GEOFF EMERICK - Sesje do "Sgt. Pepper's"


 

Przymierzając się powoli do zakończenia pracy nad blogiem (nie będzie to łatwe - chcę symbolicznie zakończyć na opisie GRUDNIA 1980, a jesteśmy już przy WRZEŚNIU '80  ), co jakiś czas wrzucam Wam tutaj fragmenty wspomnień ludzi, którzy byli blisko wielkiej czwórki. Przewinęły się już przez bloga opowieści Cynthii Lennon, Pattie Harrison czy samego George’a – który jako jedyny z zespołu sam napisał swoją autobiografię. Dzisiaj wracamy do Geoffa Emericka (czytaj tutaj). Jego książkę „Here, There and Everywhere” przywoływałem już tutaj wielokrotnie, bo nikt tak jak on nie opisał technicznej strony ich geniuszu. Tym razem krótka historia o tym, jak powstawał „Sierżant Pieprz”, o bokserskich pozach Paula i o tym, dlaczego John chciał mieć gniazdko w gardle. Warto przeczytać, żeby poczuć klimat tamtych sesji. W tekście pojawia się Richard Lush, wtedy reżyser dźwięku, z czasem bardzo uznany producent i przy okazji kilka jego wspomnień znalezionych w innym źródle niż u Emericka.

     Gdy utwór „A Day In The Life” wciąż był tylko częściowo ukończony, Beatlesi zrobili dziesięciodniową przerwę, aby zająć się innymi obowiązkami, w tym kręceniem filmu promocyjnego do singla „Strawberry Fields Forever” / „Penny Lane”. W tym czasie nastąpiła istotna zmiana w personelu naszej reżyserki: Phil McDonald został awansowany do działu nacinania matryc (lakierów), a na jego miejsce przyszedł młody, o świeżej twarzy Richard Lush. Richard pracował w EMI od półtora roku i często współpracowaliśmy; towarzyszył mi nawet podczas kilku sesji do albumu Revolver, gdy Phil był niedostępny. 

John i George, z tyłu R.Lush
Richard asystował mi również przy mojej pierwszej złotej płycie – „Pretty Flamingo” zespołu Manfred Mann – więc znaliśmy się dość dobrze. Ewidentnie szychty na górze miały duże zaufanie do jego umiejętności, dlatego otrzymał zadanie pracy z największą gwiazdą EMI. Zawsze miałem dobre relacje z Richardem i duży szacunek dla jego zdolności, a po początkowej lekkiej nieufności Beatlesi również go polubili.

Richard Lush: George nie był najlepszym gitarzystą na świecie. Zdecydowanie stał się lepszy po The Beatles. Napisał wszystkie te piosenki, ale na każdym albumie pozwolono mu tylko na symbolicznie po jednym. W związku z tym jego pierwszy solowy album miał wszystkie te wspaniałe piosenki, które napisał z czasem. To było dla niego szczęście, ponieważ miał bardzo udaną karierę solową. 

Geoff i Paul
Pierwsze spotkanie Richarda z Paulem było szczególnie pamiętne, choć wydarzyło się, gdy obaj z George’em Martinem byliśmy poza pokojem. Richard siedział przy magnetofonie, grzebiąc przy jednym z przełączników, gdy wszedł Paul. „Cześć, kim jesteś?” – zapytał. „Nie pamiętam, bym cię tu wcześniej widział”. Paul zadał to pytanie w przyjacielski sposób, ale Richard wyczuł w nim też nutkę podejrzliwości – Phil ostrzegł go już wcześniej, że Beatlesi nie lubią widzieć nieznajomych twarzy na swoich sesjach. Nie mając nikogo obok, kto mógłby za niego poręczyć, zdenerwowany Richard wydukał odpowiedź: „Eee, mam na imię Richard... jestem tu od naciskania guzików”. Paul natychmiast podszedł przez pokój i stanął prosto przed twarzą Richarda. „O, doprawdy?” – prychnął, przyjmując bokserską postawę z pięściami w gotowości. „Chcesz się bić?”. Nie trzeba dodawać, że o mało nie doprowadziło to Richarda do niefortunnego wypadku – takiego, który z pewnością stałby się studyjną legendą, gdyby szybko nie oprzytomniał i nie zdał sobie sprawy, że wyzwanie Paula było tylko żartem, przykładem liverpoolskiego poczucia humoru. Wszyscy czterej Beatlesi byli w głębi duszy żartownisiami. Uwielbiali robić rzeczy nieoczekiwane, tylko po to, by zobaczyć reakcję nieświadomej osoby.

Richard Lush: Nie powiedziałbym, że Paul był szefem, ale byłby najbardziej dostępny ze wszystkich. John z dnia na dzień bardzo się różnił. Był bardzo niecierpliwy. Kiedy już zagrał swoją piosenkę George'owi Martinowi, chciał szybko ją kończyć. Nie robił wokalu wiele razy, powiedział: „to jest w porządku, idźmy dalej”. Podczas gdy gdybyśmy robili linię basową, Paul pracowałby na nią godzinami. „Często bas był wykonywany jako ostatni, późno w nocy z McCartneyem. Bas na "With A Little Help From My Friends" został stworzony wokół całej piosenki. Wpadaliśmy na pomysł na każdą linię. To musiało zająć gdzieś trzy godziny, żeby ukończyć ten bas. Ta linia basu wciąż się tam wyróżnia 

Phil McDonald, Bob Purvis (Splinter),  George Harrison i Kumar Shankar (1973)

Szybko odkryłem, że Richard i ja dzielimy to samo lekceważące poczucie humoru. Stroiliśmy sobie żarty nawet z George’a Martina, który zazwyczaj przyjmował to z wyrozumiałością. Richard nie tylko pracował ze mną nad wszystkimi pozostałymi sesjami do Peppera, ale stał się moim stałym asystentem przez następne półtora roku, aż do połowy prac nad Białym Albumem. Zarówno on, jak i Phil [McDonald] byli doskonali w swoim fachu i obaj odnieśli sukcesy jako inżynierowie dźwięku – Phil przy pracy nad wieloma solowymi albumami Johna Lennona i George’a Harrisona, a Richard w Australii, dokąd wyemigrował w latach 70.

Kiedy Beatlesi wrócili do Studia Dwa, zdecydowali się rozpocząć nowy utwór zamiast kontynuować „A Day In The Life”. Właściwie był to wzorzec, który zaczął się wtedy kształtować: do tego czasu zawsze pracowali w sposób dość liniowy, trzymając się piosenki, dopóki nie była gotowa. Teraz powszechną praktyką stało się rozpoczynanie utworu i zostawianie go niedokończonego na całe tygodnie przed powrotem do niego. Taki tryb pracy wydawał się początkowo dziwny, ale ostatecznie przekonałem się, że to dobry sposób. Pozwolenie piosence „poleżeć” przez chwilę – nabranie do niej dystansu – niezmiennie owocowało radykalnymi nowymi pomysłami, co stało się znakiem rozpoznawczym albumu.

Richard Lush: Nawet kiedy zgrywaliśmy materiał po kilka razy z jednego czterośladowca na drugi, przy Pepperze nigdy nie wracaliśmy do początku, żeby coś dograć od nowa. Decyzje trzeba było podejmować na miejscu. Jeśli gitara nie brzmiała jak trzeba, próbowałeś innej. Jeśli nie siedział werbel, no to próbowało się innego. Robiłeś to raz za razem, aż złapałeś właściwy balans – i na tym koniec. Innymi słowy, cokolwiek ze sobą zmiksowaliśmy – czy to perkusję z gitarą, czy wokal z tamburynem i krowim dzwonkiem – kiedy dochodziliśmy do końca, nikt nigdy nie mówił, że werbel jest za cicho albo że 'przydałoby się więcej tego czy owego'. Po prostu podbijało się korektorem nieco więcej 4 kHz na danym śladzie. Nikomu nie przyszłoby do głowy 'zaśpiewaj tę linijkę jeszcze raz'. Zresztą i tak się nie dało, bo w tle leciał ten cholerny tamburyn. 

Nowa piosenka była autorstwa Paula i ostatecznie stała się nie tylko utworem tytułowym, ale także zdefiniowała koncepcję albumu: występ fikcyjnego zespołu, będącego alter ego Beatlesów. „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band” miał zupełnie inny charakter niż wszystkie dotychczasowe, spokojne piosenki – to był prawdziwy rockandrollowiec, bardziej przypominający covery, które zespół grał na żywo na początku kariery. Była też inna niespodzianka: Paul chciał zagrać na gitarze rytmicznej zamiast na basie – pierwszy raz widziałem, żeby to zrobił. Po prostu powiedział Johnowi: „Daj mi zagrać rytm w tym numerze; dokładnie wiem, czego chcę”. John przyjął instrukcję Paula bez słowa protestu i po prostu wziął gitarę basową. Nie miał jednak wyczucia do tego instrumentu, więc zdecydowaliśmy się nagrać go na oddzielnej ścieżce, używając DI boxa zamiast wzmacniacza basowego – w ten sposób jego robocza partia basu mogła zostać później bez problemu zastąpiona przez Paula, bez ryzyka przesłuchów na mikrofony.

Richard Lush: George Martin, nazywany często „piątym Beatlesem”, miał wiele do zaoferowania do swoich płyt. Zawsze wypracowywał harmonie i czasami grał na fortepianie lub harmonijce przy piosenkach. Zawsze wiedział wiele o strukturze piosenki i orkiestracji. Był bardzo wpływowy, ale w miarę upływu czasu zespół bardziej się zaangażował i chciał, aby był to w określony sposób. Jedną z jego najlepszych orkiestracji było "I Am The Walrus". Na swój czas układ smyczkowy w tym utworze był genialny. 

Pod wieloma względami John był paradoksem: fascynowała go technologia, a jednocześnie był kompletnie nietechniczny. Gdy wyjaśniliśmy mu działanie DI boxa, powiedział George’owi Martinowi, że chciałby, aby jego głos też został tak nagrany. Z kamienną twarzą George wyjaśnił, dlaczego nie możemy tego zrobić: „Po pierwsze, John, musiałbyś najpierw przejść operację, żebyśmy mogli wszczepić ci gniazdo jack w gardło”. Nawet wtedy Lennon nie mógł do końca pojąć, dlaczego to niemożliwe. Po prostu nie lubił przyjmować odpowiedzi odmownej. Pomysł dodania różnych efektów dźwiękowych – strojenia orkiestry, wiercącej się z niecierpliwości publiczności – pojawił się znacznie później; „koncepcji” Sgt. Peppera z pewnością nie było na początku. Dopiero gdy album był prawie ukończony, a John i Paul napisali „With A Little Help From My Friends”, zdaliśmy sobie sprawę, że najlepszym sposobem na przejście między tymi dwoma utworami będzie dodanie dźwięku oklasków żywej publiczności, krzyków i entuzjazmu, gdy Ringo, w swojej fikcyjnej postaci Billy'ego Shearsa, wchodzi na scenę.

Richard Lush: ADT było moim maleństwem, którym trzeba było się opiekować. Dużo się przy tym bawiliśmy. ADT polegało na wysyłaniu sygnału. Na przykład, jeśli John Lennon mówił: ‚Chcę ADT na moim wokalu’, wysyłałeś sygnał z głowicy synchronizacji w wielośladowcu do magnetofonu na ćwierć cala. Potem ten sygnał wracał równolegle i przyspieszałeś maszynę, żeby synchronizacja doszła do miejsca, gdzie jest głowica nagrywająca. Wtedy miałeś podwójną ścieżkę. Mogłeś mieć to jako dźwięk podwójnej ścieżki albo trochę zmieniać prędkość, żeby uzyskać lekki efekt flangerowania. Słowo „flange” (flanging) pochodzi od Johna Lennona, który mówił: ‚Czy możesz „flangować” mój głos?’ Wówczas zaczynałeś go „kołysać”. Na przykład na płycie Magical Mystery Tour poszliśmy w ten efekt ADT na wokalach na całość. Oni to uwielbiali, niczego mi nie wypominano. George Martin mówił: ‚Och Richard, naprawdę!’ Teraz to słychać i brzmi szalenie, „Roll uUuuUuUp”, wszystko się chwieje. To sygnał wychodzący z głowicy synchronizacji i z powrotem, trafiający do maszyny taśmowej, „wowing”, i prawie zrzucający taśmę z maszyny.

Tytułowy utwór „Sgt. Pepper” został ukończony w niezwykle krótkim czasie – zaledwie dwa dni, wliczając wszystkie wokale – mimo faktu, że George Harrison przez kilka godzin ćwiczył, próbując dopracować solo gitarowe. W końcu Paul autorytarnie zastąpił pracę George’a własnym, oszałamiającym solem, z czego Harrison wyraźnie nie był zadowolony. Ale burza szybko minęła i uwaga wszystkich wróciła do „A Day In The Life”. Pierwszym zadaniem było zastąpienie roboczego wokalu Paula w środkowej sekcji. Odbyliśmy z nim długą dyskusję, która doprowadziła do kolejnej innowacji dźwiękowej. Wyjaśnił, że chce, aby jego głos brzmiał niewyraźnie, jakby dopiero co obudził się z głębokiego snu i jeszcze nie odzyskał orientacji, ponieważ to właśnie starał się przekazać tekst. Moim sposobem na osiągnięcie tego było celowe usunięcie dużej części wysokich tonów z jego głosu i silna kompresja, aby brzmiał przytłumiony. Gdy piosenka przechodzi do następnej, marzycielskiej części śpiewanej przez Johna, pełna jakość dźwięku zostaje przywrócona.

Richard Lush: Kiedyś współczułem Ringo, ponieważ kiedy robiłeś ślady podkładowe, był tam od siódmej wieczorem do piątej rano. Długo grał na perkusji, a piosenka byłaby meandrująca, zawsze się zmienia. Byłby absolutnie zmasakrowany i byłby ostatnim, który odszedł. Nie miał wiele do zaoferowania, choć był fantastycznym perkusistą. Kiedy próbowali edytować niektóre piosenki razem dla Cirque de Soleil, tempo prawie nie różniło się w zależności od ujęcia. Był jak metronom, zanim nawet pojawiły się ścieżki kliknięcia w nagraniu. 

Chociaż dogrywki do środkowej sekcji były robione oddzielnie od głównego korpusu piosenki, została ona już wmontowana w czterościeżkową taśmę matkę, co sprawiało, że praca Richarda przy włączaniu i wyłączaniu zapisu była nieco trudna. Wokal Paula, na przykład, był dogrywany na tę samą ścieżkę, która zawierała główny wokal Johna, a punkt przejścia między nimi był bardzo ciasny – między śpiewem Paula „...and I went into a dream” a „ahhh” Johna, które zaczyna następną sekcję. Richard bardzo się tym stresował – zresztą słusznie – i pamiętam, jak prosił mnie, bym przez mikrofon w reżyserce wyjaśnił sytuację Paulowi i poprosił go, by nie odbiegał od frazowania, którego użył w wokalu roboczym. Byłem pod dużym wrażeniem, gdy Richard to zrobił – uważałem, że wykazał się wielką dojrzałością, działając tak proaktywnie. 

Wokal Johna miał przecież w sobie tyle emocji i był na nim nałożony pogłos taśmowy. Myśl o konieczności powtórzenia tego i ponownego tworzenia atmosfery była przerażająca... nie wspominając o tym, jaka byłaby reakcja Johna! Ktoś straciłby głowę, i najprawdopodobniej byłbym to ja. Ale Paul, jak zawsze profesjonalny, usłuchał ostrzeżenia i upewnił się, że zakończył ostatnie słowo wyraźnie, aby dać Richardowi wystarczająco dużo czasu na wyłączenie zapisu przed powrotem wokalu Johna. Słuchając uważnie, można faktycznie usłyszeć, że Paul nieco przyspiesza wokal; dodaje nawet małe „ah” na końcu słowa „dream”, nadając mu bardzo urwane zakończenie.

To właśnie na tej sesji ostatecznie zapadła decyzja, co zrobić, aby wypełnić dwadzieścia cztery puste takty między główną częścią piosenki a nową środkową sekcją Paula. John miał pomysł – jak zwykle abstrakcyjny – stworzenia jakiegoś rodzaju dźwięku, który zacząłby się od bardzo cichego, a potem stopniowo rósł, aż stałby się ogromny i wszystko ogarniający. Podchwytując temat, Paul podekscytowany zasugerował zatrudnienie pełnej orkiestry symfonicznej. George’owi Martinowi spodobał się ten pomysł, ale pomny kosztów, upierał się, że nie ma mowy, by uzasadnił przed EMI zatrudnienie pełnej dziewięćdziesięcioosobowej orkiestry tylko po to, by zagrała dwadzieścia cztery takty muzyki. To właśnie Ringo, ze wszystkich ludzi, wpadł na rozwiązanie. „Cóż, w takim razie” – zażartował – „wynajmijmy połowę orkiestry i niech zagrają to dwa razy”. Wszyscy oniemieli, oszołomieni prostotą – czy może prostodusznością? – tej sugestii. „Wiesz, Ring, to wcale nie jest głupi pomysł” – powiedział Paul. „Ale wciąż, chłopcy, pomyślcie o kosztach...” – dukał George Martin. Lennon położył kres dyskusji. „Dobra, Henry” – powiedział głosem o tonie cesarza wydającego dekret. „Dość gadania. Zróbmy to”.


 


Historia The Beatles
History of  THE BEATLES

 



Fotki 244



Kolejny, 244-ty (wow!) już post z fotkami. Otwiera go piękne zdjęcie "Cichego" i "Straconego", "Piątego" Beatles, George'a i Stuarta. Wspominam w chwili publikacji mój pobyt na grobie Stu (cmentarzu St Michael's Parish Churchyard w dzielnicy Huyton w Liverpoolu) i kilka minut własnych przemyśleń siedząc niedaleko jego grobu na cmentarnej ławeczce jemu poświęconej. 
 Ławeczka została zainstalowana w 2015 roku przez fanów The Beatles. Niżej i obok  moje zdjęcia z tego miejsca. 
 








 















Historia The Beatles
History of  THE BEATLES

 






"Don'T Look Back In Anger" - dokument o reaktywacji Oasis.

 

 

 

 Kilka dni po seansie postanowiłem opublikować ten post. Na obu blogach. Także tutaj. Jeśli byli tu E.L.O. to na pewno kolejny raz mogą Oasis. Post oczywiście jako zachęta do wybrania się do kina.  Dokument „Oasis: Don’t Look Back in Anger” to nie jest zwykła muzyczna chronologia. Choć reżyserzy (Will Lovelace i Dylan Southern) oraz scenarzysta Steven Knight opierają historię na powrocie zespołu i ich głośnym pojednaniu na trasie w 2025 roku, film tak naprawdę szuka odpowiedzi na znacznie głębsze pytanie: co sprawia, że ta dwójka braci stała się głosem całego pokolenia? Braci, którzy za wzór w muzyce (choć nie tylko) obrali sobie The Beatles. 
   Głównym motorem napędowym całej opowieści pozostaje legendarne, wybuchowe starcie Noela i Liama. Film dobitnie przypomina kulisy ich rozstania z 2009 roku w Paryżu, kiedy to awantura za kulisami doprowadziła do natychmiastowego rozpadu grupy i 15 lat całkowitego milczenia. Pokazanie ich drogi do ponownego wejścia na jedną scenę nie jest jednak ugrzecznioną laurką. To obraz trudnego kompromisu, dojrzałości wywalczonej z wiekiem oraz akceptacji własnych wad. Bracia wciąż nie oszczędzają się w słowach — w dialogach z kadrów uderza surowość, robotnicze tło z Manchesteru i nieustanny potok przekleństw. A jednak, pod tą szorstką fasadą, na ekranie udaje się uchwycić momenty autentycznego szacunku i pojednania. 




 Największą siłą dokumentu okazuje się jednak ukazanie tego, kim są ich słuchacze. Obraz prowadzi nas przez tłumy w Wielkiej Brytanii, Argentynie, Japonii, Stanach Zjednoczonych czy Korei. Kamera pokazuje proste historie ludzi: rodziców, którzy wychowali się na ich muzyce, i ich dorastających dzieci, dla których te piosenki są tak samo żywe. To światowa wspólnota połączona tekstem i emocją. Widok dziesiątek tysięcy ludzi śpiewających słowo w słowo prawie każdą piosenkę zespołu w tak różnych zakątkach świata przyprawiał mnie w kinie o ciarki na plecach. I tutaj dochodzimy do mojego własnego odbioru tego filmu. Więcej przeczytasz  tutaj... 

 

 

 

Historia The Beatles
History of  THE BEATLES

 



 

Yoko Ono - Muza Johna. Biografia (1)


 

  Ponieważ niebawem chcę rozpocząć na blogu serię postów z fragmentami pewnej wyjątkowej książki, dzisiaj przyszedł czas na jej oficjalną prezentację. Jeszcze przed Gwiazdką 2025 roku wspominałem, że wśród wspaniałych prezentów pod choinką może znaleźć się biografia Yoko Ono pióra Davida Sheffa – autora, którego mieliśmy już okazję poznać na stronach tego bloga i portalu o The Beatles. Jestem właśnie w trakcie lektury tej obszernej, liczącej kilkaset stron pozycji i chciałbym podzielić się kilkoma słowami zachęty dla tych, którzy jeszcze po nią nie sięgnęli. John Lennon ogłosił kiedyś, że Yoko Ono jest „najsłynniejszym nieznanym artystą na świecie”. Nie powstrzymało to jednak krytyków i opinii publicznej od złośliwego obwiniania jej o rozpad The Beatles. Prawdziwa historia Yoko to jednak opowieść o przełomowej aktywistce, nieszablonowej artystce i muzyku, której globalny wpływ obroni się sam. 


  
Sheff napisał biografię niezwykle wyważoną i uczciwą. Nie unika trudnych tematów: pisze o toksycznej współzależności w związku Johna i Yoko, o mrocznych kulisach uzależnienia od heroiny i metadonu, czy o problemach Lennona z alkoholem. Fani Wielkiej Czwórki będą jednak zachwyceni, mogąc prześledzić skomplikowane relacje i interakcje między Johnem, Paulem, Georgem i Ringo. Jako para, Lennon i Ono pracowali i nagrywali razem aż do tragicznego końca. Ich muzyczna współpraca po latach przyniosła Yoko spóźnione, ale w pełni zasłużone uznanie jej wkładu w powstanie kultowego hitu Imagine. W 2017 roku Yoko odebrała nagrodę Centennial Song Award od National Music Publishers’ Association, czemu towarzyszyło archiwalne nagranie Lennona, w którym wprost przyznawał, że jego żona powinna zostać wpisana jako współautorka tego utworu. Przypomnę tutaj znamienne słowa Yoko  na ten temat: Czasami wydaje mi się, że spotkaliśmy się z Johnem, po to by powstało "Imagine". 

 

 Książka Sheffa to bez wątpienia ostateczne podsumowanie życia jednej z najbardziej enigmatycznych i kontrowersyjnych kobiet w historii rock’n’rolla. Przez dekady tabloidy karmiły nas wyssanymi z palca historiami, pisany przez autorów bez jakiejkolwiek wiedzy z pierwszej ręki. Wiele z nich przesiąkniętych było nienawiścią, rasizmem i mizoginią, sprowadzając Yoko do roli mało znaczącego przypisu w historii Beatlesów. Tymczasem imię Yoko oznacza w zapisie kanji „Dziecko Oceanu” (Ocean Child) – niezwykle trafnie jak na kobietę, która przez całe życie musiała żeglować przez wzburzone wody.
David Sheff zadedykował to doskonałe dzieło Kyoko Ono i Seanowi Ono Lennonowi, co jest wyrazem jego bliskiej, wieloletniej przyjaźni z rodziną. Wszystko zaczęło się w 1980 roku, gdy jako 24-letni, początkujący dziennikarz otrzymał zadanie przeprowadzenia wywiadu z parą dla magazynu Playboy. Kluczem do sukcesu okazały się... gwiazdy. Yoko od lat namiętnie korzystała z astrologii, numerologii i tarota, traktując je jako drogowskazy w codziennym życiu. Codzienne losowanie kart decydowało o biznesach i planach. Sheff musiał więc przejść „test astrologiczny”. Gdy okazało się, że jego liczby i układ gwiazd pasują, Yoko uznała to za proroczy znak i zaprosił a go do Nowego Jorku, mówiąc: „Ten wywiad będzie znaczył więcej, niż możesz teraz pojąć”.

David Sheff: Do dziś, gdy słyszę ich piosenki w radiu, natychmiast przenoszę się myślami do tamtego studia. Widzę siebie siedzącego w kącie na reżyserskim krześle, które mi dali. John stał za szybą w reżyserce, a Yoko po drugiej stronie, przed mikrofonem, śpiewając swój part raz za razem. 
W ten sposób młody dziennikarz trafił do słynnego budynku Dakota na Manhattanie – wzniesionego w gotyckim stylu ekskluzywnego gmachu między 72. a 73. ulicą, w którym mieszkali m.i. Leonard Bernstein, Judy Garland czy Lauren Bacall. Lennonowie posiadali tam kilka mieszkań (główne na 7. piętrze, inne służyły za magazyny i biura). W tamtym czasie Yoko twardą ręką zarządzała wszystkimi sprawami biznesowymi, podczas gdy John spełniał się jako „mąż domu”, opiekując się 5-letnim Seanem.

David Sheff: Przez te pięć lat żyli w ciszy, z dala od mediów i nagrań. John opowiadał mi, że małe, codzienne rzeczy dawały mu wtedy znacznie więcej radości niż wszystkie złote i platynowe płyty, które zdobył w życiu. Mówił o pieczeniu chleba i patrzeniu, jak rośnie w piekarniku, albo o uczeniu małego Seana pływać w basenie YMCA. Byli po prostu w niesamowicie dobrym, spokojnym miejscu. 

 

David Sheff: Rozmawiało nam się tak łatwo, że momentami zapominałem o ich statusie. I nagle, w środku jakiejś opowieści, John rzuca luźno: »A, jak byłem wtedy w Almerii w Hiszpanii, to przy okazji napisałem "Strawberry Fields". Wtedy w mojej głowie zapalała się lampka: »O rany, stary... przecież ty siedzisz z Johnem Lennonem!
W przeciwieństwie do dzisiejszych realiów, gdzie dziennikarz dostaje od gwiazdy kilkanaście minut, Sheff spędził z Johnem i Yoko blisko trzy tygodnie we wrześniu 1980 roku. Rozmawiał z nimi od rana do późnej nocy, towarzyszył w spacerach, posiłkach i pracy w studiu. Zobaczył parę szczęśliwą, dojrzałą i spokojną. Szybko narodziła się między nimi prawdziwa przyjaźń. 
 David Sheff: Zrobiłem w życiu setki wywiadów z wielkimi gwiazdami kina czy rocka, ale nikt nigdy nie otworzył przede mną swojego życia tak jak Yoko i John. Zazwyczaj dostawałem dwie godziny, nad głową wisiał mi agent od PR-u, który odliczał minuty i próbował cenzurować pytania. A oni? Zaprosili mnie do domu, do studia nagraniowego, stając się moją codziennością... Dla nich ten wywiad nie był tylko promocją płyty Double Fantasy. Oni naprawdę chcieli podsumować swoje dotychczasowe życie, rozliczyć się z przeszłością i pokazać światu, że po latach burz w końcu odnaleźli spokój. Byli w tym do bólu uczciwi. Świat widział w niej smoka, który zniszczył The Beatles. Ja zobaczyłem niezwykle wrażliwą kobietę, genialną artystkę i menedżerkę o genialnym umyśle biznesowym, która po prostu chroniła swojego męża i syna przed szaleństwem świata.
Sheff napisał artykuł i wysłał Yoko przedpremierowy egzemplarz na początku grudnia. Rankiem 7 grudnia 1980 roku Yoko zostawiła na jego automatycznej sekretarce ciepłą wiadomość. David oddzwonił, rozmawiali przez pół godziny o planach na kolejne spotkanie w Nowym Jorku. Jak jednak wiemy, późnym wieczorem następnego dnia – 8 grudnia – wracający z sesji nagraniowej John Lennon został zastrzelony przez Marka Chapmana na oczach sparaliżowanej strachem żony w bramie Dakoty. Yoko została sama – załamana, odizolowana i pogrążona w niewyobrażalnym żalu. Jak wspomina po latach sam Sheff: „Myślę, że to było dla niej naprawdę znaczące, że spędziłem te trzy tygodnie z nią i Johnem w czasie ich życia, kiedy byli po prostu szczęśliwi”.
David Sheff:  Kiedy patrzyłem na nich we wrześniu 1980 roku, biło od nich niesamowite ciepło. John był zafascynowany rolą ojca, Yoko trzymała wszystko w garści, a między nimi była ta sama nastoletnia miłość, co na początku. Byli najszczęśliwsi w swoim życiu. Świadomość, że to wszystko skończyło się kilkanaście dni później, wciąż łamie mi serce. 
Tragedii towarzyszył jednak przerażający wylew nienawiści i gróźb pod adresem wdowy. W ciągu pierwszego roku po śmierci męża Yoko wydała ponad milion dolarów na ochronę. Sama nazwała ten okres „porą szkła” – czuła się wtedy krucha jak szkło i bliska całkowitego rozbicia.
W tych najtrudniejszych chwilach David Sheff stał się częścią jej najbliższego, zaufanego kręgu. Przez kolejne dwie dekady wspierał ją, podróżował z nią, Seanem oraz wieloletnim partnerem Yoko, Samem Hadvatoyem. Ta więź była tak silna, że gdy syn Davida, Nic, walczył z ciężkim uzależnieniem od narkotyków, Yoko i Sean zabrali chłopaka na swoją 600-hektarową farmę, by pomóc mu przed pójściem na odwyk. To właśnie z tamtego okresu pochodzi tytuł poruszającej książki Sheffa z 2008 roku – Beautiful Boy – na którą Yoko osobiście dała mu pozwolenie, nawiązując do słynnej kołysanki Lennona dla Seana.
  Książka pozwala nam poznać fascynującą historię Yoko z czasów, zanim stała się „panią Lennon”. Choć trzeba przyznać, że ona sama potrafi dbać o dziedzictwo męża, przy okazji pieczołowicie pielęgnując własną legendę. Ich małżeństwo było niemal nierozerwalne, z wyjątkiem słynnego, 18-miesięcznego „straconego weekendu”, kiedy John – za namową i pełną zgodą Yoko – mieszkał w Los Angeles z ich asystentką May Pang. Po śmierci męża, Yoko przez lata była związana z węgierskim projektantem Samem Hadvatoyem. Związek ten zakończył się jednak z dnia na dzień w 2001 roku: gdy Hadvatoy wrócił z krótkiej podróży, zastał w drzwiach wymienione zamki. Yoko Ono miała bowiem wewnętrzny rdzeń ze stali – twardszej niż jakikolwiek samurajski miecz. Niebawem umieszczę kilka ciekawszych fragmentów z niej.
 
 
 

Historia The Beatles
History of  THE BEATLES