PAUL. Beatlesi w chmurze dymu. Narodziny muzycznej rewolucji


 

 

    Dzisiaj w roli głównej niedawny jubilat, 84. Cofniemy się jednak o kilkadziesiąt lat. Książka Philipa Normana w tym rozdziale zabiera nas w sam środek kulturowej rewolucji połowy lat sześćdziesiątych, pokazując, jak nowa i fascynująca subkultura przenikała do hermetycznego dotąd świata The Beatles. Zanim zespół wszedł w erę głębokiej psychodelii i zaczął eksperymentować z mocnymi substancjami, ich codzienność zdominowało zupełnie nowe, łagodne hobby, które zrewolucjonizowało nie tylko ich proces twórczy, ale też codzienne nawyki. Autor z humorem i detalami opisuje okres, w którym muzycy – z Paulem McCartneyem na czele – odkrywali rozluźniające działanie marihuany, traktując ją jako uniwersalny symbol pokoju i doskonałe paliwo dla wyobraźni. Poniżej znajduje się opowieść o tym, jak ten „wesoły haj” towarzyszył im w studiach nagraniowych, na planach filmowych, a nawet podczas oficjalnych wizyt u samej Królowej, stając się pilnie strzeżoną, choć momentami niezwykle komiczną tajemnicą wielkiej czwórki z Liverpoolu. 

 



... Paul uważał jej działanie za całkowicie pozytywne i nie zmienił zdania nawet wtedy, gdy opinia medyczna obróciła się przeciwko niej. Dla niego dym o zapachu szałwii miał działanie „podnoszące na duchu”, choć na większość ludzi działał nasennie. Postrzegał marihuanę jako nowoczesny odpowiednik indiańskiej fajki pokoju, która wprowadzała wszystkich w ten sam stan euforii i przyjaznego zamglenia. Barry Miles wspomina, że większość ludzi uważa utwór „Got to Get You into My Life” za piosenkę miłosną, podczas gdy w rzeczywistości Paul napisał ją o marihuanie, ponieważ tak bardzo ją polubił.



The Beatles kręcili film Help! głównie pod jej wpływem – reżyser Richard Lester zapamiętał ten czas jako okres „wesołego haju”. Podczas każdej trasy koncertowej przewozili ją w bagażu przy zachowaniu minimalnych środków ostrożności: techniczni Neil i Mal kupowali kartony papierosów po 200 sztuk, po czym usuwali tytoń z każdej papierowej rurki i upychali w to miejsce aromatyczne, pozwijane włókna. Szczytem bezczelności – który i tak nie przyniósł żadnych konsekwencji – było ich zachowanie podczas wręczania orderów MBE przez królową w Pałacu Buckingham. John twierdził, że przed spotkaniem z monarchinią wymknęli się do pałacowej toalety, by spalić jointa na uspokojenie nerwów, choć Paul twierdzi dziś, że wzorem niegrzecznych uczniów po prostu wypalili we dwóch zwykłego papierosa za rowerownią.

Kiedy nagrywali w Abbey Road, John wyruszał ze swojego nowego domu w Weybridge w hrabstwie Surrey, zgarniał mieszkającego na tym samym osiedlu Ringo i obaj palili marihuanę przez całą ponad dwudziesto-milową drogę do Londynu. Zazwyczaj, zanim dotarli na miejsce, połączenie dymu i przegrzanego samochodu wywoływało u nich chorobę lokomocyjną, przez którą stawali się niemal tak zieloni jak ich zioło.
W studiu nie odważyli się palić przy surowym jak dyrektor szkoły George'u Martinie – wymykali się wspólnie do męskiej toalety lub kulili się za ekranami akustycznymi perkusji Ringo, poza zasięgiem wzroku z reżyserki. Ich producent nie był również świadomy pierwszego nawiązania do narkotyków, jakie John i Paul przemycili w utworze – wersu „turn me on when I get lonely” (podkręć mnie, gdy poczuję się samotny) w piosence Paula „She’s a Woman”. Paul dbał także o to, by trzymać swoje nowe hobby w tajemnicy przed ojcem, choć jego młodsza przyrodnia siostra Ruth zauważyła, że kiedy przyjeżdżał do Heswall, spędzał ze swoimi znajomymi muzykami niewytłumaczalnie dużo czasu w szklarni Jima McCartneya pośród winorośli i pomidorów, skąd co rusz biegały salwy śmiechu.

    Barry Miles, John Dunbar, Marianne Faithfull, Peter Asher , Paul McCartney, otwarcie Galerii Indica 28 stycznia 1965

    Odkrył, że w towarzystwie z Wimpole Street marihuana nie była niczym nowym. Przyjaciel Petera Ashera, John Dunbar, palił ją (i eksperymentował z wieloma innymi rzeczami) podczas podróży autostopem po Ameryce. Z kolei znajomy Dunbara, księgarz Barry Miles, posiadał encyklopedyczną wiedzę o artystach, którzy się nią wspomagali – od bitników z lat pięćdziesiątych po literackich gigantów z Paryża lat dwudziestych. To od Milesa Paul dowiedział się o Alice B. Toklas, partnerce Gertrude Stein, której słynna książka kucharska zawierała przepis na czekoladowe babeczki z haszyszem. Miles wspomina, że gdy opowiedział Paulowi, iż jego żona Sue zamierza wypróbować ten przepis, McCartney natychmiast zjawił się u nich w domu i siedząc na kuchennym blacie, rozmawiał z Sue o szczegółach.
    Jedynym obszarem, do którego marihuana jeszcze nie przeniknęła, było pisanie piosenek przez Lennona i McCartneya. Obaj zgadzali się, że otumania im to umysły, więc pracowali po staremu: dawali sobie maksymalnie trzy godziny na utwór, a potem każdy przepisywał gotowy tekst na czysto. Dopiero gdy piosenka okazywała się dobra, nagradzali się wspólnym jointem. Po ukończeniu „The Word”, pod wpływem wypalonego skręta, nie tylko przepisali tekst, ale zmienili go w bogato zdobiony, iluminowany manuskrypt, używając kolorowych kredek syna Johna, Juliana.
   Ich twórczość z 1965 roku nie zdradzała żadnych oznak otumanienia. Świadczy o tym idealny balans między optymizmem McCartneya a pesymizmem Lennona w „We Can Work It Out” oraz przedwczesna nostalgia w „In My Life” – utworze kojarzonym głównie z Johnem, do którego jednak większość melodii napisał Paul. Choć ich otoczenie zmieniło się na posiadłość w Surrey czy luksusowy dom w West Endzie, atmosfera pracy pozostała taka sama jak na Forthlin Road w 1957 roku: filiżanki herbaty, zwykłe papierosy, długie rozmowy o muzyce i sztuce oraz okazjonalne, chłopięce, sprośne żarty przemycane do przyszłych hitów, jak podteksty w „Day Tripper” czy chórki w tle utworu „Girl” z płyty Rubber Soul.
     Mogli się nie zgadzać, a nawet gwałtownie kłócić, ale nigdy nie żywili do siebie urazy. Jednym z najmilszych wspomnień Paula związanych z Johnem była sytuacja podczas jakiejś sprzeczki, gdy po wymianie złośliwości Lennon na chwilę opuścił okulary, powiedział ciepło: „To tylko ja...”, po czym założył je z powrotem. W takich momentach Paul widział go bez maski, którą John tak bardzo bał się pokazać światu.


   Ta sama przyjacielska atmosfera, podsycana wspólnym paleniem skrętów, udzielała się całemu zespołowi, bez względu na ciążącą na nich presję. Barry Miles wspomina, że byli najlepszym przykładem „wspólnego umysłu grupy”. Grali ze sobą tak długo, że wystarczyło, by jeden zaczął, a reszta od razu wiedziała, co robić. Nawet przed ich największym koncertem dla 55-tysięcznego tłumu na Shea Stadium, ustalili kolejność utworów dopiero w garderobie tuż przed wyjściem na scenę.  
W tym samym roku wspólna świadomość zespołu wkroczyła w inny wymiar, gdy John, George i ich partnerki wybrali się na kolację do swojego dentysty w Londynie. Zostali tam poczęstowani kawą z kostkami cukru, które – o czym nie wiedzieli – zostały nasączone LSD. Cynthia Lennon wspominała później ten wieczór jako nagłe znalezienie się w środku horroru. LSD, znane popularnie jako kwas, dotarło do Wielkiej Brytanii z Ameryki jako zwiastun nowej ery. Ta bezwonna i bezbarwna substancja nie przytępiała zmysłów jak marihuana, ale wyostrzała je do niespotykanego stopnia, potęgując światło i dźwięki oraz wywołując wizje zwane psychodelicznymi. Jako nowy środek nie był jeszcze nielegalny, a jego właściwości wychwalał profesor z Harvardu, Timothy Leary. Latem 1965 roku jego współpracownik, Michael Hollingshead, otworzył w Chelsea Światowe Centrum Psychodeliczne, gdzie rozdawał LSD każdemu chętnemu na kawałkach chleba.

Kwas wywołał natychmiastowy podział w The Beatles. Po pierwszym trudnym doświadczeniu, John i George zafascynowali się nim i stali się gorliwymi zwolennikami substancji, która zbliżyła ich do siebie bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Chcieli, aby Paul i Ringo dołączyli do tego doświadczenia. Ringo był gotów spróbować, ale Paul stanowczo odmówił. O ile chętnie palił marihuanę, o tyle wzbraniał się przed „twardymi rzeczami”. Nie ulegał też presji otoczenia – reżyser Richard Lester wspominał, jak dwie niezwykle piękne kobiety bezskutecznie próbowały namówić Paula do spróbowania heroiny. 
Dodatkowym straszakiem był dla Paula widok mieszkania Johna Dunbara i Marianne Faithfull, gdzie opieka nad dzieckiem mieszała się z wizytami odurzonych narkotykami znajomych. Podczas jednej z wizyt Paula, inny gość musiał zostać zabrany do szpitala po przedawkowaniu kokainy przy użyciu gumowej stazy. Czerwone gumowe rurki przypomniały Paulowi nieprzyjemne zabiegi medyczne, które jego matka wykonywała jako położna, co tylko utwierdziło go w przekonaniu, by trzymać się wyłącznie nieszkodliwej marihuany. Nawet namowy Dunbara w Centrum Psychodelicznym nie zmieniły jego zdania.
     Amerykańska trasa The Beatles z 1965 roku przyniosła przeżycia, którym trudno było dorównać – obok koncertu na Shea Stadium było to spotkanie z Elvisem Presleyem w Los Angeles. Dla Paula było to ogromne przeżycie, tym bardziej że jedyną piosenką The Beatles, jaką Elvis zdawał się znać, było „I Saw Her Standing There”, którą nucił, grając na basie. Pojawiła się jednak także nuta smutku, gdy John i Paul zdali sobie sprawę, że zgodnie z dawną przepowiednią Briana Epsteina stali się „więksi niż Elvis”. Paul tłumaczył później, że nigdy nie chcieli go pokonać, a jedynie z nim współistnieć. 
     W Los Angeles Ringo po raz pierwszy wziął kwas w towarzystwie muzyków z The Byrds, jednak Paul nadal się opierał. George wspominał później, że reszta zespołu była dla niego z tego powodu nieco złośliwa, dając mu odczuć, że zostaje w tyle. Paul jednak nie uległ, tłumacząc to zasadami, w jakich został wychowany i zakorzenionym w nim ostrzeżeniem przed demonem narkotyków. Paula od zawsze irytowało to, że potomność zapamiętała go jako twórcę melodyjnej, przytulnej i bezpiecznej strony spółki Lennon-McCartney, podczas gdy Johnowi przypadła rola buntownika, eksperymentatora i ikonoklasty. Podział ról dokonał się jeszcze w Liverpoolu i Hamburgu, gdzie Paul zawsze trzymał się z tyłu, czując się jak prowincjonalny outsider, podczas gdy John zadawał się z artystyczną śmietanką. Po przeprowadzce na południe John miał na starcie sporą przewagę, będąc postrzeganym jako ten „inteligentny”, „bystry” czy „głęboki” Beatle, w przeciwieństwie do zaledwie „uroczego” Paula.
 


W 1964 roku Lennon został pierwszym muzykiem popowym, który wydał książkę, i jedynym, którego premierę uświetnił literacki lunch w księgarni Foyle’s z udziałem elity londyńskiej inteligencji. Książka „John Lennon in His Own Write” była zbiorem jego rysunków i nonsensownych tekstów z pełnym szacunku wstępem Paula, który wspominał w nim ich pierwsze spotkanie na festynie w kościele w Woolton (i ku niedowierzaniu milionów fanek opisał samego siebie z tamtego dnia jako „grubego szkolnego bota”). Książka stała się bestsellerem i triumfem krytycznym, a autora okrzyknięto współczesnym wcieleniem Edwarda Leara i Jamesa Joyce'a.
  Jednak do połowy lat sześćdziesiątych sytuacja diametralnie się odwróciła. Gdy „Swinging London” osiągał swój szczyt, McCartney znajdował się w samym centrum kulturowej awangardy, podczas gdy Lennon rzadko opuszczał podmiejskie Surrey. Dawny asystent zespołu, Tony Bramwell, wspomina, że John był w gruncie rzeczy leniwy i w zupełności wystarczało mu siedzenie w Weybridge i niebicie bąków.
    
   
Peter i Jane Asher z Barry'm Milesem 

O ile edukację kulturalną Paul zawdzięczał rodzinie Asherów, o tyle w świat kontrkultury wprowadził go niemal całkowicie Barry Miles. Ten cichy, ale błyskotliwy 22-latek łączył wszechwiedzę o sztuce nowoczesnej i literaturze z miłością do muzyki – od rock'n'rolla po najbardziej dziki jazz eksperymentalny i muzykę konkretną. Miles wychował się w Cheltenham, studiował sztukę, a potem podjął pracę w Better Books, londyńskim centrum rewolucyjnej literatury. Księgarnia ta była domem dla amerykańskich bitników odwiedzających Londyn, dzięki czemu Miles był w przyjacielskich relacjach z takimi twórcami jak Allen Ginsberg czy Lawrence Ferlinghetti.   
   Jego wiedza o muzyce awangardowej była imponująca. To od niego Paul po raz pierwszy dowiedział się o free jazzie Ornette’a Colemana, Albercie Aylerze czy kompozytorze Sun Ra, który uważał się za wysłannika rasy aniołów z Saturna. W mieszkaniu Milesa przy Hanson Street Paul, paląc haszysz lub jedząc słynne ciastka według przepisu Alice B. Toklas, słuchał dzieła Johna Cage’a „Indeterminacy” oraz pierwszego na świecie śpiewającego komputera IBM 704 wykonującego wiktoriańską pieśń „Daisy Bell”.
    Poza studiem Abbey Road Paul i John od zawsze używali magnetofonów szpulowych do dopracowywania piosenek i relaksu, odgrywając komiczne skecze z efektami dźwiękowymi. Po pojawieniu się kieszonkowych magnetofonów kasetowych w 1964 roku te dźwiękowe zabawy stały się jeszcze prostsze. Pewnego dnia, podczas przejażdżki Aston Martinem DB5, Paul przełączył guzik na desce rozdzielczej i Miles usłyszał coś, co brzmiało jak szalona amerykańska stacja radiowa z dżinglami i reklamami, tak różna od sztywnego BBC. W rzeczywistości była to taśma przygotowana przez Paula z darmowych płyt, które dostawał co tydzień. W rolę didżeja wcielił się sam McCartney, imitując m.in. Al Jolsona, Little Richarda czy idealnie podrabiając ich bliskiego przyjaciela, Micka Jaggera.
 
  Miles zapoznał go z europejską muzyką eksperymentalną, przy której ich własne studyjne eksperymenty w Abbey Road wydawały się wyjątkowo grzeczne. Paul poznał twórczość Karlheinza Stockhausena, Pierre'a Schaeffera czy Luciano Berio. Dowiedział się, jak maszyny stają się wykonawcami, a taśma magnetyczna orkiestrą poprzez jej cięcie, puszczanie od tyłu czy zapętlanie na wielowarstwowych „pętlach”.Miles opowiadał mu także o amerykańskich zespołach, które nie chciały być kopiami The Beatles, nie dbały o hity czy pieniądze, lecz przesuwały granice popu w stronę sztuki i radykalnej polityki. Byli wśród nich ekscentrycy, jakich w Liverpoolu nikt nie potrafiłby sobie wyobrazić: od Franka Zappy i jego Mothers of Invention po poetów z formacji The Fugs.
    Za każdym razem, gdy Paul widział się z Johnem, zasypywał go nowinkami z tego fascynującego świata – opowiadał, że mistrz pętli magnetofonowych Luciano Berio przyjeżdża do Wielkiej Brytanii, albo że sam napisał list do Stockhausena i otrzymał osobistą odpowiedź. „Boże, stary, tak strasznie ci zazdroszczę” – odpowiadał ponuro John, ale na tym poprzestawał.
   W ten sposób najbardziej nieoczywiste postacie awangardy stawały się bohaterami drugoplanowymi w historii The Beatles. Kolejnym przyjacielem Milesa był William S. Burroughs (foto), nestor amerykańskich bitników. Często spędzał on czas z Milesem i Johnem Dunbarem w mieszkaniu przy Montagu Square, które należało do Ringo, ale Paul przejął je, by stworzyć tam eksperymentalne studio nagraniowe. Partner Burroughsa, Ian Sommerville, pomagał tam czasem jako realizator dźwięku.
   Miles wspomina, że pewnego wieczoru, gdy siedzieli tam, paląc marihuanę i tworząc muzykę free-form (znaną również jako tłuczenie w garnki i patelnie), Paul przyniósł próbny tłoczony krążek z albumem "Rubber Soul". Bill Burroughs był jedną z pierwszych osób, które go usłyszały. McCartney, wyraźnie onieśmielony obecnością wielkiego pisarza, powiedział, że płyta ma „14 wad”, których nie był w stanie naprawić, choć miliardy słuchaczy od tamtego czasu miałyby problem ze wskazaniem choćby jednej.
   Płyta Rubber Soul przyniosła dalszy rozwój piosenek, które można było łatwo przypisać konkretnie Johnowi lub Paulowi, mimo wspólnego podpisu. Od Johna pochodziły „Girl”, „Norwegian Wood” i „Nowhere Man” – słabo zamaskowane autoportrety pełne niepokoju i niechęci do samego siebie. Z kolei najważniejszy utwór Paula na płycie wydawał się wręcz przechwałką na temat jego wyrafinowanego życia w metropolii i nowych, eleganckich przyjaciół.
   W rzeczywistości piosenka ta sporo zawdzięczała dawnemu przyjacielowi, Ivanowi Vaughanowi, który chodził z Paulem do szkoły w Liverpoolu i przedstawił go Johnowi na festynie parafialnym. „Ivy” studiował filologię klasyczną w Londynie, gdzie poznał swoją żonę Jan, studentkę lingwistyki. Para mieszkała w Islington i często spędzała czas z Paulem i Jane Asher.



  Jan Vaughan biegle mówiła po francusku i pewnego dnia, gdy wraz z mężem gościła w domu Jane, Paul poprosił ją o pomoc przy utworze, który właśnie pisał. Chciał francuskiego imienia dziewczyny i czegoś, co by się z nim rymowało. Jan zaproponowała „Michelle” i „ma belle”. Następnie Paul potrzebował francuskiego tłumaczenia frazy „to są słowa, które świetnie do siebie pasują”, na co Jan odpowiedziała: „sont des mots qui vont très bien ensemble”.
 
 


Historia The Beatles
History of  THE BEATLES

 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz