Klasa The Beatles: Queen

 

 


Dzisiaj post o Queen, mieszczący się w formule serii bloga "Klasa The Beatles". Z dwóch powodów, choć pewnie jest ich dużo więcej. 29 maja we wrocławskiej  Hali Orbita zobaczę występ włoskiego zespołu Music of the Queen. Powinno być nieźle, w czym utwierdziło mnie obejrzenie występu tego zespołu, którego liderem jest Valentin Louis Findling. Tak jak w przypadku wcześniej, dwa lata temu, także włoskiego zespołu coverującego piosenki Bee Gees, tak w tym i w tym wiadomym było, że mierzyć z taki repertuarem mogą naprawdę dobre tribute-bandy.  Drugi powód to obejrzenie w ostatni piątek w kinie "Bohemian Rhapsody". Choć mam ten film u siebie na dysku w świetnej jakości, to wielki ekran i nagłośnienie kinowe zawsze wyciągają z tej historii coś nowego. Siedząc w ciemnej sali, doznałem pewnego olśnienia dotyczącego mojego ukochanego tematu – fenomenu The Beatles. No i przy okazji moje myśli powędrowały właśnie w kierunku 
zespołu Freddiego Mercurego.
FREDDIE MERCURY (kilkakrotnie podkreślał, że gdyby mógł spędzić czas z kimś z The Beatles, wybrałby Johna Lennon, uznając go za „najbardziej fascynującą” i „najbardziej interesującą” osobowość zespołu):  John Lennon był większy niż życie i był absolutnym geniuszem. Nawet na bardzo wczesnym etapie, kiedy The Beatles dopiero zaczynali, on zawsze był tym, którego podziwiałem najbardziej. Miał tę niesamowitą magię... Był moim idolem... Zawsze wolałem piosenki Johna… było w nich coś magicznego.  

Dlaczego The Beatles nie mają sobie równych? (I kto depcze im po piętach). Często zadaje się pytanie: dlaczego to właśnie oni są uznawani za największy zespół wszech czasów? Argumentów są tysiące, ale ja chciałbym podkreślić jeden, który często nam umyka: niesamowitą różnorodność, oczywisty geniusz dwójki liderów i bardzo mądre posunięcie, zapewne intuicyjne, uniknięcie pułapki jednego stylu.
BRIAN MAY: Wszyscy dorastaliśmy, słuchając The Beatles. The Beatles byli naszą Biblią... Dla nas byli dowodem na to, że można być zespołem rockowym, a jednocześnie eksperymentować z każdym gatunkiem muzycznym. Oni nie mieli barier i my staraliśmy się iść tą samą drogą... Dla mnie są największymi. To szczyt: sposobu pisania, wykonywania i etosu rocka... Rozbili mnóstwo barier, wielokrotnie zmienili świat... Będę zawsze kochać The Beatles bez żadnych zastrzeżeń...The Beatles stworzyli nowoczesne studio nagraniowe w takiej formie, jaką dziś znamy.


ROGER TAYLOR: The Beatles byli powodem, dla którego to wszystko się zaczęło... The Beatles to dla nas wzorzec dla porównywania... Nie ma sensu porównywać Queen do Beatlesów, bo są po prostu na zupełnie innym poziomie historycznym... To, co było niesamowite w The Beatles, to fakt, że każdy z nich wnosił coś innego. Byli jak gang, w którym każdy był indywidualnością, ale razem tworzyli coś nie do podrobienia. To była nasza największa inspiracja przy tworzeniu Queen 

Słuchając wielkich: Rolling Stonesów, Led Zeppelin, The Police czy solistów jak Dylan, Elton John czy Bruce Springsteen, słyszymy wspaniałą muzykę. Ale umówmy się – ona jest do siebie bardzo podobna. Stonesi, uznawani za największych rywali Fab Four, od dekad grają w tym samym stylu. Te same aranżacje, ten sam wokal Jaggera, ten sam schemat Richardsa. Słuchasz jednej płyty i wiesz, czego spodziewać się po następnej. Beatlesi: Cztery światy w jednym zespole.
FREDDIE: Nie jestem zdolny do tego, co robił Lennon.
Choć JOHN DEACON zawsze mówił mniej medialnie niż inni, w materiałach fanowskich i analizach tworzenia Queen zauważa się, że traktował The Beatles jako gigantów, których piosenki stanowiły „szkołę” dla całego pokolenia muzyków młodszej generacji, w tym jego samego. Wszyscy byliśmy pod wpływem The Beatles.
W The Beatles, tej "czterogłowej bestii" (jak ich czasem nazywano) różnoraki styl działał na pełnych obrotach, bo każdy wnosił inną wrażliwość: rockowy pazur Johna, melodyjność Paula, z czasem duchowość George’a i spokój Ringo. Mieliśmy czterech wokalistów i trzech genialnych kompozytorów. Kluczem była jednak unikalna dynamika: spółka Lennon-McCartney tworzyła wspólnie utwory, które stały się osobnym stylem samym w sobie, gdzie jeden inspirował (a czasem tonował) drugiego. Jednocześnie obaj pisali dzieła całkowicie samodzielne, które bez doradztwa czy konstruktywnej krytyki partnera nabierały zupełnie innego, osobistego charakteru. Gdy dodamy do tego rozkwitający talent George’a Harrisona, otrzymujemy mieszankę wybuchową. To dlatego ich płyty są jak podróż przez różne galaktyki – od prostego rock and rolla, przez psychodelię, aż po skomplikowane formy orkiestrowe. Analizując dyskografię innych gigantów, znalazłem tylko jeden zespół, który zbliżył się do tej Beatlesowskiej różnorodności. To właśnie Queen. W młodości zetknąłem się z nimi, gdy jeszcze nie znałem żadnej ich piosenki. Miałem piękny, duży plakat czterech zakapiorów w skórach na czarnym tle, możliwe, że w takim ujęciu jak te zdjęcie na górze. Po jakimś czasie pierwszym utworem jaki usłyszałem było "Somebody To Love" i nie mogłem uwierzyć, że śpiewa tą prawie "operową" w chórkach piosenkę ten zespół z plakatu.

 Choć tam (prawie) zawsze śpiewał Freddie Mercury, to fakt, że każdy z członków zespołu pisał światowe hity, nadał ich muzyce niespotykany koloryt. Spójrzcie na autorstwo ich największych przebojów – to rzadkość w świecie rocka, by cała czwórka była tak płodna twórczo:

 

  • Freddie Mercury: "Bohemian Rhapsody", "We Are the Champions", "Killer Queen", "Love of My Life", "Somebody To Love", "Don't Stop Me Now", "Crazy Thing Called Love", "Friends Will Be  Friends" (z Deaconem), "Innuendo" (z Taylorem)

     


  • Brian May: "We Will Rock You", "The Show Must Go On", "Tie Your Mother Down", "Save Me", "Hammer To Fall", "Who Wants To Live Forever", "I Want It All"

     


  • Roger Taylor: "Radio Ga-Ga", "A Kind of Magic", "Calling All Girls", "The Invisible Man", "Innuendo" (z Mercurym), "These Are the Days of Our Lives"


     

  • John Deacon: "Another One Bites the Dust", "I Want to Break Free", "You're My Best Friend", "Spread Your Wings", "Back Chat", "Friends Will Be  Friends" (z Mercurym)

     "Under Pressure" wielki hit napisała cała czwórka wraz z biorącym udział 
    w nagraniu Davidem Bowie.  
     

Dla mnie Queen to wciąż klasa niżej niż moi faworyci z Liverpoolu, ale trzeba im oddać jedno: potrafili uciec od schematu, w który wpadli Stonesi czy inni wielcy tamtej epoki.  Przy tworzeniu tego posta trafiłem na bardzo ciekawy artykuł. Znany producent Steve Lillywhite (wcześniej pracował dla przebojowych piosenek innych zespołów, w tym "Nagi" Talking Heads, "The Joshua Tree" U2, "Dirty Work" The Rolling Stones) postawił odważną tezę. Choć Beatlesi to absolutna legenda, to Queen ma nad nimi jedną, potężną przewagę: stadiony!  Lillywhite twierdzi, że: The Beatles nigdy nie nagrali utworu, który mógłby stać się hymnem na wielkim wydarzeniu sportowym.  Queen ze swoimi „We Will Rock You” czy „Another One Bites The Dust” opanował tę przestrzeń bezbłędnie. W najnowszych ankietach aż 37% fanów wskazuje Queen jako zespół marzeń do zobaczenia na żywo – to o 10% więcej niż w przypadku Beatlesów! No tak, trudno z tym polemizować. Występ zespołu na legendarnym Live Aid (1985) w 1985  w opinii fachowców to najwspanialszy koncert rockowy w dziejach. Choć wtedy na scenie byli choćby The Who czy U2 to  wykonanie przez nich skondensowanej dawki swoich największych hitów: Bohemian Rhapsody, Radio Ga Ga, Hammer to Fall, Crazy Little Thing Called Love, We Will Rock You i finałowe We Are The Champions plus magia Freddiego zdefiniowała występ jako czystą rockową magię oraz esencję rockowego show. Słynne „Ay-Oh!” Freddiego sprawiło, że 72 tysiące ludzi na stadionie i 1,9 miliarda przed telewizorami poczuło się, jakby śpiewali tylko dla niego a warto też pamiętać, że  bez prób dźwięku, w pełnym słońcu, Queen udowodnił, że są najlepiej naoliwioną maszyną koncertową świata.

   



Historia The Beatles
History of  THE BEATLES

 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz