PAUL MCCARTNEY - WARSZAWA 2013

Wreszcie upragnione wejście na stadion, godz ok. 18.30

Show się zaczyna... historia Paula na telebimach
Uff, jak opisać to jedyne w swoim rodzaju zjawisko, wydarzenie, którego doświadczyłem w ubiegłą sobotę. Ci co byli, pojmą trudność tego zadania, ci co czytali o tym w necie lub w prasie, słuchali relacji w mediach wiedzą już co nieco o tym. I wszyscy zgadzają się co do tego, że było to naprawdę wydarzenie przez duże W. Niezależnie od rozmachu logistycznego koncertu, jego jak na warunki polskie „gigantyzmu”, niesamowitego sprzętu oświetleniowego i nagłaśniającego, atmosfery ogólnej na pięknym przecież Stadionie Narodowym, znakomitego bandu towarzyszącego Artyście no i samej wartości wykonywanych piosenek, które przecież wszyscy zgromadzeni na widowni znali to był sam Paul, 71 latek obchodzący swoje urodziny kilka dni przed koncertem, w znakomitej formie. 
 
 Uśmiechnięty, zadowolony, szczęśliwy, niesamowity, znakomity wokalnie, z godnej pozazdroszczenie formie fizycznej (nie zauważyłem by w czasie 3-godzinnego koncertu choćby napił się wody). Artysta bawił się znakomicie wraz z nami, jego polszczyzna powalała, zniewalały uśmiechy, żarty. Fani zorganizowali taki happening, który zaowocował tym, że w trakcie końcowego refrenu do „Hey Jude” „czyli na, na, na...hey Jude” wszyscy zgromadzeni na stadionie (instruowani wcześniej na kartkach) podnieśli kartki z napisem „HEY” i „PAUL” i zaczęli śpiewać „Hey PAUL!”. Na ogromnych telebimach widać było ogromne zaskoczenie no i wzruszenie Artysty, który dostrzegł także kartki z napisami „Happy Birthday” i zrozumiał, że wszyscy wiemy o jego rocznicy. Wykonanie piosenki „Hey Jude” właśnie z taką naszą wspólną reakcją było jednym z piękniejszych momentów koncertu. Paul oczywiście zastosował w jej trakcie swoją typową zabawę prosząc po polsku o odśpiewywanie chórków raz przez kobiety, drugim razem przez męską część widowni ('teraz panie...', 'teraz panowie'). Ale cały koncert to był jeden wielki wzruszający moment jak i oczywiście świetna rockowa zabawa. 
 
Paul doskonale widoczny na dużym ekranie.

Wcześniej pisałem na blogu co Artysta powinien zagrać – na podstawie playlisty z Brazylii tego roku (tutaj: http://fab4-thebeatles.blogspot.com/2013/05/06-wiem-juz-co-paul-zagra-w-warszawie.html) – i w zasadzie wszystko się zgadzało. Wspomniane „Hey Jude” było jednak dużo wcześniej, nie przypominam sobie jedynie tego czy była wykonywana piosenka „Hope of Deliverance”. Było przepiękne wykonanie „piosenki dla Johna” czyli „Here Today”, „piosenki dla George'a” czyli „Something” z pierwszą częścią solo i na banjo. „Live And Let Die” jak zawsze pełne fajerwerków, „Eleanor Rigby” cudownie zaśpiewane przez Paula, gitarzystę i perkusistę zespołu. W trakcie bisów pojawiło się oczekiwane „Yesterday”. Przyznam się, że obawiałem się już, że Paul znudzony tą piosenką, może ją wyrzucił z repertuaru ale nie, zaśpiewał ją solo, z gitarą akustyczną, delikatnie wspierany przez swego klawiszowca, w roli kwartetu smyczkowego. Przy okazji muszę napisać parę słów o zespole Paula. McCartney dziękował pod koniec zespołu całej swojej ekipie, zdawkowo wspominając, że ma na myśli i akustyków i oświetleniowców i wszystkich z ekipy technicznej, wyraźnie podkreślił, że towarzyszy mu na scenie wspaniały zespół, ale podziękował im jako zespołowi, bez wymieniania ich z nazwisk, co akurat nie zmartwiło na pewno zespół. Szef wymieniał pewnie ich z imienia i nazwiska wiele razy i każdy fan Paula zna już ich dokładnie. 
Co dalej... Piękne wykonanie solo „Blackbird” na wznoszącej się ku górze platformie, mega-odlotowe „Helter Skelter”, które powalało całą oprawą wizualną. A ta była cały czas bardzo ważną częścią koncertu. Na dwóch olbrzymich telebimach od samego początku przewijały się zdjęcia, filmy, animacje. Dodatkowo wyświetlano na ekranach ujęcia z kamer, genialna rozdzielczość obrazu na olbrzymich ekranach pozwalała oglądać szczegóły tego co się działo na scenie osobom z najodleglejszych miejscach na najwyższych punktach stadionu. W czasie wykonywania „Your Mother Should Know” na ekranie królowali Beatlesi w scenie „balowej” z filmu „Magical Mystery Tour” - oryginalnej oprawie wizualnej tej piosenki. Ale to już jak wiemy dzisiaj standard. Standardem nie jest obecność Największego Artysty Świata a takim obecnie i od wielu wielu lat jest Paul. Śmiem twierdzić, że nawet gdyby żył John Lennon, niespecjalnie lubiący żyć sceną, to też nie zagroziłby tutaj koledze z zespołu The Beatles w tej dziedzinie, czyli rockowego showmana. McCartney to „zwierzę sceniczne” i jak żartują niektórzy jego znajomi, „umrze pewnie na scenie śpiewając rock and rolla”. Oby jak najpóźniej.
Oto ja na koncercie.
Zgodnie z tym czego się spodziewałem koncert zakończyła rockowa suita „Golden Slumbers / Carry That Weight / The End”. Jak ją opisać ? Że śpiewałem prawie ze łzami w oczach najpiękniejszy fragment jakiejkolwiek melodii The Beatles „Boy, you're gonna carry that weight , carry that weight a long time” ? Ta piosenka tak na mnie działa, kojarzy mi się z odejściem kogoś najbliższego i tak już zostanie.
Na koniec tak się zastanawiam, czy zabrakło mi jakiejś ważnej piosenki, która mogła być w czasie tego koncertu ? Żałuję, że nie usłyszałem „A Day In The Life” ale wiedziałem wcześniej, że nie ma jej w repertuarze. Z piosenek „mccartneyowskich” usłyszałem wszystko co chciałem. Nie obraziłbym się za „Drive My Car” ale koncert przecież i tak trwał nadspodziewanie długo, od 21.00 do północy. Był cudowny, magiczny, doskonały. Fotki z koncertu są moje i niedoskonałe, robiłem je na telefonie, byle jakim aparacie, przekonany, że mogą być problemy z kręceniem koncertu na lepszym sprzęcie,. zresztą każde kręcenie było stratą czasu bo umykało przeżywanie koncertu na żywo. Lepsze fragmenty pewnie na youtube, tutaj kilka moich.
video

video
video

Muzyczny blog * Historia The Beatles * Music Blog
Polski blog o najwspanialszym zespole w historii muzyki.

1 komentarz:

  1. Moja koleżanka też była i to był najlepszy dzień w jej życiu:)

    OdpowiedzUsuń