Badfinger: Najbardziej Pechowy Zespół Świata


 

 

Dzisiaj prezentuję Wam tekst, w części od dłuższego czasu odkładany (przyznaję bez bicia, czasem te najważniejsze historie muszą po prostu "poleżeć" i dojrzeć). Myślę, że może być on niezłym przerywnikiem w postach skupionych wyłącznie na The Beatles, choć i tutaj nie uniknę powiązania z Wielką Czwórką – o czym zresztą pewnie doskonale wiecie, bo bohaterowie dzisiejszego wpisu nie raz już przewijali się na kartach czy ekranach tego bloga.

Panie i Panowie, oto historia Badfinger, zespołu ze Swansea (Walia), który w swoim najbardziej znanym składzie zaczął kształtować się już w 1961 roku. Są w historii muzyki grupy, nad którymi zdaje się wisieć fatum. Oczywiście historia rocka zna straszne tragedie – jak choćby katastrofę samolotu Lynyrd Skynyrd, w której zginęło troje muzyków, czy pech The Allman Brothers Band, tracących liderów w niemal identycznych wypadkach motocyklowych. Jednak historia Badfinger jest w pewien sposób jeszcze mroczniejsza. Pisząc o nich jako o najbardziej pechowym zespole świata, mam na myśli ten specyficzny rodzaj fatum, który ich spotkał – ich upadek nie był kwestią nagłego wypadku losowego, a wynikiem bezwzględnego żerowania na ich talencie i finansowych oszustw, co ostatecznie doprowadziło dwóch liderów do tragicznej ostateczności.

Zanim jednak stali się symbolem pecha, występowali jako The Iveys i to pod tą nazwą podpisali kontrakt z wytwórnią Apple, wydając u niej album i singiel pt. „Maybe Tomorrow”. Sama nazwa „Badfinger” pojawiła się później i ma fascynujące pochodzenie – wywodzi się z roboczego tytułu piosenki Beatlesów „With A Little Help From My Friends”, którą roboczo nazywano „Bad Finger Boogie”. Podobno John Lennon wymyślił ten tytuł, bo w tamtym czasie zranił palec wskazujący i musiał grać na fortepianie tylko jednym palcem. Do stajni Fab Four wprowadził ich rzekomo sam Neil Aspinall, co tylko potwierdza, jak blisko wielkiego świata się znajdowali.

 
 

Wszystko zaczęło się jak w bajce. Jako pierwsi artyści podpisali kontrakt z nowo powstałą wytwórnią Beatlesów – Apple Records. Sam Paul McCartney podarował im na start piosenkę "Come and Get It"(tu oryginał), którą napisał jako "odrzut" z sesji Czwórki z Liverpoolu. Chłopaki z Badfinger wykonali ją niemal identycznie jak Paul na demo, i świat oszalał. Głosy Pete’a Hama i Toma Evansa brzmiały tak bardzo "beatlesowsko", że wielu słuchaczy przecierało oczy (i uszy) ze zdumienia.

PAUL:  Zróbcie to dokładnie tak jak na moim demo. Nie zmieniajcie niczego, bo to jest idealne brzmienie dla was. Później, wspominając ich po latach: To był świetny zespół. Mieli w sobie tę samą iskrę, którą my mieliśmy na początku. Bardzo utalentowani chłopcy. 
Pete Ham: Paul był niesamowity. Przyszedł do nas z gotowym planem, wiedział dokładnie, jak każdy instrument ma brzmieć. Nie traktował nas jak amatorów, ale jak partnerów, którym daje szansę. Praca z nim była jak przyspieszony kurs pisania przebojów.
 

Wydawało się, że są na samym szczycie. Mieli talent, przeboje, które znał każdy: "No Matter What", "Day After Day" czy "Baby Blue" no i błogosławieństwo bogów rocka. Tak, bo związki Badfinger z Wielką Czwórką były niezwykle silne. Kilka z nich niżej:

Pete Ham
* George Harrison zaprosił ich do grania na gitarach akustycznych w swoim opus magnum "All Things Must Pass". Tak, szczególnie bliska więź łączyła zespół z "cichym Beatlesem".  Podczas sesji do albumu Straight Up, George wziął ich pod swoje skrzydła jako producent. To właśnie wtedy narodziło się brzmienie ich największego hitu – „Day After Day”. George miał bardzo konkretną wizję tego utworu. Chciał, aby gitara „płakała” w jego charakterystycznym stylu, ale zamiast po prostu zagrać partię samemu, postanowił nauczyć tego Pete’a Hama. Wyobraźcie sobie tę scenę: siedzą razem w studiu Abbey Road, George pokazuje Pete'owi, jak precyzyjnie prowadzić metalową rurkę (slide) po strunach, by uzyskać to delikatne, śpiewne brzmienie. Ostatecznie na nagraniu słyszymy ich obu – grają tę samą partię jednocześnie (tzw. dual slide guitar), co nadało piosence niesamowitą głębię. Pete był tak zdolnym uczniem, że Harrison po latach wspominał, iż Ham potrafił oddać emocje na gitarze niemal identycznie jak on sam.
 

Trze muzycy zespołu, Pete Ham, Joey Molland i Tom Evans wystąpili u boku George’a na słynnym Koncercie dla Bangladeszu (zdjęcie).
GEORGE: Pete był jednym z najlepszych muzyków, jakich spotkałem. Miał niesamowite wyczucie melodii, a jego gra na gitarze była bardzo czysta i pełna duszy. Kiedy George zapraszał ich na Koncert dla Bangladeszu, miał powiedzieć: Potrzebuję waszych głosów i waszych gitar, bo nikt inny nie brzmi tak jak wy

* Koncert dla Bangla Desh (tutaj)  To był jeden z tych momentów, który pokazuje, jak wielkim szacunkiem George Harrison darzył ten zespół. Na Koncercie dla Bangladeszu w Madison Square Garden (1971), Badfinger nie byli tylko „zespołem akompaniującym” w tle. Choć większość czasu spędzili, grając na gitarach akustycznych, wspierając George'a (cztery gitary akustyczne w „Here Comes the Sun”?) to mieli też swój wielki moment w samym środku koncertu. George Harrison zapowiedział ich bardzo ciepło, a Pete Ham i Tom Evans wykonali w duecie, przy akompaniamencie gitar akustycznych, swój wielki hit:  "Pete Ham and Tom Evans – Pete and Tom of Badfinger!" Tak ich zapowiedział George, a oni zagrali. Badfinger w oficjalnym filmie i na albumie pojawia się przede wszystkim ich niesamowite wsparcie wokalne i instrumentalne. Ich obecność tam, obok Boba Dylana, Erica Claptona i Ringo Starra, była ostatecznym dowodem na to, że w tamtym czasie byli uznawani za absolutną elitę światowego rocka. To niesamowite, że chłopaki, którzy jeszcze parę lat wcześniej mogli tylko marzyć o spotkaniu Beatlesów, teraz stali z nimi na jednej scenie podczas pierwszego tak wielkiego koncertu charytatywnego w historii.
Joey Molland: George był naszym największym fanem wewnątrz Apple. Nigdy nie czuliśmy się przy nim mali. Kiedy zaprosił nas na sesje 'All Things Must Pass', po prostu dał nam gitary akustyczne i powiedział: 'Grajcie to, co czujecie'. Traktował nas jak równych sobie, co dla nas, chłopaków z prowincji, było czymś niewyobrażalnym.
 
 
 
* Członkowie zespołu pojawili się na sesjach do albumu "Imagine" Johna Lennona. 
JOHN, znany ze swojej złośliwości, dla Badfinger zrobił wyjątek. Kiedy usłyszał ich pierwsze nagrania w Apple, powiedział krótko, ale dosadnie: Wreszcie coś, co brzmi jak prawdziwy rock and roll, a nie kolejna kopia. Podobno to właśnie John najmocniej lobbował za tym, by Apple Records dawało im większą swobodę, bo widział w nich autentyczny talent, a nie tylko „produkt” wytwórni.
Tom Evans: Staliśmy tam, w studio u Johna, a on był taki... bezpośredni. Powiedział nam po prostu, żebyśmy robili swoje. Współpraca z nim i George'em w tym samym czasie sprawiała, że czuliśmy się, jakbyśmy byli częścią czegoś znacznie większego niż tylko zespół rockowy. Byliśmy w samym centrum wszechświata. 
 
* Kolejny namacalny dowód na to, jak blisko Badfinger byli „stajni” Beatlesów, wystarczy spojrzeć na soundtrack do filmu „The Magic Christian” (1969). Na ekranie brylował Ringo Starr u boku genialnego komika Petera Sellersa, a w warstwie muzycznej rządzili właśnie chłopaki z Badfinger. To właśnie na tej płycie znalazł się ich pierwszy wielki hit, wspomniany wyżej „Come and Get It”. Choć na okładce dumnie widnieje nazwisko kompozytora – Paula McCartneya – to właśnie wykonanie Badfinger nadało tej piosence blasku i uczyniło z niej światowy przebój. Co ciekawe, zespół dostarczył na potrzeby tego filmu jeszcze dwa inne utwory, stając się muzycznym głosem produkcji, w której jedną z głównych ról grał sam perkusista The Beatles.
 
 
RINGO bardzo lubił ich towarzystwo. Często wspominał, że byli to najskromniejsi muzycy, jakich znał:  To byli najmilsi ludzie na świecie. Nigdy nie zachowywali się jak gwiazdy rocka, choć mieli ku temu wszelkie powody. Byli po prostu częścią naszej rodziny.
Mike Gibbins:  Ringo był najbardziej przyjacielską osobą, jaką można spotkać. Często zaglądał do nas do studia, żeby po prostu posłuchać, co robimy. To od niego nauczyliśmy się, że w muzyce nie chodzi o to, by grać najwięcej, ale by grać to, co jest potrzebne piosence.

 wersja oryginalna

Przekleństwo "Without You"

To jeden z najbardziej paradoksalnych momentów w muzyce. Pete Ham i Tom Evans napisali wspólnie balladę "Without You". Dla nich był to utwór pełen bólu, ukryty na albumie "No Dice". Kiedy usłyszał go Harry Nilsson, był przekonany, że to piosenka Beatlesów. Nagrał swoją wersję, która stała się światowym hymnem złamanych serc (lata później Mariah Carey przypomniała ją nowym pokoleniom). Chociaż piosenka zarabiała miliony, autorzy nie widzieli z tego niemal ani grosza. I tu zaczyna się mroczna część tej historii.

                                                                           
 
                                                                       "Without" - Harry Nilsson

Cień Stana Polleya i tragiczny finał

Zespół wpadł w ręce managera, Stana Polleya, który – mówiąc delikatnie – nie należał do najuczciwszych ludzi w branży. Finanse zespołu były w rozsypce, mimo że ich utwory nie schodziły z anten radiowych. Pieniądze znikały, wytwórnia Warner Bros zaczęła pozywać zespół, a muzycy, zamiast cieszyć się sławą, nie mieli za co utrzymać rodzin.  

Pete Ham, człowiek o niezwykłej wrażliwości i autor największych hitów, nie wytrzymał presji. W 1975 roku, zrozpaczony sytuacją finansową i oszustwami managera, powiesił się w swoim garażu. Zostawił list, w którym napisał wprost: "Stan Polley jest bezdusznym draniem. Zabiorę go ze sobą". Pete miał wtedy zaledwie 27 lat. Po samobójstwie Hama zespół praktycznie przestał istnieć na kilka lat. Dopiero pod koniec lat 70. Tom Evans i Joey Molland spróbowali wskrzesić nazwę. Nagrali dwa albumy: Airwaves (1979) i Say No More (1981), ale nigdy nie odzyskali dawnej magii i popularności.  Poza tym to był ten  najsmutniejszy etap. 
Tom Evans i Joey Molland pokłócili się tak bardzo, że w pewnym momencie po Stanach Zjednoczonych jeździły dwa różne zespoły pod nazwą Badfinger. Każdy z nich twierdził, że jest tym „prawdziwym”. To właśnie te kłótnie, procesy i brak pieniędzy doprowadziły Toma Evansa do ostateczności w 1983 roku. Tak,  historia zatoczyła koło osiem lat później od smierci Pete'a. Tom Evans, który nigdy nie pogodził się ze śmiercią przyjaciela i wciąż walczył o należne im tantiemy za "Without You", w 1983 roku odebrał sobie życie w dokładnie ten sam sposób.
Mimo że jego matactwa doprowadziły zespół do ruiny finansowej i dwóch samobójstw, Polley nigdy nie odpowiedział karnie za to, co zrobił Pete’owi Hamowi i Tomowi Evansowi. Wykorzystywał luki w prawie i skomplikowane umowy, które muzycy podpisywali w dobrej wierze. Dopiero pod koniec życia prawo go trochę "podszczypało", ale w zupełnie innych kwestiach. 
W 1991 roku został oskarżony o oszustwa związane z funduszami medycznymi i praniem brudnych pieniędzy w Kalifornii. Przyznał się do winy i dostał wyrok w zawieszeniu oraz grzywnę. Stan Polley zmarł w 2009 roku w wieku 87 lat. Przeżył swoje ofiary o dekady, opływając w luksusy, podczas gdy rodziny Hama i Evansa przez lata walczyły o odzyskanie choćby drobnej części tantiem za piosenki, które znał cały świat. 
 Joey Molland przez dekady występował pod szyldem „Joey Molland’s Badfinger”. Jeździł w trasy, grał stare hity i dbał o to, by świat nie zapomniał o ich muzyce. Choć był jedynym żyjącym członkiem, fani byli mu wdzięczni, że wciąż można usłyszeć „No Matter What” na żywo. Mike Gibbins odsunął się z czasem od zespołu i stronił już od muzyki. 


 

Dlaczego warto o nich pamiętać?

Badfinger to nie tylko pech. To przede wszystkim fenomenalne melodie, potężne harmonie wokalne i czysta radość z grania, która bije z ich wczesnych płyt. To zespół, który zdefiniował gatunek zwany power popem. Dla piszącego te słowa "Without You" to przepiękna rockowa ballada, którą dzisiaj raczej pamiętamy z wersji Nilssona czy Carey, a wersja oryginalna jest wcale nie gorsza.  Dziś, gdy słuchamy "Without You", warto pamiętać, że za tymi pięknymi słowami stało dwóch chłopaków z Walii, którzy dali światu wszystko, co mieli najpiękniejszego, a świat w zamian zostawił ich z niczym. Ich muzyka jednak przetrwała – i to jest ich ostateczne zwycięstwo nad losem. Nie znajdziecie w całej dyskografii wielkich hitów poza tymi z początku kariery, ale cała ich muzyka jest starannym, ciekawym, nieodrzucającym popem.

Na zakończenie posta umieściłem clip z ich przedostatniego singla "I Got You" z ostatniego albumu "Say No More", gdzie możemy zobaczyć jeszcze razem Joey'a i Toma. 

 



      _______________




Historia The Beatles
History of  THE BEATLES

 



 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz