W grudniowym poście (tutaj) napisałem o dwóch książkach, które idealnie nadawały się na gwiazdkowy prezent dla czytelników mojego bloga i fanów The Beatles. Pierwszą z nich opisuję w dzisiejszym wpisie. Drugą – tę o Yoko Ono – zacząłem czytać wczoraj wieczorem i już po kilkunastu stronach wiem, że jest znakomita. Jej autorem jest David Sheff, którego bliżej poznacie w nadchodzącym poście „WRZESIEŃ 1980”. To właśnie wtedy ten młody wówczas dziennikarz rozpoczął słynny wywiad z Johnem dla „Playboya”. David rozmawiał z Johnem i Yoko przez trzy miesiące, a ich znajomość przerodziła się w przyjaźń, która przetrwała do dziś. Owocem ich licznych wspólnych przedsięwzięć jest właśnie ta książka. Ale dzisiaj skupiamy się na tej pierwszej pozycji, którą polecałem Wam w grudniu 2025 roku.W grudniowym poście (tutaj) napisałem o dwóch książkach, idealnie pasujących na Gwiazdkowy Prezent dla Czytelników mego bloga czy ogólnie fanów The Beatles. Pierwszą zamierzam opisać w dzisiejszym poście, drugą, tę o Yoko Ono zacząłem wczoraj czytać i wiem już, po kilkunastu stronach, że to jest książka znakomita. Autorstwa Davida Sheffa, którego poznacie w poście WRZESIEŃ 1980, kiedy to ten młody wtedy dziennikarz rozpocznie wywiad z Johnem dla czasopisma 'Playboy'. David będzie rozmawiał z Johnem i Yoko przez trzy miesiące, ostatecznie jego wtedy rozpoczęta przyjaźń z Yoko przetrwała do dzisiaj, czego owocem, między innymi, bo wspólnych przedsięwzięć David i Yoko mieli mnóstwo, jest właśnie książka o Yoko Ono. Ale dzisiaj publikuję post o tej pierwszej z dwóch polecanych przeze mnie w grudniu 2025.
Czy John kochał Paula? Zostawiam taki tytuł, choć chciałem początkowo by brzmiał: Czy John był zakochany w Paulu? To
pytanie nie jest próbą szukania taniej sensacji ani chwytliwym
nagłówkiem mającym nabijać „kliki”. To fundamentalne pytanie o naturę
najbardziej wpływowego duetu w historii muzyki, które Ian Leslie stawia w swojej rewelacyjnej - dal mnie - książce "John & Paul: A Love Story in Songs". Jako
ktoś, kto przy tworzeniu bloga o Fab Four przestudiował niemal wszystko
– od fundamentalnych biografii P. Normana, I. MacDonalda, K. Badhama, M.
Lewisohna, P. Doggertta czy Huntera Davisa (pierwszego autora
oficjalnej biografii zespołu)), przez gigantyczne archiwum Lewisohna i
Beatles Bible, aż po oficjalne portale Apple Records, The Beatles,
poszczególnych członków zespołu i setki (w tym członków rodzin i
przyjaciół Beatlesów) innych i wnikliwe analizy krytyków rozbijających
każdą strukturę muzyczną na czynniki pierwsze – myślałem, że źródło
wiedzy o nich już dawno wyschło. Leslie udowodnił mi, jak bardzo się
myliłem. Ja się przekonacie do takiego wniosku doszedłem nie tylko ja.

Skąd
takie a nie inny tytuł posta ? Jasne, że kochał, wszyscy w zespole się
kochali, ale zastanawiałem się
nawet, czy nie pójść o krok dalej i nie zapytać: „Czy John był zakochany
w Paulu?”. I nie chodzi tu o tanią sensację czy budowanie „klikalności”
– mój blog nie żywi się reklamami, a Wy, którzy tu zaglądacie, wiecie,
że jedynym paliwem jest tu miłość do muzyki i prawda o zespole. To
pytanie odważył się postawić Ian Leslie, brytyjski autor, którego
najnowszą
książkę właśnie skończyłem czytać, żałując, ze od momentu jej kupna
odkładałem finalną lekturę.Nie szkodzi, niebawem zacznę ją jeszcze raz,
ale wracając do poruszonego, pewnie dla niektórych bulwersującego
wątku, pisarz rzuca wyzwanie naszej percepcji, ale
robi to w sposób niezwykle wyważony, subtelny i – co najważniejsze –
oparty na faktach, które przecież wszyscy doskonale znamy.
Zanim jednak wejdziemy w głąb tej muzycznej alchemii, warto przywołać
pewien obraz. Bono (U2) opowiadał o tej sytuacji w filmie dokumentalnym
"McCartney 3, 2, 1" oraz w różnych wywiadach promujących jego
autobiografię "Surrender". Paul zabrał go w podróż po Liverpoolu swoim
Lexusem, działając jako "najlepszy przewodnik świata".
Podczas
wspólnej przejażdżki po Liverpoolu (listopad 2008, gala MTV), Paul
McCartney zatrzymał samochód w miejscu, które dla postronnego
obserwatora nie wydawało się szczególne. Wskazał jednak Bono konkretny
punkt i opowiedział o momencie, w którym lody między nim a Johnem
ostatecznie pękły. Nie stało się to przy instrumencie, ale nad kostką
czekolady, którą John wyciągnął z kieszeni i podzielił się z Paulem.
Bono, wspominając to wydarzenie, nie krył wzruszenia: To
było jak jazda papamobile, tylko że to papież siedział za kierownicą.
Paul prowadził swojego starego Land Rovera, a my jechaliśmy przez
Liverpool. To nie była zwykła wycieczka; to była mapa drogowa jego
duszy. Zatrzymał się przy małym kiosku z gazetami i powiedział: 'Tutaj,
Bono, tutaj właśnie zdarzyła się ta rzecz. To tutaj John po raz
pierwszy kupił mi batonika Fry’s Chocolate Cream. Kupiliśmy go na pół.
To był moment, w którym poczułem: Och, on mnie lubi. Naprawdę mnie
lubi'. Pomyślałem sobie: To jest fundament. To
jest ta chwila, w której wszechświat się zmienił. Nie przez wielki
wybuch, ale przez wspólnego batonika w deszczowym Liverpoolu. To
było tak, jakbyś siedział w rydwanie z jednym z bogów Olimpu, a on
wskazywałby ci miejsca, w których on i inny bóg – ten, który odszedł –
po raz pierwszy bawili się piorunami. Siedziałem tam, słuchając Paula, i
nagle uderzyło mnie, że dotykam samej tkanki historii. To nie była
opowieść o bóstwach rocka, ale o dwóch chłopcach, których połączyła
zwyczajna, ludzka czułość. Możliwość wejrzenia w głąb tej relacji –
najbardziej twórczego i wpływowego duetu w dziejach – uświadamia, że u
podstaw ich geniuszu leżała po prostu wielka, skomplikowana przyjaźń. To
był przywilej móc zobaczyć ten świat ich oczami”.
Ten fragment, w którym Bono zachwyca się intymnością i bliskością tak
wielkiej historii, idealnie wprowadza mój zachwyt nad książką Iana
Lesliego "John i Paul" – o głębokości, napięciach i niesamowitej
twórczej alchemii dwóch przyjaciół. Wskaźnikiem cudu dla Bono jest nie
tylko sama możliwość zaglądnięcia „za kulisę” historii najbardziej
twórczego duetu w historii rocka, ale także to, jak proste, ludzkie
gesty – jak podzielenie tabliczki czekolady na pół – mogły zostać
pierwszym krokiem do przyjaźni, która dała światu The Beatles.
W 2020 roku Ian Leslie opublikował tekst „64 powody, by świętować Paula McCartneya”(pojawi się na moim blogu niebawem). Wiralowa reakcja na jego błyskotliwe i oryginalne spostrzeżenia skłoniła go do napisania książki „John & Paul: A Love Story In Songs”. 
Ian
Leslie nie jest kolejnym biografem przepisującym daty tras
koncertowych. To pisarz, który potrafi połączyć profesjonalną analizę
akordów i przejść z niezwykłą inteligencją emocjonalną. Skupia się na
ich „podwójnej świadomości” i pokazuje, że ich piosenki były formą
dialogu – gdy jeden pisał o słońcu, drugi odpowiadał o deszczu. To
właśnie z tej dynamiki, z napięć i chwil czystej harmonii, rodziło się
to, co do dziś nazywamy cudem. Leslie pisze o muzyce w sposób
profesjonalny, dając czytelnikowi jasny dowód na to, że obcuje z
dziełami geniuszów, a jednocześnie robi to z pasją, która łamie serce.
Doskonałym przykładem tego intuicyjnego geniuszu jest chociażby to, jak
Paul, niemal bezwiednie, swoimi basowymi akordami nadał ostateczny
kierunek kompozycji George’a Harrisona „Something”. Tak, wszystkie
utwory The Beatles zawodowi krytycy muzyczni rozebrali na
czynniki pierwsze. Opisano niespotykane połączenie akordów,
niespodziewane przejścia z jednej tonacji w drugą i tak dalej. Nikt
jednak w takim stopniu jak Leslie rozebrał do atomów relację między
dwoma liderami Fab Four, dla mnie Mozarta i Beethovena XX wieku (nie
przypisując miana kto jest którym).

W
świecie, w którym wciąż trwa – może już nie Beatlemania, ale głęboka,
dojrzała fascynacja Czwórką z Liverpoolu – książka Iana Lesliego jest
pozycją obowiązkową. Opowiedziana historia to prawdziwy triumf i – jak
trafnie ujął to polski wydawca – „muzyczne love story”. To opowieść o
chemii, która zdarza się raz na stulecie, o przyjaźni tak silnej, że
przetrwała nawet momenty największego dysonansu
Choć wydawałoby się,
że znamy każdy fakt z ich życia, autor rzuca na nie zupełnie nowe
światło. Gorąco polecam tę lekturę, bo to rzecz momentami niezwykle
wzruszająca. Zamiast skupiać się na datach i sesjach nagraniowych, autor
precyzyjnie operuje na tkance relacji między tymi dwoma gigantami. To
faktycznie, jak trafnie ujął to polski wydawca, „Muzyczne love story” –
opowieść o najpotężniejszym artystycznym związku naszych czasów, o
przyjaźni, rywalizacji i nierozerwalnej więzi, która do dziś nie
przestaje nas fascynować. Dla mnie to lektura momentami niezwykle
wzruszająca, która sprawia, że
wraca się do muzyki Beatlesów z wyostrzonym słuchem i nowym rodzajem
wdzięczności. W świecie, w którym wydawało nam się, że wiemy już
wszystko, Leslie rzuca zupełnie nowe światło na tę heroiczną podróż. To
pierwsza od dekad historia o Beatlesach, która sprawia, że serce bije
szybciej. U mnie nierzadko pojawiały się łzy, łzy rozczulenia,
miłości, żalu przy odbiorze danego fragmentu tekstu.

To, co w książce Lesliego fascynuje najbardziej, to sposób, w jaki
autor zagląda pod podszewkę samych kompozycji. Każdy rozdział nosi tytuł
jednego z wielkich hitów – od euforii »She Loves You«, przez
nostalgiczne »Penny Lane«, aż po monumentalne »Hey Jude«. Ian nie
poprzestaje jednak na anegdotach, cytatach, wypowiedziach, chronologii;
on przeprowadza niemal chirurgiczną sekcję struktury muzycznej i
frazeologii. Doskonałym przykładem jest aż dziewięć stron poświęconych
wyłącznie »A Day In The Life«. Autor pokazuje tam, jak dwa skrajnie
różne światy – mroczny, oniryczny Johna i codzienny, wręcz banalny Paula
– zderzyły się, tworząc absolutne arcydzieło. Leslie udowadnia, że w
ich piosenkach każda zmiana akordu czy wybór konkretnego słowa były
formą wzajemnego dialogu, wyzwania lub próby zaimponowania temu drugiemu.

Książkę powinien przeczytać każdy fan muzyki – każdej! – a także historii XX wieku i psychologii ludzkich więzi, bo to studium tego, jak dwie wybitne jednostki mogą stworzyć nową, wspólną tożsamość, która przerasta ich obu. Przez
dekady utarło się przekonanie, że John był dręczonym,
antyestablishmentowym geniuszem, a Paul jedynie rzemieślnikiem
wypluwającym z siebie melodyjne hity, „burżuazyjnym pozerem”. Książka
Iana podkreśla, że to ich głębokie oddanie i niemal telepatyczna więź
stanowiły fundament nadprzyrodzonego partnerstwa, dzięki któremu
powstały te piosenki. Byli oni, jak to ujął autor, „bańką wewnątrz bańki
– a im bardziej zagłębiasz się w tę historię, tym bardziej staje się
ona tajemnicza”. Ta historia zaczyna się w 1957 roku, kiedy dwóch
nastolatków z przedmieść Liverpoolu spotyka się i postanawia razem grać
rock’n’rolla. Kończy się 23 lata później, gdy jeden z nich zostaje
zamordowany. W międzyczasie obserwujemy, jak stają się światowymi
gwiazdami, tworzą niezliczone, nieśmiertelne utwory i odgrywają kluczową
rolę w kształtowaniu współczesnego świata. Ian, autor książki „John & Paul: A Love Story in Songs”,
wyjaśnia, że Lennon i McCartney byli kimś więcej niż tylko
przyjaciółmi, rywalami czy współpracownikami. Byli sobie niezwykle
bliscy – obaj w młodym wieku doświadczyli bolesnych pęknięć w swoim
świecie i obaj desperacko pragnęli więzi emocjonalnej: ze sobą nawzajem i
ze słuchaczami. Piosenka pop stała się dla nich naczyniem, do którego
przelewali smutek, euforię i wszystko, co pomiędzy. Gdy nie potrafili o
czymś mówić, wyśpiewywali to. Nawet po rozpadzie zespołu kontynuowali
muzyczny dialog na odległość, tworząc utwory pełne wzajemnych wyrzutów,
żalu, ale i głębokiego przywiązania.


Choć wszystko to, co Leslie wskazywał w swych wywiadach promujących
książkę, jak np to, że relacje John Lennon - Paul McCartney nie były
tylko walką o dominację,
ale głęboką, niemal telepatyczną współpracą znamy, to dzięki tej akurat
książce wyraźniej dostrzegamy, że ich
piosenki były formą dialogu – kiedy jeden pisał o słońcu, drugi
odpowiadał o deszczu, że to John i Paul to przede wszystkim historia
miłości – braterskiej, trudnej, ale niezwykle twórczej. W tej książce w
sposób unikalny, co wydawałoby się przecież niemożliwe. Znamy -
chociażby z tego bloga (przeczytajcie te linki: 1, 2)
- jakie John wytoczył działa przeciw Paulowi w utworze "How Do You
Sleep", ale chyba tylko dopiero z tej książki dowiedziałem się, że John
napisał w 1973 utwór "I Know" (album "Mind Games"), który jest pewnymi
przeprosinami starego przyjaciela, bo jak inaczej możemy tłumaczyć wersy
zawarte w utworze: And I know just how you feel / And I know now
what I have done / And I know, and I'm guilty, yes I am / But I never
could read your mind w powiązaniu z tymi: Today, I love you more than yesterday / Right now, I love you more right now czy And I know it's getting better all the time / As we share in each other's mind, prawda?
W książce znajdziecie opis tego wątku, tutaj nie chcę go bardziej
rozwijać, bo przyszłaby mi ochota cytować kolejne i post stałby się
książką o książce.

Jak książkę odebrał świat. Przytoczę kilka ważnych recenzji, których treść musi wszystkim zaimponować. W pierwszej części renomowani dziennikarze najbardziej znanych tytułów na świecie.
Deborah Levy, New Statesman: Pełna empatii i dająca ogromną
przyjemność... Leslie pokazuje sposób, w jaki chłopcy wygłupiali się ze
sobą, ale też to, jak bardzo byli poważni... Triumf.
Simon
Schama, Financial Times: Odkrywcza... Jeśli wydaje ci się, że wiesz już
wszystko o Lennonie i McCartneyu, ta analitycznie ostra, napisana z
rozmachem książka sprawi, że zobaczysz i usłyszysz rzeczy, które
wcześniej ci umknęły... Leslie jest błyskotliwym pisarzem, na zmianę
poetycko ekspresyjnym i muzycznie analitycznym... Cudowne ożywienie ich
mocy i radości.
Blake Morrison, Guardian: Inteligentne,
rzetelnie opracowane spojrzenie na intensywną więź między Lennonem a
McCartneyem... Podejście Lesliego jest świeże, ponieważ skupia się na
ich "podwójnej świadomości"... Dynamika ich relacji pozostaje tajemnicą,
ale ta książka przybliża nas do jej zrozumienia.
Alwyn
Turner, The Times: Wspaniały wkład w stale rosnącą bibliotekę dzieł o
Beatlesach... Jest w tym świeżość opowiadania, zachwyt nad czystym
nieprawdopodobieństwem i nowatorstwem tego wszystkiego.
Anthony
Quinn, Observer: Fascynująca opowieść o przyjaźni, twórczym geniuszu i
stracie... Leslie zdobywa wysokie noty za wnikliwą analizę różnic, które
napędzały ich alchemię... Do tej pory za "złoty standard" książek o
Beatlesach uważałem Revolution in the Head Iana MacDonalda. John &
Paul dorównuje jej pod względem pasji do piosenek, a pod względem
oryginalności być może nawet ją przewyższa.
Victoria Segal,
The Times: Można by pomyśleć, że źródło wiedzy o Beatlesach już wyschło,
ale książka Iana Lesliego wnosi do tematu niezwykłą inteligencję
emocjonalną. Więź tej pary jest badana poprzez ich pisanie piosenek,
kreśląc momenty czystej harmonii, dysonansowe starcia i złożone napięcia
pomiędzy nimi.
T Bone Burnett, New York Times: Śledzenie
spostrzeżeń Lesliego na temat tego, jak daleko i szybko zaszli John i
Paul, jak niezwykły był ich sojusz i jak bohaterska ich epicka podróż,
oszałamia. Żałuję, że Johna nie ma już z nami, by mógł to przeczytać.
Mam nadzieję, że jeśli Paul to przeczyta, poczuje głębię uznania,
wdzięczności i inteligencji zawartą w tej książce.
Marc Weingarten, Los Angeles Times: Myślimy, że wiemy wszystko, ale autor Ian Leslie udowadnia, że jest inaczej... Objawienie.
Sunday
Telegraph: John & Paul to elegancko napisany i oryginalny sposób
opowiedzenia historii Beatlesów, która jest równie fascynująca i
zadziwiająca jak ich muzyka.
Dylan Jones, Evening Standard:
Uwierzcie mi, to nie hiperbola: John & Paul to arcydzieło, klasyka i
książka, którą powinien przeczytać każdy, kto chce naprawdę zrozumieć,
jak działali Beatlesi. Wydawało mi się, że wiem o tym zespole więcej niż
większość ludzi, a jednak w tej książce znalazły się rzeczy, o których
a) nie wiedziałem i b) które nigdy wcześniej nie przyszły mi do głowy.
Nie zamierzałem recenzować tej książki, ale po spędzeniu weekendu na
lekturze – gdy tylko skończę to pisać – zamierzam zacząć czytać ją od
nowa.
Economist: Wartościowa pozycja w kanonie. Leslie
oferuje bogatą, wrażliwą interpretację relacji między Johnem Lennonem a
Sir Paulem McCartneyem... Szczerze dająca do myślenia.
Richard
Williams, Literary Review: Absorbująca... Na tym etapie trudno o
oryginalne myśli na temat Beatlesach, ale Leslie wyświadcza nam
przysługę, odsyłając nas z powrotem do muzyki z wyostrzonym słuchem i
jeszcze większą wdzięcznością wobec jej twórców.
Ethan Hawke:
To jest niesamowite. Fantastyczna książka. I złamała mi serce. (Ethan
to największy fan zespołu wśród hollywoodzkich gwiazd; czytając ten
zrozumiecie dlaczego.
Aktor co prawda narobił sobie ostatnio sporo "wrogów" w samym
Liverpoolu, gdyż po zwiedzeniu całego miasta - oczywiście dla miejsc
związanych z Fab Four - napisał, że jest zdziwiony, jak tacy geniusze
mogli się urodzić i wychować w takim "gównianym" mieście; sam mieszka w
Nowym Jorku).
Paul Mescal: [Ian Leslie] rzuca dla mnie nowe
światło na całą tę relację... Zakorzenia ją w pewnego rodzaju miłości.
To tak poruszające, że aż chce się płakać. (Paul to aktor grający Paula w
nowo powstającej serii czterech filmów o The Beatles w reżyserii Sama
Mendesa).
Caitlin Moran (znany angielska dziennikarka): Pierwsza nowa historia o Beatlesach od dziesięcioleci – i ta, która sprawi, że twoje serce pęknie z emocji.Ze świata muzycznego shownbiznesu znalazłem tylko taką:
Simon Napier-Bell (legendarny menedżer, m.in. The Yardbirds, Wham!, George’a Michaela): Żadna inna książka nie zbliżyła się tak bardzo do uchwycenia tego, o co naprawdę chodziło Paulowi McCartneyowi, ani nie opisała tak żywo jego załamania psychicznego po rozpadzie The Beatles. Fascynująca, genialna lektura. Tylko ta. Trudno zresztą było oczekiwać, by znani muzycy odnosili się do niej. Publiczne pochwalenie książki, która sugeruje, że Paul miał załamanie nerwowe lub analizuje jego „miłosną relację” z Johnem, byłoby postrzegane jako nielojalność. Paul jest bardzo czuły na punkcie swojego wizerunku. Gdyby np Mick Jagger pochwalił biografię McCartneya, dziennikarze natychmiast zapytaliby go o jego własne, nieautoryzowane biografie. Lepiej udawać, że takie książki nie istnieją.
Uznałem, że ciekawym
suplementem do postu na sam jego koniec będzie zacytowanie kilka odpowiedzi
samego Autora na pytania odnośnie, nazwę to, tematu "The Beatles".
Dowodzą one, że Autor stał się naprawdę niezłym 'beatlesologiem", a nie
tylko zdolnym analitykiem łączącym kropki z niezliczonych źródeł
Pytanie: Biorąc pod uwagę twoje doświadczenie w marketingu i biznesie,
kiedy badałeś i pisałeś tę książkę, czy kiedykolwiek znalazłeś się,
świadomie lub nieświadomie, analizując The Beatles przez pryzmat
marketingu, promocji i strategii biznesowej?

IAN LESLIE : Tak, było kilka punktów, w których zastanawiałeś się nad tym,
jak pewne decyzje wpłynęły na ich sukces lub spowolniły go w jakiś
sposób. I poza wszystkim innym – oprócz historii twórczej i
artystycznej, która jest oczywiście miejscem, w którym skupiam się w
książce – jest to niesamowita historia innowacji i tworzenia zupełnie
nowego rynku. Dużo rozmawiamy o wymyślaniu przyszłości. Ci faceci
naprawdę wymyślili własną przyszłość, ponieważ nie byli zadowoleni z
tego, co było wokół nich. Po pierwsze, duża marka na
swoim rodzimym rynku, a potem stają się ogromną globalną marką i są
absolutnie dominujące. I okazuje się, że jest to również trwała marka.
Nie chodzi tylko o kilka lat. I tworzą nową kategorię lub nowe
kategorie, jeśli chodzi o ogólną kategorię bycia grupą pop, która nie
jest tylko błyskiem w patelni. A także produkty takie jak album,
który tak naprawdę nie był najlepiej sprzedającym się typem produktu,
dopóki się nie pojawił. Więc tak, to zadziwiająca historia z
komercyjnego punktu widzenia.
P: Myślę, że dla mnie jedną z pierwszych części historii założenia
marki był właściwie tylko wybór ich nazwy. Nazwa "The Beatles", jak
sądzę, to po prostu idealna nazwa zespołu. I brzmi to
tak idealnie, że prawie wydaje się, że po prostu pochodzi z niebios
organicznie, ale była to naprawdę konsekwencja i celowa decyzja, którą
podjęli. I przetestowali kilka nazwisk. Przed The Beatles, oczywiście,
byli The Quarrymen na początek. Ale czy masz jakieś przemyślenia lub reakcje na ich podejście do nazewnictwa i nazwę "The Beatles"?

Leslie: To
interesujące, ponieważ to ciekawe, że postrzegasz to jako nazwę
idealną. I za chwilę poproszę cię o rozwinięcie tej myśli. Ponieważ ja
widzę to dwojako. To znaczy, oczywiście wyszło to całkiem nieźle. Ale
można by też powiedzieć, że to niemal najgorsza nazwa w historii. I te
dwie rzeczy są ze sobą nierozerwalnie połączone. To musi być albo
najgorsza, albo najlepsza nazwa. Okazała się najlepszą... Ale
pozwól, że przedstawię argumenty za „najgorszą nazwą”, zanim
przejdziemy do argumentów za „najlepszą”. To nie był rozpoznawalny typ
nazwy, jeśli rozumiesz, co mam na myśli. Zasadniczo gwiazdami tamtych
czasów, w późnych latach 50. i wczesnych 60., byli soliści albo solista z
grupą akompaniującą. Miałeś więc Elvisów Presleyów, miałeś Cliffa
Richarda i The Shadows. Prawda? Czyli miałeś „X i Y-greki”. I idea, że możesz mieć po prostu „The Somethings” (Coś tam)... wiesz, albo Buddy Holly i The Crickets. Ale idea samego „The Crickets” czy „The Somethings” – to właściwie nie istniało. Nie było na to precedensu.
I to wpędziło The Beatles w sporo... to w pewien sposób spowolniło ich postęp, ponieważ byli tak zdeterminowani, by nie mieć frontmana z różnych powodów, że promotorzy i inni mieli trudności z powiedzeniem: „No dobrze, ale kto to jest? Nie rozumiem. Co to za grupa?”.
A druga sprawa to fakt, że to po prostu bardzo tani żart słowny. To znaczy, historie o jego pochodzeniu różnią się od siebie, ale miało to
coś wspólnego z tym, że być może zainspirowali się The Crickets i
wybrali innego owada, ale zrobili z tego grę słów, ponieważ grali to, co
wtedy nazywano muzyką beatową. I kończą z tym dość tanim żartem. Ta
nazwa musiała być wyjaśniana raz po raz. I widzisz to przez cały czas,
aż do momentu, gdy zaczynają stawać się sławni – wszyscy promotorzy,
ludzie z wytwórni płytowych i publiczność reagują w stylu: „The Beat…
Co? The Beetle (Żuk)? Co?”. I oni muszą to przeliterować. „Tak, pisze
się B-E-A-T”. Więc
to mozolna rzecz, gdzie musisz to wyjaśniać. A potem, kiedy już to
załapiesz, mówisz: „O tak, to The Beatles. Wchodzę w to”. I myślę, że
tutaj właśnie przechodzimy do twojej argumentacji za „najlepszą nazwą w
historii”.
P: Mieli
więc ten bardzo charakterystyczny wizerunek w swoich wczesnych dniach:
fryzury „mop-top”, dopasowane garnitury, buty beatlesówki. Dosłownie
ikoniczni od stóp do głów, od włosów po buty. Czy ich menedżer, Brian
Epstein, zasługuje na duże uznanie w tej kwestii? Czy uważasz, że to
raczej nawiązywało do naturalnego gustu Beatlesów w kwestii mody? Co
sądzisz o tym początkowym wizerunku, który stworzyli?

Ian
Leslie:
Tak, to interesujące pytanie. Zanim poznali Briana Epsteina, mieli...
zawsze mieli wyrazisty wygląd. Zawsze wyglądali... i wyglądali bardzo
inaczej niż inne grupy, które były wokół. Inne zespoły miały tendencję
do noszenia krzykliwych, złotych garniturów z lamy i wyglądały bardzo
mocno tak, jakby były w show-biznesie. A Beatlesi postawili na
niechlujną skórzaną kurtkę... Wyglądało to tak, jakby byli po prostu
zebrani przypadkowo, ale w rzeczywistości wszyscy nosili to samo. I to
zdecydowanie było częścią ich wizerunku jako niechlujnych nowicjuszy. Teraz
pojawia się Epstein i mówi: „No cóż, nie dostaniecie się do telewizji,
jeśli będziecie tak wyglądać, prawda? Musicie wypracować tutaj jakiś
kompromis”. Patrząc na to z perspektywy czasu, Lennon mówił coś w stylu:
„Och, zmusił nas do sprzedania się” i tak dalej. Ale nie sądzę, żeby to
było całkiem słuszne. Oni już wcześniej wyglądali na nieco zbyt
starających się ze swoim rockabilly lookiem w skórzanych kurtkach.
Wyglądało to trochę tak, jakby próbowali być powrotem do lat 50. Było w
tym coś w rodzaju: „Ach, to już mamy za sobą, chłopaki”. Więc myślę, że
oni byli już gotowi, by iść naprzód. I
druga sprawa jest taka, że przyjęli jego sugestię, by wyglądać bardziej
elegancko, ale potem wybrali naprawdę świetne garnitury. Jak te
inspirowane Yves Saint Laurentem marynarki bez kołnierzy i wąskie
spodnie z fajnych materiałów. Znaleźli więc ten... to było trochę jak
grupa z Motown, doprawdy. Znaleźli więc sposób, by powiedzieć: „Okej,
rozumiem już cel. Celem jest w efekcie przebicie się do mediów głównego
nurtu, a nie można tego zrobić, będąc ubranym jak do małych klubów w
Liverpoolu i Hamburgu. Ale z drugiej strony, nie chcę być po prostu tacy
jak wszystkie inne grupy”. Oni zawsze nienawidzili być tacy jak
wszystkie inne grupy, prawda? Nigdy tego nie zrobimy. „Dlaczego więc nie
mielibyśmy znaleźć własnego sposobu na elegancję?”. I to jest ta
interesująca lekcja: idziesz na jakiś kompromis z publicznością lub
rynkiem, ale to nie oznacza, że stajesz się mniej indywidualny. Po
prostu znajdujesz nowy sposób na bycie indywidualnym...

Tak, tyle Ian Leslie na kilka ciekawych tematów dotyczących początków zespołu. Przed Wami, mam nadzieję, fascynująca przygoda z lekturą książki o przyjaźni dwóch muzycznych geniuszy wszech-czasów. Jak dotąd nie udało mi się znaleźć nigdzie jakiejkolwiek opinii Sir Paula na temat książki. Guardian donosił, że Leslie pisząc książkę nie spotkał się ani razu ze sławnym Beatlesem. Paul McCartney i Ringo Starr od lat stosują tę samą taktykę: nie komentują biografii, których sami nie autoryzowali. Gdyby zaczęli odnosić się do każdej książki (a o Beatlesach wychodzi ich kilka rocznie), nie robiliby nic innego. Szczególnie Paul unika promowania publikacji, które "grzebią" w jego prywatności lub stawiają kontrowersyjne tezy o jego relacji z Johnem.
To post, nad którym najdłużej pracowałem. Kończąc książkę... Około 1, 5 tygodnia. Dziesiątki jego wersji... Powstawały kolejne moje demo i takes ;), ale i tak uważam, że mógłby być lepszy, bo na to zasługuje tak książka, piękny, naprawdę przepiękny hołd złożony najbardziej twórczej muzycznie, kulturowo parze XX wieku. Post wieńczy piękne zdjęcie pary żyjących jeszcze członków Wspaniałej Czwórki nad memoriale 'Imagine', niedaleko miejsca gdzie zginął John.
Historia The Beatles
History of THE BEATLES
To ostatnie zdjęcie, niestety nie jest prawdziwe, tylko wygenerowane przez AI.
OdpowiedzUsuń