
W poprzednim wpisie zostawiliśmy The Beatles w samym środku finansowego cyklonu – gdy Allen Klein przejmował stery, a gigantyczne zyski z Northern Songs nieuchronnie wymykały się z rąk członków zespołu. Dziś kontynuujemy tę opowieść (przypomnę, że zaczęliśmy ją postem „The Beatles w sądzie”, warto wrócić do niego i przeczytać kolejne po nim, zgodnie z rysunkami poniżej), sięgając ponownie do fascynującej biografii „Paul McCartney: The Life” pióra Philipa Normana. To kolejny fragment historii Beatlesów, w której wielkie uczucia, ambicje i pieniądze splatają się z narastającymi napięciami, a za kulisami wydarzeń, które na zawsze zapisały się w historii muzyki, rozgrywa się coraz bardziej osobisty dramat. Lato i jesień 1969 roku to czas wielkich paradoksów. Podczas gdy pół miliona ludzi na festiwalu Woodstock i na wyspie Isle of Wight świętowało szczytowy moment kontrkultury lat 60., czwórka muzyków, która tę dekadę ukształtowała, była uwięziona w gabinetach prawników i dusznej atmosferze finansowego konfliktu. A jednak – wbrew narastającej niechęci, procesom sądowym i postaci Allena Kleina dzielącej zespół na pół – Paul, John, George i Ringo weszli do studia przy Abbey Road, by nagrać swoje ostatnie wspólne arcydzieło. I ostatnia uwaga. Ostatnie posty ilustruję rysunkami stworzonymi przez AI. Jeśli kogoś to irytuje, to bardzo przepraszam. Nie będę przesadzał, ale czasem AI (ChatGPT) pozwala mi lepiej zobrazować treść postu. Wymienione w poście utwory The Beatles nie oznaczyłem linkami, czytelnicy mego bloga wiedzą, że KAŻDY utwór (także album) Fab Four został opisany tutaj i znajdziecie go w odpowiedniej zakładce górnego menu bloga. Naniesione cytaty są spoza książki Norman.
Trzy najbardziej znaczące
wydarzenia kultury młodzieżowej lat 60. miały miejsce w trakcie złotego lata
ostatniego roku tej dekady – niemal tak, jakby były odpowiedzią na masowe
pragnienie wyciśnięcia z każdej pozostałej minuty tak wiele, jak to tylko możliwe. 5 lipca tłum liczący 250 000 osób
oglądał, jak The Rolling Stones oddają hołd swojemu zmarłemu gitarzyście,
Brianowi Jonesowi, podczas darmowego koncertu w londyńskim Hyde Parku [na zdjęciu Jagager odczytujący Adonais Percy'ego Bysshe Shelleya]. Pomiędzy
15 a 19 sierpnia 500 000 widzów zalało błotniste pastwisko w pobliżu Woodstock
w stanie Nowy Jork, aby zobaczyć program złożony z 32 wykonawców, w tym Joan
Baez, Joni Mitchell, Santanę, Jefferson Airplane, The Who i Jimiego Hendrixa.
Dwa tygodnie później kolejne pół miliona ludzi zjechało na senne wyspy Isle of
Wight u południowych wybrzeży Anglii na kolejny trzydniowy, anglo-amerykański
maraton rockowy, którego kulminacją był pierwszy występ Boba Dylana od czasu
jego niemal śmiertelnego wypadku motocyklowego w 1966 roku.

Na każdym z tych wydarzeń
obcowanie z elitą współczesnego rocka pod gołym niebem oznaczało skrajny
dyskomfort, przeludnienie, fatalne warunki sanitarne, głód i pragnienie, a
jednak na wszystkich trzech publiczność pozostała w przeważającej mierze
praworządna i w doskonałym humorze. Ten powtarzający się fenomen młodzieży
gromadzącej się w ogromnych liczbach, bez przemocy i zamieszek, musiał zrobić
wrażenie nawet na jej najzagorzalszych krytykach ze starszego pokolenia. 

Przez
jedną złudną chwilę hipisowskie credo miłości i pokoju naprawdę wydawało się
stawać siłą zdolną do zmiany świata na lepsze. Niestety, muzycy, którzy zrobili
najwięcej, by stworzyć ten nastrój wolności i dobrej woli, byli obecnie
zamknięci na niekończących się, pełnych zgorzknienia spotkaniach biznesowych. W
porównaniu z Mickiem Jaggerem wywijającym w falbaniastej sukience pod dębami
Hyde Parku czy Jimim Hendrixem grającym ironiczną wersję „Star-Spangled Banner”
na Woodstock, The Beatles wydawali się wręcz nieco passé. Jednak, jak tak
często bywało wcześniej, to właśnie oni stworzyli kwintesencję letnich brzmień,
choć późno w sezonie i z nutą chłodnej jesieni, która miała nadejść.

Album Abbey Road, wydany w
Wielkiej Brytanii 26 września, zdawał się rozwiewać wszystkie niedawne plotki o
ich rychłym rozpadzie. Po rozciągniętym i poszatkowanym Białym Albumie
był to powrót do szczytowej formy z czasów Revolver i Sgt. Pepper;
jedno-płytowa kolekcja, której każdy utwór był niezastąpionym klejnotem. Istotnie, był to nowy krok naprzód, ponieważ zawierał dwie piosenki George’a,
które dorównywały dokonaniom Johna czy Paula („Here Comes the Sun” i
„Something”), a także jedną Ringo („Octopus’s Garden”). Najbardziej krzepiące
ze wszystkiego były harmonie wokalne – słodsze i bliższe niż cokolwiek od
czasów „This Boy” czy „Here, There and Everywhere”. To, co George śpiewał w
jednym ze swoich dwóch zaskakujących majstersztyków, naprawdę wydawało się
prawdą: „Here comes the sun... it’s all right” (Nadchodzi słońce... wszystko
jest w porządku).
[George wcześniej całkowicie się nie przejął, że zespół wydał singla "The Ballad of John and Yoko" jako John i Paul: Nie przeszkadzało mi, że nie ma mnie na tej płycie, bo to nie była moja sprawa. Gdyby to była Ballad of John, George and Yoko, wtedy bym na niej zagrał
Przypomnę, że John odniósł się do nieobecności kolegów. W wywiadzie dla NME w 1969 roku wyjaśniał, że George był za granicą, a Ringo pracował na planie filmowym. Twierdził, że nie było w tym żadnej szczególnej decyzji o pominięciu pozostałych].
Zobowiązanie Paula do dobrego
zachowania złożone George’owi Martinowi w imieniu pozostałych zostało
dotrzymane daleko ponad oczekiwania Martina. Udało im się zapomnieć o różnicach
biznesowych i znowu stali się muzykami, którzy wciąż nie znali lepszego towarzystwa
niż oni sami nawzajem. W sali konferencyjnej mogli nieodwracalnie się od siebie
oddalać, ale ten ostatni raz razem w studiu nigdy nie wydawali się bardziej
zjednoczeni. Przejmujący ton, który pobrzmiewa pod każdym utworem – uśmiechy
ukrywające łzy, szlif maskujący ból, pozorny nowy początek, który tak naprawdę
jest ślepym zaułkiem – ostatecznie uczyni z Abbey Road najlepiej
sprzedający się album The Beatles w historii.

Nieuniknienie zdarzały się drobne
potknięcia. Część materiału pojawiła się już podczas sesji Get Back,
więc niosła ze sobą spuściznę nudy i niecierpliwości wynikającej z bezowocnego
dążenia do perfekcji w jednym podejściu. W szczególności „Maxwell’s Silver
Hammer” Paula był próbowany tak wiele razy pod bezwzględnym terrorem autora, że
John odmówił dalszej pracy nad nim. „Powrót do dawnego sposobu pracy”
nie oznaczał też wykluczenia Yoko.
Wręcz przeciwnie, sesje do Abbey Road
obejmowały „bed-in” bezpośrednio na podłodze studia. Przed stawieniem się do
pracy John zabrał Yoko na wycieczkę samochodową po szkockich wybrzeżach – jego
przywiązanie do nich mocno wyprzedzało to u Paula – w towarzystwie swojego syna
Juliana i jej córki Kyoko. Jako fatalny kierowca, wylądował wynajętym
samochodem w rowie, poważnie rozcinając sobie twarz i raniąc plecy Yoko do tego
stopnia, że chodzenie, a nawet siedzenie wciąż sprawiało jej ból. Zamiast
przebywać w studiu bez niej, sprowadził podwójne łóżko z domu towarowego
Harrods. Leżała tam, podparta poduszkami, z mikrofonem zamontowanym nad głową,
co pozwalało jej dowolnie komentować przebieg prac. Co zdumiewające, rozejm
wciąż trwał.

Tym razem żaden z utworów Paula
nie miał wybitnowanego na sobie napisu „przebój”. „Oh, Darling” było pastiszem
naddramatycznych wokalistów soulowych w stylu Jackie Wilsona („Reet Petite”) –
wczesnym przykładem nostalgii za latami 50., która wkrótce miała zdominować
brytyjski pop. „Maxwell’s Silver Hammer”, nagrany bez Johna, zaczynał się w
dobrze znanym, uroczym, domowym stylu McCartneya, od postaci o imieniu Joan
studiującej „patafizykę” – pojęcie, które wyłapał w czasach, gdy obracał się
wśród podziemnych intelektualistów w księgarni Indica. Wewnątrz ładnego
opakowania seryjny morderca, student medycyny Maxwell Edison, cicho śledził i
tłukł swoje niewinne ofiary z radosnym „Bang-Bang!”, aby „ubezpieczyć się, że
są martwe”. Danie mu srebrnego młotka miało złagodzić ten czarny humor (tak jak
dodanie słowa „Silver” przed „Beatles” wydawało się kiedyś nadawać im więcej
blasku). Ale nawet jak na listy przebojów z 1969 roku, kapryśne masowe
morderstwo to było zdecydowanie za dużo.

Tak więc singlem z dwiema
stronami A, wykrojonym z albumu, stał się utwór Johna „Come Together” – jawny
podtekst, który nie niósł już żadnego ryzyka – połączony z „Something”
George’a. Jednak zamiast wywołać dalsze napięcia, „Come Together” odrodziło dawną,
bezinteresowną interakcję twórczą Lennona i McCartneya w ich najlepszym
wydaniu. W oryginalnej wersji Johna Paul zauważył, że pierwsza linijka
przypomina nieco „You Can’t Catch Me” Chucka Berry’ego. Aby zapobiec
ewentualnemu zarzutowi o plagiat, zasugerował nadanie mu innej aranżacji, którą
wyobrażał sobie jako „bagienną” (swampy). Stąd wzięło się jego
lunatyczne, ciężkie od basu tempo, przywodzące na myśl tropikalną noc, kumkanie
żab i seks pod moskitierą.
Tam, niestety, twórcza interakcja
natrafiła na przeszkodę. Chociaż „Come Together” wydawało się stworzone do
wspólnej harmonii Lennona i McCartneya na żywo, John zdecydował się na dubbing
wokalny zrealizowany wyłącznie przez siebie. Paul wspominał później, że miał
nadzieję, iż znowu staną przy jednym mikrofonie, ale był „zbyt skrępowany, by
zapytać”. Była to chyba najsmutniejsza miara przepaści, która ich teraz
dzieliła.

Druga strona albumu nosiła
najsilniejsze znamiona innowacji, a nie pożegnania. Od pewnego czasu George
Martin namawiał Johna i Paula, by wznieśli swoją muzykę na wyższy poziom,
pisząc symfonie i suity, zamiast tylko trzy- lub czterominutowych zrywów popowych
utworów. Teraz, jako rozbudowane finale Abbey Road, zasugerował, by
każdy z nich wyciągnął z dna szuflady fragmenty niedokończonych lub
nienagranych piosenek, które można by zaaranżować w suitę w stylu klasycznym.
„Paul od razu podchwycił ten pomysł” – wspomina Martin. „John na początku sporo
narzekał, ale potem zaczął przychodzić i mówić: 'Ech, znalazłem kolejny kawałek
do medleya'”.

„Kawałki” Johna były bardzo
oczywistymi resztkami o tytułach w stylu Sgt. Pepper, z rubasznymi
tekstami i wstawkami w dialekcie Scouse, niczym duchy jego dawnego wcielenia z
czasów sprzed Yoko. Kawałki Paula, dla kontrastu, tworzyły złożoną mozaikę
ujawniającą więcej jego prywatnych uczuć i emocji, niż jego muzyka kiedykolwiek
wcześniej pokazywała. Istotnie, całe poczucie bezpieczeństwa, które album tak
starannie budował, zostało podkopane w ciągu ostatnich kilku minut, a to za
sprawą człowieka, który był kiedyś niezrównanym specjalistą The Beatles od PR.
„You Never Give Me Your Money”
było jednoznacznym odniesieniem do obietnic bajecznego bogactwa składanych
przez Allena Kleina, które jak dotąd przyniosły jedynie „śmieszny papierek” w
postaci umowy menedżerskiej, której podpisywaniu sprzeciwiał się wyłącznie
Paul. Przegłosowany i zepchnięty na margines, miał tylko „jedno słodkie
marzenie” – by wraz z Lindą być „stąd daleko... nadusić gaz i otrzeć łzę”.

„She Came In Through the Bathroom
Window” przypominało o jego chaotycznym kawalerskim życiu tuż przed Lindą,
kiedy to jedna z gorliwych groupies naprawdę weszła do posiadłości przy
Cavendish tą drogą. „Golden Slumbers” wywodziło się z opracowania „Cradle Song”
elżbietańskiego pamflecisty Thomasa Dekkera, której dziewięcioletnia przyrodnia
siostra Paula, Ruth, akurat uczyła się grać na pianinie. Namiętna kołysanka od
przyszłego ojca zamieniła się w hymnowy chór, który był niesamowicie trafnym
wglądem w jego własną przyszłość: „Boy, you’re gonna carry that weight… a long
time!” (Chłopcze, będziesz dźwigał ten ciężar... przez długi czas!).
Tutaj przynajmniej należało do
niego ostatnie słowo – a właściwie dwa. W „The End” pozostali naprawdę byli
tylko „muzykami towarzyszącymi dla Paula”, gdy wygłaszał ich zbiorowe
epitafium: „The love you take / is equal to the love you make” (Miłość,
którą otrzymujesz, jest równa miłości, którą dajesz). Następnie, gdy album
wydawał się zakończony, jakby na zadośćuczynienie za całe to zrzędzenie,
pojawiło się „Her Majesty” – fragment jego dawnego, zuchwałego uroku,
nazywający brytyjską monarchinię „całkiem miłą dziewczyną”. W rzeczywistości
zdecydował o wycięciu tego kawałka, ale inżynierowie dźwięku w studiu po prostu
nie odważyli się tego zrobić.

To właśnie w celu promocji Abbey
Road The Beatles odbyli swoją ostatnią w historii wspólną sesję zdjęciową –
była to melancholijna okazja w nowej wiejskiej posiadłości Johna i Yoko,
Tittenhurst Park, 22 sierpnia. Mieli na sobie niemal te same ubrania, co na
okładce albumu – z tą różnicą, że John nosił czarny kapelusz z szerokim rondem
jak nestor kwakrów – i wydawali się tak nieswoi i zamknięci w sobie, jak
czwórka obcych ludzi. Trudno było utożsamić tych chłodnych, obojętnych mężczyzn
z chłopakami, którzy razem przetrwali lędźwiowy klub Cavern w Liverpoolu,
Hamburg, Beatlemanię i jeszcze bardziej szaloną epokę po Beatlemanii,
podtrzymywani śmiechem, pasją, optymizmem i przede wszystkim przyjaźnią, która
wydawała się nie do zniszczenia. Miłość, którą stworzyli, była nieskończenie
większa niż jakakolwiek, którą mogli otrzymać – i to była najcięższa cena ze
wszystkich.
Paul nigdy nie podpisał umowy
menedżerskiej z Allenem Kleinem: większość głosów Johna, George’a i Ringo
wystarczyła do przypieczętowania tej nominacji. Zobowiązania kontraktowe wobec
spółki The Beatles i Apple oznaczały, że był teraz uwięziony z menedżerem,
którego nigdy nie chciał i którego nie znosił. Klein ze swej strony przyjął
wyniosłe maniery człowieka realizującego misję znacznie ważniejszą niż drobne
konflikty personalne. „[Paul] był związany z Apple na znaczny okres lat” –
powiedział wywiadowcy telewizyjnemu w sztywnym, prawniczym języku, jakiego
używał publicznie – „więc jego odcięcie się ode mnie nie ma tak naprawdę
żadnego wpływu”. Prywatnie jego żelazna wiara w siebie podpowiadała mu, że Paul
w końcu i tak przejdzie na jego stronę. Własne umiejętności polityczne
Paula tym razem całkowicie go zawiodły. Domyślał się, że George’a nie da się
odwieść od popierania Johna w kwestii Kleina. Ale zdroworozsądkowy,
sprawiedliwy Ringo wciąż mógł być otwarty na argumenty. Tak więc w lipcu Ringo
i jego żona Maureen otrzymali rzadkie zaproszenie na kolację przy Cavendish. Po
wykwintnym posiłku ugotowanym przez Lindę Paul ponowił argumentację przeciwko
Kleinowi. Jak Ringo wspominał później, czuł się wtedy szantażowany
emocjonalnie; ilekroć powiedział coś na korzyść Kleina, Linda zalewała się
łzami i mówiła: „Ciebie też dopadli”.
Po chwilowej odwilży przy Abbey
Road Paul był coraz rzadziej widywany w siedzibie Apple przy Savile Row,
gdzie kiedyś był codzienną, wszechpotężną obecnością. „Przychodził tylko na
zebrania biznesowe, na których absolutnie musiał być” – wspomina Tony Bramwell
– „choć wciąż wisiał na telefonie, prosząc mnie o załatwianie różnych rzeczy”.

Co prawda życie niosło teraz inne
zainteresowania. 28 sierpnia w Avenue Clinic w St John’s Wood Linda urodziła
dziewczynkę. Paul był przy niej przez cały czas porodu; podczas gdy trwały te
procedury akuszeryjne, które tak dobrze pamiętał, wpatrywał się uporczywie w
grafikę Picassa na ścianie. „Przedstawiała grę na gitarze przy użyciu tylko
dwóch palców” – wspominał później – „więc pomyślałem, że spróbuję napisać
piosenkę wokół tego samego chwytu”. Patrzył, jak na świat przychodzi
jego córka, ważąca sześć funtów i osiem uncji (ok. 2,95 kg), absolutnie
doskonała, opisując to później jako „pierwszy raz, kiedy naprawdę widziałem
magię dziejącą się na moich oczach”. Otrzymała imię Mary, na cześć matki, którą
stracił w wieku 14 lat, ale która tak naprawdę nigdy go nie opuściła.
W rzeczywistości miał teraz dwie
córki, ponieważ zdecydował się zaadoptować córkę Lindy, Heather – tak samo jak
jego ojciec zaadoptował Ruth, córkę swojej drugiej żony Angie. Ale w
przeciwieństwie do Ruth, biologiczny ojciec Heather, Joseph Melville See, wciąż
żył i miał się dobrze w Tucson w Arizonie.
W latach od rozwodu z Lindą See
miał niewielki kontakt z Heather i nie wnosił sprzeciwu wobec sprowadzenia jej
z Nowego Jorku do Londynu, by zamieszkała z Paulem. A jednak mógł stworzyć
wszelkiego rodzaju przeszkody prawne dla planu adopcji, a może nawet całkowicie
go udaremnić. Zdecydował się tego nie robić – jak powiedział swojej późniejszej
partnerce Beverly Wilk – „ponieważ Heather będzie miała lepsze życie jako
McCartney”.

Pomimo rozproszeń związanych z
podwójnym ojcostwem, zwalista mara Allena Kleina nie przestawała nawiedzać
Paula, a to, co Klein zrobił i nadal robił z Apple, tylko pogłębiało jego
poczucie zdrady, odrzucenia i bezsilności. Choć ogromne wydatki i
marnotrawstwo firmy zostały ukrócone, przy Savile Row 3 nie było już poczucia
pionierstwa ani przełamywania schematów – pozostał tylko strach przed tym,
gdzie spadnie kolejny cios. Bezpardonowe zwalnianie przez Kleina ludzi przydatnych
na równi z nieprzydatnymi trwało w najlepsze, sięgając w końcu nawet dwóch
najbardziej zaufanych współpracowników The Beatles: Neila Aspinalla i Petera
Browna (choć obaj zostali natychmiast ułaskawieni przez Johna i George’a). Z
ery Paula przetrwały jedynie biuro prasowe oraz „Apple Scruffs” (wierne fanki)
kłębiące się na schodach wejściowych, które przeczuwały już, co zrobiono z ich
ukochanym zespołem i witały przyjazdy i odjazdy Kleina okrzykami „Mafia!”.
Frontowe biuro na parterze zostało przejęte przez Johna i Yoko jako kwatera
główna kampanii na rzecz pokoju, zapoczątkowanej przez ich dwa akcje „bed-in”.
Mieściła się tam również nowa firma, Bag Productions – nazwana tak ze względu
na ich zamiłowanie do noszenia worków na głowach – utworzona do obsługi ich
wspólnych przedsięwzięć muzycznych i filmowych.
Od pracowników Apple oczekiwano
pracy dla Bag Productions przy projektach takich jak zbieranie żołędzi, które
miały być wysyłane jako symbole pokoju do światowych przywódców, w tym do
masowego mordercy z Chin, Mao Zedonga. Biuro prasowe zostało tymczasem wezwane
do rozpropagowania Self-Portrait, 20-minutowego filmu przedstawiającego
penisa Johna powoli osiągającego częściową erekcję. Spory krok w bok od
dziewiczych walijskich sopranistek i orkiestr dętych z Yorkshire. Podczas „bed-in” w Montrealu John
nagrał swój hymn kampanii „Give Peace a Chance” wraz z Yoko i chórem złożonym z
celebrytów i ludzi mediów, którzy akurat się tam znaleźli. Podsunęło mu to
pomysł na zespół rockowy składający się nie ze spętanej ze sobą czwórki, jak
The Beatles, ani nawet niekoniecznie z muzyków, ale z improwizowanego zespołu o
tak licznej lub nielicznej obsadzie, jaka akurat była pod ręką, i który
zmieniałby rozmiar i kształt jak ameba.

Na potrzeby „Give Peace a Chance”
wykreował więc nazwę Plastic Ono Band, stawiając Yoko mocno na pierwszym planie
i zamawiając cztery igielitowe (z pleksiglasu) wieże pełne sprzętu audio jako
jedyne stałe elementy zespołu. Ale chociaż Paul nie był zaangażowany w żaden
etap, piosenka wciąż nosiła podpis Lennon-McCartney. John żałował później, że
czuł się „wystarczająco winny, by dać McCartneyowi współautorstwo przy moim
pierwszym niezależnym singlu zamiast... Yoko, która napisała go ze mną”. Wytwórnia płytowa Apple nadal
pozyskiwała i rozwijała nowych artystów, ale przy użyciu skromnych zasobów w
porównaniu do tych, które pompował w nią Paul. Ster przejął głównie George,
podpisując kontrakt z amerykańską piosenkarką soulową Doris Troy oraz wokalistami
Radha Krishna Temple, których ubrany w pomarańczowe szaty, śpiewający i
dzwoniący talerzykami orszak był znajomym widokiem na Oxford Street. (W efekcie
najnowszym modnym hasłem wśród spiętej i paranoicznej załogi przy Savile Row 3
stało się „Hare Krishna”). Crosby, Stills & Nash przeszli przesłuchanie ze
wspaniałą wersją „Blackbird”, ale zostali odrzuceni.
Ostatnią pracą producencką Paula
dla Apple był walijski zespół Mal Evansa, The Iveys, przemianowany teraz na
Badfinger („Bad Finger Boogie” był wczesnym tytułem „With a Little Help from My
Friends”). Podczas przerwy w sesjach do Abbey Road zdecydował, który z
kwartetu powinien być głównym wokalistą, i poinstruował ich dokładnie, jak mają
wykonać jego piosenkę „Come and Get It”. Utwór był przeznaczony do filmu Ringo The
Magic Christian, ale brzmiał jak kpiarski komentarz do Kleina i jego niemal
wymuszonych obietnic bogactwa dostępnego na wyciągnięcie ręki: „If you want it,
here it is, come and get it, make your mind up fast / Did I hear you say that
there must be a catch? / Will you walk away from a fool and his money?” (Jeśli
tego chcesz, oto jest, chodź i bierz, decyduj się szybko / Czy dobrze
słyszałem, że musi być w tym jakiś haczyk? / Czy odejdziesz od głupca i jego
pieniędzy?).
Ale na razie nie można było
odejść od Kleina, pochłoniętego projektem, na który Paul wyraził pełną zgodę.
Była to walka o uratowanie Northern Songs przed szponami Associated Television
Lew Grade’a, która ciągnęła się już od prawie czterech miesięcy. Sytuacja wyglądała dokładnie tak
samo, jak w maju: grupa inwestorów z City posiadała pakiet akcji, którego
zarówno The Beatles, jak i Grade potrzebowali do uzyskania pełnej kontroli, ale
inwestorzy ci wciąż powściągliwie odmawiali sprzedaży którejkolwiek ze stron.
Początkowo to konsorcjum uważało za właściwe, aby Lennon i McCartney posiadali
wydawnictwo zarządzające ich katalogiem. Czołowi członkowie byli zabiegani
podczas osobistych spotkań z Johnem i Yoko – ale strategia ta spaliła na
panewce, gdy John stracił cierpliwość do całego tego przymilania się i
oświadczył, że ma „dość bycia rolowanym przez facetów w garniturach siedzących
na swoich tłustych tyłkach w City”. Prawdziwym problemem był jednak
Klein, którego burzliwe CV zostało niedawno szczegółowo przedstawione przez
zespół śledczy Sunday Times Insight. Konsorcjum czuło staroświecką
odpowiedzialność za przyszłość Northern Songs i obawiało się, że jeśli The
Beatles zdobędą kontrolę, „najtwardszy cwaniak w popowej dżungli” zostanie
dyrektorem generalnym.

Apple pospiesznie oferowało
zapewnienia, że Klein nie będzie w żaden sposób zaangażowany w Northern, jeśli
oferta The Beatles zakończy się sukcesem. Dokładano też usilnych starań, aby
odeprzeć wszystkie niedawne doniesienia o braku jedności i niestabilności przy
Savile Row 3. Aby podkreślić świetlaną przyszłość firmy pod wodzą Lennona i
McCartneya, obaj zaoferowali przedłużenie swoich zobowiązań kontraktowych jako
kompozytorów poza obecną datę wygaśnięcia w 1973 roku. Paul pozował nawet do
zdjęcia zrobionego przez Lindę, na którym żartuje z Kleinem, rzekomo po
podpisaniu czegoś, co wyglądało na ważny kontrakt, a w rzeczywistości było
kolejnym „śmiesznym papierkiem”. Na początku września Klein
poczuł, że konsorcjum może znowu przychylać się ku niemu i – trzeba mu to oddać
– sprowadził Johna Eastmana z Nowego Jorku, aby interesy Paula były należycie
reprezentowane. Ale 19 września, gdy The Beatles przedwcześnie świętowali
zwycięstwo – przy okazji kolejnej biurowej kłótni o to, kto powinien zasiąść w
radzie nadzorczej Northern – dowiedzieli się, że kluczowy pakiet akcji został
jednak sprzedany ATV.
W ramach kolejnego drobnego
zbliżenia John i Paul zgodzili się, że nie chcą mieć nic wspólnego z Northern
Songs kierowanym przez Lew Grade’a. Zachowanie mniejszościowego pakietu
utrzymywałoby ich więź z własną twórczością, a może nawet zachęciło do przejęcia
firmy w późniejszym terminie. Zamiast tego pozwolili Kleinowi wynegocjować
umowę sprzedaży Grade’owi ich połączonych udziałów za 3,5 miliona funtów. Nadal mieli otrzymywać tantiemy
ze swoich piosenek: dywidendę na skalę niewyobrażalną w 1969 roku. Ale ten
potężny dorobek, od „Please Please Me”, „Can’t Buy Me Love” i „Help!” po „Penny
Lane”, „Lucy in the Sky with Diamonds”, „All You Need Is Love” i „Hey Jude” –
zamknięta w butelce radość i optymizm całej dekady – należał teraz do innych.


Tydzień wcześniej John i pierwsza
inkarnacja Plastic Ono Band – Yoko, Eric Clapton, basista Klaus Voormann i
perkusista Alan White – niespodziewanie wystąpili na jednodniowym festiwalu
rock’n’rollowym w Toronto. Ich występ był ledwo wyreżyserowany i chaotyczny,
ale wyleczył Johna z paraliżującego przesądu. Przez lata wierzył, że jest
niezdolny do wejścia na scenę z jakimikolwiek muzykami, którzy nie nazywają się
Paul, George i Ringo. W swojej euforii powiedział Rayowi Connolly’emu z
londyńskiego Evening Standard, że odchodzi z The Beatles – ale kazał
Connolly’emu obiecać, że na razie nie wykorzysta tej historii. Podczas lotu do
domu powiedział o tym również Allenowi Kleinowi.
Koncepcja Plastic Ono Band brzmiała: „Przesłaniem jest muzyka”. Tak więc wszyscy na nagraniu są w nim, wszyscy słuchający nagrania są w nim, każdy, kto śpiewa piosenkę w nim, jesteś w nim i wszyscy na świecie są w nim – dzięki czemu Plastic Ono Band jest najbardziej muzyczną i pomysłową grupą na świecie.

Dla Kleina była to przerażająca
wiadomość. Zaledwie kilka dni wcześniej sfinalizował umowę, która miała zmazać
niepowodzenia wokół NEMS i Northern Songs i ugruntować jego pozycję – nawet w
oczach Paula – jako wybawiciela, którego The Beatles szukali. Wynegocjował nowy
kontrakt z ich amerykańską wytwórnią płytową Capitol, na mocy którego ich
stawka tantiem od jednostki miała wzrosnąć z 17,5 procent ceny hurtowej do
niespotykanych 25 procent. Ich zadaniem było zagwarantowanie dwóch albumów i
trzech singli rocznie przez następne sześć lat. Kiedy inne czołowe zespoły
traciły ważnych członków – Brian Jones z The Rolling Stones, John Sebastian z
The Lovin’ Spoonful, Paul Jones z Manfred Mann, Graham Nash z The Hollies – po
prostu znajdowały zastępców i grały dalej. Ale nigdy nie mogło być mowy o
zastąpieniu Johna: jeśli on odchodził, oznaczało to koniec kontraktu z Capitol
– i koniec The Beatles.
20 września, dzień po utracie
Northern Songs, spotkali się przy Savile Row 3, aby podpisać kontrakt z
Capitol. Tylko Klein i Yoko wiedzieli o decyzji Johna. Klein poprosił go, by
nic nie mówił, dopóki kontrakt nie zostanie bezpiecznie podpisany, a ten się
zgodził. Była to okazja przebiegająca w atmosferze nieco mniejszego napięcia
między dwoma przeciwstawnymi obozami niż zwykle. Klein reprezentował Paula wraz
z pozostałą trójką w negocjacjach z Capitol i po tym, jak jego ludzie
przeanalizowali każdą sylabę umowy, Paul przyznał, że nowa stawka tantiem robi
na nim wrażenie. „Jeśli nas oszukujesz, to ja tego nie widzę” – powiedział
Kleinowi.

Spotkanie rozpoczęło się trochę
jak sesja terapii rodzinnej, podczas której John narzekał na sposób, w jaki
Paul dyrygował zespołem od śmierci Briana Epsteina, na jego niezmienną
produktywność, „zawłaszczanie” miejsca na albumach i jego „babciną muzykę” w
stylu „Ob-La-Di, Ob-La-Da” i „Maxwell’s Silver Hammer”. George również został
wciągnięty w rolę zaniedbanego dziecka. Jakość „Something” i „Here Comes the
Sun” na Abbey Road w końcu wzbudziła u Johna pewien szacunek dla „tego
cholernego dzieciaka” i wydawał się teraz obwiniać Paula za lata, które George
spędził w cieniu Lennona i McCartneya. Paul mógłby ripostować, że na
obecnym międzynarodowym hicie The Beatles, singlu „Come Together/Something”,
cała chwała przypadła Johnowi i George’owi, podczas gdy jego samego nigdzie nie
było widać. Większość pretensji Johna była całkowicie niedorzeczna, wynikała z
jego własnego poczucia niepewności i chronicznego lenistwa. Mimo to odpowiedzi
Paula były stonowane, pojednawcze, a raz nawet nieco smutne, gdy pytał, czy ich
życie zawodowe naprawdę stało się takim nieprzerwanym piekłem. „Kiedy wchodzimy
do studia, nawet w zły dzień, ja wciąż gram na basie, Ringo wciąż gra na
perkusji... wciąż tam jesteśmy, wiesz”.
Sam fakt, że John pojawił się, by
podpisać sześcioletni kontrakt, zdawał się jednak wskazywać, że widzi jakąś
przyszłość dla ich czwórki. Żyjąc w tym błędnym przekonaniu, Paul zaczął mówić
o możliwym powrocie do koncertów na żywo, powracając do swojego dawnego pomysłu
występów incognito w małych klubach. „Nie rozumiesz” – przerwał mu John.
„Odchodzę. Chcę rozwodu, takiego jak mój rozwód z Cynthią”. Bezpośrednim pytaniem było to,
czy zespół powinien podpisać kontrakt, którego szanse na dotrzymanie były teraz
znikome. Klein opowiadał się za podpisaniem, a John Eastman, reprezentujący
Paula, nie wnosił sprzeciwu. „Podpisaliśmy w pewnym oszołomieniu” – wspominał
później Paul – „nie bardzo wiedząc, dlaczego to zrobiliśmy”.

Paul i Klein stali się na krótko
sprzymierzeńcami, wspólnie przekonując Johna, by nadal trzymał swoje odejście w
tajemnicy. Celem było nie tylko zapobieżenie uruchomieniu dzwonków alarmowych w
Capitol. Album Abbey Road miał się właśnie ukazać i – według logiki z
1969 roku – myśl o rozpadającym się zespole mogłaby zniechęcić ludzi do jego
zakupu. Chociaż Johnowi udało się
dotrzymać obietnicy milczenia, nie potrafił ukryć rosnącego dystansu do
pozostałych. Dla niego zespół stał się „nimi”, a nie „nami”, i reprezentował
rzeczy, w których nie chciał już brać udziału. „The Beatles mogą nadal podobać się
szerokiej publiczności” – powiedział jednemu z dziennikarzy w tym obiektywnym
tonie – „dopóki robią ładne albumy, takie jak Abbey Road, z ładnymi
małymi piosenkami folkowymi, takimi jak 'Maxwell’s Silver Hammer' [!], żeby
babcie miały co słuchać”. Podczas późniejszego występu w radiu złożył złośliwą
uwagę pod adresem „tak zwanych The Beatles”.

Najbardziej znaczące było jego
pochłonięcie przez inny zespół muzyczny, w którym jednym z członków była jego
żona, a czterema pozostałymi – wieże z pleksiglasu. W październiku ponowne
zebrał Plastic Ono Band – tym razem z Ringo na perkusji – aby nagrać „Cold
Turkey”, swoją przejmującą rekonstrukcję niedawnej walki jego i Yoko z nałogiem
heroinowym. Choć Paul nie miał z tym nic wspólnego, ani z heroiną, ani z
nagraniem, utwór powinien nanieść podpis Lennon-McCartney, ale nosił wyłącznie
nazwisko Johna.
Paul ze swej strony był
wykończony „dniami spędzonymi na kłótniach o pieniądze, kłótniach z innymi
Beatlesami, tak że coś, co kiedyś było pełne artystycznej wolności, stało się
koszmarem”. Nawet na najbardziej odpornym z całej czwórki wszystko
to odciskało piętno zarówno fizyczne, jak i psychiczne. „Przysięgam, że
pojawiły się u mnie pierwsze siwe włosy...” – wspominał. „Spojrzałem w lustro i
pomyślałem: 'Widzę was! Teraz wszystkie nadchodzicie. Witajcie'”.
Londyn również zaczął go
przytłaczać, w sposób, o jakim ten dawny bywalca salonów i znawca kultury nawet
nie śnił. Wrogość jego fanek wobec Lindy, zamiast słabnąć, jak się spodziewał,
stawała się coraz bardziej jadowita. Przedni mur posiadłości przy Cavendish był
wielokrotnie mazany hejterskimi napisami z graffiti. Pewnego gorącego
popołudnia, gdy Linda wracała sama do domu, jedna z osób pikietujących przed
bramą wcisnęła jej w twarz mrożony deser czekoladowy. Chwilę później wściekły
Paul wybiegł z domu i zażądał odpowiedzi: „Kto przed chwilą rzucił w Lindę
choc-ice’em (lodem czekoladowym)?”. „Ściśle mówiąc” – poprawiła go pedantycznie
napastniczka – „to był mus czekoladowy”.

Pikiety od dawna potrafiły dostać
się do domu pod jego nieobecność, ale dotychczas skradały się zawsze z takim
szacunkiem, jakby to była święta świątynia, niczego nie niszcząc i zabierając
jako pamiątki jedynie kwiaty z wazonów lub papier toaletowy. Ich najcenniejszym
trofeum była para spodni Paula, które fanki nosiły na zmianę, skracając je lub
przedłużając w zależności od wzrostu noszącej osoby. Teraz dochodziło do regularnych
kradzieży ubrań, odbitek fotograficznych Lindy, a nawet pieniędzy. Zamiast
angażować policję, Paul postanowił złapać złodzieja lub złodzieje na gorącym
uczynku. Razem z Lindą zademonstracyjnie wyszli z domu, zatrzymali limuzynę
kawałek dalej na drodze, zakradli się pieszo z powrotem do ogrodu sąsiada z
naprzeciwka i rozpoczęli obserwację zza żywopłotu. Niestety, był to moment wybrany
przez jedną z najbardziej uczciwych i pełnych szacunku fanek, by uchylić
nieskuteczną bramkę bezpieczeństwa przy Cavendish i zostawić bukiet kwiatów
przed drzwiami wejściowymi. Ku jej przerażeniu, obiekt jej uwielbienia nagle
rzucił się na nią z krzykiem: „To ty! To ty!” i zaczął nią potrząsać. Widząc
kwiaty i zdając sobie sprawę ze swojego błędu, przestał potrząsać i zamiast
tego zaczął ze skruchą głaskać ją po włosach.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz