George Martin o Fab Four raz jeszcze.


 




 Jeśli mam ich oceniać wyłącznie na podstawie tego, czego teraz słucham, to przykro mi, ale będę musiał ich odrzucić. Była to odpowiedź George'a Martina na propozycję podpisania kontraktu przedstawioną mu przez Briana Epsteina. Producent uznał, że sama taśma nie daje wystarczających podstaw do podjęcia decyzji. Jednocześnie zauważył, że Epstein był niezwykle szczerym i zaangażowanym człowiekiem, dlatego dał mu „szansę ratunkową” — zaprosił zespół na próbne nagranie. 
 
 
To głupia nazwa. Kto chciałby założyć zespół o nazwie "Chrząszcze" (Beetles) ? Brian Epstein wyjaśnił mu, że chodzi o grę słów — Beatles, z „a” nawiązującym do słowa beat. 
 

 

 Byli zuchwali, bezczelni w sympatyczny sposób, i mieli w sobie ten szczególny blask.
 
W świecie show-biznesu legendarna już dzisiaj sesja nagraniowa The Beatles dla wytwórni Decca z 1962 roku wspomniana jest zwykle jako gigantyczna, wręcz podręcznikowa porażka łowców talentów, którzy po prostu nie poznali się na czterech chłopcach z Liverpoolu. Z drugiej strony mówiło się też, że sami Beatlesi wypadli tamtego dnia dość blado, spięci i niepewni. Jednak po latach, gdy John Lennon przesłuchiwał taśmy z tej słynnej sesji ([tutaj możecie posłuchać Decca Sessions]), podsumował to krótko i w swoim stylu: zgrali naprawdę OK, po prostu nie dostali szansy.
Ale wiedzą o tym wszyscy fani Fab Four – i pisałem o tym na blogu już nie raz – że to odrzucenie przez Decca było dla nich najlepszym, co mogło się wydarzyć. Było niczym zrządzenie losu.
   
Dzięki tej odmowie trafili prosto pod skrzydła George’a Martina. Kto wie, jak potoczyłyby się ich losy, gdyby za konsoletą usiadł ktoś inny? George był nie tylko genialnym muzykiem i producentem, ale też cierpliwym mentorem, który idealnie zrozumiał ich szaleństwo, wrażliwość i humor. Narzędzia i przestrzeń, które im dał, pozwoliły rozkwitnąć ich muzyce w sposób wręcz kosmiczny. Oczywiście, ich niesamowity talent i tak obroniłby się sam i prędzej czy później wybił na wierzch. Ale to właśnie spotkanie z Martinem sprawiło, że zamiast zwykłego zespołu z przebojami w radiu, stali się muzyczną legendą, która zmieniła świat na zawsze. 
Kiedy spotkałem ich po raz pierwszy w 1962 roku, ich materiał był fatalny. Ich piosenki… no cóż, ‘One After 909’? Co to w ogóle było? To były głupie rzeczy. Naprawdę niezbyt dobre. Ale mieli w sobie potencjał. I mieli charyzmę.
   

 
Kiedy spotkałem ich po raz pierwszy, nie było wśród nich wyraźnego lidera. Wszyscy po kolei zabierali głos, a ja wróciłem do domu, zastanawiając się, który z nich zostanie gwiazdą.
Historie o tym, jak George Martin spotkał The Beatles i jak kształtowała się ich muzyczna droga, doskonale już znacie z mojego bloga. O legendarnej sesji w Abbey Road i początkowym dystansie słynnego producenta napisano już właściwie wszystko.
​Ostatnio trafiłem jednak na krótki archiwizm – nagranie, na którym Sir George Martin opowiada tę historię swojej małej wnuczce. I choć sam początek brzmi znajomo, to ostatnie słowa z tego filmu poruszyły mnie w absolutnie wyjątkowy sposób. Jestem przekonany, że z Wami będzie dokładnie tak samo.
​Gdy Martin wspomina pierwsze przesłuchanie Czwórki z Liverpoolu, mówi wprost: muzycznie było po prostu w porządku, nic nadzwyczajnego. Bez błysku, bez natychmiastowego zachwytu. Prawdziwa magia nie wybuchła wcale w momencie uderzenia w struny czy pierwszych dźwięków gitary. Polakierowany świat wielkiego show-biznesu często każe nam wierzyć w genialne objawienia i błyskawiczne "to coś". A tu historia potoczyła się zupełnie inaczej. 
Moje myślenie było tak ukształtowane przez sukces ludzi takich jak Tommy Steele i Cliff Richard, że nie potrafiłem sobie wyobrazić, aby zespół mógł odnieść sukces jako zespół. Bardzo się myliłem. 
​Magia pojawiła się chwilę później – w rozmowie. W tym, jakimi byli ludźmi: dowcipnymi, bystrymi, pełnymi ciepła i bezpretensjonalnego uroku. George Martin nie zakochał się od razu w ich piosenkach; zauroczył się po prostu ich obecnością. Przekonał go fakt, że byli to ludzie, z którymi po ludzku, zwyczajnie chciało się być.
​To piękne przypomnienie, że u podstaw największego fenomenu w historii muzyki rozrywkowej nie stała od pierwszej sekundy chłodna kalkulacja ani obezwładniający wirtuozeria, lecz zwykła,
czysta ludzka chemia i poczucie, że spotkało się kogoś wyjątkowego.
Zresztą, zobaczcie sami całą tę wypowiedź Sir George’a Martina — tytuł szlachecki z rąk królowej Elżbiety II otrzymał w 1996 roku za swoje ogromne zasługi dla przemysłu muzycznego. Legendarny producent, nazywany często „piątym Beatlesem”, odszedł w 2016 roku w wieku 90 lat, pozostawiając po sobie historię, do której zawsze wraca się z ogromnym sentymentem.
   
 
 ​Oto co dokładnie powiedział swojej wnuczce:  Słuchałem tego, co nagrali – to było niezłe, ale nie było genialne. Pomyślałem sobie: »Dlaczego właściwie miało wyjść z tego coś ciekawego?«. Jednak magia pojawiła się wtedy, gdy zacząłem ich poznawać, bo byli wspaniałymi ludźmi. Byli dowcipni, byli bardzo bystrzy, mówili same miłe rzeczy i byli po prostu takimi ludźmi, z którymi chciało się przebywać. Pomyślałem więc: »Jeśli ja tak do nich czuję, to inni ludzie też tak poczują, więc powinni stać się bardzo popularni«. I zacząłem nagrywać z nimi płyty.”
 

   Zobaczcie ten krótki fragment sami:
 
John Lennon i Paul McCartney byli całkiem dwiema odrębnymi osobowościami — bardzo do siebie podobnymi, a jednocześnie tworzącymi zupełnie różnego rodzaju muzykę. Gdyby w ciągu całego życia trafił się człowiek z talentem któregokolwiek z nich, można by uważać się za szczęściarza. A tutaj miałem dwóch takich ludzi, pracujących razem.


I był jeszcze trzeci facet, który nazywał się Harrison — też nie był zły. Mieli kiepskiego perkusistę, którego się pozbyli. A potem pojawił się inny facet, znacznie lepszy perkusista, a przy tym dość ekscentryczna osobowość, z talentem do rzucania świetnych, krótkich żartów.

Kiedy jesteś z nimi, czujesz się wzbogacony ich obecnością. A kiedy odchodzą, czujesz się trochę uboższy

 

Tutaj jeszcze kilka wspomnień z początków relacji George Martin z Beatlesami, cała "piątka Beatlesów". 


Historia The Beatles
History of  THE BEATLES





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz