Zanurzmy się po raz kolejny w głąb świata The Beatlesów. Dzisiaj w 7-tym już odcinku wspomnień Pattie, w świat George'a Harrisona i samej autorki, które opublikowała w książce "Wonderful Tonight". Dzisiaj trochę "kuchni" życia beatlesowskiej pary. Nawet dosłownie.
George wciąż bardzo dużo koncertował – przez pierwsze trzy lata naszej znajomości The Beatles odbywali średnio trzy długie trasy rocznie: jedną po Wielkiej Brytanii, jedną po Ameryce i jedną obejmującą kilka innych krajów. Kiedy nie byli w trasie, nagrywali. Wydawali około trzech singli i jeden album rocznie, co oznaczało niezliczone godziny spędzone w studio. Często siedzieli tam od jedenastej rano do jedenastej w nocy, a nierzadko nawet do północy. W końcu porzuciłam mieszkanie w Londynie, gdzie czułam się samotna, i wprowadziłam się do George’a. Londyn był oddalony o zaledwie czterdzieści pięć minut drogi – szybki skok trasą A3 – więc łatwo było dojechać do pracy czy dla rozrywki. Ta ostatnia oznaczała imprezy, kluby, dyskoteki, kolacje, czasem teatr i kino. Cubby Broccoli, producent filmów o Jamesie Bondzie, był właścicielem małej prywatnej sali kinowej i zapraszał nas na każdy nowy film, jaki akurat wyświetlano.


Siedzieliśmy tam, popijając whisky z colą i zajadając najlepsze kanapki z wędzonym łososiem. Lubiliśmy też chodzić do Parks, restauracji na Beauchamp Place, prowadzonej przez Irlandczyka imieniem Tom, który gotował fantastyczne jedzenie i dekorował je kwiatami. Brał tulipany i wywijał ich płatki na drugą stronę – stąd wzięła się linijka w jednej z piosenek Johna Lennona o „odgiętych tulipanach” ["Glass Onion" - bent-back tulips]. Zazwyczaj wychodziliśmy całą grupą, z pozostałymi Beatlesami i przyjaciółmi, a często towarzyszyła nam moja siostra Jenny ze swoim chłopakiem, Mickiem Fleetwoodem.
Około roku po mojej przeprowadzce przebudowaliśmy garaż w Kinfauns na duży salon, obok którego powstał mały pokoik projekcyjny, dzięki czemu mogliśmy wyświetlać filmy. Byłam głównym kinoperatorem, ale myślę, że jedynym filmem, jaki kiedykolwiek tam obejrzeliśmy, byli „Producenci”.

Oglądaliśmy go na okrągło – George potrafił wyrecytować niemal każdą kwestię. W telewizji uwielbialiśmy „Latający Cyrk Monty Pythona” – Eric Idle był jednym z bohaterów George’a i często nas odwiedzał. Lubiliśmy też „Rowan & Martin’s Laugh-In”, amerykański serial komediowy, który przyniósł sławę Goldie Hawn. Słuchaliśmy wytwórni Motown i innych nowych artystów z Ameryki – Marvina Gaye’a, Martha and the Vandellas, The Ronettes, The Byrds oraz Dylana. Centralnym punktem naszego nowego salonu był ogromny, okrągły, ceglany kominek inspirowany Salvadorem Dalí, którego twórczość bardzo lubiliśmy. Poprosiliśmy holenderską parę, Simona Posthumę i Marijke Koger, znanych jako The Fool, aby go dla nas pomalowali. Byli to utalentowani, kreatywni ludzie, którzy nosili zaprojektowane i uszyte przez siebie aksamitne stroje, bogato zdobione koralikami i cekinami. Musieliśmy ich poznać przez Roberta Frasera, właściciela galerii sztuki na Duke Street, albo Johna Dunbara, byłego męża Marianne Faithfull, który prowadził Indica Gallery w Masons Court. Szyli niesamowite ubrania dla nas wszystkich, a później dla sklepu Apple na Baker Street, który również zaprojektowali. W noc poprzedzającą otwarcie zebrali grupę studentów sztuki, aby namalować psychodeliczne murale na zewnętrznej ścianie budynku.

Obraz, który namalowali dla nas w Kinfauns, był oszałamiający. Jego ukończenie zajęło miesiące, a oni mieszkali z nami przez cały czas pracy. Tak bardzo żałuję, że nie mogliśmy zabrać go ze sobą, kiedy się przeprowadzaliśmy, ale oczywiście było to niemożliwe. Zewnętrzne ściany domu również pokryliśmy graffiti. Kiedy się wprowadziliśmy, mury były gładkie i białe, więc kupiliśmy kilka puszek farby w sprayu i spędziliśmy wiele radosnych godzin na ich upiększaniu. Kiedy odwiedzali nas przyjaciele, dawaliśmy im puszkę, a oni dodawali coś od siebie tu i tam. Pojawiły się kwiaty i psychodeliczne wzory we wszystkich kolorach tęczy. Mick Jagger i Marianne Faithfull wpadli do nas pewnego dnia, gdy byliśmy poza domem, i napisali wielkimi literami na jednej ze ścian: „Mick i Marianne tu byli”. Niestety, kiedy opuściliśmy Kinfauns, nowi lokatorzy wszystko to zamalowali. W Esher mieliśmy wspaniałą pomoc domową, Margaret. Ilekroć musieliśmy jechać do Liverpoolu, by odwiedzić matkę George’a, po naszym powrocie zawsze czekało na nas gotowe macaroni cheese. Uwielbiała wizyty Johna Lennona i mawiała do niego: „Masz może trochę tych cudownych pigułek?”, a John dawał jej amfetaminę. Po tym odkurzała jak szalona – zupełnie nie przypominała samej siebie. Była urocza. Wierzyła, że poza niebem i chmurami nie ma już nic, a świat jest zamknięty w bańce. Kiedy zobaczyła lądowanie na Księżycu i chodzących po nim ludzi, odmówiła wiary w to, że to dzieje się naprawdę.


Kiedy George i ja zaczęliśmy być razem, nie byłam dobrą kucharką, ale zawsze miałam w sobie sporo entuzjazmu – wiedziałam, że istnieje coś lepszego niż szkolne jedzenie, a nawet potrawy Lilie. Próbowałam przyrządzać rzeczy, które, jak sobie wyobrażałam, polubią chłopcy z północy – zapiekankę pasterską, pieczeń wołową i pudding z Yorkshire – a potem George i ja zostaliśmy wegetarianami, co otworzyło przede mną zupełnie nowe pole zainteresowań. Ktoś podarował nam książkę opowiadającą o hodowli cieląt i o tym, jak okrutnie traktowano te zwierzęta. Trzymano je w maleńkich boksach w ciemności, bez możliwości obrócenia się, a zdjęcia pokazywały, jak lizały metalowe pręty. Wtedy właśnie zdecydowaliśmy, że nie będziemy już jeść mięsa. Bycie wegetarianinem w tamtych czasach było sporym wyzwaniem. Wybór był tak niewielki, nie było gotowych produktów ani bezmięsnych odpowiedników steków czy kiełbasek, które można było przyrządzić przy minimalnym przygotowaniu. Musiałam sama wszystko tworzyć i odkryłam, że to uwielbiam; gotowałam dla naszych przyjaciół, rodziny George’a i mojej oraz dla każdego, kto wpadał nas odwiedzić lub u nas nocował. Urządzaliśmy obiady i kolacje, a kupowanie jedzenia sprawiało mi wielką przyjemność. Chodziłam do sklepu ze zdrową żywnością w Esher po fasolę, kasze, warzywa i owoce. Miałam setki książek kucharskich – przez pewien czas nie czytałam nic innego. Byłam wegetarianką przez około siedem lat, ale George pozostał nim do końca swoich dni i nie pozwalał, aby w jego domu gotowano lub jedzono mięso czy ryby. Spędzaliśmy mnóstwo czasu w kuchni – była sercem domu. Pamiętam George’a siedzącego przy stole z gitarą i piszącego piosenkę, która stała się utworem „My Sweet Lord”. Kiedy ukazała się jako singiel i dotarła do pierwszego miejsca list przebojów, George został podany do sądu, ponieważ amerykańska grupa The Chiffons nagrała wcześniej utwór zatytułowany „He’s So Fine”, a wydawca muzyczny tej piosenki twierdził, że George ją ukradł. To była dla niego trudna sytuacja. Wiedziałam, że sam ją napisał – byłam przy tym, gdy nad nią pracował – ale musiał zabrać gitarę do sądu i zagrać przed sędzią, aby udowodnić, że melodia jest oryginalna i nie bazuje na ich utworze. Sędzia uznał go winnym „podświadomego plagiatu”. Po tym wydarzeniu nigdy nie włączaliśmy radia w domu, na wypadek gdyby miał podświadomie ulec wpływowi jakiejś usłyszanej piosenki.
Jego gitary zawsze leżały porozrzucane po całym domu i w każdej wolnej chwili brał jedną z nich i grał. Kiedy pojawiali się John, Paul, Ringo czy jakikolwiek inny muzyk – co zdarzało się często – wszyscy grali. Ale George nigdy nie grał całej piosenki. Grał to, co miał w głowie, albo pracował nad nowymi akordami lub nowym utworem – nigdy nie wiedziałam, nad czym dokładnie – a tygodnie później słyszało się gotową piosenkę na taśmie. Uwielbiałam go słuchać, kochałam dźwięk gitary w domu. Czasami zaczynałam mówić, a on był tak głęboko pogrążony w myślach nad tekstem lub melodią, którą pisał, że nie odpowiadał. Byliśmy w tym samym pokoju, ale tak naprawdę nie było go ze mną: był w swojej głowie. Przez większość czasu mi to nie przeszkadzało. Myślałam sobie: „O, to dobrze, pisze nową piosenkę” – zawsze był najszczęśliwszy, kiedy tworzył. Czasami piosenki przychodziły do niego w środku nocy, a rano budził się i natychmiast zaczynał grać, żeby ich nie zapomnieć; zmieniał akordy, po czym przerywał, bo coś nie brzmiało dobrze. 
John i Paul pisali większość swoich piosenek razem – napędzali się nawzajem – ale George pisał sam. Najpierw komponował melodię, a ponieważ nie miał formalnego wykształcenia muzycznego, nie potrafił zapisać nut; grał ją i grał, dopóki nie utrwaliła mu się w pamięci, a potem ją nagrywał. Słowa przychodziły później. Czasami próbowałam pomóc, jeśli nie mógł znaleźć słowa do rymu, ale przez większość czasu robił to sam, pisząc na odwrotach kopert, na wszystkim, co nawinęło mu się pod rękę. Komponował na całym świecie, gdziekolwiek akurat się znajdował, i puszczał mi taśmy z nagraniami rzeczy, które napisał – nie śpiewał mi ich przy gitarze – a ja zawsze uważałam, że w takiej wersji brzmią o niebo lepiej niż gotowy, ostateczny produkt.
Do domu przychodziło mnóstwo listów od fanów, a kiedy mama George’a przyjeżdżała z Liverpoolu, zabierała je i na nie odpowiadała. W międzyczasie listy piętrzyły się w kartonowych pudłach, tworząc góry kopert. Nigdy nie zapomnę, jak wróciłam pewnego dnia do domu i zastałam pudła porozrzucane po całej podłodze, a listy rozniesione szeroko wokół. Wyglądało to tak, jakbyśmy zostali okradzeni. Kiedy zaczęłam je zbierać, zauważyłam, że jedna koperta została otwarta. Była zaadresowana do Korky’ego, naszego uroczego, białego kota perskiego – nazwanego tak na cześć postaci z komiksu „The Dandy” – i zawierała kulkę kocimiętki, zioła, za którym koty szaleją. Mądre stworzenie, znalazł i otworzył własną pocztę od fanów. Co irytujące, Korky zdawał się woleć życie w szkole dla dziewcząt znajdującej się po sąsiedzku, ale być może działo się tak dlatego, że tak często nie było mnie w domu – regularnie pracowałam w Paryżu. Robiłam wiele sesji dla „Elle” i kilka stron dla amerykańskiego „Vogue'a”, gdzie poznałam Dianę Vreeland, jego wieloletnią redaktor naczelną. Wcześniej przez dwadzieścia pięć lat była redaktorką mody w „Harper’s Bazaar” i była to postać budząca respekt. Fascynowały mnie jej oczy: nakładała wazelinę na kości powyżej nich. Nosiła czarne włosy gładko zaczesane do tyłu, była bardzo wysoka, szczupła i dystyngowana. Pracowałam wtedy dla Baileya i niewiele jadłam; zemdlałam na schodach przed studiem i uciekł mi samolot do domu. Kiedy w końcu wróciłam do Esher, zastałam brata George’a, Pete’a, oraz jego żonę Pauline, którzy zainstalowali się w domu. Przyjechali spędzić wakacje w Kinfauns. Byłam taka wściekła; zrobiłam dla nich kolację, a oni nie chcieli jej zjeść, ponieważ powiedzieli, że jedzą wyłącznie o szóstej godzinie.
Bardzo polubiłam rodziców George’a. Byli dość niscy i bardzo liverpoolscy. Harold jeździł autobusami, a Louise pracowała na pół etatu w warzywniaku. Zawsze wspierała George’a – kupiła mu jego pierwszą gitarę, gdy miał czternaście lat. Nie miała nic przeciwko długim włosom, butom czy dżinsom, które zwężał na jej maszynie do szycia. George był ich najmłodszym dzieckiem. Jego siostra, również Louise, wyemigrowała do Ameryki, ale często pisała, powtarzając mu, by znalazł porządną pracę; jego najstarszy brat, Harry, był monterem, a Peter mechanikiem. Harold nie chciał, by George tak wcześnie rzucał szkołę: uważał, że edukacja to droga do sukcesu. Chciał, by poszedł na praktyki, tak jak jego bracia, i obawiał się, że nigdy nie utrzyma się jako muzyk. Ale jego matka była całkowicie za nim i należała do najzagorzalszych stronników The Beatles. Jedyne, czego pragnęła dla swoich dzieci, to by były szczęśliwe, i dostrzegała, że nic nie daje George’owi takiego szczęścia jak tworzenie muzyki. George był hojny dla swojej rodziny – kochał ich. Kupił rodzicom dom typu bungalow, z którego byli zachwyceni. Zabrał mnie, by pokazać mi dom, w którym mieszkali wcześniej i w którym dorastał, a znajdował się on w bardzo ubogiej części miasta. W nowym domu zawsze unosił się ten charakterystyczny zapach nowości i był tam ładny, mały ogródek. Wpadaliśmy do nich na podwieczorek, ale nie był to podwieczorek, jaki znałam – nie herbata i herbatniki czy ciasto. Dopiero gdy odwiedziłam dom jego rodziców, zdałam sobie sprawę, że George był wychowywany zupełnie inaczej niż ja. Ponieważ on i ja zawsze wypijaliśmy filiżankę herbaty po południu, a kolację jedliśmy o ósmej lub dziewiątej wieczorem, zakładałam, że tak właśnie żył od zawsze, ale oczywiście tak nie było. Jego rodzina trzymała noże jak pióra, a ich „podwieczorek” składał się z zimnej szynki lub pasztecika wieprzowego, pomidorów przekrojonych na pół, marynowanych buraków i sosu sałatkowego, podawanych z pokrojonym białym chlebem. Jedli to o szóstej, a później wieczorem była herbata i herbatniki. Pili mało alkoholu – jego ojciec od czasu do czasu wypijał piwo. Pamiętam, jak zabrałam ich ze sobą na wycieczkę do Paryża, tylko naszą trójkę, i podjęłam ich kolacją na statku na Sekwanie. Byli zachwyceni.
Alkohol nie zajmował wcześniej dużego miejsca w moim życiu. Mogłam wypić trochę wina z Erikiem Swayne’em – tuż po drugiej stronie ulicy od mojego mieszkania była urocza restauracja Bistro Vino i dość często tam jadaliśmy – ale piłam niewiele. George nie pijał wina, dopóki nie przybył do Londynu, gdzie wprowadził go w ten świat Brian Epstein. Kiedy chodziliśmy do takich miejsc jak Annabel’s, zapisywałam nazwy niektórych win, które zamawiał Brian i które nam smakowały, jak Châteauneuf-du-Pape, Clos de Vougeot czy Nuits-St.-Georges. Brian zmienił wszystko w życiu wszystkich Beatlesów, nauczył ich bardziej wyrafinowanych manier. Też pochodził z Liverpoolu, ale z eleganckiej dzielnicy – jego rodzice byli właścicielami renomowanego sklepu meblowego, w którym otworzył dział muzyczny o nazwie NEMS (North End Music Store) – i kształcił się w prywatnych szkołach. Był też od nich starszy – miał dwadzieścia siedem lat, gdy zaczął nimi zarządzać – i bardziej doświadczony w świecie. W przeciwieństwie do mnie, George nigdy nie bywał głodny, więc nie jedliśmy dużo. Na śniadanie wypijaliśmy filiżankę herbaty, może jedliśmy jajka sadzone, a potem nic na obiad. Wieczorem zawsze byłam głodna jak wilk. Jechaliśmy pewnego dnia Jaguarem E-Type przez Liphook lub Hindhead i zatrzymaliśmy się w małej herbaciarni, bo umierałam z głodu. Gdy wchodziliśmy, starsza pani powiedziała: „To kosztuje trzy szylingi i sześć pensów od osoby, wiecie?”, a my zaczęliśmy się śmiać, bo musieliśmy wyglądać tak, jakby nie było nas na to stać.
George kochał samochody – wszyscy Beatlesi je uwielbiali. Po E-Type kupił srebrnego Astona Martina DB5 oraz Mini Moke, małe autko przypominające dżipa, bez drzwi i dachu, które dawało mnóstwo frajdy latem; ludzie krążyli nimi w górę i w dół King’s Road, a George często odbierał nim Davida i Boo ze stacji, gdy przyjeżdżali w odwiedziny. Kupił też Rolls-Royce’a z 1928 roku. Mój brat David pamięta, jak siedział w głębokim fotelu z tyłu DB5, pytając mnie, gdzie jest Eric Swayne, i gromiąc mnie wzrokiem. David uwielbiał George’a, był on dla niego jedynym męskim wzorcem do naśladowania, i potrafili rozmawiać godzinami. George dawał mu różne rzeczy, które mógł zabrać do szkoły, by zaimponować kolegom, a jeśli Davidowi spodobały się jakieś konkretne spodnie, które nosił George, koszula czy jedwabna marynarka, George mu je oddawał.
Połączenie picia sporej ilości alkoholu i niedojadania odbiło się na moim organizmie i po pewnym czasie nabawiłam się problemów z nerkami. Mogło to mieć również jakiś związek z pigułkami odchudzającymi lub dietetycznymi herbatnikami. Niezależnie od przyczyny, było to bardzo bolesne. Mój lekarz, Tony Greenburgh, wielokrotnie przepisywał mi tabletki, które stopniowo przynosiły poprawę, ale dolegliwość wciąż powracała. Pewnego dnia usłyszałam o weekendowych warsztatach organizowanych w Wiltshire, gdzieś blisko walijskiej granicy. Nie pamiętam, kto je prowadził, ale istniało jakieś powiązanie z lordem Harlechem, a ponieważ George wyjechał, zapisałam się na nie. Davida Harlecha spotykałam wielokrotnie; znałam jego dzieci – Jane, Victoria, Alice i Julian Ormsby-Gore byli moimi przyjaciółmi, częścią paczki z King’s Road, a Jane wyszła za Michaela Raineya, który prowadził butik Hung On You. Bywałam z nimi w ich rodzinnym domu, Glyn, w Gwynedd w Walii. Zawsze kręciły się tam tłumy ludzi, a David Harlech był cudownym człowiekiem. Był brytyjskim ambasadorem w Waszyngtonie i przyjacielem Kennedych. Jego żona zginęła w wypadku samochodowym krótko przed tym, jak go poznałam, i został sam z piątką dzieci. Ożenił się ponownie w 1969 roku, a my byliśmy na tym ślubie, wyglądając bardzo hippisowsko. Byłam zachwycona możliwością poznania byłego konserwatywnego premiera, Harolda Macmillana. W drodze na warsztaty zatrzymałam się w aptece i zrealizowałam kolejną receptę na moje schorzenie nerek. Przyjechałam, nie znając żywej duszy i myśląc, że popełniłam wielki błąd. Gdy siedliśmy do kolacji, mężczyzna obok mnie zaczął analizować moją gestykulację. Powiedział, że nie potrafił mówić do siódmego roku życia i nauczył się studiować ludzi. Potem odezwał się ktoś inny i zdałam sobie sprawę, że moi towarzysze są uzdrowicielami. Kolejny mężczyzna zapytał, jak się czuję. Wyznałam, że nie najlepiej, a on nie pozwolił mi powiedzieć nic więcej. Wyjął kryształ na sznurku, potrzymał go nade mną i po kilku minutach rzekł cicho: „Tak, to nerkami”. Byłam zdumiona. Powiedziałam mu o tabletkach przepisanych przez lekarza, na co odparł: „Możesz je brać lub nie, jak chcesz, ale proszę, weź to”. I dał mi lek homeopatyczny. Nadal nie wiem, co wywołało ten problem, ale z pewnością wiem, co go wyleczyło. Zażyłam ten środek i od tamtej pory nigdy więcej nie miałam kłopotów z nerkami.
Latem 1965 roku George wyjechał na kolejną długą trasę po Ameryce, a ja zaprosiłam moją siostrę Jenny do Kinfauns. Nadal miałam mieszkanie na South Audley Street, ale spędzałam tam niewiele czasu. Jedynym problemem było to, że George bez przerwy wyjeżdżał. W końcu powiedział Brianowi, że ma już dość koncertowania. Nienawidził tego; wszyscy tego nienawidzili. Mieli dość śpiewania tych samych piosenek, których nikt nie mógł usłyszeć z powodu krzyku; mieli dość kolumn samochodowych, ochrony i szaleństwa fanów. Byli też zmęczeni przebywaniem poza domem, zwłaszcza George. Stawał się coraz bardziej samotny i dzwonił do mnie codziennie, a jeśli różnica czasu to uniemożliwiała – pisał. Nie mogłam jechać z nim w trasę ze względu na moją pracę, ale Brian i tak by mi na to nie pozwolił, ponieważ żony i dziewczyny byłyby zbyt dużym obciążeniem dla ludzi z ochrony. Jednak Kenny Everett, prezenter Radia 1, był z nimi w Ameryce i każdego popołudnia, siedząc przy basenie w Kinfauns, włączałyśmy radio i słuchałyśmy, jak Beatlesi z nim rozmawiają. W innych okresach, kiedy on koncertował, ja wyjeżdżałam. Latem 1966 roku poprosiłam Mary Bee i Belindę, by pojechały ze mną na południe Francji. Biuro The Beatles zorganizowało dla nas mieszkanie w Monte Carlo, które – dziwnym zbiegiem okoliczności – należało do Rudolfa Nurejewa; wszystkie ręczniki miały monogram RN. Nowa moda z lat sześćdziesiątych, którą nosiłyśmy w Londynie, nie dotarła jeszcze w tamte strony i wszyscy gapili się na nas w naszych krótkich spódniczkach; wydawałyśmy się jedynymi osobami, które je nosiły. Czułyśmy się nieswojo i niezręcznie, więc wynajęłyśmy samochód i pojechałyśmy w dół wybrzeża do St. Tropez, gdzie nikt nawet nie mrugnął okiem. Było tam o wiele fajniej niż w Monte Carlo i bez przerwy wpadłyśmy na ludzi, których mgliście znałyśmy. Jednym z nich był Alexander Weymouth, ówczesny spadkobierca markiza Bath, który zaprosił nas na kilka dni do swojego domu na wzgórzach. Resztę czasu spędziłyśmy u mojej francuskiej przyjaciółki ZouZou – poznałam ją na pokazach modelingu parę lat wcześniej – która zabierała nas do wszystkich modnych klubów, gdzie dawałam DJ-om pierwsze tłoczenie płyty z utworem „Good Day Sunshine”. To były urocze wakacje – rano ten, kto wstał pierwszy, skręcał jointa i włączał The Byrds, których muzyka wypełniała całe mieszkanie. Słońce świeciło; nie miałyśmy żadnych zmartwień. George nie chciał poznawać nowych ludzi ani odwiedzać nowych miejsc. Chętnie odwiedzał moich starych przyjaciół i nasze rodziny, ale był nieufny wobec nowo przybyłych – chyba że byli muzykami. Pewnego wieczoru, kilka miesięcy wcześniej, zostaliśmy zaproszeni na kolację przez pana Angardiego, który prowadził Asian Music Circle w Londynie, oraz jego angielską żonę, która namalowała duży portret naszej dwójki, do którego pozowaliśmy kilkakrotnie. Pan Angardi chciał, by George poznał gitarzystę grającego na sitarze, Raviego Shankara. Ravi był dobrze znany w kręgach muzyki klasycznej i był bohaterem w swoim własnym kraju, w Indiach. Prze rozmawiali o muzyce cały wieczór, a George był pełen podziwu. Wkrótce potem Ravi przyjechał do Kinfauns, by dać George’owi lekcję gry na sitarze. W pewnym momencie zadzwonił telefon, George odłożył instrument, wstał i podszedł, by odebrać, przechodząc nad sitarem. Ravi uderzył go mocno w nogę i powiedział: „Musisz mieć więcej szacunku dla instrumentu”. Technika wymagana do gry na sitarze różni się zupełnie od wszystkiego, co George znał wcześniej: musiał siedzieć na podłodze przez wiele godzin ze skrzyżowanymi nogami, opierając tykwę instrumentu na podbiciu lewej stopy. Błyskawicznie dopadał go potworny ból nóg. 
Jednakże on i Ravi zostali przyjaciółmi i parę miesięcy później Ravi zaprosił George’a i mnie do Indii, gdzie miał być naszym przewodnikiem po lekcjach duchowych, muzycznych i kulturowych. Polecieliśmy do Bombaju, a ja poczułam się wręcz przytłoczona hałasem, upałem i masą ludzką. Droga między lotniskiem a centrum miasta była kłębiącą się gęstwiną samochodów, rowerów, wozów, krów, psów, riksz i ludzi zmierzających w różnych kierunkach; klaksony samochodowe i dzwonki rowerowe brzmiały bezustannie. Zatrzymaliśmy się w Taj Hotel, wspaniałym wiktoriańskim budynku naprzeciwko Gateway of India, i z naszego okna, bezpieczni od tego zgiełku, obserwowaliśmy mężczyzn i kobiety zajmujących się swoimi sprawami. Ravi organizował zajęcia jogi każdego ranka, by nauczyć George’a, jak siedzieć i trzymać sitar, po czym następowało kilka godzin lekcji i ćwiczeń z nim oraz jego pozostałymi uczniami. Po około miesiącu podróżowaliśmy razem po Indiach. Pośród wielu innych osób poznaliśmy duchowego guru Raviego, Tat Babę, który wyjaśnił nam obojgu prawo karmy – prawo akcji i reakcji, czyli przyczyny i skutku. Ravi cieszył się szacunkiem w całych Indiach: uczniowie kłaniali mu się do stóp. Dawał koncerty w całym kraju, a ludzie potrafili siedzieć, czasem do czwartej rano, słuchając jego gry, przy akompaniamencie Alla Raki na tabli i harmonium, podczas gdy jego uczniowie wybijali rytm. Odliczali takty, co bardzo mnie dezorientowało: nie przypominało to zachodniego taktu klasycznego ani nawet rockowego. Uważałam to za głęboko poruszające: to nie były zwykłe koncerty – w tym doświadczeniu kryło się coś rdzennie duchowego. Ravi mówił nam, że czasami wchodzi w stan medytacji i nie wie świadomie, co właściwie gra.
Niebawem wrócę do wspomnień Pattie.
Historia The Beatles
History of THE BEATLES
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz