Po raz kolejny na blogu wracam do niezwykłych wspomnień spisanych w książce „Here, There and Everywhere: My Life Recording the Music of The Beatles”. Jej autor, Geoff Emerick, to postać absolutnie pomnikowa w historii muzyki – jako genialny inżynier dźwięku towarzyszył Beatlesom przy tworzeniu ich najważniejszych albumów, odmieniając przy tym na zawsze oblicze nowoczesnej produkcji studyjnej.
Dziś mam dla Was kolejne fascynujące spojrzenie od środka na świat Wielkiej Czwórki z Liverpoolu. Tym razem cofniemy się do samego początku – do momentu, w którym nikomu nieznani jeszcze chłopcy w tanich garniturach po raz pierwszy przekraczają próg legendarnego studia przy Abbey Road. To bezcenny, surowy zapis chwili, w której młodzieńczy bunt i niespotykana pewność siebie zderzyły się ze sztywnym, wręcz laboratoryjnym światem brytyjskiego przemysłu muzycznego. Zapraszam na opowieść o tym, jak Geoff Emerick po raz pierwszy zobaczył i usłyszał The Beatles.
Dziś mam dla Was kolejne fascynujące spojrzenie od środka na świat Wielkiej Czwórki z Liverpoolu. Tym razem cofniemy się do samego początku – do momentu, w którym nikomu nieznani jeszcze chłopcy w tanich garniturach po raz pierwszy przekraczają próg legendarnego studia przy Abbey Road. To bezcenny, surowy zapis chwili, w której młodzieńczy bunt i niespotykana pewność siebie zderzyły się ze sztywnym, wręcz laboratoryjnym światem brytyjskiego przemysłu muzycznego. Zapraszam na opowieść o tym, jak Geoff Emerick po raz pierwszy zobaczył i usłyszał The Beatles.
Szczerze mówiąc, rozpoczynając swój drugi dzień pracy, niespecjalnie zaprzątałem sobie głowę wieczorną sesją – w tamtym czasie Beatlesi byli poza Liverpoolem kompletnie nieznani, więc jedyne, czym dysponowałem, to entuzjazm Chrisa Neala. Tamtego ranka Richard [Lush] został przydzielony do pomocy przy sesji muzyki klasycznej i w pewnym momencie pozwolił mi nawet nacisnąć przycisk nagrywania na magnetofonie. Była to dla mnie ogromna ekscytacja i pamiętam, że pomyślałem wtedy, iż będzie to najważniejszy punkt mojego dnia.
W porze lunchu udaliśmy się z Richardem na górę do pokoju socjalnego, gdzie z apetytem zabraliśmy się za przyniesione z domu kanapki, rozmawiając między kęsami. Richard szybko stawał się nie tylko moim nauczycielem, ale i przyjacielem, i naprawdę robił wszystko, co w jego mocy, by wdrożyć mnie w obowiązki; ani przez chwilę nie odniosłem wrażenia, że widzi we mnie konkurencję lub zagrożenie dla swojej posady, co ogromnie doceniałem. Po kilku chwilach dołączył do nas Chris, jak zwykle ożywiony i podekscytowany.
W porze lunchu udaliśmy się z Richardem na górę do pokoju socjalnego, gdzie z apetytem zabraliśmy się za przyniesione z domu kanapki, rozmawiając między kęsami. Richard szybko stawał się nie tylko moim nauczycielem, ale i przyjacielem, i naprawdę robił wszystko, co w jego mocy, by wdrożyć mnie w obowiązki; ani przez chwilę nie odniosłem wrażenia, że widzi we mnie konkurencję lub zagrożenie dla swojej posady, co ogromnie doceniałem. Po kilku chwilach dołączył do nas Chris, jak zwykle ożywiony i podekscytowany.
„Nadal robisz dziś wieczorem tę sesję z Beatlesami, Richard?” – to były pierwsze słowa, jakie padły z jego ust. Richard skinął głową na zgodę, mając usta pełne pomidora i sera, podczas gdy Chris brnął dalej, opowiadając nam wszystko, co wiedział o tym zespole.
„Są niechlujni, noszą skórzane kurtki i czeszą grzywki do przodu” – informował nas z przejęciem. „Podczas testu nagraniowego jeden z nich miał nawet czelność powiedzieć George’owi Martinowi, że nie podoba mu się jego krawat! Ale śpiewają genialne harmonie, zupełnie jak The Everly Brothers, i mają prawdziwie rockandrollowe podejście”. Widok Chrisa Neala w pełnym ringu był czymś niesamowitym. Samym patrzeniem na niego czułem się zmęczony. Nagle Chris pobiegł dalej, bez wątpienia po to, by głosić tę nowinę w innych częściach studia. Używając rogu serwetki, Richard ostrożnie wytarł usta i opowiedział mi nieco więcej o George'u Martinie i Normanie Smithie [obaj na fotce obok]. „Obaj są już dość starsi, ale to równi goście, jak już się ich pozna” – powiedział. „George jest tutaj jednym z etatowych producentów, choć nie słyszałem, żeby kiedykolwiek wcześniej robił sesję rockandrollową. Myślę, że po prostu próbuje wskoczyć do pędzącego pociągu. Przynajmniej ma na tyle rozumu, żeby zaangażować do tej sesji Normana, który sam jest cholernie dobrym muzykiem popowym”. Richard również słyszał dobre opinie o teście nagraniowym Beatlesów i to nie tylko od Chrisa. Wyglądało na to, że w studiu zrobiło się wokół nich sporo szumu, zarówno z powodu ich niekonwencjonalnych osobowości i pyskatego podejścia, jak i umiejętności muzycznych. Personel wyraźnie postrzegał ich jako jeden z najlepiej rokujących zespołów EMI, i wszyscy byli ciekawi, czy George i Norman zdołają wyciągnąć z nich jakieś hity. Sporo ciekawości budził też fakt, że pochodzili „z północy” – w tamtych czasach istniał silny podział klasowy między londńczykami a mieszkańcami prowincji, zwłaszcza z brudnych, północnych ośrodków, takich jak Liverpool. Wyglądało to prawie tak, jakby Anglia była dwoma osobnymi krajami. Odnosiło się wrażenie, że każda rodzima gwiazda popu mieszkała w Londynie, co miało pewien sens, biorąc pod uwagę, że znajdowały się tam wszystkie studia nagraniowe. Przyjazd zespołu spoza Londynu był więc sam w sobie sporą nowością i stanowił temat licznych plotek i rozmów wśród pracowników studia. Zaczynałem przeczuwać, że tego wieczoru wydarzy się coś wyjątkowego.
Najpierw jednak trzeba było przetrwać popołudnie. Ponieważ Richard [foto] nie miał żadnego zadania w środku dnia, musieliśmy udać się do jednej z reżyserek na kilka żmudnych godzin montażu taśm. Kiedy asystenci nie pracowali przy sesjach, jednym z naszych zadań było wklejanie białej taśmy rozbiegowej pomiędzy ścieżki na kopiach albumów przysyłanych z Capitol w Stanach Zjednoczonych. Większość ich płyt popowych była remasterowana w Anglii – co oznaczało, że nagrania były kopiami drugiej generacji, z wynikającym z tego dodatkowym szumem taśmy. To, w połączeniu z faktem, że nasz sprzęt do masteringu nie umywał się do tego dostępnego w Stanach, było powodem, dla którego angielskie wydania amerykańskich płyt nigdy nie brzmiały tak dobrze jak oryginały. Godziny mijały dość szybko i wkrótce ludzie zaczęli się rozchodzić po skończonej pracy. Richard i ja przekąsiliśmy coś szybko w pubie na tej samej ulicy, a następnie skierowaliśmy się do reżyserki Studia Dwa, gdzie po raz pierwszy przedstawiono mnie Normanowi Smithowi. Był to szczupły, elegancki mężczyzna ze starannie ułożonymi włosami, który natychmiast rozładował atmosferę żartobliwym komentarzem na temat mojej rumianej cery.
Gdy zająłem miejsce obok Richarda na tyłach ciasnej reżyserki, zwróciłem uwagę na swobodę, z jaką on i Norman żartowali ze sobą podczas testowania sprzętu, upewniając się, że wszystko działa jak należy. Widać było wyraźny, obopólny szacunek dla swoich umiejętności i w tamtym momencie zdałem sobie sprawę, że w tym fachu chodzi o coś znacznie więcej niż tylko o znajomość kwestii technicznych. Posiadanie lekkiego charakteru i umiejętność dogadywania się z ludźmi wydawały się równie ważne, dlatego postanowiłem brać przykład z zachowania Richarda. Studio Dwa było nietypowe dla kompleksu EMI – i właściwie nietypowe gdziekolwiek na świecie – ponieważ reżyserka znajdowała się piętro wyżej nad główną przestrzenią studia, w której siedzieli muzycy, wychodząc na nią z góry, zamiast znajdować się na tym samym poziomie. Komunikacja między obiema przestrzeniami odbywała się przez wąskie drewniane schody, a polecenia z reżyserki były przekazywane przez parę dużych głośników wiszących na przeciwległej ścianie studia, bezpośrednio nad wyjściem ewakuacyjnym. Krótko przed siódmą usłyszałem rozmowy dobiegające z otwartych mikrofonów i podszedłem do szyby reżyserki, aby zobaczyć, co się dzieje.
Moje pierwsze spojrzenie na Beatlesów nie było wcale pamiętne. W studiu poniżej kręciło się siedem osób, ale po ich niekonwencjonalnych fryzurach łatwo było poznać, którzy czterej to członkowie zespołu, choć mieli na sobie starannie wyprasowane białe koszule i krawaty, a nie skórzane kurtki, którymi tak zachwycał się Chris. Uznałem, że wysoki, szczupły, starszy dżentelmen stojący z nimi to ich producent, George Martin, a ponieważ pozostali dwaj – z których jeden był postawnym, przypominającym niedźwiedzia mężczyzną w okularach, a drugi raczej niepozornym facetem drobnej budowy – pilnie rozstawiali perkusję i wzmacniacze gitarowe, domyśliłem się, że to ekipa techniczna.
Gdy zająłem miejsce obok Richarda na tyłach ciasnej reżyserki, zwróciłem uwagę na swobodę, z jaką on i Norman żartowali ze sobą podczas testowania sprzętu, upewniając się, że wszystko działa jak należy. Widać było wyraźny, obopólny szacunek dla swoich umiejętności i w tamtym momencie zdałem sobie sprawę, że w tym fachu chodzi o coś znacznie więcej niż tylko o znajomość kwestii technicznych. Posiadanie lekkiego charakteru i umiejętność dogadywania się z ludźmi wydawały się równie ważne, dlatego postanowiłem brać przykład z zachowania Richarda. Studio Dwa było nietypowe dla kompleksu EMI – i właściwie nietypowe gdziekolwiek na świecie – ponieważ reżyserka znajdowała się piętro wyżej nad główną przestrzenią studia, w której siedzieli muzycy, wychodząc na nią z góry, zamiast znajdować się na tym samym poziomie. Komunikacja między obiema przestrzeniami odbywała się przez wąskie drewniane schody, a polecenia z reżyserki były przekazywane przez parę dużych głośników wiszących na przeciwległej ścianie studia, bezpośrednio nad wyjściem ewakuacyjnym. Krótko przed siódmą usłyszałem rozmowy dobiegające z otwartych mikrofonów i podszedłem do szyby reżyserki, aby zobaczyć, co się dzieje.
Moje pierwsze spojrzenie na Beatlesów nie było wcale pamiętne. W studiu poniżej kręciło się siedem osób, ale po ich niekonwencjonalnych fryzurach łatwo było poznać, którzy czterej to członkowie zespołu, choć mieli na sobie starannie wyprasowane białe koszule i krawaty, a nie skórzane kurtki, którymi tak zachwycał się Chris. Uznałem, że wysoki, szczupły, starszy dżentelmen stojący z nimi to ich producent, George Martin, a ponieważ pozostali dwaj – z których jeden był postawnym, przypominającym niedźwiedzia mężczyzną w okularach, a drugi raczej niepozornym facetem drobnej budowy – pilnie rozstawiali perkusję i wzmacniacze gitarowe, domyśliłem się, że to ekipa techniczna.
Dziś aż głupio się do tego przyznać, ale tym, co najbardziej uderzyło mnie w Beatlesach, kiedy zobaczyłem ich po raz pierwszy, były ich wąskie, dzianinowe krawaty. Pamiętam nawet, że rzuciłem na ten temat uwagę do Richarda, co skłoniło go do podejścia do okna, by samemu rzucić okiem. Kilka tygodni później obaj kupiliśmy podobne krawaty i nosiliśmy je do pracy; w krótkim czasie wydawało się, że wszyscy w EMI chodzą w takich samych. Przed nami było jeszcze sporo przygotowań, więc szybko wróciliśmy na swoje miejsca z tyłu pokoju, podczas gdy Norman kontynuował swoje skrupulatne testy.
„Czy on nie musi rozstawić mikrofonów?” – zapytałem w pewnym momencie Richarda. Wyjaśnił mi, że realizatorzy dźwięku w EMI nie brudzą sobie tym rąk. Zamiast tego mówili „białym fartuchom” – czyli technikom utrzymania ruchu – jakich mikrofonów chcą użyć i gdzie je umieścić, a wszystkim zajmowano się z wyprzedzeniem. Drobne korekty wymagane podczas sesji mogły być przeprowadzane przez Normana lub Richarda, ale tylko „białe fartuchy” miały prawo zmieniać okablowanie czy modyfikować drogę sygnału. Wydało mi się to niedorzecznym sposobem pracy, ale najwyraźniej EMI miało reguły na wszystko. Za kilka lat miałem złamać niemal każdą z nich.
Po krótkim strojeniu instrumentów zacząłem słyszeć muzykę sączącą się z głośników reżyserki, co ponownie przyciągnęło mnie do okna. Czterej Beatlesi mieli próbę, a George Martin siedział na wysokim stołku pomiędzy dwoma wokalistami. Utwór, który grali, był lekki, nic nadzwyczajnego, ale rytm miał w sobie zdecydowanie coś zaraźliwego. Zza wysokich ekranów akustycznych widziałem ich perkusistę uderzającego w bębny. Wyglądał na bardzo niskiego człowieka z bardzo dużym nosem i zdawało się, że nie zna tej piosenki tak dobrze jak pozostali, którzy co chwila przerywali grę, by dawać mu instrukcje. Podczas gdy oni dopracowywali aranżację, Norman pochylał się nad konsoletą mikserską, ostrożnie ustawiając proporcje poszczególnych instrumentów. Byłem pod ogromnym wrażeniem brzmienia, jakie nadawał, oraz jakości dużych głośników w reżyserce (zwanych „monitorami”), które były o niebo lepsze od jakichkolwiek, jakie kiedykolwiek wcześniej słyszałem. Ich czystość pozwalała mi dosłownie usłyszeć każdą nutę każdego instrumentu.
W końcu w muzyce nastąpiła przerwa i drzwi do reżyserki otworzyły się. Do środka wszedł George Martin. Arystokratyczny w postawie i sposobie wysławiania się – dla moich uszu chłopaka z północnego Londynu brzmiał niemal królewsko – przywitał się z Normanem, skinął głową Richardowi, po czym rzucił mi spojrzenie.
„A kimże jest ten dżentelmen?” – zapytał. Poczułem, że potwornie się czerwienię, wyciągając rękę.
„A kimże jest ten dżentelmen?” – zapytał. Poczułem, że potwornie się czerwienię, wyciągając rękę.
„Geoff Emerick, proszę pana. Jestem tu nowym asystentem; mam przyglądać się pracy Richarda”.
Uścisnął mocno moją dłoń. „Ach, kolejny klikacz przycisków do pomocy w naszej sprawie”.George miał błysk w oku i natychmiast wzbudził moją sympatię. Bez zbędnych ceregieli sesja się rozpoczęła, a Richard otrzymał polecenie uruchomienia dwuścieżkowego magnetofonu. (W tamtym czasie najbardziej zaawansowaną maszyną w EMI był magnetofon czterościeżkowy, ale na trzy studia przypadały tylko dwa takie urządzenia i były one zarezerwowane wyłącznie dla uznanych artystów, by nie marnować ich na nowo pozyskanych wykonawców). Norman Smith grobowym głosem podał tytuł utworu i numer wersji dla potomności – proces ten nazywano „zapowiedzią” – a następnie włączył czerwoną lampkę nagrywania.
„’How Do You Do It’, wersja pierwsza” – powiedział, po czym nastąpiła krótka chwila ciszy, zanim jeden z członków zespołu odliczył drżącym głosem i grupa zaczęła grać.
Szczerze mówiąc, po tym całym wcześniejszym nakręcaniu atmosfery przez Chrisa i resztę personelu EMI, było to lekkie rozczarowanie. Główny wokalista, który grał również na gitarze rytmicznej, miał specyficzny, nosowy głos i śpiewał czysto, ale bez większego entuzjazmu, a gitarzysta prowadzący sprawiał wrażenie, jakby plątały mu się palce. Prawdopodobnie najbardziej imponującą rzeczą w całym wykonaniu była mocna i melodyjna gra na basie. Zaglądając przez okno, widziałem, że basista śpiewał także partię harmoniczną.
Po zaledwie kilku podejściach, podczas których George Martin udzielał wskazówek przez swój podręczny mikrofon do komunikacji, wszyscy wydawali się usatysfakcjonowani. Zespół skierował się na górę do reżyserki, aby odsłuchać nagranie, co dało mi okazję po raz pierwszy przyjrzeć się Beatlesom z bliska. Nikt nie przedstawił ich ani mnie, ani Richardowi, gdy swobodnie rozmawiali z Normanem ze swoim dziwnie brzmiącym akcentem z Liverpoolu. Jednak z mojego miejsca na tyłach pokoju uważnie studiowałem ich twarze.
Po zaledwie kilku podejściach, podczas których George Martin udzielał wskazówek przez swój podręczny mikrofon do komunikacji, wszyscy wydawali się usatysfakcjonowani. Zespół skierował się na górę do reżyserki, aby odsłuchać nagranie, co dało mi okazję po raz pierwszy przyjrzeć się Beatlesom z bliska. Nikt nie przedstawił ich ani mnie, ani Richardowi, gdy swobodnie rozmawiali z Normanem ze swoim dziwnie brzmiącym akcentem z Liverpoolu. Jednak z mojego miejsca na tyłach pokoju uważnie studiowałem ich twarze.
Główny wokalista, który nosił grube rogowe okulary, podobne do tych, jakie miał Buddy Holly, miał haczykowaty nos i szorstkie obejście. Był dość wiercący się i bardzo zabawny – bez przerwy nazywał Normana „Normalem” – oraz miał głośny, pośpieszny sposób mówienia. Dla kontrastu, perkusista, który rzeczywiście był sporo niższy od pozostałych i miał niemal filigranową sylwetkę, wyglądał na nieco przybitego i niewiele się odzywał. Uderzyło mnie również to, jak szczupły – wręcz wychudzony – był gitarzysta prowadzący oraz jak młodo wyglądał; sprawiał wrażenie zaledwie o kilka lat starszego ode mnie. Co najbardziej intrygujące, podbił sobie oko; później dowiedziałem się, że to pamiątka po bójce w jednym z liverpoolskich klubów, w którym grali kilka dni wcześniej. No i był jeszcze basista. Był nie tylko najbardziej klasycznie przystojny z całej czwórki, ale też najbardziej przyjacielski i otwarty – w pewnym momencie skinął nawet z głową na powitanie Richardowi i mnie. Był też wyraźnie najbardziej zainteresowany tym, jak brzmi nagranie. Choć nie podnosił głosu tak jak główny wokalista, odniosłem nieodparte wrażenie, że to on jest liderem grupy. Kiedy mówił, pozostali słuchali uważnie i bez wyjątku potakiwali głowami, a przed każdym podejściem to on mobilizował ich, by dali z siebie wszystko. Patrząc na to z dzisiejszej perspektywy, to zabawne, jak większość ludzi uważała Johna Lennona – tego wokalistę z haczykowatym nosem z pierwszej piosenki – za lidera Beatlesów. Na początku to mógł być jego zespół i to on mógł przejmować rolę lidera na konferencjach prasowych czy podczas publicznych wystąpień, ale przez wszystkie lata mojej pracy z nimi zawsze wydawało mi się, że to Paul McCartney, ten cichy basista, był prawdziwym przywódcą grupy i nic nie działo się bez jego aprobaty.
Moim głównym wspomnieniem z tamtego pierwszego wieczoru z Beatlesami była jednak ogromna ilość żartów. John i Paul robili to najczęściej – wręcz emanowali pewnością siebie i ewidentnie byli bliskimi kumplami. Gitarzysta prowadzący i perkusista, George Harrison i Ringo Starr, zdawali się podchodzić do wszystkiego znacznie poważniej, a może po prostu byli bardziej zdenerwowani – trudno było to jednoznacznie ocenić.











Brak komentarzy:
Prześlij komentarz