiesz, postanowiliśmy to zrobić zamiast o tym gadać. Pytanie: Linda, co o tym myślisz? Wyglądasz na szalenie szczęśliwą. Jak się czujesz dziś rano? Linda (ledwo słyszalnie): Bardzo szczęśliwa. Koniec cytatu. Gdy wieczorem wrócili do domu, przed Cavendish wciąż stał duży tłum, a jego nastrój był już zdecydowanie groźniejszy. Lindę powitały buczenie, gwizdy i plwociny, a gdy przez skrzynkę na listy wepchnięto zwitek płonącej gazety, trzeba było wezwać policję. Paul wyszedł do przedniej bramy, by zaapelować do rozsądku – taktyka, która zawsze sprawdzała się w przeszłości, ale tym razem wybitnie zawiodła. Słuchajcie dziewczyny – niemal błagał – musiałem się kiedyś ożenić. Mogła zatem krążyć pocieszająca fikcja, że robi to w jakiś sposób wbrew swojej woli. 
  Pierwszą rzeczą, jaką Maggie McGivern dowiedziała się o ślubie, był nagłówek prasowy na King’s Road w Chelsea. W szoku trafiła pod adres 48 Cheyne Walk, gdzie Marianne Faithfull, u której pracowała kiedyś jako niania, mieszkała teraz z Mickiem Jaggerem. „Marianne nie mogła uwierzyć, kiedy jej powiedziałam, a kiedy Mick to usłyszał, palnął: »Co-o-o?«. Powiedział, że miał romans z Lindą w Nowym Jorku podczas wielkiego zaciemnienia prądu w 1965 roku.” 
   Gdy nieprzychylne historie o jego nowej żonie mnożyły się, Paul – ów mistrz kontaktów z mediami – osobiście zaangażował się w próbę zapewnienia jej lepszej prasy. Na jego prośbę Derek Taylor zaaranżował dla Lindy wywiad z ulubionym korespondentem popowym Beatlesów, Donem Shortem z Daily Mirror. Choć wywiad Shorta z Lindą był tak łagodny, jak to tylko możliwe, jej nieśmiałość i skrępowanie były boleśnie widoczne. Udzielała go, jak powiedziała, tylko po to, by zdementować historię, która ciągnęła się za nią z Nowego Jorku (a ostatnio pojawiła się w The Times jako fakt): że była jedną z Eastmanów od Kodaka. „Nie wiem, jak powstał ten błąd, poza nazwiskiem i faktem, że jestem fotografem.” Nie miało to już większego znaczenia; jej nazwisko było teraz większe niż jakakolwiek zwykła amerykańska marka, z wyjątkiem, być może, Coca-Coli. 
    Ojciec Paula nie poznał jeszcze Lindy, ale nie mógł tego zrobić na ślubie. W ostatnich latach Jim McCartney cierpiał na coraz silniejszy artretyzm, a jego stan był teraz tak ciężki, że podróż z północnego zachodu do Londynu byłaby dla niego zbyt wielką udręką. Zamiast tego Paul zabrał Lindę i Heather na pobyt u Jima i jego żony Angie w Cheshire przed odlotem na trzytygodniowy miesiąc miodowy do Ameryki. 

    Jim w rzeczywistości cierpiał na dwie wyniszczające formy tej dolegliwości – chorobę zwyrodnieniową stawów i reumatoidalne zapalenie stawów – które atakowały głównie jego kolana i kostki, a których szereg środków zaradczych – od wapnia po złoto – z trudem łagodził. Będąc pół-inwalidą, „Rembrandt”, wymarzony dom w Heswall, który kupił mu Paul, był teraz pełen niedogodności, zwłaszcza długie schody z holu głównego na piętro do sypialni. Ponieważ miały one zbyt wiele zakrętów, by zamontować tradycyjną windę schodową, Paul zaproponował zainstalowanie na zewnątrz domu hotelowej windy marki Otis. Ale Jim nie chciał słyszeć o takim wydatku i po prostu przeniósł pokój swój i Angie na parter. 
   Jak wspomina Angie McCartney, oboje denerwowali się spotkaniem z Lindą. „Oczekiwaliśmy tej bardzo egzotycznej osoby z Ameryki, z którą nie mielibyśmy nic wspólnego i która by nas nie rozumiała. To skończyło się dla mnie, gdy tylko Linda weszła do kuchni i zdałam sobie sprawę, jak bardzo kocha gotować. Jim również od razu ją polubił. Był po prostu taki szczęśliwy, widząc, że Paul w końcu stał się szczęśliwym człowiekiem rodzinnym.” 
   
Dopełniając więzi, Heather i dziewięcioletnia córka Angie, Ruth, natychmiast zostały przyjaciółkami. „Były między nimi trzy lata różnicy i były zupełnie różnymi postaciami” – wspomina Angie. „Ruth miała bzika na punkcie tańca, a Heather miała bzika na punkcie zwierząt. Ale spędzały godziny w sypialni Ruth, przebierając się i robiąc dziewczęce rzeczy.” Jim zaadoptował Ruth, kiedy poślubił Angie; Paul miał teraz nadzieję zrobić to samo z Heather. Jego ciotki, wujowie i kuzyni po drugiej stronie wody w Liverpoolu naturalnie również chcieli poznać Lindę, więc obowiązkowo oprowadził ją po nich wszystkich. Ale nie było wielkiego rodzinnego zjazdu McCartneyów, jak w dawnych czasach, kiedy on i jego ojciec grali na zmianę na pianinie. „Wszyscy mieliśmy zbyt wiele obaw o zdrowie Jima” – mówi Angie. „Więc to nie był czas na imprezowanie.” Ilekroć Paul składał wizytę, on i Jim zawsze odbywali długie, szczere rozmowy, przechadzając się tam i z powrotem po tylnym trawniku. Teraz, przy ograniczonej mobilności Jima, spędzali prywatny czas w małym dolnym ogrodzie, do którego docierało najwięcej słońca i gdzie Paul – ów niezwykle wszechstronny majsterkowicz – zbudował kamienne schodki. „Jim siedział na leżaku z Paulem obok siebie, obaj palili swoje fajki/papierosy” – wspomina Angie. „Wiem, że rozmawiał ze swoim tatą o problemach, przez które przechodził w Apple, ale nic z tego nie zostało nigdy wspomniane reszcie z nas.” 

       Dalsza podróż na pobyt u rodziny Lindy w Nowym Jorku napotkała nieprzewidzianą przeszkodę. Na lotnisku w Manchesterze Paul odkrył, że zapomniał paszportu; trzeba było wykonać telefon do Petera Browna w Apple i wyznaczyć podwładnego do przyjechania z Londynu z brakującym dokumentem. Świat poszedł do przodu od 1967 roku, kiedy kręcił film „Fool on the Hill” i bez paszportu przedostał się na Lazurowe Wybrzeże i z powrotem. 

    Osiem dni po ślubie Paula, w duchu naśladownictwa, który zawsze charakteryzował ich relację, John poślubił Yoko na Skale Gibraltarskiej. Ona również była niechętną panną młodą i zgodziła się przyjąć go jako swojego trzeciego męża tylko pod warunkiem, że ich ślub nie będzie „cyrkiem medialnym jak u McCartneyów”.

    Zamiast tego, po najcichszej z ceremonii w sennej brytyjskiej kolonii, Lennonowie zamienili swój miesiąc miodowy w cyrk medialny, przy którym niedawne sceny pod Urzędem Stanu Cywilnego Marylebone wydawały się wręcz w stylu Garbo. W luksusowym apartamencie w hotelu Hilton w Amsterdamie urządzili to, co nazwali „reklamą pokoju”, spędzając tydzień bok w bok w królewskim łóżku, wygłaszając antywojenne hasła do nieustannie zmieniających się sztafet międzynarodowych mediów, z których większość spodziewała się być świadkiem ich uprawiania lifted-sexu. Burza drwin, jaką wywołali, była tak wielka, że nowa pani Paul McCartney całkowicie zniknęła z pola widzenia. 

   Paul i John wciąż byli w trakcie miesiąca miodowego, gdy bez ostrzeżenia rozsypał się ostatni element świata, który stworzył wokół nich Brian Epstein. Northern Songs, firma wydająca ich muzykę od 1963 roku, stała się celem wrogiego przejęcia. Northern Songs było dziełem Dicka Jamesa, piosenkarza orkiestrowego przekształconego w wydawcę muzycznego, w którego ręce Beatlesi wpadli tuż przed wydaniem „Please Please Me”. Przeczuwając potencjał w pisaniu piosenek przez Lennona i McCartneya, James założył firmę wyłącznie do obsługi ich praw wydawniczych, z czego 50 procent należało do niego i jego partnera biznesowego Charlesa Silvera, po 20 procent do Johna i Paula, a 10 procent do Briana. Katalog stał się wkrótce tak bogaty i obszerny, że w 1965 roku Northern Songs stało się pierwszym wydawnictwem muzycznym wprowadzonym na Londyńską Giełdę Papierów Wartościowych jako spółka publiczna. Po debiucie giełdowym James i Silver posiadali 37,5 procent, a John i Paul już tylko po 15 procent, ale układ sił pozostawał po ich stronie, ponieważ firma Briana, NEMS, posiadała 7,5 procent, a George i Ringo razem symboliczne 1,6 procent.

   James miał na tyle rozsądku, by nigdy nie próbować wpływać na to, co piszą Lennon i McCartney, choć Northern Songs zawsze zarabiało najwięcej, poprzez wersje wykonywane przez innych artystów i nuty, na melodyjnych kompozycjach McCartneya, takich jak „Michelle” i „Yesterday”. Dla Johna i Paula był postacią z kawałów ze swoją łysiną, desperackimi bokobrodami i tanią wylewnością z Tin Pan Alley, ale rozumieli, że Brian znalazł im wydawcę tak odmiennego od normy jak George Martin – takiego, który wierzył w jakość i był w gruncie rzeczy uczciwy.

George Martin, Dick James i Brian Epstein
   Jednak z biegiem czasu ujawnił się znajomy syndrom. Umowa, która wydawała się tak szczodra podatnym na wpływy chłopcom w 1963 roku, wyglądała nieco inaczej po sześciu latach bycia artystami stulecia. A James niezaprzeczalnie wzbogacił się na ich barkach, nie tylko jako dyrektor zarządzający i główny akcjonariusz Northern Songs, ale także poprzez swoją osobną organizację, Dick James Music, która obsługiwała katalogi licznych innych odnoszących sukcesy młodych kompozytorów, a teraz miała nawet własną niezależną wytwórnię płytową. Po śmierci Briana jedną z pierwszych inicjatyw Johna i Paula w zakresie „samo-zarządzania” było ubieganie się o nową umowę z Northern Songs. Nie byli przy tym zbyt uprzejmi, sugerując, że ich spotkanie z Jamesem powinno być filmowane jak przesłuchanie na policji. James odmówił rewizji istniejących ustaleń i od tamtej pory relacje między obiema stronami były chłodne.Tak czy inaczej, James ponosił również odpowiedzialność za kierowanie spółką giełdową i ochronę interesów jej akcjonariuszy. Na początku Beatlemania utrzymywała akcje Northern na stałym, wysokim poziomie. Ale ostatnio, gdy zachowanie Johna stawało się coraz bardziej nieprzewidywalne – a zwłaszcza od czasu, gdy połączył siły z Yoko – kurs zaczął niepokojąco wahać się ze szkodą dla nerwów Dicka Jamesa.

     

Okładka albumu Two Virgins, a następnie Bed-In w Amsterdamie okazały się w końcu przelewem czary dla Jamesa i jego wspólnika Charlesa Silvera, i 28 marca sprzedali swoje 37,5 procent Northern Songs firmie Associated Television za niecałe 2 miliony funtów. W tym samym momencie prezes ATV, Lew Grade, ogłosił, że ubiega się o całkowitą kontrolę nad firmą i jest gotów wydać do 9 milionów funtów na jej przejęcie.  Ani John, ani Paul nie otrzymali od Dicka Jamesa żadnego wcześniejszego ostrzeżenia o sprzedaży. Dopełniając zniewagi, organizacja zamierzająca teraz pożreć ich katalog nie miała nic wspólnego z biznesem popowym, lecz była posiadaczem franczyzy komercyjnej telewizji dla regionu Midlands, znanej głównie z taniej popołudniowej telenoweli Crossroads. Sam Grade był archetypem palącego cygara magnata show-businessu, który spędził ostatnią dekadę na deprecjonowaniu muzyki pop jako chwilowej mody. Rywalizujący ze sobą doradcy Beatlesów, Allen Klein oraz Lee i John Eastman – będący teraz teściem i szwagrem Paula – zostali tym samym zmuszeni do ponownego sojuszu, aby zapobiec przejęciu Northern Songs przez ATV poprzez zwiększenie udziału samego Johna i Paula powyżej 50 procent. Ponieważ Northern była spółką publiczną, część wymaganych dodatkowych akcji można było skupować stopniowo od inwestorów prywatnych. Ale kluczowy pakiet należał do grupy inwestycyjnej z City znanej tylko jako „Konsorcjum” i wynosił około 14 procent – dokładnie tyle, ile każda ze stron potrzebowała do uzyskania kontroli. Konsorcjum bynajmniej nie uważało Beatlesów za automatycznych spadkobierców firmy, mimo że stanowili oni jej sens istnienia, i zamierzało rozpatrzyć obie oferty na równych warunkach.

  W międzyczasie John powrócił ze swojej transeuropejskiej ślubnej odysei z nową piosenką, która tymczasowo wyparła wszystko inne z jego głowy. Zatytułowana „The Ballad of John and Yoko”, była utworem reportażowym dokumentującym poszukiwania miejsca na ślub, które najpierw zaprowadziły parę do Southampton i Paryża, ich ostateczny ślub na Gibraltarze, ich Bed-In w Amsterdamie i późniejszą podróż do Wiednia, gdzie udzielili konferencji prasowej z workami na głowach. Utwór był błyskotliwy, dowcipny i autoironiczny: w zasadzie zawierał wszystko, o czym myślałem, że John Lennon zapomniał, jak tworzyć (ślub Johna i Yoko na blogu - tutaj).

  Jego propozycja zrobienia z tego kolejnego singla Beatlesów – potwierdzająca tym samym wybór Yoko do zespołu – wyglądała na jeszcze jedno zagwarantowane źródło rozłamu. Jednak zarówno George, jak i Ringo przebywali poza Londynem, gdy był gotów go nagrać. I pomimo ich niedawnych walk o kwestię zarządzania, wciąż instynktownie zwrócił się do Paula, aby doprowadzić sprawę do końca. 14 kwietnia ukończyli go razem na Cavendish, po czym udali się na Abbey Road i nagrali go sami z George’em Martinem, przy wsparciu Geoffa Emericka, utalentowanego realizatora, którego ich kłótnie odciągnęły od pracy nad Białym Albumem.

 

  Dla Paula piosenka była o wszystkim, co zwiastowało katastrofę dla Beatlesów, podczas gdy jej refren „Boże, wiesz, że nie jest łatwo” oraz odniesienia do bycia „ukrzyżowanym” przez Johna groziły wciągnięciem ich w kolejną aferę typu „popularniejsi od Jezusa”. A jednak dał z siebie wszystko, grając na basie, perkusji, pianinie i marakasach, dodając swoją słodką, górną harmonię do słów „bag”, „drag” i „crucify me”. Ci dwaj nie grali jako duet od czasu występów jako The Nerk Twins w pubie kuzyna Paula, i żartowali tak, jakby upływające lata, tłumy i miliony nigdy nie miały miejsca. „Zwolnij trochę, Ringo” – zażartował John, gdy Paul nagrywał swoją partię perkusji. „Dobrze, George” – nadeszła odpowiedź. „The Ballad of John and Yoko”, przypisana spółce Lennon i McCartney, stała się osiemnastym i ostatnim numerem jeden Beatlesów na brytyjskiej liście singli. 
 

 
W Ameryce, gdzie dotarła do ósmego miejsca, okładka ze zdjęciem przedstawiała zespół jako kwintet, z Yoko w rockandrollowej czarnej skórze i niebieskim dżinsie. Ale do tego czasu drugi „Bed-In for Peace”, tym razem w Montrealu w Kanadzie, pokazał ponad wszelką wątpliwość, jak będzie brzmieć następna zwrotka.

  Walka z ATV o kontrolę nad Northern Songs była tak ważna, że Lee Eastman przyleciał do Londynu, aby przejąć pałeczkę od swojego syna. Nastąpiło to w tym samym momencie, gdy nagłośniona została dawna, zła sława Allena Kleina w Nowym Jorku.

  13 kwietnia słynny zespół śledczy „Insight” z Sunday Times opublikował pierwszy szczegółowy przegląd metod biznesowych Kleina, jaki pojawił się w brytyjskiej prasie. Tytułowany „Najtwardszy handlarz w popowej dżungli”, badał jego rzekomo podejrzane transakcje akcjami wokół wytwórni Cameo-Parkway, wielu i różnorodnych procesujących się obecnie z jego firmą ABKCO oraz rosnące problemy z urzędem skarbowym. Najsmakowitsze rewelacje dotyczyły jego najsłynniejszego wyczynu jako bicza na firmy nagraniowe i cudotwórcy dla swoich klientów – zaliczki w wysokości 1,25 miliona dolarów, którą wywalczył dla Rolling Stonesów od Decca Records w 1965 roku. Według „Insight”, ta mityczna suma nigdy nie trafiła do kieszeni Stonesów, lecz prosto do ich menedżera.

GEORGE: W tamtym momencie wszyscy żyliśmy już swoimi własnymi sprawami. Ślub na Gibraltarze i ten cały Bed-In to był po prostu kolejny pomysł Johna i Yoko na zamanifestowanie siebie. Nie przeszkadzało nam to, dopóki znowu nie musieliśmy rozmawiać o biurze i umowach. 

   Lee Eastman przybył więc na swoje pierwsze spotkanie twarzą w twarz z Beatlesami i Kleinem uzbrojony w nową amunicję przeciwko swojemu rywalowi. Ale Klein uderzył pierwszy. Odkrył, że Lee pochodził z ubogiego żydowskiego środowiska imigranckiego, równie skromnego jak jego własne, i zaczynał życie z nazwiskiem Epstein – takim samym jak menedżer, którego zespół miał tak duży problem zastąpić. Mogłoby się to wydawać rekomendacją, ale zostało wykorzystane przez Kleina jako dowód na to, że Lee jest „falsyfikatem”. Zwykle opanowany, wyważony prawnik gwiazd stracił zimną krew – choć nie z powodu kpin o Epsteinie, jak uważa jego syn John. „Nie było mnie tam, ale wiem, że mój tata nigdy by się nie przejął czymś takim. Chodziło raczej o to, że Klein krytykował mnie za moimi plecami.” Spotkanie zakończyło się krzykiem Lee na Kleina, podczas gdy John dolewał oliwy do ognia, zwracając się do niego „Panie Epstein”, a Paul przyglądał się temu z zażenowaniem, którego można się tylko domyślać. Paradoksalnie nie było żadnej rozbieżności między rywalizującymi doradcami co do tego, jak uratować Northern Songs przed przejęciem przez Lew Grade'a. Beatlesi mieliby zaoferować 2 miliony funtów grupie inwestycyjnej znanej jako Konsorcjum za kluczowy 14-procentowy pakiet akcji, który dałby im kontrolę, przekształcając spółkę publiczną z powrotem w prywatną. Pieniądze miały zostać pożyczone od banku inwestycyjnego Henry Ansbacher & Co. pod zastaw akcji Apple oraz całego pakietu 644 000 akcji Johna w Northern Songs.

 Ale ten ostatni szczegół wywołał jeszcze gorszą scenę na drugim spotkaniu z Lee Eastmanem (na zdjęciu) 18 kwietnia. Klein zasugerował, aby Paul również przedłożył swoje akcje Northern jako zabezpieczenie pożyczki bankowej, ale Lee zabronił mu o tym myśleć. Klein ujawnił wtedy, że Paul niedawno znacznie zwiększył swój pakiet udziałów, nie mówiąc o tym nikomu z pozostałych Beatlesów. Na to, jak wspominał później ich asystent Peter Brown, John „wpadł w szał” i wydawał się być bliski fizycznego zaatakowania Paula. Wizyta Lee w Londynie, jak sam przyznał, była katastrofą. Później otrzymał list podpisany przez Johna, George’a i Ringo, rozwiązujący jego nominację jako głównego radcy prawego zespołu – ale uznający, że Eastman & Eastman w osobie Johna Eastmana nadal będzie reprezentować samego Paula. Ponownie, zażenowania Paula można się tylko domyślać.  Można było oczekiwać, że te niedawne sceny z sali zarządu zabiją wszelką pozostałą iskierkę kreatywności między Lennonem a McCartneyem. Ale na obu z nich, jak pokazała „The Ballad of John and Yoko”, muzyka działała jak rodzaj uzdrawiającej amnezji. 30 kwietnia byli z powrotem razem w studiu, wykańczając „You Know My Name (Look Up the Number)”, komediowy utwór, który ciągnął się od 1967 roku. Nie miał on żadnego potencjału komercyjnego i do niczego nie prowadził poza powtarzaniem tytułu w serii zabawnych głosów, a jednak poświęcili mu godziny, śpiewając do jednego mikrofonu, kaszląc, prychając i robiąc akcenty z Goon Show, zupełnie jak nastoletni kumple i współspiskowcy sprzed lat w Liverpoolu. Paul wspominał to później jako swoją ulubioną sesję z Beatlesami w historii.

RINGO: To był po prostu szalony czas. Paul ożenił się jednego tygodnia, a w następnym John wsiadł w samolot do Gibraltaru i zrobił to samo! Kiedy John wrócił ze swojego akuratnego ślubu i miesiąca miodowego w łóżku, chciał natychmiast nagrać piosenkę o całej tej przygodzie. Byłem wtedy na planie filmu (The Magic Christian), więc w studiu zagrali tylko on i Paul, ale to był bardzo celny zapis tego, co przeszli”. 

   Poza studiem, tak jak poprzednio, porozumienie topniało. Rozprawiwszy się z Lee Eastmanem, Allen Klein był gotów odebrać swoją nagrodę i przygotował projekt trzyletniej umowy menedżerskiej między Beatlesami a jego firmą ABKCO Industries. Dawałaby mu ona 20 procent ich zarobków, w przeciwieństwie do 25 procent Briana (i 50 procent pułkownika Toma Parkera w przypadku Elvisa Presleya). Tantiemy ze sprzedaży płyt były wyłączone, chyba że wynegocjowałby wyższą stawkę, w którym to przypadku otrzymywałby jedynie procent od podwyżki. Umowa zakładała, że Beatlesi pozostaną razem, wydając single i albumy w cyklu, w którym byli uwięzieni od 1963 roku. To, że mogą się rozpaść dokładnie w momencie, gdy ich zdobył, było czymś, o czym Klein nie pozwalał sobie myśleć. W owych czasach nikt nie wyobrażał sobie, że rozpad zespołu nie musi oznaczać jego końca.

  9 maja Beatlesi spotkali się w Olympic Studios w Barnes. Rzekomym powodem była rozmowa z producentem Glynem Johnsem o bezkształtnej masie taśm nagranych w styczniu poprzedniego roku, z których Johns miał za zadanie uformować album zatytułowany Get Back. Ale ta dyskusja nie posunęła się daleko. John, George i Ringo podpisali już umowę menedżerską Kleina i chcieli, aby Paul poszedł w ich ślady tuż tuż. Nie odmówił wprost, ale powiedział, że powinni dalej negocjować, być może oferując niższą prowizję niż 20 procent (tak jak lata wcześniej próbowali zbić stawkę Briana z 25 do 20). Pozostali powiedzieli, że nie ma czasu: Klein odlatywał tej nocy do Nowego Jorku, aby umowa została ratyfikowana przez jego zarząd w ABKCO.

    Tylko Paul dostrzegł w tym podstęp mający na celu przynaglenie ich. Firma Kleina składała się wyłącznie z Kleina i jego żony Betty (co można było odczytać z jej inicjałów) i nie miała żadnego „zarządu”. Wskazał ponadto, że skoro dziś jest piątek, z umową nic się dalej nie wydarzy aż do poniedziałku po weekendzie. Pozostali powiedzieli mu chórem, żeby „spierdalał”, po czym sami tak zrobili. 

    Glyn Johns produkował w tym czasie album dla amerykańskiego zespołu Steve Miller Band, którego lidera Paul znał i lubił. Po wyjściu Johna, George’a i Ringo zastał Millera pracującego samotnie nad utworem i zaoferował, że zagra na perkusji – co było zbawiennym sposobem na danie upustu swoim uczuciom – za co został później uwzględniony w opisie płyty pod swoim pseudonimem z czasów Silver Beatles jako „Paul Ramon”. Tytuł piosenki okazał się dla niego aż nadto trafny: „My Dark Hour” („Moja czarna godzina”).

W połowie czerwca George Martin otrzymał niespodziewany telefon od Paula. Nie były to jednak złe wieści o Beatlesach, jakich spodziewał się Martin, lecz prośba o dalszą uzdrawiającą amnezję. Sześć miesięcy po tym, jak zespół zakończył nagrywanie albumu Get Back, Paul powiedział, że wciąż nie ma planów jego wydania. Glyn Johns zmontował 16-utworową wersję, pozostawiając wszystkie ich falstarty, pomyłki i improwizacje – „nas z opuszczonymi spodniami”, jak ujął to John – co cała czwórka jednomyślnie odrzuciła. Ale zamiast śmiertelnie zniechęcić ich do albumów, sprawiło to, że chcieli wrócić do studia, by stworzyć całkiem nowy od zera. I chcieli, aby Martin pracował z nimi, jak to ujął Paul, „tak jak kiedyś”.

GEORGE: Naprawdę nie jest tak źle, jak mogłoby się wydawać. Po prostu w ciągu ostatniego roku — najpierw w przypadku Johna, a ostatnio Paula — wszystko, co myśleli lub mówili, przedostało się do opinii publicznej.

   Martin nie miał ochoty wracać do napiętej atmosfery w Twickenham Studios z stycznia tamtego roku i z Białego Albumu wcześniej. Jeśli album ma być taki jak kiedyś – odpowiedział z nutą dawnej profesorskiej surowości – to wszyscy musicie być tacy jak kiedyś – mając na myśli: ciężko pracujący, skoncentrowani, w dobrych humorach; przede wszystkim będący ze sobą w przyjaźni. Paul obiecał, że tacy będą. I nieprawdopodobnie wręcz – byli.

GEOFF EMERICK:  Nie było jednak czasu na oglądanie się za siebie, z żalem czy bez, ponieważ miałem pełne ręce roboty z nową posadą kierownika studia Apple. Złoty okres Apple – dni płynącego szampana oraz poczekalni wypełnionej Aniołami Piekielnych, hippiesami i włóczęgami – skończył się już na dobre, zanim w ogóle dotarłem na miejsce. Allen Klein – pulchny, wygadany nowojorski księgowy, w którym John tak bardzo się rozsmakował – przejął już wówczas zarządzanie biurem, zwalniając każdego, kogo tylko udało mu się zwolnić, i zmuszając do rezygnacji wielu z tych, których nie mógł. Była to mocno okrojona operacja, a wszyscy pozostali pracownicy pod adresem 3 Savile Row wydawali się znajdować w stanie skrajnej depresji i strachu. Klein był bez wątpienia siłą, z którą należało się liczyć, ale na szczęście w zasadzie zostawił mnie w spokoju – wiedział, że zostałem zatrudniony bezpośrednio przez Paula i cieszyłem się zaufaniem pozostałej trójki Beatlesów, więc byłem praktycznie nietykalny. Mimo to relacje z nim były dla mnie generalnie nieprzyjemne i starałem się unikać go tak bardzo, jak to możliwe. Co ironiczne, pojawienie się Kleina na scenie przypieczętowało koniec wizyt Paula w biurze. To z George’em Harrisonem miałbym w rzeczywistości najwięcej kontaktu przez cztery lata, które spędziłem w Apple. 

W słoneczny poranek 8 sierpnia cała czwórka spotkała się na Abbey Road, owej obsadzonej drzewami alei w północnym Londynie, której nazwa od dawna została zawłaszczona przez ich studio nagraniowe, a teraz miała zostać zawłaszczona po raz kolejny przez ukończony właśnie album. Byli tam, by zapozować do zdjęcia na okładkę naszkicowanego wcześniej przez Paula: w tym dziale jego zdanie wciąż miało wagę. Kilka metrów na południe od studiów EMI znajdowało się czarno-białe przejście dla pieszych do skrzyżowania z Grove Road. Fotograf Iain Macmillan ustawił małą drabinę na środku Abbey Road i z tego niewielkiego podwyższenia zrobił kilka zdjęć Beatlesów przechodzących przez przejście gęsiego, zarówno z prawej na lewą, jak i z lewej na prawą stronę.   Każde z nich pokazywało ich w tej samej kolejności: najpierw John, potem Ringo, Paul i George, w wojskowym „marszowym” kroku, w którym tylko Paul szedł nie do taktu. Jego strój był podobnie niekonformistyczny – dwurzędowy ciemnoniebieski garnitur w prążki, dokładnie taki, jaki jego ojciec nosił do pracy w Giełdzie Bawełny w Liverpoolu w latach czterdziestych i pięćdziesiątych. Tę dawną formalność przełamywała koszula z rozpiętym kołnierzykiem, papieros, rzemienne sandały bez skarpet oraz – na niektórych zdjęciach, w tym wybranym na okładkę albumu – bose stopy. 

Obraz trudny do wyobrażenia jako bardziej zwyczajny. A jednak w nadchodzących latach każdy inny zespół dążący do wielkości miał replikować ten czteroosobowy kadr maszerujący po podobnych szerokich czarno-białych pasach. I każdego dnia na Abbey Road nie miało być momentu, w którym przejście byłoby bez czwórki pielgrzymów rozciągniętych na nim, ryzykujących wysoce niebezpieczny ruch uliczny, by dać się sfotografować a la Beatlesi – jeden z nich boso i starannie nie do taktu ze swoimi towarzyszami.

 

 

 


Historia The Beatles
History of  THE BEATLES