1966 raz jeszcze - cz. 4. Yesterday and Today. Kłopoty!


1966 rok pamiętany jest przez fanów zespołu The Beatles jako ten, w którym zespół przestał już na zawsze koncertować.
To oczywiście rok "afery z Jezusem", kłopotliwej ostatniej trasy koncertowej i dużo więcej. W poniższym tekście poznamy dokładniej perypetie zespołu w tym roku, a tytuł posta nieprzypadkowo nazwałem "Kłopoty". Wszyscy czytelnicy mego bloga znamy te wszystkie fakty, wydarzenia, ale w tym tekście opiszę je dokładniej, opierając się podobnie jak w poprzednich postach z cyklu "1966 raz jeszcze" głównie na znakomitej książce Johna Savage, "1966, rok w którym eksplodowała dekada". Przyjrzyjmy się więc dokładnie, bo są szalenie interesujące i wspaniale w tej książce opisane. Oczywiście w tekście pojawią się teksty z mego researchu w wielu innych źródłach.
12 sierpnia Beatlesi mieli przed sobą pierwsze koncerty trzeciego dorocznego tournee po Stanach Zjednoczonych. Od czasu kiedy grupa dała w sierpniu rok wcześniej największy jak na owe czasy koncert przed  56-tysięczną widownią na Shea Stadium wiele się zmieniło. Nawet bardzo. W 1966 nastroje w Ameryce były  całkowicie odmienne. W kraju miłość zmieniła się na nienawiść - oskarżenia kierowane pod ich adresem kierowane z kościelnych ambon, groźby Ku-Klux-Klanu i palenie produktów związanych z nimi przypominające palenie książek w nazistowskich Niemczech.
   Dla nietykalnego do tej pory kwartetu były to gorące tygodnie. Przez poprzednie trzy lata sukces Beatlesów rozwijał się zgodnie z ich ambicjami. Ich pozycji  na poważnie nikt nie zagrażał, choć najczęściej przeciwstawiano ich Rolling Stonesom, znaczna część zachodniego świata leżała u ich stóp, sprzedali miliony płyt, otrzymali państwowe odznaczenia, byli hołubieni i strzeżeni jako wcielenia nowej, pełnej życia i progresywnej kultury młodzieżowej. Latem 1966 sytuacja była całkiem inna. 
   Orbitujący z zawrotną prędkością w swojej prywatnej sferze Beatlesi pracowali na dobrą sprawę w dwóch strefach czasowych: we własnej teraźniejszości artystów coraz bardziej eksperymentalnych oraz przeszłości, którą była dla nich Beatlemania.  
JOHN: Nasz wizerunek był tylko jakimś drobnym fragmentem, tego kim byliśmy. W gazetach zawsze źle to pokazywali. Nawet jeśli lądowały tam jakieś prawdziwe okruchy, to zawsze już po fakcie. Kiedy pokazywali nasze niby nowy wizerunki, my już byliśmy gdzie indziej.
  Ten rozdźwięk czasowy powiększył się jeszcze w trakcie ich przerwy z początków 1966 roku. Wywiady dla Maureen Cleave i sesja zdjęciowa dla Roberta Whitakera- czytaj o nich w poprzednich tekstach z serii o 1966 - wskazywały na wewnętrzną zmianę czterech muzyków. Zakosztowali wolności i - świadomie lub nie - pragnęli roztrzaskać swój dotychczasowy wizerunek pop-idoli, pokazać publiczności jak bardzo się zmienili, wyraźnie zaznaczyć, że zmiana jest przynależnym im prawem. Jednak te słowa (Cleave) i zdjęcia (Whitaker) miały do nich powrócić w przyszłości rykoszetem.
  Pierwszą oznaką jakiejkolwiek działalności publicznej Beatlesów było nagranie przez nich kilku videoklipów do obu stron ich najnowszego singla - Paperback Writer oraz Rain (zobacz tutaj).  Zgodzili się na pewną liczbę wejść w telewizji mających promować ich najnowszy krążek. Zatrudnili Michaela Lindsay-Hogga (tego od "Let It Be" w przyszłości), nagrali kilka różnych sekwencji przy Abbey Road i dzień później na terenie posiadłości Chiswick House w zachodnim Londynie. Na wszystkich Beatlesi są opanowaną, elitarną formacją, w ubraniach zgodnych z najnowszymi trendami z Carnaby Street: golfach, koszulach w kwiaty, kolorowych okularach przeciwsłonecznych. Gdyby ktoś specjalnie się doszukiwał, znalazłby oznaki wpływu narkotyków, jednak grupa wciąż nie wzbudzała podejrzeń. Pojawiały się wszak omeny. Na początku studyjnego clipu do Paperback Writer Paul McCartney podnosi pod światło kilka powiększonych przeźroczy, zatrzymując się na kadrze "rzeźniczym". 
 
GEORGE:  Beatlemania spowodowała, że nie mogliśmy się właściwie nigdzie ruszyć i zdrowy rozsądek nakazywał nie pokazywać się tak często w studiach telewizyjnych w związku z promocją naszych płyt, bo to wiązało się ze sporymi problemami. Pomyśleliśmy, że zrobimy krótkie filmiki, które trafią do telewizji. Zebraliśmy więc ekipę i zaczęliśmy kręcić. Zrobiliśmy kilka takich filmów. Myślę, ze pierwszymi prawdziwymi, jakie nakręciliśmy w Chiswick House, były promo klipy do "Paperback Writer" i "Rain".
 Sądzę, że Brian Epstein spotkał w Australii fotografa nazwiskiem Robert Whitaker... Zaaranżował nam sesję zdjęciową, która mi się już wtedy nie podobała. Uważałem, że jest przesadzona i głupia. 
Czasami wszyscy robiliśmy rzeczy sądząc, że to jest cool albo ekstra, choć tak naprawdę były naiwne i kretyńskie. Tak było w przypadku tej sesji. Jednak to był przykład typowy, kiedy jednostka będąca częścią ekipy musi się w takiej sytuacji podporządkować reszcie i zgodzić na współpracę... 

11 czerwca zdjęcie z sesji Whitakera umieszczono na okładce "Disc and Music Echo" - należącego częściowo do Briana Epsteina - promując w ten sposób singla.  Z opatrzonej podtytułem "Ale jatka!" okładki
spoglądało czterech poważnych Beatlesów w białych fartuchach, z mięsem, ale już bez fragmentów lalek.  Wewnątrz numeru PAUL mówił: Przyszłość może być bardzo interesująca - jest tyle rzeczy do zrobienia. Mieliśmy farta, szczęście, naprawdę! Mamy za sobą różne wspaniałe doświadczenia i teraz jesteśmy jakby po ukończeniu szkoły, kiedy zastanawiasz się jaki wybrać zawód. Zawsze możemy pisać muzykę, a niezależnie od tego możemy się zaangażować w coś jeszcze.
 
 JOHN: "Paperback Writer" to syn "Day Tripper", co oznacza rock and rollowy numer z gitarowym motywem z fuzzem i głośną gitarą. To piosenka Paula.

PAUL:W tym czasie nagraliśmy "Paperback Writer" i "Rain"... Nie sądzę, aby "Rain" był numerem tylko Johna. Napisaliśmy go razem. Głos był Johna i nastrój był Johna, ale to nasz współpraca nadała piosence taki charakter. Myślę, że zbyt łatwo się mówi "to piosenka Johna". Paul robi ballady, John bardziej rockowe numery. John jest "ostry", Paul "miękki". To nieprawda. Niektóre piosenki w dużej mierze były moje, inne zaś zdecydowanie owocem współpracy z Johnem., takie nad którymi siedzieliśmy z nim po trzy godziny. Były też numery przede wszystkim Johna. Myślę, że będzie tego pół na pół. W "Rain" nie mogliśmy znaleźć podkładu i dlatego zdecydowaliśmy się to zagrać szybciej i dokładnie, lecz nie sądzę, aby był to pomysł Johna. Nie wiem, kto to wymyślił, ale to był ścisła współpraca/ Doszło do tego, że każdy z nas mógł powiedzieć: "Strawberry Fields" to mój numer, "Penny Lane" jest twoje. Zaczęło się tak dziać, ale wcześniej, przy takiej piosence jak "Rain", wszyscy chcieliśmy tego samego. Nie tylko John chciał nagrać tego typu utwór. Tak się złożyło, że jego utwór był usprawiedliwieniem naszych poszukiwań.


Żadna z dwóch stron singla nie była próbą dogodzenia  publiczności. Paperback Writer stanowiło rozszerzenie Day Tripper, monolitycznego riffu z tamtej piosenki, przyśpieszonego oraz rozbitego w kłębowisko slow, harmonii  przypominających Beach Boys biorących się za ragę oraz dynamicznych, siarczystych gitar. Ta piosenka nie opowiadała o miłości, ale o mass mediach i była grana we wściekłym tempie, jak gdyby obrazy i myśli napływały zbyt szybko, by udało się jej przetworzyć. Wrażenie, że Beatlesi mają zamiar oddać się własnym, coraz bardziej dostępnym tylko dla wtajemniczonych fascynacjom, przybierało na sile po odwróceniu płytki na drugą stronę. Rain było hymnem na cześć akceptacji kosmosu, prymatu stanów wewnętrznych wykonanym w bardzo dziwnym pejzażu dźwiękowym - brzmienie piosenki po zmiksowaniu obniżono o półton, co dało wrażenie  brzęczącej indyjskiej tonalności, pod koniec utwór  ruszał od tyłu, a uzyskany w ten sposób efekt jednocześnie wciągał i zaprzeczał jakiejkolwiek racjonalności. Bezsprzecznie istniał tutaj podział na "nas i ich": albo kumacie o co w tym chodzi, albo nie, proste! Oto efekt środków halucynogennych, które mimo tak zachwalanego efektu unicestwienia ego, nie zdołały stłumić sarkazmu Lennona. "Kiedy pada, uciekają, kryją się, jakby mieli umrzeć, nie?" (if the rain comes they run and hide their heads, they might as well be dead)  śpiewa szyderczą ragę. Na nagraniach z Abbey Road wszyscy Beatlesi są bardzo poważni, nie uśmiechają się, nie dają po sobie za wiele poznać. Kiedy videoklip wyemitowano na żywo 5 czerwca w programie 'Ed Sullivan Show', obyło się bez entuzjastycznych okrzyków na widowni.
 
 
 Ta nowa postawa wycofania przeglądała się także w twardych błyszczących powierzchniach nowej płyty, które miały za zadanie zniechęcać przypadkowych słuchaczy. Ten brak chęci przypodobania się, brany za wyraz arogancji i lenistwa, natychmiast zwrócił uwagę czujnych fanów, którzy tłumnie pragnęli podzielić się swoim werdyktem na łamach "Record Mirror" 4 czerwca. W przeważającej części niespełna dwudziestoletni , częściej ludzie pracy niż członkowie bohemy, krytycy ci dorastali z muzyką grupy i nie bardzo przypadło im do gustu to, co usłyszeli: '...nie tak dobry jak poprzednie hity' / 'nie zrozumiałam słowa z tego co śpiewają w "paperback Writer". Po prostu nie są tak dobrzy, jak byli - obecnie są już zespoły lepsze od nich. Co do "Rain", to ciągnął się i ciągnął.  / W ogóle mi się nie podobał', '"Paperback Writer" nie bardzo mi się podobał. Brzmiał za bardzo na jedno kopyto. "Rain" bardziej mi się podobał, miał w sobie więcej melodii'.
    Znacznie lepsze notowania singiel miał u zawodowych  recenzentów. Np. Penny  Valentine w "Disc and Music Echo" pisała: Paperback Writer ma przecudowny taneczny rytm. Utwór mocno odciska się w pamięci i dzięki łamanym beatom perkusji i eterycznym, falującym chórkom. 

    Jak gdyby dla udobruchania fanów zespół zagrał jedyny raz na żywo w "Tops of the Pops" 16 czerwca. Ten występ, razem z wcześniejszym w programie Eda Sullivana, osiągnął zamierzony skutek i singiel wspiął się na miejsce nr 1 po obu stronach Atlantyku.
    W połowie czerwca wytwórnia Capitol Records szykowała się do wydania swojego dziewiątego albumu The Beatles na rynku amerykańskim, co dawałoby odbiorcom w USA dwa wydawnictwa więcej niż fanom w Wielkiej Brytanii. Stało się tak za sprawą kompilacji singli, epek i nagrań w języku niemieckim. Powstały one dlatego, że amerykańskie firmy nagraniowe płaciły tantiemy nie od albumu, ale od piosenki, tak więc Capitol dawał Beatlesom mniej z LP z jedenastoma utworami niż otrzymywali za wersję brytyjską, na której było ich czternaście. Powstałe w ten sposób dodatkowe albumy - podkreślę, że bez jakiejkolwiek zgody zespołu - były czysto komercyjnym towarem, w tandetnych okładkach, z krótkim czasem odtwarzania, jednak "Yesterday and Today" okazał się całkowitym partactwem, nawet jak na standardy Capitolu. Umieszczenie na nim czterech ostatnich hitowych amerykańskich singli zespołu było z biznesowego punktu widzenia posunięciem logicznym, ale na płycie znalazły się też trzy piosenki Lennona, które miały się znaleźć na albumie 'Revolver' i były w różnych stopniach kompletności: And Your Bird Can Sing, Dr Robert i wczesny miks I'm Only Sleeping.
JOHN: 'Robiliśmy te zdjęcia w Londynie podczas jednej z sesji. Już wtedy zaczynaliśmy jej nienawidzić. Sesja zdjęciowa już sama w sobie była sporym utrapieniem, bo trzeba było starać się wyglądać normalnie, a tak się nie czuliśmy. Fotograf był surrealistą, przyniósł na sesję lalki, kawałki mięsa i fartuchy lekarskie. Wczuliśmy się w to i tak się poczuliśmy: 'Yeaaah'.    Nie lubię być zaszufladkowanym, a wówczas uważano nas za aniołków Chciałem pokazać, że wiem czym jest normalne życie i naprawdę popierałem projekt tej okładki. Powiedziałbym, że byłem tym, który przyczynił się do tego, że się ukazała.
  Wyjątkowo upierałem się przy tej okładce, bo chciałem zmienić nasz image... Potem oczywiście było całe to zamieszanie. Okładkę wycofano a nas wpakowano w okropne pudło, na której to fotce wyglądamy równie drętwo, a podobno mieliśmy wyglądać na wesołą czwórkę. Staraliśmy się zrobić coś innego. Projektowaliśmy lub mieliśmy kontrolę nad większością okładek w Anglii, ale w Ameryce było więcej płyt i zawsze potrzebowali więcej zdjęć, więcej okładek. 
Pytaliśmy: 'Dlaczego nie możemy wydać płyty z czternastoma utworami w Ameryce?' . Sęk w tym, że świadomie układaliśmy kolejność utworów tak jak chcieliśmy by zabrzmiała jak całość i dopasowanie ich było sporym wysiłkiem z naszej strony. Nie pozwolili wydać nam tam czternastu utworów zasłaniając się prawem czy czymś takim. W tej sytuacji przestaliśmy się przejmować co się dzieje z naszymi płytami w Ameryce, aż do czasu gdy zaczęliśmy tam częściej bywać...
Teraz jest to interesujące, ale wtedy doprowadzało nas to do szału. Nagrywaliśmy płytę a oni robili z niej dwie.  
 
JOHN: Mój oryginalny pomysł na okładkę był lepszy - uciąć Paulowi głowę, ale on się na to nie zgodził.
GEORGE:
Jestem zniesmaczony tymi zdjęciami lalek bez głów, o co tutaj chodzi ? Ktoś spojrzał na te zdjęcie przytomnym wzrokiem i zapytał: "Czy wy naprawdę potrzebujecie tego na okładkę płyty?" Wytwórnia stwierdziła: "Nie chcemy takiej okładki jak ta. Chcemy mieć ładną okładkę, na której będziecie siedzieli w pudełku".

Album ukazał się z "lalkowym" zdjęciem Roberta Whitakera na okładce, na którym zespół ma za plecami płótno płaszczyznę, jak gdyby obraz. To osobliwa fotografia, jak na każde czasy - nie ma na niej niczego, co byłoby do zaakceptowania: od brudnych części lalek, przez czerwone, surowe kawały mięsa i białe rzeźnicze kitle, aż po szary, przyprawiający o nudności tynk. Można by sądzić, że ktoś w Capitolu przyjrzy się ilustracji i nakaże wstrzymanie, ale nie - magia The Beatles wciąż działała.
 
 

 
  Źródła z epoki  odnotowały samodzielny wybór okładki przez członków zespołu, ale wydaje się jasne, że to John Lennon naciskał na to najmocniej. Któż by inny? Jako ten, którego rozczłonkowanie materiału z 'Revolver' dotknęło najbardziej, był wściekły i nie miał zamiaru za nic przepraszać, kiedy później prasa wydrukowała jego słowa, że okładka "jest tak istotna jak Wietnam" - co dość średnio przyczyniało się do uspokojenia nastrojów, bowiem reakcja dyskdżokejów i detalistów byłą tyleż nieprzychylna, co natychmiastowa.
 

 
 
 Prototyp "grzecznej" okładki
  14 czerwca menedżer Capitolu do sprawa kontaktów z prasą i informacji rozesłał do recenzentów list, w którym zapowiadał, że "pierwotna okładka płyty jest wycofywana, a w jej miejsce przygotowujemy nową". Cytował też słowa  prezesa firmy Alana Livingstona: "Pierwotna okładka, powstała w Anglii, była pomyślana jako satyra 'po-art'. Jednak próba wysondowania  opinii publicznej w Stanach Zjednoczonych pokazał, że projekt okładki nie jest interpretowany w tym duchu". Livingston zapamiętał, że "sprzedawcy bardzo szybko dali nam znać, że się tego nie tkną. Nie chcieli wystawić albumu w sklepach. "Musiałem zadzwonić do Briana Epsteina i powiedzieć mu, że nie mogę wypuścić tego albumu. Nic nie poradzę. W końcu przysłali nam inną okładkę, którą mogliśmy wprowadzić do sprzedaży. Brian reprezentował ich interesy i zależało mu, żeby Beatlesi mieli taką okładkę, jaką sobie zażyczyli. Ale martwił się też o pieniądze [...] ostatecznie dał za wygraną".
  
Pierwsza partia okładek była szacowana na 750 000 egzemplarzy. 28 czerwca Jo Sobeck z zakładu Capitol w Scranton zawiadamiał R.L.Howe'a, menedżera  ds. dystrybucji krajowej, że "zniszczenie  50 000 okładek T2553 Beatlesów przeprowadzono w poniedziałek 27 czerwca 1966 roku. Około 35 000 zniszczono kilka dni wcześniej. W sumie zniszczono wszystkie przeznaczone do nowej dystrybucji. Wykopano duży dól w wysypisku miejskim w Needham. Kosztowało to wszystko Capitol ponad 200 000 dolarów. Dużą liczbę oryginalnych okładek zalepiono nową fotografią, na której bardzo poważni, wręcz znudzeni Beatlesi, ironicznie lekko uśmiechnięci (prócz George'a) opierają się o skrzynię bagażową. W młodzieżowych magazynach tamtego okresu fani wymieniali się pomysłami jak najskuteczniej odkleić nudną okładkę by dostać się do obrazu tabu. 
"Rzeźnicza" okładka mogła stanowić sekretną wiadomość dla wtajemniczonych (a wiemy, że we wszystkim co "emitowali" z siebie Beatlesi mogło kryć się, a może nawet na pewno kryło - oczywiście zdaniem tych najbardziej "nawiedzonych", jaki ich nazywał John, fanów), ale poza tym stanowiła pewien punkt zwrotny. Niemniej album The Beatles z dwiema okładkami, tą "niegrzeczną" pod spodem jest do dzisiaj jednym z największych beatlesowskich rarytasów i dla kolekcjonerów prawie bezcenny. I to nie z powodu zawartych na nim treści muzycznych. Magia The Beatles! 
NEIL ASPINALL: Ta okładka była była na amerykańskiej płycie, wtedy Capitol tak robiła, że wydawał różne płyty od tych brytyjskich. Sklepy były nią przerażone. Nie wiem ile egzemplarzy wydrukowano ale reakcja była zawsze taka sama: Co to jest  ? Capitol nakleił nowe zdjęcie na starą okładkę wytłoczonych płyt, ale następne serie już miały tylko nowe zdjęcie...Niewiele jest na świecie "rzeźniczych" egzemplarzy.
PAUL: Kiedy to wywołał, można  to było odczytać, że  te zniszczenia to nasze dzieło. Podobnie było z  tą "rzeźniczą" okładką. W sumie podobała nam się, była przerażająca i szokująca, ale nie widzieliśmy w niej żadnych podtekstów. 
Nie chciała jej jednak wytwórnia Capitol. Trzeba pamiętać jaki wtedy panował ogólny nastrój. Pamiętam, że sir Edward Lewis, szef wytwórni Decca, nie zaaprobował okładki Stonesów, bo było na niej namalowane graffiti na sedesie... My nie byliśmy przeciwni szokowaniu od czasu do czasu. To była część naszej strategii. 
Więcej na ten temat, czyli "Butcher cover"  znajdziecie na stronie https://www.rarerecords.net/butcher-cover/ (kolejne linki na dole tekstu; jak rozpoznać jaki masz w domu album itd). 
    "The Beatles wypuścili najobrzydliwszą okładkę płyty, jaką kiedykolwiek widziano w Stanach Zjednoczonych - wyrokowano głosem znanego d-jay'a w gazecie KRLA Beat. - Ani jednej z osób, które widziały tę wycofaną ze sprzedaży okładkę albumu nie przypadła ona do gustu. Nikomu nie wydała się choćby trochę zabawna. Krótko mówiąc, wszystkie uznał to za najbardziej odrażające widowisko, jakie pamiętają. Wielu wyraziło przypuszczenie, że pewnie chodziło w niej o wywołanie szoku. I pojawia się pytanie - skąd u Beatlesów  przekonanie, że muszą się uciekać do techniki szoku, żeby sprzedać album? Osobiście jestem zdania, że The Beatles oddalili się tak bardzo od swojej publiczności, ze nie wiedzą już, czego ona od nich oczekuje.  Prawdę mówiąc, od samego pojawienia się Beatlesów w Ameryce wieszczono im upadek. Jednak ci, którzy znają się na branży rozrywkowej, trzymali się jednej i tej samej dewizy przez cały okres ich panowania: 'Nikt nie jest w stanie zabić The Beatles poza nimi samymi' I być może właśnie do tego doszło".
Na krótką metę kontrowersja była nieznaczna - longplay "Yesterday and Today" sprzedawał się w końcu bardzo dobrze, zdobywając szczyt amerykańskiego zestawienia albumów pod koniec lipca (30) i pozostał na nim przez 5 tygodni. W tym czasie Beatlesi mieli już inne zmartwienia. Po dwóch miesiącach nad nowym albumem, ruszyli na ambitne tournee z koncertami w Niemczech, Japonii, na Filipinach, a następnie, po przerwie, w Ameryce w sierpniu. Nie mieli pojęcia, o tym co ich tam czeka.



Historia The Beatles
History of  THE BEATLES








Brak komentarzy:

Prześlij komentarz