INDIE 1968 (1) - ostatni raz RAZEM



Paul McCartney-Życie (Peter Ames Carlin): Inni Beatlesi również szukali nowej stabilizacji. Na początku 1968 roku rosnąca fascynacja George’a Maharishim i jego transcendentalną medytacją oraz zainteresowania Johna wszystkim tym, co zmieniało jego świadomość, stały się motywem przewodnim w zespole. Zamiast natychmiast zabrać się za nagrywanie nowego albumu (co, o dziwo, sugerował Paul), postanowili przyjąć zaproszenie guru, by spędzić parę miesięcy w jego odległym obozowisku na wzgórzach Rishikesh, w Indiach. Ringo postanowił przyłączyć się do wycieczki, ponieważ najchętniej szedł za stadem. Wtedy Paul również zdecydował, że pojedzie. Ryzykował już wcześniej wyizolowanie z grupy, gdy długo opierał się LSD. Skoro inni Beatlesi wybierali się po mową formę oświecenia, wiedział, że musi do nich dołączyć, by znowu nie wypaść z obiegu. ‘Paul nie uważał za dobry pomysłwspomina Tony Barrow by wszyscy członkowie zespołu, jego koledzy znaleźli się daleko od niego. Chciał mieć oczy i uszy otwarte, jakie wśród nich panują nastroje’. Oczywiście wszyscy zabrali ze sobą gitary, mógł więc to być okres twórczy dla grupy. Pomiędzy sesjami medytacji mogli pisać nowe utwory. ‘Pamiętam rozmowy o nowej płycie, a wtedy George powiedział: „Nie jesteśmy tutaj, żeby rozmawiać o muzyce – jesteśmy tutaj dla medytacji”, Paul szybko na to: „Tak, tak kochany Georgie. Uspokój się człowieku’.
 
Podróż do Indii w największym skrócie, zaowocowała napisaniem przez zespół wielu wspaniałych piosenek. To tam Ringo Starr napisał swoją pierwszą... 
Zespół The Beatles odwiedził w lutym 1968 ashram Maharishiego Yogiego, znany w kraju Ośrodek Zaawansowanej Medyctacji Transcendentalnej lub krócej Akademia Medytacji.


 Ośrodek położony był (jest) w pobliżu Rishikesh, w "Dolinie świętych", u podnóża samych Himalajów.  
Do dzisiaj to miejsce można zwiedzać jako kolejne miejsce związane ze słynnym zespołem.
The Beatles, wraz z żonami, dziewczynami, asystentami oraz licznymi dziennikarzami dołączyli do grona ok. 60-ciu osób, wśród których byli m.in: Donovan, muzyk Beach Boysów Mike Love, flecista jazzowy Paul Horn czy siostry Mia i Prudence Farrow, znana z piosenki Johna. Mia była tuż po zakończeniu filmu Romana Polańskiego, który miał z niej uczynić wielką gwiazdę kina. Podobno, choć nie zauważyłem na zdjęciach, a wspomina o nim Philip Norman w biografii Lennona, w ośrodku był także Victor Spinetti.

Wejście do ahramu Beatlesów.
W tym samym czasie co Beatlesi, w obozie przebywało naraz ok. 150-200 osób, przeważnie bogaci, zblazowani Amerykanie oraz Skandynawowie, płacący 350 dolarów za tydzień pobytu. Maharishi miał delegatury swojej Akademii rozsiane po całym świecie, także w szwedzkim Malmoe.

Ringo wytrzymał najkrócej bo wraz z żoną opuścili ośrodek już 1 marca, po upływie 10-dniowego pobytu, Paul McCartney opuścił po miesiącu z powodu innych zobowiązań; natomiast John Lennon i George Harrison przebywali tam około 6 tygodni, wyjeżdżając nagle po pewnych ujawnionych sporach finansowych oraz plotkach o niewłaściwe (niemoralne) zachowanie Maharishiego  finansowe i plotki o niewłaściwym zachowaniu przez Maharishi. Harrison później przeprosił Guru za to, że on i Lennon tak potraktowali Maharishiego ( w 1992 roku dał koncert charytatywny dla Maharishiego organizacji  Nat­ural Law Party. 
 


RINGO: Było świetnie  - dużo zabawy i medytacji. To było dosyć ekscytujące. Byliśmy w bardzo uduchowionym miejscu, medytowaliśmy i chodziliśmy na medytacje z Maharishim.


JOHN: Naprawdę oderwaliśmy się od WSZYSTKIEGO. To było jak obóz wakacyjny u podnóża Himalajów. Czuliśmy się jak w górach, ale to było u ich podnóża, nad Gangesem. Małpy kradły nam śniadania, wszyscy chodziliśmy w powłóczystych szatach i medytowaliśmy godzinami w swoich pokojach. To był spory odlot.
 Medytowałem w swoim pokoju przez pięć dni. Napisałem setki piosenek. Nie mogłem spać i miewałem wariackie halucynacje, a we śnie czułem zapachy. Medytowałem parę godzin, potem co trzy trzy, cztery godziny, odlatywałem. Wystarczyło tylko zacząć, a zdarzały się naprawdę wprost niesamowite odloty. 
RINGO: Jedliśmy śniadania na zewnątrz i małpy kradły nam chleb.




RINGO: Po śniadaniu z reguły mieliśmy na dachu medytacje w grupach. Po lunchu robiliśmy to samo. 
Robiliśmy dużo zakupów. Wszyscy nosiliśmy indyjskie ubrania -  ogromne głupawe spodnie z wąskimi nogawkami oraz obszerne szaty, które ciasno się wiązało, a także kołnierzyki w stylu Nehru. To nam wszystkim bardzo pasowało.
Żeby się wykąpać, trzeba było walczyć ze skorpionami i tarantulami - dlatego z łazienki dobiegały niesamowite odgłosy. Najpierw trzeba było krzyczeć: "No tak, myślę, że teraz się wykąpię". Potem należało tupać. Cały czas się krzyczało: 'Och, jaka to przyjemność, jakie to wspaniałe!' Potem wychodziło się z wanny, wycierało i uciekało, zanim insekty wróciły. Wtedy moją żoną była Maureen, która miała fobię na punkcie ciem i innych latających stworzeń. TO BYŁ ODLOT!


PAUL: Zwyczajny dzień przypominał tam dzień na obozie letnim. Wstawało się rano i szło na wspólne śniadanie. Jedzenie było wegetariańskie (teraz mi to odpowiada) i chyba mieliśmy płatki.

Po śniadaniu wracało się do swojego domku i medytowało. Potem był lunch,  a następnie rozmowy lub mała impreza muzyczna. Przede wszystkim jedliśmy, spaliśmy i medytowaliśmy, czasami Maharishi miał wykład.


RINGO:   Z okazji urodzin George’a było duże przyjęcie. Przyszło masę ludzi, wszyscy się poprzebierali i pomalowali sobie twarze na czerwono i żółto.



GEORGE:  W Rishikesh miałem 25 urodziny (wiele osób miało tam urodziny). Było dużo kwiatów, girland i tym podobnych rzeczy. Maharishi sprawił, że zagrałem na sitarze.






PAUL:  Była nas chyba setka. Na scenie ozdobionej ogromną ilością kwiatów pojawiał się Maharishi. To było niemal magiczne. Mówił: ‘To jest tylko system medytacji. Nie proszę was o wiarę w jakiegoś Boga czy jakiś mit. To tylko system, który pomoże wam wyciszyć się we własnym życiu’.


Nadal uważam, że to jest dobre właśnie z tego powodu. Nie nabieram się na historie o lataniu czy lewitacji, choć nadal mnie to interesuje (teraz) – Można wziąć udział w kursach tych – jak oni nazywają ’siddbis’. Można więc nauczyć się latać, a raczej unosić się trochę nad ziemią. 
 
Pamiętam naszą rozmowę z Maharishim, gdy spytaliśmy go, czy lewitacja jest możliwa. Odpowiedział: ‘No cóż, ja tego nie potrafię, ale znam gościa z wioski obok, który to umie’. My na to: ‘Czy możemy go tu sprowadzić? Bardzo chcielibyśmy to zobaczyć’. Nigdy go nie spotkaliśmy, a szkoda, bo byłoby o czym pisać do znajomych.
P.Norman: JOHN: Jak powiedział (John), tak zrobił. Do Maharishiego zabrał kogo tylko mógł, włącznie ze swoim przyjacielem, aktorem Victorem Spinettim. Ku zaskoczeniu samego Spinettiego wykpiwany przez nie tylko brytyjską prasę "chichoczący guru" okazał się wnikliwą, a nawet inteligentną osobą.
- Jakaś kobieta z publiczności wstała i zapytała: 'Powiedz mi, Wasza Wysokość, jak można nauczyć dzieci procesu medytacji transcendentalnej?'  'Moja droga pani  - odparł Maharishi - one właśnie ją wynalazły'...
 W Rishikesh warunki bytowe, choć zdecydowanie proste to były  dalekie od spartańskich. Uczniowie mieszkali w kamiennych bungalowach, wyposażonych w zachodnią hydraulikę i ciepłą wodę, a wyłącznie  wegetariańskie jedzenie - zresztą najlepsze w całych Indiach - było smaczne i w dużych ilościach. Ich guru nie naciskał również, by żyli w całkowitej ascezie. Oprócz sztabu służących, których w Indiach zawsze zapewniano zachodnim gościom, każdy uczestnik mógł mieć własną świtę. W aszramie zamieszkał więc Mal Evans, a jego głównym zajęciem było kupowanie jajek dla Ringo, którego delikatny żołądek nie tolerował mocno przyprawionych potraw. Beatlesi jako szefowie rozwijającego się przedsiębiorstwa Apple utrzymywali też stałą łączność  telefoniczną i telegraficzną ze swoim 'zewnętrznym' życiem. Na tydzień przyleciał do nich Neil Aspinall, a w Delhi swoją bazę miał ich kolejny zaufany pomocnik, Tony Bramwell, do którego zadań należało odbieranie i wysyłanie korespondencji do domu, dostarczanie tygodników muzycznych (i co za tym idzie wieści o losach wydanego w czasie ich pobytu w Indiach singla "lady Madonna") oraz śledzenie nagrań rywali. A "tuż za płotem" - jak przekonali się niebawem - za garść dwurupiowych banknotów można było dostać inne swojskie używki i przedmioty: od tabliczek czekolady i filmów do aparatów fotograficznych po alkohol i hasz. Na fotce Paul i Donovan, raczej nie po czekoladzie.




PAUL: Wieczorami odbywały się sesje pytań i odpowiedzi. Podczas jednej z takich sesji, jeden Amerykanin zapytał: ’Maharishi, miałem kłopoty, lecz słucham twoich rad. Kiedy, któregoś dnia medytowałem, zauważyłem, że pełźnie w moim kierunku duży wąż. Jestem z Nowego Jorku i naprawdę boję się węzy, ale zapamiętałem, co mi powiedziałeś. Więc spojrzałem na niego umysłem -  prosto w oko – i zmienił się w kawałek sznurka’. Poczułem, że to jest bardzo symboliczne -  zmierz się ze swoimi zagrożeniami, a wówczas okaże się, że nie są takie straszne, jak przypuszczałeś.


  Nauczyłem się medytować. Teraz tyle nie medytuję, ale powtarzam moim dzieciom, że warto to umieć, bo jeśli się gdzieś zaklinujesz czy coś tobą wstrząśnie, wtedy to świetnie pomaga.


  Maharishi był na bieżąco z najnowszą technologią, ponieważ uważał, że dzięki niej szybciej przemierzy świat i rozpropaguje swoje idee. Kiedyś musiał dostać się do New Delhi, więc przyleciał po niego helikopter i wylądował na plaży nad rzeką. Wszyscy pojawiliśmy się tam w kaftanach i usłyszeliśmy: ‘Jeden z was może polecieć z Maharishim. Który chce?’ No i oczywiście był to John. Zapytałem go później: ‘Dlaczego tak bardzo chciałeś z nim polecieć?’ Odpowiedział: ‘Prawdę mówiąc, miałem nadzieję, że wtedy podsunie mi ODPOWIEDŹ’. Cały John!.
JOHN: Bez względu na to, co miałem robić, właśnie w Rishikesh napisałem jedne z moich najlepszych piosenek. Tam było miło.Miło, bezpiecznie i wszyscy się cały czas uśmiechali. Warto to było przeżyć, choćby po to, by napisać te piosenki, ale równie dobrze mogliśmy być na pustyni lub w Ben Nevis.

Najdziwniejsze jest to, że choć obóz był cudowny i medytowałem po osiem godzin dziennie, właśnie wtedy napisałem swoje najsmutniejsze piosenki. Gdy w 'Yer Blues' napisałem: 'Jestem taki samotny, że chcę umrzeć', wcale nie żartowałem. Tak właśnie się czułem. Chciałem dosięgnąć Boga, będąc w samobójczym nastroju.

 
 
Muzyczny blog  Historia The Beatles  Music Blog
Polski blog o najwspanialszym zespole w historii muzyki.


 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz