Patti Harrison - wspomnienia (6).

 

 

 

Zgodnie z obietnicą, wracamy do intymnych wspomnień Pattie Boyd. Dzisiaj przeniesiemy się wraz z nią i zespołem The Beatles do Indii, do słynnego obozu medytacyjnego Maharishiego w Rishikesh. Choć tematowi temu poświęciłem na blogu już wiele miejsca i zdjęć, to spojrzenie Pattie pozwala nam odkryć to fascynujące wydarzenie na nowo – z perspektywy kogoś, kto był tam nie tylko jako obserwator, ale jako świadek historii tworzącej się w ciszy aśramu. Poczytaj też teksty z poniższych linków. 
 
 
Po czterech tygodniach pobytu zjawił się Magic Alex. Był to młody Grek, który przypiął się do Beatlesów, a Jenny wynajmowała pokój w jego domu. Nazywał się Alex Mardas, a jego ojciec był jednym z greckich pułkowników, którzy obalili króla Konstantyna w puczu w 1967 roku. Wynalazł kilka dziwacznych gadżetów elektrycznych, które spodobały się Beatlesom – zwłaszcza Johnowi – i tworzył rzeczy dla butiku Apple, który otworzył się tuż przed naszym wyjazdem do Indii. Pewnego razu bardzo nalegał, by Beatlesi kupili grecką wyspę, więc pojechaliśmy do Grecji i spędziliśmy czas na łodzi, skacząc z wyspy na wyspę – wszystko, co pamiętam z tych wakacji, to że niektórzy z nas brali kwas, i nie musieliśmy przechodzić kontroli paszportowej, bo ojciec Alexa był tak ważny.

Jenny przyjechała z nami do Rishikesh częściowo dlatego, że uwielbiałyśmy z nią robić rzeczy razem, a częściowo dlatego, że zbiegiem okoliczności, podczas gdy George i ja odkrywaliśmy indyjską filozofię z Ravim Shankarem, Jenny przechodziła podobny proces w domu. Właśnie rozstała się z Mickiem Fleetwoodem i tęskniła za nim i za nami, kiedy uznała, że wierzenia, w których wyrosła, nie mają już sensu. Pewnego dnia natknęła się na sklepik przy Charing Cross Road, pełen książek o wschodniej filozofii. Gdy przeczytała, co mówią o życiu, śmierci i reinkarnacji, nagle zrozumiała, że Bóg jest wszędzie, w każdym z nas, i że wszystko jest kołem. Kiedy wróciłyśmy z Indii, opowiedziała nam, co jej się przydarzyło. My oczywiście przeżyłyśmy dokładnie to samo. [nafotce George, Pattie i Ravi].

W tamtym czasie wydawało się, że Jenny i ja wiemy dokładnie, o czym myśli druga. Często śniłyśmy o sobie nawzajem, a osiem na dziesięć razy dzwoniłyśmy i okazywało się, że to, co wydarzyło się we śnie, miało miejsce w rzeczywistości. To było całkiem niesamowite – czas niezwykłej psychicznej bliskości między nami. Nasze jednoczesne zwrócenie się ku wschodniej filozofii było przedłużeniem tego.

Nasze życia biegły też równolegle. Jenny rzuciła szkołę i została modelką, tak jak ja. Czasem pracowałyśmy razem, co było zabawne, ale podczas gdy ja byłam prawie wyłącznie modelką fotograficzną, ona pracowała na etacie u projektanta, więc okazje do wspólnej pracy były rzadkie. Ona też zakochała się w muzyku. Mick Fleetwood był perkusistą Fleetwood Mac, więc Jenny była częścią rockowej sceny, tak jak ja [Jenny i Mick na fotce obok]. Ich ostatnie rozstanie nie było ostateczne: jej związek z Mickiem zawsze był na włącz-wyłącz. Pierwszy raz zobaczył ją, gdy miała piętnaście lat – w Coffee Mill w Notting Hill, gdzie chodziła z przyjaciółmi po szkole – i wtedy postanowił, że się z nią ożeni. Zaczęli się spotykać, gdy miała siedemnaście lat, a pobrali się w 1970 roku, kiedy Jenny miała dwadzieścia trzy.

Plan zakładał, że pobędziemy w Akademii Medytacji w Rishikesh przez dwa lub trzy miesiące. To był długi czas, żebym jako modelka była poza obiegiem, ale George nigdy nie lubił mojej pracy, a ja starałam się ograniczać liczbę zleceń. Nigdy do końca nie wiedziałam, co w tym mu przeszkadzało. Podejrzewam, że był po prostu produktem swojego wychowania i chciał, by żona była w domu z dziećmi, czekała na niego z obiadem na stole, kiedy wracał z pracy. Moja kariera zabierała mnie z domu i wyrywała z jego łóżka o nienaturalnej porze; sprawiała, że inni mężczyźni na mnie patrzyli, co mu się mogło nie podobać – był dość mizoginiczny – i być może obawiał się, że jeśli stanę się bardziej znana, podsyci to publiczne zainteresowanie nami, od którego zawsze próbował uciec. Ale kiedy zrezygnowałam z modelingu, straciłam ważną część mojej tożsamości, poczucie własnej wartości, niezależność i pewność siebie. 

Z Delhi pojechaliśmy taksówkami w sześciogodzinną podróż do Rishikesh. Droga była pełna rowerów i wozów ciągniętych przez woły, osłów i świętych krów. Panował tam harmider, a w powietrzu unosił się zapach obornika i przypraw. Gdy opuszczaliśmy miasto, wzbijał się kurz, a przez niego widziałyśmy kobiety pracujące na polach w jaskrawych sari – czerwonych i żółtych, fioletowych i zielonych. Mijałyśmy pola pszenicy, góry i rzeki – to była niesamowita jazda.

Rishikesh leży malowniczo nad Gangesem, w miejscu, gdzie rzeka wypływa kaskadami z Himalajów na równiny. Aśram znajdował się na szczycie wzgórza z widokiem na miasteczko i rzekę; powietrze było czyste i świeże, przesycone zapachem kwiatów. Zajmował około osiem lub dziesięć akrów, otoczony wysokim ogrodzeniem i kłódkami na bramach. W środku pokazano nam mały domek Maharishiego, pocztę, wspólną jadalnię, salę wykładową i serię kamiennych cha-letów, w których się zatrzymaliśmy; miały płaskie dachy, na których opalaliśmy się.
    Maharishi i starsi przywitali nas i zaprowadzili do naszych pokoi. Na początku dzieliłam jeden z George’em. Był skromnie umeblowany, z dwoma wąskimi łóżkami, ale przeszkadzaliśmy sobie nawzajem w medytacji, więc ostatecznie każdy miał swój pokój; John i Cynthia początkowo mieszkali obok nas, ale nie dogadywali się – John poznał Yoko Ono – i po tygodniu lub dwóch przeprowadził się do osobnego pokoju. Bardzo mi było żal Cynthii: dostawał prawie codziennie listy od Yoko z treściami w stylu: „Jeśli spojrzysz w niebo i zobaczysz chmurę, to ja ci wysyłam miłość”.

   Każdy dzień wyglądał podobnie. Budziliśmy się rano na przenikliwy krzyk pawich głosów i szliśmy na śniadanie do otwartej jadalni przykrytej płótnem na bambusowych słupach. Kucharzami byli dwaj dwudziestojednoletni Australijczycy, którzy podróżowali dookoła świata i usłyszeli, że akademia potrzebuje pomocy. Wszystko, co gotowali, było wegetariańskie i pyszne. Przypominało mi to chapati i fasolę, które robili Kikuju w Kenii. Na śniadanie serwowali owsiankę i tosty, które jedliśmy pod czujnym okiem setek dużych czarnych wron na drzewach – czekały, aż odejdziemy, by zlecieć i dziobać resztki. Czasem małpy wskakiwały na stoły, chwytały garść jedzenia i uciekały. Ringo spędził dzieciństwo w szpitalu: nie mógł jeść cebuli, czosnku ani niczego ostrego, więc przywiózł walizkę fasolki Heinz.
   Po śniadaniu dostawaliśmy plan dnia, który w większości sprowadzał się do medytacji i wykładów Maharishiego. Odbywały się one w dużej zadaszonej przestrzeni z platformą zawsze udekorowaną kwiatami, gdy przemawiał. Dla mnie jednym z największych objawień była koncepcja reinkarnacji, którą wyznawał. Nie przyszło mi do głowy, że życie może trwać w innej sferze. Myślałam, że po śmierci to koniec. Z latami, gdy umierali przyjaciele, ta wiara stała się dla mnie wielką pociechą.

 

 W aśramie było nas pewnie około sześćdziesięciu – ciekawa mieszanka ludzi z całego świata: ze Szwecji, Wielkiej Brytanii, Ameryki, Niemiec, Danii – i wszyscy byli tacy mili. Mimo to czuliśmy się odcięci od reszty świata, więc zawsze ekscytujące było przyjście listów – moja mama regularnie pisała z nowinami z domu – lub przyjazdy nowych osób. Jednym z nowicjuszy był Donovan z menedżerem „Gipsy Dave”. Znaliśmy Donovana od lat. Nagrywał z Beatlesami i przyczynił się do albumu Yellow Submarine. Zakochany był w Jenny – dla niej napisał „Jennifer Juniper”. Pojawił się też Mike Love, wokalista Beach Boys, oraz aktorka Mia Farrow z bratem Johnnym i siostrą Prudence.

Wykłady Maharishiego były fascynujące. Mówił o ideach stojących za medytacją i o tym, czego powinniśmy dążyć, o życiu i podróżach astralnych, które mogą zdarzyć się podczas medytacji. To jak doświadczenie poza ciałem, i przydarzyło mi się to raz w Rishikesh. Czułam, jakby mnie przeniosło do innego pokoju, po czym zdałam sobie sprawę, że jestem we własnym. George’a też to spotkało i porównaliśmy notatki. Czasem Maharishi dawał naszej grupie prywatne lekcje – tylko on i my, w tym Donovan – na świeżym powietrzu. Potem wracaliśmy do pokoi na medytację, początkowo na ograniczony czas. Stopniowo mogliśmy medytować tak długo, jak chcieliśmy, a jeśli podczas posiłków, musieliśmy uprzedzić, by zostawili jedzenie pod drzwiami. Najdłużej wytrzymałam siedem godzin, od piątej po południu do północy.

 




                                                                         _______________




Historia The Beatles
History of  THE BEATLES

 




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz