Paul u Rolling Stonesów. Covered in You


 

Tytuł: Covered In You
Wykonawca: The Rolling Stones
Album: Foreign Tongues
Rok wydania: 2026 (10 lipca 2026)
Czas trwania: 4:31
Kompozycja: Mick Jagger, Keith Richards
Producent: Andrew Watt
Wytwórnia: Polydor Records / Promotone B.V. (na licencji Universal Music)
 

 Obsada:
Mick Jagger – śpiew, harmonijka ustna
Keith Richards – gitara, chórki
Ronnie Wood – gitara
Paul McCartney – gitara basowa  
Steve Jordan – perkusja

 



Gdy się tak zastanawiam, to nigdy tak dużo nie słuchałem Stonesów jak teraz. Nie byłem ich wielkim fanem, choć oczywiście doceniałem i doceniam ich pozycję w muzyce, niepodważalną, pomnikową, ikoniczną. Pisałem o tym na blogu wiele razy. Owszem, przed laty, gdy przyjechali drugi raz do Polski odświeżałem sobie ich płyty, ale to chyba tylko wtedy. Nawet w 2023 nie było tego u mnie szaleństwa przy okazji wydania ich nowego albumu "Hackney Diamodns", bo teraz choć dzisiaj opisuję aktualny ich numer, to kiedy się tylko da słucham ich "wszystko". Na koniec podam Wam moja ich aktualną playlistę,  ale póki co, znowu numer RS, który totalnie mną zakręcił i nie tylko z powodu... Bo są takie piosenki, które od pierwszego przesłuchania wpadają do głowy, a po kilku dniach... wciąż nie chcą z niej wyjść. Dla mnie właśnie takim utworem stało się „Covered In You” z najnowszego albumu The Rolling Stones. Od kilku dni słucham go praktycznie bez przerwy – dawno żaden nowy utwór nie zrobił na mnie takiego wrażenia. Ostatnio podobnie miałem przy "Jealous Lover"), a teraz pałeczkę przejęło właśnie „Covered In You”. Im częściej jej słucham, tym bardziej zwracam uwagę - z powodów, których na tym blogu nie ma potrzeby wyjaśniać -  na jeden szczegół: bas Paula McCartneya. Za pierwszym razem po prostu świetnie współgra z zespołem.
Za piątym czy dziesiątym odsłuchem zaczyna się wychwytywać niuanse, charakterystyczny sposób prowadzenia linii basu i tę niezwykłą muzykalność, która od ponad sześćdziesięciu lat jest znakiem firmowym Paula. To nie jest popisowe granie – wręcz przeciwnie. McCartney robi dokładnie to, czego wymaga utwór. Keith Richards zdradził w wywiadzie, że powiedział producentowi Andy’emu Wattowi, iż chce prostą, mocno przesterowaną partię basu 
jak w „Bite My Head Off”, bez żadnych ozdobników. Paul wszedł do studia i... nagrał wszystko w jakieś dziesięć minut. [czytaj niżej]  To zresztą nie było ich jedyne wspólne nagranie. Podczas sesji w 2023 do albumu "Hackney Diamonds" McCartney zagrał również w znakomitym „Bite My Head Off”.  

   

Keith podkreśla jednak, że w „Covered In You” Paul zagrał zupełnie inaczej – bardziej funkowo, z charakterystycznym pulsem. Znamy się z Paulem od ponad sześćdziesięciu lat. Ta cała rywalizacja Beatlesi kontra Stonesi to był głównie wymysł prasy, żeby sprzedawać gazety. Zawsze byliśmy kumplami. Gra z nim po tylu latach w jednym pokoju była niezwykle naturalna. Zrobił dokładnie to, czego potrzebował numer – bez żadnego 'gwiazdorzenia'.

Sam McCartney wspominał później, że praca ze Stonesami była dla niego ogromną przyjemnością. Mówił, że gdy siadasz z nimi w studiu, od pierwszej chwili słyszysz ten niepowtarzalny dźwięk. Nie próbują brzmieć jak

The Rolling Stones – oni po prostu nimi są. Z uśmiechem stwierdził nawet, że przez jeden dzień był... muzykiem sesyjnym The Rolling Stones. Ludzie zapominają, że u podstaw The Rolling Stones leży czysty, surowy rhythm and blues. Kiedy dołączasz do nich w studiu, nie musisz wymyślać koła na nowo. Po prostu wchodzisz w ich rytm. Mój bas miał być tłem, które napędza gitary Keitha i Ronniego, i daliśmy z siebie absolutny czad. 

I chyba właśnie dlatego ta piosenka działa tak dobrze. Słychać w niej klasyczne, surowe brzmienie Stonesów, a jednocześnie gdzieś pod spodem pracuje bas jednego z najwybitniejszych muzyków w historii rocka. Nie dominuje, nie wychodzi na pierwszy plan, ale kiedy zacznie się go świadomie słuchać, trudno przestać. Ja właśnie doszedłem do tego etapu – coraz częściej łapię się na tym, że zamiast na wokalu czy gitarach, skupiam się na linii basu Paula. I z każdym kolejnym odsłuchem odkrywam w niej c oś nowego. Jeśli jeszcze nie zwróciliście na to uwagi, polecam następnym razem posłuchać „Covered In You” właśnie pod tym kątem. Jest spora szansa, że usłyszycie tę piosenkę zupełnie inaczej. 

Ronnie Wood: Paul był zachwycony. Odhaczał rzeczy które ma jeszcze do zrobienia... Powiedział: ‘Gram z The Rolling Stones! Zawsze chciałem to odhaczyć i nigdy nie myślałem, że to się stanie.




Mick wyjawił w mediach kulisy tego, jak w ogóle doszło do ściągnięcia McCartneya. Wbrew pozorom nie był to skomplikowany zabieg menedżerski: Andy Watt po prostu zadzwonił do Paula i powiedział: »Hej, pracuję nad nową płytą Stonesów, wpadłbyś zagrać na basie?«. Paul odpowiedział: »Jasne, kiedy mam być?«. Przyjechał ze swoim ulubionym basem Höfner, jakby to była najzwyklejsza rzecz pod słońcem. Jagger dodał też z uśmiechem, że obecność Paula od razu podniosła poprzeczkę dla wszystkich w studiu: Kiedy w pomieszczeniu pojawia się Paul McCartney, wszyscy nagle zaczynają grać odrobinę lepiej.

 

PAUL:  Jeśli pracujesz ze Stonesami, to oni mają swoje charakterystyczne brzmienie, więc naturalnie chcesz właśnie taki dźwięk uzyskać. To przychodzi im całkowicie naturalnie – po prostu tak brzmią. Pracowałem nad jednym utworem z ich nowego albumu i to było fantastyczne doświadczenie. Siadasz w studiu, słyszysz to, co powstaje, i od razu wiesz: to są Stonesi. Po dniu spędzonym w studiu ludzie pytali mnie: „I jak było?”. Odpowiadałem: „Świetnie!”. Przecież byłem muzykiem sesyjnym u Stonesów! (śmiech). Naprawdę sprawiło mi to ogromną frajdę i efekt brzmi jak rasowy utwór The Rolling Stones.

_________ 


– A Paul McCartney gra na basie w „Covered In You”?
Keith Richards: Tak. Nagrał ten utwór podczas tej samej sesji, podczas której zagrał również w „Bite My Head Off ” na albumie Hackney Diamonds. Tyle że nowa piosenka ma bardziej funkową partię basu.
– Paul powiedział nam, że był „naprawdę zachwycony”, mogąc zagrać na albumie Stonesów. Jaki był w studiu?
Keith Richards: Bardzo łatwo się z nim pracowało. Znam Paula od wielu lat, więc nie był żadnym obcym. Ale wcześniej nigdy nie grał z nami na basie. To było coś nowego. Powiedziałem Andy'emu Wattowi: „Myślisz, że mu się to spodoba? To punkowy numer i chcę mocno przesterowany bas. Ma być prosto, bez żadnych udziwnień.” Paul zrobił dokładnie to, czego potrzebowaliśmy... w jakieś dziesięć minut.

_____ 

 Przeczytajcie także wcześniejszy post o nowym albumie kapeli Jaggera tutaj

 

 

Covered in you
Covered in you
Coming a bit unscrewed
Covered in you
Covered in you
Feeling a bit unglued

I need a place to calm me down
But this town is so noisy
I need to drown my troubles somewhere
You're my love
You're the coat I can't take off
I'm aware of your affairs
And your perfume I can't shake off
I can never break off
The memory that's following me like a shadow
I'm always dreaming of your skin so soft
And ya hit me in the chest with your arrow
In my marrow
You're painted on my body all silver and gold
And purple and pink and your brain stone cold
This never gets old

Covered in you
Covered in you
Coming a bit unscrewed
Covered in you
Covered in you
Feeling a bit unglued
What can I do
What can I do?
I'm coming a bit unglued

Listen
I wake up sick and tired of all these autocrats
You know they seem to be
Breeding like a swarm of dirty rats
With their
Missiles on parade and they're
Wreathed in gold brocade
Opposition plays charades
They must always be obeyed
You know I'm gonna wait till the panic passes
Wait till you see the whites of their asses
Me and you were separated like Korea
There's so many knots we can't undo, we can't untie
You're always trying to give me bad reviews

Covered in you
Covered in you
Coming a bit unscrewed
Covered in you
Covered in you
Feeling a bit unglued
Smothered in blue
Smothered in blue
Coming a bit unscrewed
Covered in you
Covered in you
Feeling a bit abused

You were born on my doorstep
That's no coincidence
It all makes perfect sense
You know it's true
'Cause I'm covered in
You upset my equilibrium
Make me take way too much lithium
So goodbye lover, wish me luck
I'm gonna vanish down the highway in my truck
'Cause I couldn't really give a monkey's

Covered in you
Covered in you
Coming a bit unscrewed
Covered in you
Covered in you
Feeling a bit abused
Smothered in blue
Smothered in blue
Feeling a bit unglued

You were born on my doorstep
That's no coincidence
It all makes perfect sense
You know it's true

Covered in you
'Cause I'm covered in you
What can I do?
Covered in you
Bent out of skew
Coming a bit unglued
Smothered in blue
Broke the taboos
Coming a bit unscrewed  

Oto obiecana na początku postu moja playlista w telefonie i w aucie kapeli Micka i Keitha. Taka mała refleksja odnośnie samej muzyki Stonesów. Jest tak prawie w większości piosenek zespołu. W utworach The Beatles melodia zwrotek nie ustępowała tzw. refrenowi czy z angielska bridge (mostowi) lub middle 8. U Stonesów często główna uroda utworu skupiona jest właśnie w mostku, przynajmniej tak jest i w "Jealous Lover" jak i "Covered In You". I nic to nie pogarsza uroku piosenek, ale to jednak nie genialni Beatlesi. Słucham więc teraz: Beast Of Burden Anybody's Seen my Baby, Honky Tonk Women, Angie, Back In Your Life, Fool To Cry, In The Stars, Jealosu Lover. Covered In You, She Was Hot, Start Me Up, Streets Of Love, Miss You, Wild Horses, Angry  plus kilka solowych Micka: Hard Woman, Another Night, Lucky in Love, Easy Sleazy (z Davem Grohlem z Foo Fighters i Nirvany). Stonesi mają wiele wspaniałych utworów, których tu nie ma, pewnie wielu nie znam, ale ta lista jest znakomita. 



Historia The Beatles
History of  THE BEATLES

 



 

PAUL. Beatlesi w chmurze dymu. Narodziny muzycznej rewolucji


 

 

    Dzisiaj w roli głównej niedawny jubilat, 84. Cofniemy się jednak o kilkadziesiąt lat. Książka Philipa Normana w tym rozdziale zabiera nas w sam środek kulturowej rewolucji połowy lat sześćdziesiątych, pokazując, jak nowa i fascynująca subkultura przenikała do hermetycznego dotąd świata The Beatles. Zanim zespół wszedł w erę głębokiej psychodelii i zaczął eksperymentować z mocnymi substancjami, ich codzienność zdominowało zupełnie nowe, łagodne hobby, które zrewolucjonizowało nie tylko ich proces twórczy, ale też codzienne nawyki. Autor z humorem i detalami opisuje okres, w którym muzycy – z Paulem McCartneyem na czele – odkrywali rozluźniające działanie marihuany, traktując ją jako uniwersalny symbol pokoju i doskonałe paliwo dla wyobraźni. Poniżej znajduje się opowieść o tym, jak ten „wesoły haj” towarzyszył im w studiach nagraniowych, na planach filmowych, a nawet podczas oficjalnych wizyt u samej Królowej, stając się pilnie strzeżoną, choć momentami niezwykle komiczną tajemnicą wielkiej czwórki z Liverpoolu. 

 



... Paul uważał jej działanie za całkowicie pozytywne i nie zmienił zdania nawet wtedy, gdy opinia medyczna obróciła się przeciwko niej. Dla niego dym o zapachu szałwii miał działanie „podnoszące na duchu”, choć na większość ludzi działał nasennie. Postrzegał marihuanę jako nowoczesny odpowiednik indiańskiej fajki pokoju, która wprowadzała wszystkich w ten sam stan euforii i przyjaznego zamglenia. Barry Miles wspomina, że większość ludzi uważa utwór „Got to Get You into My Life” za piosenkę miłosną, podczas gdy w rzeczywistości Paul napisał ją o marihuanie, ponieważ tak bardzo ją polubił.



The Beatles kręcili film Help! głównie pod jej wpływem – reżyser Richard Lester zapamiętał ten czas jako okres „wesołego haju”. Podczas każdej trasy koncertowej przewozili ją w bagażu przy zachowaniu minimalnych środków ostrożności: techniczni Neil i Mal kupowali kartony papierosów po 200 sztuk, po czym usuwali tytoń z każdej papierowej rurki i upychali w to miejsce aromatyczne, pozwijane włókna. Szczytem bezczelności – który i tak nie przyniósł żadnych konsekwencji – było ich zachowanie podczas wręczania orderów MBE przez królową w Pałacu Buckingham. John twierdził, że przed spotkaniem z monarchinią wymknęli się do pałacowej toalety, by spalić jointa na uspokojenie nerwów, choć Paul twierdzi dziś, że wzorem niegrzecznych uczniów po prostu wypalili we dwóch zwykłego papierosa za rowerownią.

Kiedy nagrywali w Abbey Road, John wyruszał ze swojego nowego domu w Weybridge w hrabstwie Surrey, zgarniał mieszkającego na tym samym osiedlu Ringo i obaj palili marihuanę przez całą ponad dwudziesto-milową drogę do Londynu. Zazwyczaj, zanim dotarli na miejsce, połączenie dymu i przegrzanego samochodu wywoływało u nich chorobę lokomocyjną, przez którą stawali się niemal tak zieloni jak ich zioło.
W studiu nie odważyli się palić przy surowym jak dyrektor szkoły George'u Martinie – wymykali się wspólnie do męskiej toalety lub kulili się za ekranami akustycznymi perkusji Ringo, poza zasięgiem wzroku z reżyserki. Ich producent nie był również świadomy pierwszego nawiązania do narkotyków, jakie John i Paul przemycili w utworze – wersu „turn me on when I get lonely” (podkręć mnie, gdy poczuję się samotny) w piosence Paula „She’s a Woman”. Paul dbał także o to, by trzymać swoje nowe hobby w tajemnicy przed ojcem, choć jego młodsza przyrodnia siostra Ruth zauważyła, że kiedy przyjeżdżał do Heswall, spędzał ze swoimi znajomymi muzykami niewytłumaczalnie dużo czasu w szklarni Jima McCartneya pośród winorośli i pomidorów, skąd co rusz biegały salwy śmiechu.

    Barry Miles, John Dunbar, Marianne Faithfull, Peter Asher , Paul McCartney, otwarcie Galerii Indica 28 stycznia 1965

    Odkrył, że w towarzystwie z Wimpole Street marihuana nie była niczym nowym. Przyjaciel Petera Ashera, John Dunbar, palił ją (i eksperymentował z wieloma innymi rzeczami) podczas podróży autostopem po Ameryce. Z kolei znajomy Dunbara, księgarz Barry Miles, posiadał encyklopedyczną wiedzę o artystach, którzy się nią wspomagali – od bitników z lat pięćdziesiątych po literackich gigantów z Paryża lat dwudziestych. To od Milesa Paul dowiedział się o Alice B. Toklas, partnerce Gertrude Stein, której słynna książka kucharska zawierała przepis na czekoladowe babeczki z haszyszem. Miles wspomina, że gdy opowiedział Paulowi, iż jego żona Sue zamierza wypróbować ten przepis, McCartney natychmiast zjawił się u nich w domu i siedząc na kuchennym blacie, rozmawiał z Sue o szczegółach.
    Jedynym obszarem, do którego marihuana jeszcze nie przeniknęła, było pisanie piosenek przez Lennona i McCartneya. Obaj zgadzali się, że otumania im to umysły, więc pracowali po staremu: dawali sobie maksymalnie trzy godziny na utwór, a potem każdy przepisywał gotowy tekst na czysto. Dopiero gdy piosenka okazywała się dobra, nagradzali się wspólnym jointem. Po ukończeniu „The Word”, pod wpływem wypalonego skręta, nie tylko przepisali tekst, ale zmienili go w bogato zdobiony, iluminowany manuskrypt, używając kolorowych kredek syna Johna, Juliana.
   Ich twórczość z 1965 roku nie zdradzała żadnych oznak otumanienia. Świadczy o tym idealny balans między optymizmem McCartneya a pesymizmem Lennona w „We Can Work It Out” oraz przedwczesna nostalgia w „In My Life” – utworze kojarzonym głównie z Johnem, do którego jednak większość melodii napisał Paul. Choć ich otoczenie zmieniło się na posiadłość w Surrey czy luksusowy dom w West Endzie, atmosfera pracy pozostała taka sama jak na Forthlin Road w 1957 roku: filiżanki herbaty, zwykłe papierosy, długie rozmowy o muzyce i sztuce oraz okazjonalne, chłopięce, sprośne żarty przemycane do przyszłych hitów, jak podteksty w „Day Tripper” czy chórki w tle utworu „Girl” z płyty Rubber Soul.
     Mogli się nie zgadzać, a nawet gwałtownie kłócić, ale nigdy nie żywili do siebie urazy. Jednym z najmilszych wspomnień Paula związanych z Johnem była sytuacja podczas jakiejś sprzeczki, gdy po wymianie złośliwości Lennon na chwilę opuścił okulary, powiedział ciepło: „To tylko ja...”, po czym założył je z powrotem. W takich momentach Paul widział go bez maski, którą John tak bardzo bał się pokazać światu.


   Ta sama przyjacielska atmosfera, podsycana wspólnym paleniem skrętów, udzielała się całemu zespołowi, bez względu na ciążącą na nich presję. Barry Miles wspomina, że byli najlepszym przykładem „wspólnego umysłu grupy”. Grali ze sobą tak długo, że wystarczyło, by jeden zaczął, a reszta od razu wiedziała, co robić. Nawet przed ich największym koncertem dla 55-tysięcznego tłumu na Shea Stadium, ustalili kolejność utworów dopiero w garderobie tuż przed wyjściem na scenę.  
W tym samym roku wspólna świadomość zespołu wkroczyła w inny wymiar, gdy John, George i ich partnerki wybrali się na kolację do swojego dentysty w Londynie. Zostali tam poczęstowani kawą z kostkami cukru, które – o czym nie wiedzieli – zostały nasączone LSD. Cynthia Lennon wspominała później ten wieczór jako nagłe znalezienie się w środku horroru. LSD, znane popularnie jako kwas, dotarło do Wielkiej Brytanii z Ameryki jako zwiastun nowej ery. Ta bezwonna i bezbarwna substancja nie przytępiała zmysłów jak marihuana, ale wyostrzała je do niespotykanego stopnia, potęgując światło i dźwięki oraz wywołując wizje zwane psychodelicznymi. Jako nowy środek nie był jeszcze nielegalny, a jego właściwości wychwalał profesor z Harvardu, Timothy Leary. Latem 1965 roku jego współpracownik, Michael Hollingshead, otworzył w Chelsea Światowe Centrum Psychodeliczne, gdzie rozdawał LSD każdemu chętnemu na kawałkach chleba.

Kwas wywołał natychmiastowy podział w The Beatles. Po pierwszym trudnym doświadczeniu, John i George zafascynowali się nim i stali się gorliwymi zwolennikami substancji, która zbliżyła ich do siebie bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Chcieli, aby Paul i Ringo dołączyli do tego doświadczenia. Ringo był gotów spróbować, ale Paul stanowczo odmówił. O ile chętnie palił marihuanę, o tyle wzbraniał się przed „twardymi rzeczami”. Nie ulegał też presji otoczenia – reżyser Richard Lester wspominał, jak dwie niezwykle piękne kobiety bezskutecznie próbowały namówić Paula do spróbowania heroiny. 
Dodatkowym straszakiem był dla Paula widok mieszkania Johna Dunbara i Marianne Faithfull, gdzie opieka nad dzieckiem mieszała się z wizytami odurzonych narkotykami znajomych. Podczas jednej z wizyt Paula, inny gość musiał zostać zabrany do szpitala po przedawkowaniu kokainy przy użyciu gumowej stazy. Czerwone gumowe rurki przypomniały Paulowi nieprzyjemne zabiegi medyczne, które jego matka wykonywała jako położna, co tylko utwierdziło go w przekonaniu, by trzymać się wyłącznie nieszkodliwej marihuany. Nawet namowy Dunbara w Centrum Psychodelicznym nie zmieniły jego zdania.
     Amerykańska trasa The Beatles z 1965 roku przyniosła przeżycia, którym trudno było dorównać – obok koncertu na Shea Stadium było to spotkanie z Elvisem Presleyem w Los Angeles. Dla Paula było to ogromne przeżycie, tym bardziej że jedyną piosenką The Beatles, jaką Elvis zdawał się znać, było „I Saw Her Standing There”, którą nucił, grając na basie. Pojawiła się jednak także nuta smutku, gdy John i Paul zdali sobie sprawę, że zgodnie z dawną przepowiednią Briana Epsteina stali się „więksi niż Elvis”. Paul tłumaczył później, że nigdy nie chcieli go pokonać, a jedynie z nim współistnieć. 
     W Los Angeles Ringo po raz pierwszy wziął kwas w towarzystwie muzyków z The Byrds, jednak Paul nadal się opierał. George wspominał później, że reszta zespołu była dla niego z tego powodu nieco złośliwa, dając mu odczuć, że zostaje w tyle. Paul jednak nie uległ, tłumacząc to zasadami, w jakich został wychowany i zakorzenionym w nim ostrzeżeniem przed demonem narkotyków. Paula od zawsze irytowało to, że potomność zapamiętała go jako twórcę melodyjnej, przytulnej i bezpiecznej strony spółki Lennon-McCartney, podczas gdy Johnowi przypadła rola buntownika, eksperymentatora i ikonoklasty. Podział ról dokonał się jeszcze w Liverpoolu i Hamburgu, gdzie Paul zawsze trzymał się z tyłu, czując się jak prowincjonalny outsider, podczas gdy John zadawał się z artystyczną śmietanką. Po przeprowadzce na południe John miał na starcie sporą przewagę, będąc postrzeganym jako ten „inteligentny”, „bystry” czy „głęboki” Beatle, w przeciwieństwie do zaledwie „uroczego” Paula.
 


W 1964 roku Lennon został pierwszym muzykiem popowym, który wydał książkę, i jedynym, którego premierę uświetnił literacki lunch w księgarni Foyle’s z udziałem elity londyńskiej inteligencji. Książka „John Lennon in His Own Write” była zbiorem jego rysunków i nonsensownych tekstów z pełnym szacunku wstępem Paula, który wspominał w nim ich pierwsze spotkanie na festynie w kościele w Woolton (i ku niedowierzaniu milionów fanek opisał samego siebie z tamtego dnia jako „grubego szkolnego bota”). Książka stała się bestsellerem i triumfem krytycznym, a autora okrzyknięto współczesnym wcieleniem Edwarda Leara i Jamesa Joyce'a.
  Jednak do połowy lat sześćdziesiątych sytuacja diametralnie się odwróciła. Gdy „Swinging London” osiągał swój szczyt, McCartney znajdował się w samym centrum kulturowej awangardy, podczas gdy Lennon rzadko opuszczał podmiejskie Surrey. Dawny asystent zespołu, Tony Bramwell, wspomina, że John był w gruncie rzeczy leniwy i w zupełności wystarczało mu siedzenie w Weybridge i niebicie bąków.
    
   
Peter i Jane Asher z Barry'm Milesem 

O ile edukację kulturalną Paul zawdzięczał rodzinie Asherów, o tyle w świat kontrkultury wprowadził go niemal całkowicie Barry Miles. Ten cichy, ale błyskotliwy 22-latek łączył wszechwiedzę o sztuce nowoczesnej i literaturze z miłością do muzyki – od rock'n'rolla po najbardziej dziki jazz eksperymentalny i muzykę konkretną. Miles wychował się w Cheltenham, studiował sztukę, a potem podjął pracę w Better Books, londyńskim centrum rewolucyjnej literatury. Księgarnia ta była domem dla amerykańskich bitników odwiedzających Londyn, dzięki czemu Miles był w przyjacielskich relacjach z takimi twórcami jak Allen Ginsberg czy Lawrence Ferlinghetti.   
   Jego wiedza o muzyce awangardowej była imponująca. To od niego Paul po raz pierwszy dowiedział się o free jazzie Ornette’a Colemana, Albercie Aylerze czy kompozytorze Sun Ra, który uważał się za wysłannika rasy aniołów z Saturna. W mieszkaniu Milesa przy Hanson Street Paul, paląc haszysz lub jedząc słynne ciastka według przepisu Alice B. Toklas, słuchał dzieła Johna Cage’a „Indeterminacy” oraz pierwszego na świecie śpiewającego komputera IBM 704 wykonującego wiktoriańską pieśń „Daisy Bell”.
    Poza studiem Abbey Road Paul i John od zawsze używali magnetofonów szpulowych do dopracowywania piosenek i relaksu, odgrywając komiczne skecze z efektami dźwiękowymi. Po pojawieniu się kieszonkowych magnetofonów kasetowych w 1964 roku te dźwiękowe zabawy stały się jeszcze prostsze. Pewnego dnia, podczas przejażdżki Aston Martinem DB5, Paul przełączył guzik na desce rozdzielczej i Miles usłyszał coś, co brzmiało jak szalona amerykańska stacja radiowa z dżinglami i reklamami, tak różna od sztywnego BBC. W rzeczywistości była to taśma przygotowana przez Paula z darmowych płyt, które dostawał co tydzień. W rolę didżeja wcielił się sam McCartney, imitując m.in. Al Jolsona, Little Richarda czy idealnie podrabiając ich bliskiego przyjaciela, Micka Jaggera.
 
  Miles zapoznał go z europejską muzyką eksperymentalną, przy której ich własne studyjne eksperymenty w Abbey Road wydawały się wyjątkowo grzeczne. Paul poznał twórczość Karlheinza Stockhausena, Pierre'a Schaeffera czy Luciano Berio. Dowiedział się, jak maszyny stają się wykonawcami, a taśma magnetyczna orkiestrą poprzez jej cięcie, puszczanie od tyłu czy zapętlanie na wielowarstwowych „pętlach”.Miles opowiadał mu także o amerykańskich zespołach, które nie chciały być kopiami The Beatles, nie dbały o hity czy pieniądze, lecz przesuwały granice popu w stronę sztuki i radykalnej polityki. Byli wśród nich ekscentrycy, jakich w Liverpoolu nikt nie potrafiłby sobie wyobrazić: od Franka Zappy i jego Mothers of Invention po poetów z formacji The Fugs.
    Za każdym razem, gdy Paul widział się z Johnem, zasypywał go nowinkami z tego fascynującego świata – opowiadał, że mistrz pętli magnetofonowych Luciano Berio przyjeżdża do Wielkiej Brytanii, albo że sam napisał list do Stockhausena i otrzymał osobistą odpowiedź. „Boże, stary, tak strasznie ci zazdroszczę” – odpowiadał ponuro John, ale na tym poprzestawał.
   W ten sposób najbardziej nieoczywiste postacie awangardy stawały się bohaterami drugoplanowymi w historii The Beatles. Kolejnym przyjacielem Milesa był William S. Burroughs (foto), nestor amerykańskich bitników. Często spędzał on czas z Milesem i Johnem Dunbarem w mieszkaniu przy Montagu Square, które należało do Ringo, ale Paul przejął je, by stworzyć tam eksperymentalne studio nagraniowe. Partner Burroughsa, Ian Sommerville, pomagał tam czasem jako realizator dźwięku.
   Miles wspomina, że pewnego wieczoru, gdy siedzieli tam, paląc marihuanę i tworząc muzykę free-form (znaną również jako tłuczenie w garnki i patelnie), Paul przyniósł próbny tłoczony krążek z albumem "Rubber Soul". Bill Burroughs był jedną z pierwszych osób, które go usłyszały. McCartney, wyraźnie onieśmielony obecnością wielkiego pisarza, powiedział, że płyta ma „14 wad”, których nie był w stanie naprawić, choć miliardy słuchaczy od tamtego czasu miałyby problem ze wskazaniem choćby jednej.
   Płyta Rubber Soul przyniosła dalszy rozwój piosenek, które można było łatwo przypisać konkretnie Johnowi lub Paulowi, mimo wspólnego podpisu. Od Johna pochodziły „Girl”, „Norwegian Wood” i „Nowhere Man” – słabo zamaskowane autoportrety pełne niepokoju i niechęci do samego siebie. Z kolei najważniejszy utwór Paula na płycie wydawał się wręcz przechwałką na temat jego wyrafinowanego życia w metropolii i nowych, eleganckich przyjaciół.
   W rzeczywistości piosenka ta sporo zawdzięczała dawnemu przyjacielowi, Ivanowi Vaughanowi, który chodził z Paulem do szkoły w Liverpoolu i przedstawił go Johnowi na festynie parafialnym. „Ivy” studiował filologię klasyczną w Londynie, gdzie poznał swoją żonę Jan, studentkę lingwistyki. Para mieszkała w Islington i często spędzała czas z Paulem i Jane Asher.



  Jan Vaughan biegle mówiła po francusku i pewnego dnia, gdy wraz z mężem gościła w domu Jane, Paul poprosił ją o pomoc przy utworze, który właśnie pisał. Chciał francuskiego imienia dziewczyny i czegoś, co by się z nim rymowało. Jan zaproponowała „Michelle” i „ma belle”. Następnie Paul potrzebował francuskiego tłumaczenia frazy „to są słowa, które świetnie do siebie pasują”, na co Jan odpowiedziała: „sont des mots qui vont très bien ensemble”.
 
 


Historia The Beatles
History of  THE BEATLES

 



FOTKI 243


 243 odcinek zdjęć The Beatles. Mój blog to na pewno miejsce w sieci z największą liczbą zdjęć tych czterech fantastycznych Anglików. Beatlemania w lipcu 2026 ma się dobrze, choć oczywiscie nie przypomina, z oczywistych powodów, tej z lat 60, ktorej nazwanie szaleństwem na czyimś punkcie to najlagodniejsze z określeń. Dzisiaj najbardziej zagorzali fani Taylor Swift nie zbierają pociętych przez obsługę hotelu,  w ktorym ona nocowała skrawków  prześcieradeł. To taki mały wtręt dla "nieznajacych tematu". Za dwa lata pojawią się cztery filmy pokazujące historię Beatlesow z punktu widzenia kazdego czlonka. Będzie sie działo. Póki co cieszmy się nowymi wydawnictwami sir Paula, sir Richarda (Ringo) a także ich przyjaciól, zespolu sir Michaela Jaggera, The Rolling Stones. 

 






Plastic Ono Band: Alan White,  Eric Clapton, Klaus Voormann, Joh i Yoko
























Historia The Beatles
History of  THE BEATLES