PAUL (3): 7 Cavendish Avenue, Londyn – twierdza Paula McCartneya




W ostatnim wpisie zaglądaliśmy za progi posiadłości Kenwood, gdzie w narastającej izolacji, oparach LSD i domowej frustracji John Lennon szukał ucieczki przed światem. Dziś przenosimy się do zupełnie innej rzeczywistości – do serca Londynu, pod numer 7 przy Cavendish Avenue. Podczas gdy pozostali Beatlesi, za radą Briana Epsteina, osiedlali się w bezpiecznym, nowobogackim pasie Stockbroker Belt w Surrey, Paul McCartney postanowił pójść własną drogą. Chciał być tam, gdzie bije serce kultury – rzut kamieniem od studiów Abbey Road i galerii sztuki. Zapraszam Was do przeczytania fascynującego fragmentu biografii Paula, który rzuca nowe światło na jego życie u boku Jane Asher. Zobaczycie Paula rozdartego między liverpoolską tradycją (gdzie dom musi pachnieć gotowaną kapustą), a światem awangardy, surrealizmu i rodzącego się pop-artu. To właśnie tutaj, w jadalni przy zabytkowym zegarze i w pokoju muzycznym na piętrze, rodziły się pomysły, które miały na zawsze zmienić muzykę The Beatles. Warto zaznaczyć, że o ile we wspomnieniach z I Me Mine czy książki Cynthii słuchaliśmy relacji z pierwszej ręki, tym razem oddaję głos biografowi, który z dystansu, ale z niezwykłą dbałością o szczegóły, kreśli obraz codzienności Paula w tamtym kluczowym okresie

   



...W tamtym czasie temat nieruchomości zaprzątał głowę Paula wyjątkowo mocno. Po niemal trzech latach mieszkania na poddaszu u rodziny Asherów, w końcu zdecydował się na zakup własnego lokum, ale proces ten okazał się długi i kłopotliwy.
   Działo się tak, ponieważ na początku wiedział na pewno tylko to, czego nie chciał. Nie chciał nowoczesnego bungalowu z psychodelicznymi malowankami jak u George’a [zdjęcie po lewej], ani posiadłości w stylu udawanego Beverly Hills z kiczowatą nazwą („Sunny Heights”) [niżej po prawej] jak u Ringo, a już na pewno nie fałszywego dworu w stylu Tudorów, w jakim mieszkał John z żoną Cynthią i trzyletnim synem Julianem – w narastającej atmosferze frustracji i niepokoju [niżej po prawej].
 
Krótko mówiąc, nie chciał niczego, co Brian Epstein wybrał w luksusowym pasie Stockbroker Belt w hrabstwie Surrey, tak jak zrobił to dla pozostałych, kierując się niemal ojcowską chęcią utrzymania swoich cennych „chłopców” w jednym miejscu i pod ochronnym okiem. Paul miał w głowie coś znacznie bardziej skomplikowanego: miejsce spokojne i prywatne, a jednocześnie położone tuż obok tętniącego życiem Londynu, by mógł trzymać swoją – jak to nazywał – „antenę” stale nastrojoną na nowinki w sztuce i kulturze. A co najważniejsze, nie chciało niczego, co kojarzyłoby się z nowobogacką gwiazdą popu.
 
  Skoro nawet od tak konkretnego i praktycznego Beatlesa trudno było oczekiwać, by sam szukał domu, zadania podjął się osobisty asystent Briana, Alistair Taylor. Przeglądał katalogi agencji nieruchomości i sprawdzał obiecujące oferty. Taylor przedstawiał szereg wydawałoby się idealnych posiadłości, ale Paul wszystkie odrzucał z powodu ich ostentacji lub wulgarności. Mawiał: „To jest miejsce, w którym mógłby mieszkać Gerry Marsden [z zespołu Gerry and the Pacemakers]”.

   Pierwszy dom, który spełnił wszystkie jego rygorystyczne kryteria, znajdował się przy Chester Terrace, najdłuższej z fasad zaprojektowanych przez Johna Nasha przy Regent’s Park, gdzie mieszkali tak znamienici lokatorzy jak H.G. Wells czy Harold Pinter. Jednak stowarzyszenie mieszkańców, prowadzone przez impresaria teatralnego Jacka Hyltona, odrzuciło jego kandydaturę z obawy, że krzyczące fanki będą siały zbyt wielki zamęt. (Wygodnie zapomniano przy tym, że sam Hylton był niegdyś popularnym liderem orkiestry tanecznej, mającym własne rzesze hałaśliwych wielbicieli). 
 Idealny kandydat objawił się w St John’s Wood, nieco na północ: wciąż zielonej dzielnicy, w której wiktoriańscy arystokraci zwykli ukrywać swoje kochanki. Dom pod numerem 7 przy Cavendish Avenue stał przy cichej uliczce, tuż obok Lord’s – najbardziej prestiżowego i ekskluzywnego boiska do krykieta w kraju. Solidny dom rodzinny z neoklasycznym portykiem znajdował się w głębi posesji, osłonięty solidnym ceglanym murem, a z tyłu posiadał długi ogród kończący się kępą drzew. Nie tylko teatry, galerie i kluby West Endu były w zasięgu ręki, ale i studia Abbey Road znajdowały się tuż za rogiem.
Paul kupił ten dom za 40 000 funtów w kwietniu 1965 roku, ale ponieważ wymagał on gruntownego remontu, wprowadził się do niego dopiero w marcu 1966 roku. Aby zrekompensować Asherom uciążliwości, jakie sprawiały fanki pod adresem Wimpole Street 57, sfinansował całkowite odnowienie elewacji ich kamienicy.
Inne domy Beatlesów przechodziły metamorfozy pod okiem modnych dekoratorów wnętrz, często bez większych konsultacji z właścicielami. Jednak w przypadku Cavendish Avenue 7 – od tej pory nazywanego przez niego po prostu „Cavendish”, tak jak Forthlin Road 20 było „Forthlin” – Paul zatrudnił stosunkowo nieznany duet architektów, małżeństwo Johna i Marinę Adamsów. Marina była starszą siostrą Johna Dunbara, a John Adams zaprojektował wcześniej sypialnię-studio Petera Ashera przy Wimpole Street.  Wytyczne Paula dla Adamsów były najdziwniejszymi, jakie kiedykolwiek otrzymali: powiedział, że chce domu, w którym z piwnicy unosi się zapach gotowanej kapusty. Było to ewidentnie jego najbardziej pierwotne wyobrażenie o komforcie i bezpieczeństwie, wywodzące się zarówno z domu Asherów, jak i z jego dawnego domu w Allerton. Zamierzał wydać na prace tylko 5000 funtów – sumę i tak potężną w porównaniu z odnawianiem „Forthlin” resztkami tapet i dywanów przed laty – ale ostatecznie zapłacił 20 000 funtów.
Gdy już się zadomowił, wydał serię wystawnych obiadów i kolacji, by pochwalić się nowym domem pozostałym Beatlesom, Brianowi, George’owi Martinowi, przyjaciołom i rodzinie. Nikt nie był zaskoczony, widząc w wystroju tę samą mieszankę ultra-nowoczesności i ultra-tradycji, co u samego Paula. Kosztowne znaleziska z targów antyków w Kensington i Chelsea mieszały się z domowymi sprzętami, jakie można było spotkać w skromniejszych domach na północy Anglii. W jadalni ogromny zegar, który niegdyś wisiał na zewnątrz domu towarowego Army & Navy w dzielnicy Victoria, górował nad wypolerowanym stołem przykrytym zabytkowym koronkowym obrusem. („Bardzo luksusowo, w robotniczym stylu” – skomentował jeden z gości).
W salonie, gdzie serwowano popołudniową herbatę z domowymi ciastami i bułeczkami, znajdował się otwarty kominek na koks z mosiężnym pojemnikiem na węgiel i szczypcami przy palenisku. Na zewnątrz, na ogrodowym tarasie, stały naturalnej wielkości figury Białego Królika, Szalonego Kapelusznika i innych postaci z „Alicji w Krainie Czarów” – prezent na parapetówkę od jego brata, Michaela. Dopełnieniem czerwonej, wiktoriańskiej skrzynki pocztowej w kształcie pagody stojącej przy bramie była kuta, żeliwna latarnia uliczna z tej samej epoki, zainstalowana na podjeździe.



   
 W rzeczywistości dom nie posiadał piwnicy, z której przytulny zapach gotowanej kapusty mógłby unosić się na wyższe piętra. Jednak, jakby w pamięci o Wimpole Street 57, pokój muzyczny Paula mieścił się w dawnej służbówce na ostatnim piętrze, z widokiem na podjazd i nową, czarną bramę bezpieczeństwa – za którą od pierwszego dnia jego pobytu przez całą dobę czuwała grupa młodych kobiet.  Znajdowały się tam również najnowsze zdobycze techniki domowej, w tym kolorowy telewizor oraz prototypowy magnetowid, prezent od BBC. W Wielkiej Brytanii połowy lat sześćdziesiątych elektroniczne gadżety należały wciąż do świata Jamesa Bonda i w rzeczywistości bywały chronicznie zawodne. Tak też było z wieloma cudami w stylu 007, którymi Paul chwalił się gościom. Zasłony w jego sypialni miały otwierać się i zamykać za pomocą pilota, ale rzadko to robiły, natomiast automatyczny ekran kina domowego zacinał się tak często, że szybciej było rozwijać go mozolnie ręcznie. Jego drogi system stereo nieustannie się psuł, a z profesjonalnych magnetofonów Brenell wiecznie odpadały pokrętła.
   Aby dopełnić rodzinną atmosferę swojej kawalerskiej domeny, Paul przygarnął cztery koty: jeden wabił się Thisbe – po postaci ze „Snu nocy letniej” Szekspira – pozostałe zaś: Jezus, Maria i Józef. Na szczęście ta drobna dawka świętokradztwa nigdy nie dotarła do amerykańskiej publiczności Beatlesów; w przeciwnym razie Paul mógłby doświadczyć części tego boskiego gniewu, który wkrótce miał spaść na Johna.
   Nabył również szczeniaka owczarka staroangielskiego o imieniu Martha. Rasa ta stała się drobną ikoną stylu dzięki idealnie wypielęgnowanemu okazowi występującemu w lśniących reklamach farb Dulux w eleganckich niedzielnych dodatkach kolorowych. Świadomie lub nie, Martha była kolejnym ukłonem w stronę świata Piotrusia Pana z Wimpole Street 57: w opowieści Barriego, kiedy dzieci państwa Darling lecą z Piotrusiem do Nibylandii, towarzyszy im ich kudłaty pies i niania w jednym – Nana.
  Paul twierdził, że chciał mieć psa przez całe dzieciństwo, ale odmawiano mu go, ponieważ dom rodzinny był zbyt mały (choć mnóstwo psów można było zobaczyć i usłyszeć w szkole policyjnej za płotem ogrodu). Kiedy przedstawił Marthę swojej byłej dziewczynie, Iris Caldwell, była ona zaskoczona jego oddaniem dla tego skądinąd uroczego szczeniaka. Nie pamiętała, by kiedykolwiek lubił psy; wręcz przeciwnie, wspominała, że zawsze czuł się „dość nieswojo” w obecności Toby’ego, rozbrykanego kundla rodziny Caldwellów.
    
 W tych samych niedzielnych dodatkach można było przeczytać, że skoro dla tradycyjnej służby domowej mogło nie być miejsca w egalitarnych latach sześćdziesiątych, to zamożni młodzi kawalerowie często zatrudniali mieszkające u nich małżeństwa, zazwyczaj hiszpańskie – mąż łączył role lokaja i kierowcy, a żona gotowała i prowadziła dom. Paul zaczął na Cavendish Avenue 7 właśnie z taką parą, aczkolwiek byli to Irlandczycy, a nie Hiszpanie, o uspokajającym, brzmiącym z liverpoolska nazwisku Kelly. Kiedy ich zatrudniał, uprzedził, że jego dom będzie daleki od konwencjonalnego, a ich główną rolę zdefiniował po prostu jako „dopasowanie się”.  Wkrótce odkrył wady posiadania służby, zauważane przez pisarzy takich jak Harold Nicolson jeszcze w czasach wiktoriańskich rezydencji: zawsze kręcą się jacyś ludzie, podsłuchują rozmowy, zmuszają do zamykania drzwi do toalety (co było tym bardziej irytujące, że Paul lubił tam siedzieć i grać na gitarze) i ogólnie sprawiają, że człowiek czuje się jak w hotelu, a nie w domu. Pan Kelly, najwyraźniej widząc siebie w roli Jeevesa przy Bertiem Woosterze, uroczyście przygotowywał ubrania swojego młodego pana na nadchodzący dzień, dopóki nie został od tego stanowczo odwiedziony. Kumple-gwiazdy popu, którzy zostawali na noc i spodziewali się spokoju do południa, byli zamiast tego rześko budzeni przez pana Kelly’ego poranną herbatą. Na wielkim stole w jadalni wystawił on zestaw srebrnych naczyń, których wypolerowana formalność była zbyt przytłaczająca nawet dla Paula; żeby im dokuczyć, wyjmował ozdobną srebrną przyprawnicę i stawiał na jej miejscu tanią, plastikową.
    Cavendish było świadkiem narodzin kolekcji sztuki, która miała stać się równie eklektyczna, co obszerna. Jedną z pierwszych wystaw w galerii Indica był pokaz greckiego rzeźbiarza Takisa Vassilakisa, którego kanciaste metalowe formy były przyozdobione migającymi światłami. Paul natychmiast kupił pracę Takisa, składającą się z długiego, cienkiego pręta zwieńczonego zielonym światłem i pasującego do niego, ale krótszego pręta z czerwonym światłem na górze. Widząc podobieństwo do duetu wokalnego, w skład którego wchodził niski, rudowłosy brat Jane, nazwał rzeźbę „Peter i Gordon”.
   
Galeria Indica, Maggie McGivern (sekretna kochanka Paula, on sam i Barry Miles

W księgarni Indica – gdzie codziennie używano papieru pakowego jego projektu – zostawił stałe zlecenie: cokolwiek ciekawego się pojawi, ma być automatycznie wysyłane do niego, a także do pozostałych Beatlesów w ich podmiejskich posiadłościach. Nie minęło dużo czasu, gdy John, ten nienasycony czytelnik, przyjechał z Weybridge swoim wypełnionym dymem z marihuany Rolls-Roycem, by osobiście sprawdzić księgarnię. Podczas jego pierwszej wizyty Barry Miles skierował go ku książce „Doświadczenie psychodeliczne”, opracowaniu Tybetańskiej Księgi Umarłych autorstwa dr. Timothy’ego Leary’ego, której wstęp nakazuje: „W razie wątpliwości wyłącz umysł, zrelaksuj się i płyń z prądem…”. Odsuwając papier pakowy projektu McCartneya, John położył się na kanapie w centrum sklepu i przeczytał książkę od deski do deski.
Miles, Dunbar, Marianne Faithfull, Peter Asher, Paul 
Od tego czasu Paul zaczął spędzać czas z Johnem Dunbarem, który jak mało kto znał substancję zalecaną przez dr. Leary’ego do „płynięcia z prądem”. Mimo to Paul wciąż wzbraniał się przed spróbowaniem LSD, tym bardziej że Jane była mu zdecydowanie przeciwna. „Towarzysko rzecz biorąc, Paul i ja oraz dwaj Johnowie nieco się rozeszliśmy” – wspomina Miles. „Podczas gdy oni brali razem kwas, my chodziliśmy z Jane i moją żoną Sue na interesujące zagraniczne filmy do kina Academy”.
   Jednak największy wpływ na Paula jako konesera i kolekcjonera miał marszand Robert Fraser, którego poznał przypadkowo mniej więcej w czasie przeprowadzki na Cavendish. Fraser był wówczas czołowym londyńskim orędownikiem nurtu nazwanego niedawno pop-artem, wystawiając w swojej galerii przy Duke Street Amerykanów, takich jak Andy Warhol i Jim Dine, oraz Brytyjczyków, jak Peter Blake, Richard Hamilton i Bridget Riley – mimo nieustannego ryzyka policyjnego oskarżenia o „nieobyczajność”.
 Dwudziestodziewięcioletni Fraser sam był doskonałym obrazem upadających w latach sześćdziesiątych barier klasowych i seksualnych: potomek starożytnego szkockiego klanu, absolwent Eton i były oficer armii kolonialnej, który ubierał się w nieskazitelne marynarki ze złotymi guzikami, a jednocześnie był jawnym gejem. Rozkoszował się towarzystwem ekscentrycznych gwiazd popu (był już bliskim przyjacielem Rolling Stonesów) i brał narkotyki na skalę, o jakiej nie śniło się nawet najbardziej wyzwolonym muzykom.
   Paul nazwał później Roberta Frasera najważniejszą osobą, jaką kiedykolwiek poznał po zdobyciu sławy – wliczając w to nawet Boba Dylana. To od Frasera dowiedział się po raz pierwszy o René Magrittecie, belgijskim surrealiście, który nie oburzał, lecz uwodził oko obrazami mężczyzn w melonikach z zielonymi jabłkami zamiast twarzy czy latarniami świecącymi wśród ciemnych drzew pod letnim, błękitnym niebem.
Kilka prac Magritte’a faktycznie pojawiło się na Cavendish, podobnie jak dzieło specjalnie zamówione u Petera Blake’a. Paul miał sentymentalną słabość do „Monarchy puszczy” (The Monarch of the Glen) – studium szkockiego jelenia autorstwa sir Edwina Landseera, wyrażającego całą dumę i patos ery wiktoriańskiej, które w czasach jego dzieciństwa zdobiło ściany wielu salonów w Liverpoolu. Blake zgodził się (bo któż mógłby odmówić Paulowi McCartneyowi?), by odtworzyć „Monarchę” z ironicznym, pop-artowym sznytem.
    Fraser zdawał się znać wszystkich, a przyjęcia w jego mieszkaniu przy Duke Street zawsze tętniły od celebrytów. Na jednym z nich Paul poznał włoskiego reżysera Michelangelo Antonioniego, który akurat kręcił „Powiększenie” (Blow-Up), najlepszy film o „Swinging London”, jaki kiedykolwiek powstał, z Davidem Hemmingsem i Vanessą Redgrave. Innej nocy Fraser odwiedził Cavendish wraz z Andym Warholem, by urządzić Paulowi prywatny pokaz nowego filmu Warhola pt. „Empire”. Okazało się, że to jedno ciągłe ujęcie Empire State Building trwające osiem godzin i pięć minut. Paul był śmiertelnie znudzony, ale grzecznie to ukrywał, w czym pomagał mu spory zapas przytępiającej umysł marihuany.
  W kręgu Frasera znajdowało się kilku członków arystokracji, którzy – jak zauważył Paul – byli najbardziej zachłannymi konsumentami ciężkich narkotyków, kwasu, a nawet heroiny, i najmocniej nalegali, by on też ich spróbował: dosłowna presja ze strony elit. Sam Fraser był uzależniony od heroiny i zachwalał ją w typowy sposób: że nie mąci zmysłów jak trawa, lecz zaostrza je do nadprzyrodzonego stopnia i można nad nią panować, jeśli nie jest wstrzykiwana, lecz przyjmowana w tabletkach lub wciągana nosem. Twierdził, że heroina jest problemem tylko wtedy, gdy kogoś na nią nie stać. Ostatecznie Paul spróbował „kreski”, ale nic to mu nie dało, a Fraser zgodził się nigdy więcej mu jej nie oferować.
  Kiedy w końcu uległ i wziął LSD, nie zrobił tego z innym Beatlesem, lecz z młodym arystokratą, szanownym Tarą Browne’em [to o jego smierci wspomina John w "A Day In The Life"]. Ojcem Tary był irlandzki par, lord Oranmore i Browne, a matką Oonagh Guinness, spadkobierczyni fortuny browarniczej Guinnessów, której rodzinę Brytyjczycy zawsze uważali za bliską rodzinie królewskiej. Dla tego najznamienitszego członka elity „Swinging London” Paul był „najinteligentniejszym człowiekiem, jakiego kiedykolwiek poznał”.
    Ta pierwsza podróż po kwasie z Tarą wydaje się być niezwykle łagodna. Paul pamiętał później tylko tyle, że wzięli go w toalecie, posypanego na bibułkę, i nie spali potem całą noc; czuł się „dość odlotowo”, a wszystko wydawało się „bardziej czułe”. Podobnie jak w przypadku wciągnięcia heroiny, uznał to za jednorazowy eksperyment i niewiele o tym później mówił, choć Iris Caldwell uważa teraz, że wyłapała nawiązanie do tego podczas jednej z jego zwyczajnych wizyt na Merseyside. „Powiedział: 'Czesałem się i nagle mój umysł przeszedł na inny poziom'”. 
  Jego głównym celem przy zakupie Cavendish było to, by on i Jane zamieszkali tam razem. Nawet w połowie tej tak zwanej ery „przyzwolenia”, niewielu odpowiedzialnych brytyjskich rodziców z radością przyjęłoby taką decyzję swojej 20-letniej córki. Jednak sir Richard i Margaret Asher postrzegali Paula jako przybranego syna, który zdradzał wszelkie oznaki zostania zięciem. Pozostawał w bliskich relacjach zwłaszcza z Margaret, poczytując sobie za ogromny komplement fakt, że używała „Yesterday” jako ćwiczenia dla swoich uczniów grających na flecie prostym. Wśród swoich kolegów z Guildhall School of Music znalazła mu niedawno nauczyciela pianina, aby mógł wreszcie zrobić to, do czego zawsze namawiał go ojciec, i nauczyć się grać „porządnie”.
  W każdym razie, jeśli chodzi o niedociekliwe media lat sześćdziesiątych, Paul zajmował swoją imponującą nową posiadłość zupełnie sam. Wkrótce po wprowadzeniu się udzielił wywiadu Brianowi Matthew z radia BBC w wypracowanym przez siebie stylu „dyplomatycznego lania wody” – pozornie spontanicznego i wylewnego, a w rzeczywistości nic nieujawniającego. O Jane nawet nie wspomniano.
        Matthew: Dobrze, przejdźmy, jeśli można, na poziom domowy, Paul. Pozostałych trzech chłopców, będąc żonatymi, potrzebuje lub decyduje się na dość duże domy. A co z twoim lokum? Jaki jest twój ideał? Niedawno kupiłeś dom, prawda? 
        Paul: Kupiłem dom. Tak, uwielbiam go. Kocham domy. Zawsze tak było. Zawsze lubię odwiedzać ludzi i oglądać ich domy, ponieważ zawsze urzeka mnie charakter budynków. Wchodzisz do małego domu i on ma swój charakter – to wciąż świetna rzecz. Wchodzisz do dużego domu i jest on zupełnie inny, to odrębne byty. Lubię to. 
       Matthew: Jaki rodzaj domu kupiłeś? 
       Paul: Hm, duży. Bo lubię duże domy. I stary, bo lubię stare domy. 
       Matthew: I jest on w mieście, tak? Czy w pobliżu? 
       Paul: W pobliżu.
Jane wydawała się pod każdym względem jego idealną partnerką ze swoją prerafaelicką urodą, naturalnym opanowaniem, czarem i brakiem aktorskich manier – krótko mówiąc, całkowitym przeciwieństwem wybranek pozostałych Beatlesów. Nawet wieczne żeńskie warty pod ich drzwiami, niegdyś tak głośno, a nawet fizycznie wrogie wobec Jane, zostały przekonane jej niezmienną uprzejmością i tolerancją. Wiele dziewczyn wręcz kopiowało teraz jej styl ubierania się i zapuszczało włosy do ramion, prasując je ciepłym żelazkiem na desce do prasowania przed wyruszeniem na kolejny dzień lub noc śledzenia Paula. Zdawała się czuć równie swobodnie wszędzie tam, gdzie rzucało ją życie u boku Beatlesa. Kiedy odwiedzili trenera koni wyścigowych Wilfreda Lyde’a, by kupić Drake’s Drum dla Jima McCartneya, oczarowała rosłych bywalców wyścigów, których tam spotkali (nie najmniej tym, że w pewnym momencie niewinnie zabłądziła do szatni dżokejów). Zostali na noc u Lyde’a i jego żony, którzy zapamiętali ich później jako najbardziej uprzejmych i skromnych gości. Dopiero po ich wyjeździe wybuchła beatlemania – służba domowa Lyde’ów wpadła do ich pokoju i pocięła pościel na pamiątkowe paski.
  Jane wydobyła także z Paula poważną stronę, dotąd tłumioną przez beatlesowski obowiązek radosnego braku zaangażowania w jakikolwiek temat. Często zapomina się, że przez całe te tak podziwiane lata sześćdziesiąte Europa Zachodnia żyła pod stałą groźbą wyniszczającej wojny nuklearnej z Rosją Radziecką. Amerykańska wojna „antykomunistyczna” w Wietnamie również coraz bardziej rozpalała młodych ludzi w Wielkiej Brytanii, mimo że – w przeciwieństwie do amerykańskich inwazji z początku XXI wieku – brytyjski rząd stanowczo odmawiał jakiegokolwiek wsparcia. W ten sposób, na długo przed rozmowami o guru czy duchowych przewodnikach u pozostałych Beatlesów, Paul i Jane zabiegali o audiencję u Bertranda Russella, największego brytyjskiego filozofa XX wieku i założyciela Kampanii na rzecz Rozbrojenia Nuklearnego. Dziewięćdziesięcioletni Russell wysłuchał ich obaw, a następnie udzielił niezwykle mądrej rady: powinni cieszyć się każdą minutą w pełni tak długo, jak tylko mogą.
  Ich życie domowe na Cavendish, pośród obrazów Magritte’a, gadżetów Jamesa Bonda i „luksusu w robotniczym stylu”, było w najwyższym stopniu bezpretensjonalne. Jane była doskonałą kucharką i w tamtej prefeministycznej erze akceptowała swoją rolę polegającą na przygotowywaniu posiłków i dbaniu o pana domu. Na kilka lat przed głośną rezygnacją Paula z mięsa, kuchnia była w dużej mierze, jeśli nie całkowicie, wegetariańska.
Była również łaskawą gospodynią, gdy przyjeżdżała do nich rodzina z Merseyside. Specjalny czerwony dywan był zawsze rozwijany dla jego ukochanej cioci Gin, matriarchini klanu McCartneyów [na zdjęciu po lewej stronie od Paula]. Kiedy wizyta Gin zbiegła się z dorocznymi mistrzostwami tenisowymi na Wimbledonie, Paul zapłacił małą fortunę, by zdobyć dla niej najlepsze miejsca na Korcie Centralnym. Ona jednak wolała zostać w domu i oglądać mecze na jego cudownym kolorowym telewizorze.
Jim McCartney był częstym gościem, wraz ze swoją nową żoną Angie i nowo adoptowaną małą córką Ruth. Jane była szczególnie miła i opiekuńcza wobec Ruth, ucząc ją gotować, szyć i szydełkować. „Oboje zawsze zabierali mnie na wycieczki, na przykład do sklepu z zabawkami Hamleys” – mówi Ruth. „Jakąkolwiek ulgę mogli czuć, gdy nadchodził czas oddania mnie mamie, nigdy tego nie okazali”.
Mimo ogromnej dumy Jima z nowego domu syna, wspomina Ruth, mógł on czuć się tam nieco nieswojo. „Podczas jednych świąt, kiedy ich odwiedzaliśmy, Jane zamówiła drzewa genealogiczne dla Paula i siebie. Rodzina Asherów sięgała czasów panowania króla Jakuba, podczas gdy McCartneyowie zaledwie jakiegoś biednego rolnika z Irlandii z końca XIX wieku”.
  Jane nie była jednak „żoną ze Stepford” i dochodziło do napięć, gdy jej niezależność i szczerość zderzały się z rzeczywistością tego, kim naprawdę był jej chłopak. Choć Paul mógł wydawać się skromny i naturalny, był gigantyczną gwiazdą, o którą zabiegał cały świat, posiadającą menedżera i zespół wsparcia oddany spełnianiu każdego jego kaprysu. Nawet w domu zazwyczaj miał kogoś w pogotowiu, by zajął się tym, co akurat przyszło mu do głowy – jednego z dwóch technicznych Beatlesów, Neila Aspinalla lub Mala Evansa, albo Tony’ego Bramwella z biura NEMS. A ilekroć święta czwórka zbierała się, by ćwiczyć lub nagrywać, obowiązywała ta sama szowinistyczna zasada z północy, co zawsze: „żadnych bab”.
 
  Na Wimpole Street on i Jane prowadzili życie towarzyskie głównie oddzielnie. Na Cavendish naturalnie chciała podejmować swoich przyjaciół z teatru, a mieszanka „artystów” i „rockmanów” bywała czasem kłopotliwa. Pewnego wieczoru, gdy gościła na kolacji znajomych aktorów, Paul wrócił do domu z Johnem, który – czy to w wyniku alkoholu, marihuany, czy po prostu czystej „lennonowatości” – był w swoim najbardziej złośliwie prowokacyjnym nastroju. Kiedy jedna z aktorek przy stole nerwowo poprosiła o popielniczkę, on ukląkł obok niej i kpiąco zaoferował w tym celu jedno ze swoich nozdrzy. Jane, ze swoim zwykłym opanowaniem, po prostu wyciągnęła nogę i go przewróciła.
Pod koniec 1965 roku Jane została główną aktorką w zespole teatralnym Bristol Old Vic, co powodowało, że znikała z domu na całe tygodnie, czasem miesiące. Gdy była bezpiecznie oddalona o 200 mil w West Country, a nie było jeszcze paparazzich, którymi należałoby się martwić, Paul mógł wrócić do bycia singlem. Gdy siedział w klubach, piękne młode kobiety na parkiecie odwracały się od swoich partnerów i zaczynały odgrywać striptiz tylko dla niego. Jego „antena seksualna” była równie czuła co kulturalna; zawsze potrafił z góry przewidzieć, na którą padnie.
Droga była wolna także dla palenia marihuany, co zazwyczaj odbywało się w jego pokoju muzycznym na ostatnim piętrze, aby trzymać opary z dala od państwa Kelly. To właśnie tam, jak twierdził, po raz pierwszy poczęstował Micka Jaggera. Miło pomyśleć o „najgrzeczniejszym chłopcu popu”, który w ten sposób sprowadza na złą drogę jego „największego łobuza”.

 
Paul goszczący w swoim doku Johna i Micka Jaggera (1967)


                                                                         _______________




Historia The Beatles
History of  THE BEATLES

 




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz